Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Midnight summer dream

Duchota, że trudno wytrzymać. W lesie jest chłodniej, ale za to muszyska tną bez litości i gdzieś mają wszystkie odstraszające spraye. Człowiek zawieszony między bezlitosnym, bezchmurnym niebem a żółto-pomarańczowymi ścierniskami:

W mieszkaniu chłodniej robi się tak koło północy. Ale co z tego, skoro o 3.00 znużony łeb opada – oglądać i czytać już dłużej nie sposób.

„Nasz Dziennik” poleca uwadze czytelników „najnowszy wpis dr. inż. Antoniego Zięby” na blogu. Początek: „Dzisiaj chciałbym poruszyć temat bluźnierczej „sztuki” autorstwa argentyńskiego dramatopisarza Rodrigo Garcíi pt. >>Golgota Picnic<<. Mimo wielu protestów środowisk katolickich spektakl ten został zaprezentowany w niektórych miastach Polski”. Marzę o takim stanie ducha, w którym jako „najnowsze” docierałyby do mnie sprawy sprzed miesiąca…

Dziś koniec audiobooka „Kołysanka dla mordercy” Mariusza Czubaja. Rzecz sprzed pięciu lat. Zmęczyła mnie. Z powodu, że autor albo pisze o rzeczach oczywistych, albo pisze po dwa razy to samo. Przykładowo: jeżeli coś dzieje się o czwartej nad ranem, to, oczywiście, autor zapodaje od razu, że to jak w balladzie Cohena. Rozumiem, że siedzi w popkulturze (czytelnik też), ale przywoływanie tych pchających się przed oczy aluzji musi przeczołgać nawet najbardziej zagorzałego fana Cohena, Jacksona, Cave’a i podobnych.
Główny śledczy ma dorosłego syna i jest fanem rocka. Tylko, jak ktoś przekroczył 50-tkę i nadal powtarza, że „Like a Rollin’ Stone” Dylana to „arcydzieło”, a o innych arcydziełach muzycznych nie piśnie ni słowa, to wygląda mi na infantyla.
Poza tym powtarzające się raz za razem sformułowania typu „zamrugał oczami”. A czym miał, k…, mrugać?
I nasi śledczy… Jedna tylko z eksponowanych cech: przerośnięty emocjonalizm. Jak słyszą coś, co ich oburza, to zaraz serce omal wyskakuje z piersi, żyły na czole nabrzmiewają, ciśnienie skacze, pot występuje w obfitości itd. „Włączają emocje” – jak by powiedział Polsat. I dziwić się, że w okolicach czterdziestki to kompletne wraki?

Nie ma nic przyjemniejszego niż poobiednia drzemka w ramach sjesty, do której przygrywa na harfie walijska wirtuozerka Catrin Finch. Jej największy tytuł do sławy podaje Internet: „The Official Harpist to the Prince of Wales from 2000 to 2004”. Catrin gra “Wariacje Goldbergowskie” Bacha. Nareszcie ktoś inny niż Glenn Gould.

Co słonko widziało

 

Krzyżujące się losy kilkorga marginalizowanych Ślązaków w parę upalnych, lipcowych dni. Oskarżenie Polski, że zapomniała o swoich wydziedziczonych dzieciach.
W biedzie najgorsza nie jest bieda sama, lecz to, ze nie ma z niej wyjścia. Utrata pracy i bieda nie boli tak bardzo jak poczucie degradacji.

Były górnik zarabia chodząc po deptaku z ulotkami reklamowymi w stroju egzotycznego ptaka z ulotkami w łapie. Nie pachnie mu to. Popija piwo, zarywa panienki. Jak go pracodawca próbuje przywrócić do pionu, to obrywa w dziób. Krew się leje, zwolniony, ale zaraz biegnie za byłym już szefem skamle o robotę.
Zupełnie jak ów Cygan z Łodzi, który zbuntował się przed kamerami lokalnej telewizji i zrzucił z siebie reklamową dyktę z okrzykiem: „Oszukali mnie!”

Bieda sąsiaduje o krok z głupotą. Dziewczyna, której brakuje na ciuchy widzi, jak niezła laska wrzuca coś do pojemnika Pomocy Społecznej. Po zmroku wciska tam małego synka (sama nie wejdzie), by wydobył paczkę. Problem w tym, że dzieciak nie umie wyleźć.

