Archiwa kategorii: Z czytnika

Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk „Nieprzysiadalność. Autobiografia”

Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk „Nieprzysiadalność. Autobiografia”:

Poeta wspomina z odrazą, jak prowadził „Pegaz” w TV. Raz byłem gościem, napisałem książkę o „W pustyni i w puszczy”…
Cytaty:

Jak ludzie na mnie patrzą, to myślą, że ja cały czas piję wódkę i wiersze przychodzą mi nie wiadomo skąd. A to ciężka robota.

U nas się gazet nie wyrzucało, czytało się stare gazety.

Młody byłem, spotykałem różnych buddystów, różnych świadków Jehowy, różnych innych, nie urzekało mnie to. To zawsze był zestaw reguł. To zawsze było coś, czego się należało trzymać, bo inaczej się przepadnie.

Czytaj dalej…

Piotr Stankiewicz „Sztuka życia według stoików”

Piotr Stankiewicz „Sztuka życia według stoików”:

Kolejny materiał do medytacji. Jak się czyta – proste jak drut. W zastosowaniu – wręcz przeciwne.
Cytaty:

Tylko na przyszłość możemy oddziaływać, tylko ją możemy starać się kształtować. Nie powinniśmy więc koncentrować się na tym, co było, nie powinniśmy przesadnie rozpamiętywać przeszłości. Ona jest już zamknięta i od nas niezależna. Cała nasza energia, wszystkie myśli i wysiłki powinny być skierowane wyłącznie w jednym kierunku: ku przyszłości.

Niekoniecznie uda nam się dojść do szczytu drabiny, ale zawsze zdążymy wejść o jeden szczebelek wyżej.

Czytaj dalej…

Dorota Masłowska „Więcej niż możesz zjeść”

Dorota Masłowska „Więcej niż możesz zjeść”:

Felietony okołokulinarne z pisma „Zwierciadło”.
Cytaty:

Lubię barwność i wielowymiarowość świata przejawiającą się w posiłku, mnogość wątków, które spotykają się podczas krojenia melona z Ekwadoru na desce z Chin i gryzieniu go polskimi ustami w Niemczech.

Gdy zrobi się zimno, ciemno, brudno i nudno, z jesionek w korytarzu – kap, kap – turlać się będą krople deszczu, a cichy jęk kaloryferów, ambient odległych telewizorów, zawodzenia tramwajów i dym papierosowy z sąsiedniego bal‐ konu, na którym sąsiad melancholijnie wpatruje się w światła miasta, odbierze resztki nadziei, że to po prostu chłodny, deszczowy dzień wakacji…

Czytaj dalej…

Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”

Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”:

Cytaty, cz.2:

Pytałem, jaki jest mój numer telefonu, pod który gość dzwoni, i jak gość z drugiej strony tego numeru był na tyle rezolutny, żeby go podać, czyli inaczej mówiąc, miał IQ wyższe niż numer kierunkowy do stolicy, potrafił wygrać skuter. Było totalnie.

Staszewski tego dnia zabrzmiał jak rymujący Władimir Wysocki. To było ryzykowne posunięcie. Mówiąc językiem kierowców, wokalista wjechał na późne pomarańczowe.

Czytaj dalej…

Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”

Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”:

Brawura i anegdota. Trudno się oderwać.
Cytaty, cz. 1:

Piszę o ludziach, których znałem i których kochałem”. Uwielbiam to zdanie z Pięknych dwudziestoletnich Marka Hłaski. A więc – jak typowy Polak na wczasach all inclusive, zwanych przez rodzimych poliglotów ol ekskjuzmi – kradnę z bufetu to, co mi się podoba. Podobnie jak wszystkie następne – „Życie, które mi dano, jest tylko opowieścią, ale to, jak ją opowiem, jest już tylko moją sprawą”. A więc, mówiąc szczerze, jestem pomyłką. Błędem adresowym. Kosmicznym spamem. Źle doręczoną przesyłką. To ostatnie to chyba najtrafniejsze zdanie w całej mojej historii.

Kariera autora talk-show jest jak kariera prostytutki. Najpierw robisz to dla przyjemności, potem dla przyjemności innych, a w końcu dla kasy.

Czytaj dalej…

Umberto Eco, Jean Claude Carriere „Nie myśl, że książki znikną”

Umberto Eco, Jean Claude Carriere „Nie myśl, że książki znikną”:

Dwaj znawcy kultury i bibliofile wychodzą od fenomenu książki, ale to prowadzi ich znacznie dalej.
Cytaty:

To, co nazywamy kulturą, jest w istocie długotrwałym procesem selekcji i kontroli.

Różnorodne formy książki nie zmieniły jej funkcji ani zasadniczych struktur składniowych od ponad pięciuset lat. Odkąd istnieje książka, nie opracowano właściwie jej doskonalszej wersji. Podobnie jest z łyżką, młotkiem, kołem bądź dłutem. Nie da się przecież ulepszyć łyżki.