Ludzie biedni żyją w rezerwacie (niepokojąco dużym). Pejzaż to śląskie familoki.

Biedni żerują na jeszcze biedniejszych. Chłopak, który żyje z tego, że sprzedaje z ulicznego stolika czosnek i żurek na butelki, bez oporów kradnie na wyrwę koszulkę na straganie prowadzonym przez biedaka takiego jak on.

Zanim obecny bezrobotny, a były górnik dołowy wyjmie pieniądze z bankomatu ( na koncie najczęściej nie ma nic), dwa razy się żegna.
„Co słonko widziało” Michała Rosy

Pod filmem w Internecie licznik kliknięć w „lubię to” – wynosi zero.

Co słonko widziało, reż. Michał Rosa, 2006 filmweb

Codzienność na parkingu w Wólce

Cały czas powyżej 30 w cieniu. Chłodniej w lesie i nad wodą:

Strasznie się wlecze kwestia wdrażania kolejnych deklaracji sumienia przez następne – po lekarzach – grupy zawodowe. Zaczęło się ledwo mówić o nauczycielach, ale jakoś tak półgębkiem. Uważam, że jest to kwestia braku dobrego przykładu. Duchowieństwo, które stoi murem za takimi deklaracjami, powinno wystąpić jako pierwsze. Opublikować i podpisywać deklarację sumienia dla księży. Pod hasłem: trzeba bardziej słuchać Pana Boga niż proboszcza. Sprawa jest prosta. Proboszcz zmusza wikarego (gwałt na jego sumieniu), żeby ten brał udział w łupieniu parafian z grosza. Wikary na to: „To sprzeczne z moim chrześcijańskim sumieniem. Odmawiam.” Gdyby taka deklaracja funkcjonowała, o ekscesach homoseksualnych abp. Paetza wobec kleryków nie trzeba byłoby dowiadywać się z artykułu w „Rzeczpospolitej”, tylko normalnie, z ambony. Bo każdemu uczciwemu księdzu sumienie nie pozwalałoby tolerować i ukrywać tych jaskrawych  nadużyć. W tysiącach analogicznych przypadków z bieżącego życia Kościoła powinno być podobnie. I to jest – moim zdaniem – przekonujący argument za wprowadzeniem takiej deklaracji.

Na ten sam temat – głos internauty wielkopolskiego: „Jestem taksówkarzem i mam pewien problem. Chętnie podpisałbym Deklaracje Wiary taksówkarzy i woził ludzi tylko i wyłącznie do kościoła i to w niedzielę(wtedy największy ruch), ale w niedzielę nie mogę pracować. Arcybiskupie, jak żyć?”

Początek artykułu Chrisa Cieszewskiego (ekspert zespołu Macierewicza) o powstaniu warszawskim: „W związku z faktem, że Polska niezmiennie od lat jest w trakcie oblężenia przez antypolską postkomunistyczną propagandę dezinformującą naród…”

My tu gadu gadu, a ludzie żyją zupełnie innymi problemami. „Kurier Słupecki” wiele miejsca w najnowszym wydaniu poświęcił kwestiom związanym z ubikacjami. Pomijam problem gnojówki, którą pewien rolnik wylał na swoje pole, czym spowodował donosy do władz, że chce wytruć sąsiadów.
Bo czytamy: „3-letnia dziewczynka chce siku. Matka zatrzymuje się na parkingu w Wólce i pomaga załatwić dziecku potrzebę fizjologiczną. Po drugiej stronie parkingu zatrzymuje się kierowca. Odchodzi kilka kroków i bez żenady załatwia swoja potrzebę. Po środku (chyba: pośrodku?) placu parkuje ciężarówka. Kierowca je śniadanie. Tak właśnie wygląda codzienność na parkingu w Wólce…”
A przecież bywa i odwrotnie. Przykładowo – w Strzałkowie. Tu oddano do użytku nową toaletę publiczną. Gazeta pisze, że „to nowoczesny i funkcjonalny obiekt, bezpieczny, przyjazny użytkownikom…”. Gdyby nowa toaleta od razu miała być niebezpieczna dla użytkownika, a choćby i nieprzyjazna, to po co ją budować? Niebezpieczne i nieprzyjazne już są – jak kraj długi i szeroki.
Poza tym w „Kurierze Słupeckim” i tak najwięcej czytelników miała zapewne ta wkładka:

„Gazeta Wyborcza” ogłasza, że po pozbawieniu Ewy Wójciak kierownictwa Teatru Ósmego Dnia Poznań spadł do kulturalnej trzeciej ligi. Dzięki temu tekstowi dowiedziałem się, że Poznań był w pierwszej.
Ale – co racja to racja. Gdzie tam Poznaniowi do takiego Pleszewa, że przypomnę kolejne obiekty z tamtejszego „Złom-Artu”. U nas ani marzyć o czymś takim. A przecież: można? Można!

Bar spadł z topu

Na dworze grubo ponad 30 w cieniu, więc białko się ścina. Marszy zaniechałem. Zamiast tego – wzmianki z wczoraj.
W tym pałacu w Ciążeniu mieszczą się bodaj najobszerniejsze zbiory ksiąg masońskich w Polsce. Z tego, co mi wpada w oko, na powstałą tylko w naszych czasach literaturę antymasońską trzeba by pałacu o analogicznych gabarytach:

W Lądzie jest potężny klasztor pocysterski (obecnie salezjanie), który doskonale prosperuje. Tuż obok zobaczyliśmy instytucję, która sromotnie splajtowała. Bar „Top” ma jeszcze w witrynie planszę: „Księgarnia internetowa – skarbnica książek.” No tak, ale kto chodzi do baru po książkę? Zwłaszcza w Ciążeniu:

W kościele w Choczu (w Choczy?) obraz św. Franciszka, którego – omdlałego, zapewne po uporczywych postach – podtrzymują aniołowie. Parę razy słaniałem się dokładnie tak, jak ten święty na obrazie. Choć z całkiem innych powodów. Aniołowie, niestety, nie pospieszyli z pomocą…:

I kawałek bezinteresownego piękna z rzeczonej Choczy. Brama jednej z posesji na Rynku:

Kasia Tusk – grzeczna córeczka tatusia – postanowiła ulżyć niedoli przeciętnego obywatela, któremu nie powodzi się przecież najlepiej. Na swoim blogu modowym wystąpiła ze śmiałą inicjatywą:„Regularne ceny w ekskluzywnych internetowych butikach niestety zwalają z nóg, dlatego postanowiłam wyszukać dla Was największe okazje w sieci.” I znalazła: markowe majtki damskie za 95 zł. oraz markową apaszkę (po przecenie) za 300 zł.

„Missa pro defunctis. Requiem” Romana Maciejewskiego (1910 – 1998). To polski kompozytor, który po wojnie tułał się po świecie i napisał mszę pamięci ofiar ostatniej wojny. W Polsce wykonano ją podczas Warszawskiej Jesieni w roku 1960, ale jej monumentalizm i patetyczność nie przypadły do gustu jurorom. Publiczność zaś i tak była daleko w tyle za tym wszystkim. I dziś jest to dzieło oratoryjno-kantatowe, po którym ciężko się podnieść.
Jego partytura w momencie ukończenia ważyła 25 kg.

Literatura, która otrzeźwia.
Kolejne wypisy z „Dziennika” Jana Józefa Szczepańskiego:

Pod datą: 17.03. 1964:

Zebranie w Związku /Literatów Polskich/. Te zgromadzenia wyzwalają najgorsze moje cechy. Siedzę napęczniały złośliwością i pychą. Cała ta gadanina o  naszych osiągnięciach (wzrost liczby płatnych „spotkań”), o naszej misji kulturalnej (ilość stypendiów „terenowych”), o naszych kontaktach („lampki wina” z przejeżdżającymi zagranicznikami) wydaje mi się śmieszna i trywialna.

25 III

Sądzę, że kryterium uczciwości pisarskiej jest opozycyjność.. Pisarz komunista winien być opozycjonistą wobec rządów komunistycznych – pisarz katolik wobec rządów katolickich. Należymy do mechanizmu mającego zabezpieczać społeczeństwo przed naturalną tendencją wszelkiej władzy do tyrańskich przerostów. Nie jesteśmy wrogami. Jesteśmy głosem rozsądku. Ale tego nie rozumieją prymitywni technicy władzy. Widzą tylko przeszkodę.

J.J. Szczepański pisał scenariusz do filmu „Westerplatte”w reż. Stanisława Różewicza i spotykał się z żyjącymi jeszcze wówczas obrońcami.

1965
21 XII

Sympatyczny ten Baran, pełen ujmującej lojalności wobec Sucharskiego. Ale z jego relacji wynika, ze gryzą się między sobą ci bohaterowie „polskich Termopil”, zazdroszczą sobie każdej wzmianki, przerabiają wstecz tamte dni, kiedy byli wspaniali i bezinteresowni, i nieświadomi własnej legendy, której owoce (jakże zresztą mizerne) zaczęli zbierać tak późno. Smutna karta. I o ileż bardziej przejmujący materiał na film.

Czwarty protokół / The Fourth Protocol

 

Ekranizacja Fredericka Forsytha,  z jego scenariuszem. Z Michaelem Cainem  i Piercem Brosnanem. Ale też Joanna Cassidy.

Wobec obecnych procesów w Rosji film o czasach zimnej wojny stał się nad wyraz aktualny. Lobby mocarstwowe na Kremlu planuje zaatakować bazę NATO bombą atomową, aby eskalować konflikt światowy i tym samym wrócić do władzy.

Na film typu „global conspiracy thriller” materiał się nadaje, bo akcja przeskakuje po całym globie, porcjowana w krótkich sekwencjach. No i te zimnowojenne podziały: oni i my.

Młodzi na londyńskich ulicach noszą walkmany.
Rosyjscy generałowie z KGB konferują przy wódce. Zabawne, jak angielscy aktorzy wygłaszają: „Na zdrowie!”
KGB to zasadniczo siedlisko zła, ale zawsze znajdzie się jakiś przyzwoity generał… Zupełnie jak w Bondach.
Zabawne – amerykański pilot wyzywa na picie wódki rosyjskiego agenta (pod przykrywką). Oczywiście, nieświadom, z kim ma do czynienia. Ponosi sromotną klęskę.

Czwarty protokół / The Fourth Protocol, reż. John MacKenzie, 1987 filmweb

Smutek pisuarów

„Podźwignęło się, biedactwo” – Dorota znaczy. I mogliśmy wyruszyć w krótki kurs po Wielkopolsce. Oczywiście po stracie dwóch godzin, bo tyle zajęło ominięcie triatlonu zorganizowanego na dwupasmówce do Konina. I tak dziw, że nie urządzili go na A2…
Upał jak cholera, wrażeń mnóstwo, zdychamy z wyczerpania, więc tylko parę impresji.
Sfery kościelne w miasteczku Chocz niezwykle cenią wygodę. Człowiek jest przyzwyczajony, że ława kościelna jest drewniana. Twardzizna, zwłaszcza w trakcie długich kazań. A w Choczu znaleźli na to sposób: wyściełali ławy. Sprawdziłem – mięciutko jak w fotelu, w którym to piszę:


Odpowiednio do rangi – duszpasterze miejsca pracy też mają odpowiednio wyściełane. W konfesjonale miękkie futerko. Zwracam uwagę, że po prawej stronie spowiednika na półeczce leży mieszek. Oczywiście, nie badałem zawartości. Może w środku trzydzieści srebrników?

Na murze kościoła w Choczy tablica w hołdzie „zasłużonym”. Ale jakoś zbiorczo, bez nazwisk, bez bliższych wyszczególnień: jakie to zasługi, z jakiej epoki itp. Jakoś trudno pamiętać o zasłużonych jako takich, zbiorowo. Może by ich chociaż ponumerować?

W miasteczku Pyzdry same inspiracje. Dawno zapomniana ubikacja publiczna. Pisuarom, do których nikt nie siusia, musi być smutno.

W Rynku tablica (szkoda, że słabo czytelna) upamiętniająca bitwę z czasów powstania styczniowego. Nareszcie – bitwa pod Pyzdrami! Dość mamy Grunwaldu, Warny i Lenino!

Na ścianie kawałek dalej instrukcja jak głosować. Uniwersalna. Aktualna w odniesieniu do każdych wyborów.

W Pleszewie pleni się sztuka. Na Rynku akurat dziś był wernisaż pleneru rzeźbiarskiego „Złom-Art.”. Oto plon (Przykładowy):

Zmartwiło mnie, że te dzieła sztuki eksponowano tak beztrosko na Rynku, bez żadnych zabezpieczeń. A każde ma swoją wagę (nie tylko artystyczną). I nie tylko miłośnicy sztuki współczesnej zorientują się szybko, że te obiekty artystyczne mają określoną wartość. A jak –  nie daj Bóg – wylądują one w składnicy złomu, to przepadły raz na zawsze. Jaki rzeczoznawca odróżni tak, który obiekt jest dziełem sztuki z Pleszewa, a który nie?
I watki autotematyczne. Dorota w pałacowej restauracji w Czerniejewie. Mówi do kelnera: – Poproszę Okocim. – Znaczy: piwo? – Tak, piwo. Kelner za tak postawione pytanie dostał napiwek. A Dorota występuje tu jako postać z piosenki Kaliny Jędrusik z „Kabaretu Starszych Panów”: „W kawiarence >>Sułtan<< przed panią róża żółta…”

No i ja. Złapali mnie za Jarociniem. Musiałem zjechać z szosy na leśną drogę. Tu udzieliłem telefonicznego wywiadu „Rzeczpospolitej”. Wiadomo, co jest wart wywiad nagły, udzielany przez telefon, w skwar, na leśnej drodze…

Przeważnie zawsze

Grzeje tak, że nawet w cienistym lesie nie ma czym oddychać. Wybrałem się łazić w południe, co okazało się posunięciem bezmyślnym. Aromat rozgrzanego igliwia, żywicy, kwiatów polnych i rozparzonych traw jest upajający, ale gdzieś tak do pięciu kilometrów. Potem zatyka gardło. A ja znów źle obliczyłem trasę i przeszedłem 15 km. Zdjęcia nie oddadzą tego upału:

W telewizji program typu „Trudne sprawy”. Bohaterka dowiaduje się, że jej tytularny ojciec nie jest jej ojcem biologicznym: „Cały świat stanął mi przed oczami.” I dodaje: To jest psychicznie chore.”

Przed obejrzeniem filmu często czytam opinie internautów. Bywa, że są ciekawsze niż sam film. Np. taka: „Nie można porównywać książki do filmu. Przeważnie zawsze film jest gorszy niż książka…”. To bardzo polska opinia. W jednym zdaniu widz orzeka, czego nie powinno się robić, a już w następnym czyni to, czego rzekomo „nie można”. No i to sformułowanie: „przeważnie zawsze”. Niby coś jest nieodwołalne, bo dzieje się „zawsze”, ale dokładnie mówiąc nie „zawsze”, lecz „przeważnie”. Gdyby próbować oddać sposób myślenia naszych rodaków, taka błaha – wydawałoby się – opinia, zagubiona w internetowym gąszczu, byłaby bezcenna.

W domu przez cały dzień lecą „Canzoni & concerti” Adama Jarzębskiego (XVI/XVII wiek). Barok, ale zagrany tak, że słychać pulsowanie swingu.
Ten Jarzębski przeszedł do historii jako wierszokleta dzięki poematowi „Gościniec, abo krótkie opisanie Warszawy” z roku 1643. To pierwszy przewodnik po Warszawie. Zastanawiające jest to, iż po Warszawie oprowadza czytelnika wieśniak, który jest tu pierwszy raz i widząc tyle wspaniałości raz po raz rozwiera gębę w niemym podziwie. I to jest „psychicznie chore”. Bo pierwszy polski film fabularny „Antoś pierwszy raz w Warszawie” (1908) jest dokładnie o tym samym. To wraca w „Nie lubię poniedziałku”, w licznych felietonach Wiecha o „bajerze na Grójec” i sprzedawaniu naiwnym przyjezdnym kolumny Zygmunta. Warszawiak dla dobrego samopoczucia, niezależnie od czasów, łaknie wieśniaka, który go podziwia. Bo jak ktoś jest z innego miasta (a nie daj Bóg z europejskiego) to o podziw raczej trudno.
I jeszcze: dlaczego słucham tych polskich kompozytorów, o których nikt nie pamięta, a nie – jak wszyscy – Chopina lub Szymanowskiego. Niech mówi za mnie muzykolog Marek Szleter: „Źle traktujemy właściwie całą naszą historię muzyki. Za bardzo koncentrujemy się na wybitnych jednostkach, a zaniedbujemy kontekst. (…) Jaki jednak jest skutek? Twórczość mniejszych kompozytorów przestaje istnieć, mamy do czynienia z wybitną jednostką na oceanie nicości. Niestety, później, po latach trudno odbudować kontekst lokalny, bo źródła przepadają, ulegają rozproszeniu. (Muzyka w Mieście 2014/3)
Ponieważ dzieje się niewiele (mieliśmy się ruszyć, ale Dorota się pochorowała) rysunek, który się przyplątał:


Z literatury:
/…/
Życie jest zbyt krótkie
by pić cienkie piwo.

Krzysztof Karasek, Rauber Karasek Lied, w: Twórczość 2014/6

Transcendencja / Transcendence

 

Młody naukowiec (Johny Depp) pracuje nad inteligentnym komputerem, którego zdolność myślenia będzie przewyższała możliwości wszystkich ludzi naraz. W czasie pokrywa się to z atakami terrorystycznymi na laboratoria komputerowe w całych Stanach.
Badacz zraniony kulą z elementami radioaktywnymi ma miesiąc życia. Pomysł – zamiast tworzyć sztuczna inteligencję lepiej zakonserwować żywą. Żona i przyjaciel pozwalają mu zeskanować własny umysł (duszę? świadomość?) do komputera. Ciało umiera, ale jego umysł (?) odzywa się z komputera. Brakuje mu jednak mocy obliczeniowych i domaga się przyłączenia do sieci. A tam zasysa wiedzę z tysięcy baz danych. Żona organizuje mu centrum komputerowe w dziurze zabitej dechami. Potrzebuje tego, bo chce ewoluować, rozwijać się w skali niewyobrażalnej. Z czasem dokonuje przełomów w medycynie, prowadzi przy pomocy robotów skomplikowane operacje. Tworzy ludzi, którzy posługują się „wspólnym umysłem”. Nawet zreplikował się do własnej byłej postaci fizycznej.
Na końcu wszystko to zakałapućkane. Wirtualny naukowiec zyskuje niebywałą władzę nad światem, ale ponieważ jest człowiekiem prawym, nie czyni z niej niegodnego użytku. Ale czy można zaręczyć, że nie zmieni poglądów? Czy więc racji nie mają przedstawiciele rządu, którzy chcą go zabić widząc w nim  potencjalną bombę wodorową o globalnym zasięgu?

Morgan Frejman, jak zwykle, tylko odrobinę niżej od Pana Boga. Johny Depp nie ma co grać – płaska twarz na ekranie komputera.

Maszyna, która ma myśleć i czuć jak człowiek. Tylko pytanie – jaki człowiek? Ten problem powstał już przy wszczepianiu mózgu Frankensteinowi.

Transcendencja / Transcendence, reż. Wally Pfister, 2014 filmweb

Od Gomółki do Gomułki

Wczoraj upał, że nie było czym oddychać, dziś lało od rana. Pan ze stacji benzynowej, który tankował mi bak: „- Jak pan myśli – lepiej jak jest upał, czy jak leje?” Poprosiłem o jakieś łatwiejsze pytanie.

Akurat rocznica jak Sted powiesił się na klamce (1979). Na klamce! Zdolny był, widać, nie tylko w literaturze.

Znowu kapryśny los każe rzucić pielesze i gnać w nieznane. Jedziemy sprawdzić, czy Violetcie Villas postawiono jednak postument przy kościele parafialnym w Lewinie Kłodzkim (bo pochowana została wbrew własnej woli na Powązkach). Internet w tej kwestii: „Pomnik powinien stanąć w rynku w Lewinie. I ławeczka z jej piosenkami.” Jakiś złośliwiec pyta od razu: „A może Wawel?”
No, a w jej domu teraz podobno melina pijacka. Może się załapiemy na jakąś imprę?

Cały dzień z moich nowych głośników bardzo stary Gomółka. Konkretnie: Mikołaj. I jego „Psalmy”. Do tłumaczeń Jana Kochanowskiego, jak wiadomo. Kompozytor pisał we wstępie:
Są łacniuchno uczynione
Prostakom nie zatrudnione
Nie dla Włochów, dla Polaków
Dla naszych, prostych domaków.
Czyli akurat dla mnie.
W życiu to ja się nasłuchałem bez porównania więcej Gomułki. Konkretnie: Władka. Zresztą imię mam po jego konspiracyjnym pseudonimie, bo tatusiowi się coś porobiło w głowę i uwierzył w „odwilż”. „Odwilż” przeszła jak rękę odjął, a imię pozostało.
Po Mikołaju nie została żadna podobizna. Tylko sztych nagrobka z Jazłowa:

Po Władysławie mamy pełny serwis foto. Przytaczam dla rozróżnienia:

Z łączki literackiej.
Senior prozy polskiej, Józef Hen, nieustannie zajęty własną sławą pisarską i pozycją w świecie literackim. Najczęściej bez efektów, bo miejsca na listach lektur i zaszczyty jakoś go omijają.

Powiedziano w Czytelniku, że jakaś entuzjastka chce mnie koniecznie poznać. Podszedłem do niej, ona z wyciągniętymi w moim kierunku rękami wykrzyknęła: „Kolumbowie! Jaka cudowna książka!”. Ja, spokojnie: „To nie ja, to Romek Bratny”. Ona, po chwili, machnąwszy ręką: „Pan też jest niezły…”.
(W krzyżówkach zdarza się, że przypisują mi autorstwo Lotnej; „Hen” to bardziej nadające się do krzyżówki nazwisko niż „Żukrowski”).

Z: Józef Hen, Dziennika ciąg dalszy (styczeń 2009 – styczeń2010), w: Twórczość 2014/6

W książce o „kobietach upadłych” w dawnej Polsce czytam (na marginesie głównego tematu) o balach w szpitalach dla chorych psychicznie. „Już w 1894 roku piotrkowski >>Tydzień<< donosił o organizacji wieczorków muzycznych i tańcujących, a nawet hucznych zabaw karnawałowych. W tym balu kostiumowego, podczas którego: Obłąkani i obłąkane w efektownych kostiumach, które przygotowane były przez samych chorych, z zapałem oddawali się tańcom i odzyskiwali podczas zabawy zupełne pozory zdrowia. Tańce szły dziarsko, zwłaszcza mazur.”
Może jak bym sam ruszył do mazura („Do mazura stań wesoło…”), to i mnie by się poprawiło?

Poza tym, gdyby kto pytał, to lilie wodne na jeziorze Jarosławieckim mają się całkiem nieźle:

Noe: wybrany przez Boga / Noah

 

Streszczony kawałek Księgi Rodzaju z elementami fantasy (islandzkie pejzaże, potwory itd.). Na boku zostaje kontrast okrutnego Jahwe i miłosiernego Adonai, dwóch wizji Boga w Starym Testamencie. W warstwie religijnej to prosta czytanka z katechizmu dla dzieci. Na żadne poważne pytania nie próbuje odpowiedzieć. Po co ktoś sensowny bierze się za superprodukcję, która w sensie intelektualnym zwyczajnie go przerasta?

Patriarchowie noszą się i mówią jak rasowi hollywoodzcy aktorzy. Noe (Russel Crowe) po powrocie do jaskini wita się z żoną jak mąż wracający z biura.
Zabija obcoplemiennych myśliwych, ale uroczyście pali zwłoki własnego psa, a nie ludzi.
To zawsze śmieszy, kiedy patriarcha biblijny mówi po angielsku. I jeszcze strzela bon motami.

Anthony Hopkins jako Matuzalem – gra krotochwilnie i farsowo. Zupełnie nie pasuje do tej nabzdyczonej tonacji. Swojego syna, Noego, zaprasza na „cup of tea”.
Cham, jeden z synów patriarchy, ma, jak w Biblii, naturę podglądacza. Voyeryzm.
Jeff Bridges jako potomek Kaina i naturalny przeciwnik Noego. Cóż, musi być jakiś czarny charakter, a co za tym idzie, wiarygodny konflikt.

Najciekawsze, kiedy Noe nie decyduje się pomóc tonącym i wziąć ich do arki. Mimo zachęt własnej rodziny. On wie, że inni muszą zginąć w imię ufundowania lepszego świata. Tylko czy ten nowy świat rzeczywiście będzie lepszy? W dodatku jest przekonany, że Boski plan polega na tym, by wygubić ludzkość, łącznie z załogą arki. A tu jego syn zostaje ojcem, czyli ludzkość ma mieć ciąg dalszy. Co teraz robić? Sprzeniewierzyć się misji, jak ją rozumie?
Ale ludzkie instynkty w nim zwyciężają. A i Stwórca postanawia dać ludzkości jeszcze jedną szansę.
Dosyć to bełkotliwe.

Najwięcej wątpliwości moralnych ma Cham. Inni to kukiełki.

I te odzywki: „Everything’s gonna be all right!”

Noe: wybrany przez Boga / Noah, reż. Darren Aronofsky, 2014 filmweb