Czytaj dalej…

Piotr Nesterowicz „Cudowna”

Piotr Nesterowicz „Cudowna”:

Coś niebywałego. Trudno się oderwać. Reportaż z objawień z Zabłudowa (Białostockie) z roku 1965. Ile zła przyniosły prawie wszystkim zaangażowanym. I że tam i wtedy po prostu nie mogło być inaczej. Detalicznie i na przykładach. Generalnie znacznie lepiej by było, żeby się Matka Boska na Podlasiu (i w innych miejscach też) nie objawiała, bo tylko wszystko psuje.
Cytaty:

Trochę się bała, zbliżał się zmierzch, a las był blisko. Rozglądała się na boki, strzelała oczami, czy spomiędzy drzew coś nie wyskoczy. Zanim słońce schowało się za laskiem, miała pełen fartuch liści. Nie doniosła ich do domu. Poraziła ją jasność. Zobaczyła świetlisty punkt, który się do niej zbliżał, a w jego blasku postać wysokiej kobiety ubranej w białą suknię i niebieski płaszcz. Kobieta unosiła się w powietrzu, niezbyt wysoko nad ziemią. Przerażona dziewczynka odwróciła się i uciekła. Do domu wpadła zdyszana i zapłakana. W fartuchu miała resztki szczawiu.

Do proboszcza poszła po dwóch dniach. Chociaż do plebanii miała tylko dziesięć minut drogi, wcześniej nie było na to czasu. – Ludzie byli wynajęci do posadzenia kartofli, i uważam, że posadzenie kartofli jest ważniejsze od powiadomienia księdza o objawieniu córki

… swoim wikariuszom wyjaśnił, że jego zdaniem wersje powstania cudu mogły być dwie: pierwsza to halucynacja Jadwigi, której matka wmówiła cud; druga – że ktoś zapłacił Marii Jakubowskiej za rozpowszechnianie tej wiadomości, a ona połasiła się na pieniądze, nie zdając sobie sprawy z możliwych skutków.

Kiedy Jadwiga powiedziała, że Matka Boska idzie, Halina zobaczyła serce na niebie. Olbrzymie, różowe, tuż pod słońcem. Potem w środku tego słońca pokazał się żłóbek Pana Jezusa. – Tu po bokach stały dwie osoby, ku górze biegły trzy promienie – rysuje to, co wtedy widziała. Jadwiga zapowiedziała, że Matka Boska będzie wszystkim błogosławić. I rzeczywiście, Halina zobaczyła bombki, żółtawe, zielonkawe, seledynowe i niebieskie; powoli opadały z góry niczym wielkie bańki mydlane. Zatrzymywały się nad głowami ludzi i pękały.

Zabłudów miał wprawdzie czternaście ulic, ale zaledwie nieliczne pokrywał bruk, liczba świń w gospodarstwach dorównywała liczbie mieszkańców, a na niemal trzysta domów tylko kilka miało dostęp do wodociągu i kanalizacji.

W sęczku brzozowego krzyża widziałam Matkę Boską Bolesną, a mój dziadek widział Pana Jezusa w cierniowej koronie. – To samo dostrzegały dziesiątki innych pielgrzymów. Kobiety przychodziły na łąkę w jasnych chustkach na głowach, chociaż i tak wiatr rozwiewał im kosmyki włosów, które niesfornie wymykały się spod materiału. Jeżeli któraś była bez chustki, znaczy bardziej zamożna,

Z płóciennych toreb, wiklinowych koszy i skórzanych teczek wyciągali chleb, kiełbasę i gotowane jajka, rozkładali je na chustach i obrusach z gazet. Obok ustawiali termosy z herbatą i butelki z oranżadą zamykane na ceramiczne kapsle. Ci lepiej przygotowani mieli ze sobą koce. Niektórych morzył upał, tłum na łące, siła religijnego przeżycia, a może i wódka. Zasypiali na kocach lub na ziemi w cieniu motocykli i fur. Na łące panowała atmosfera skupienia. W końcu to było cudowne miejsce.

Marian Sidz zamiast rozśpiewanych wieczorów pamięta brud i smród. Jako przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Zabłudowie codziennie jeździł rowerem na miejsce cudu. Obserwował. – Tam był taki smród, ojej, bił pod niebiosa. Niedaleko od cudu odchodzili się załatwiać, bardzo niedaleko. W tych polach to przecież było pełno kału. Służby sanitarne zrobiły odkażanie. Przywieźli beczki z wapnem. Wielu się na to krzywiło.

Krzyże na łące stały miesiąc. Zniknęły 10 lipca 1965 roku razem ze wzniesioną noc wcześniej drewnianą kapliczką. To powiatowy Wydział Budownictwa, Urbanistyki i Architektury w Białymstoku zlikwidował nielegalne obiekty sakralne.

Pietraszki, Piatienka, Kożany – tych źródeł wokół Zabłudowa jest tyle, że można by uznać, iż pod gminą rozciąga się wielki podziemny zbiornik z wodą o leczniczych właściwościach. Źródełko na zabłudowskiej łące leczyło wszystkich i ze wszystkiego.

Woda leczyła także ze ślepoty. – Ujrzałem świat, którego nie widziałem od kilkunastu lat! – krzyczał Ziutek „Lodziarz” z Bielska Podlaskiego po przemyciu oczu wodą. A że był biedny, ludzie na łące chętnie ofiarowywali mu datki. Na dworcu autobusowym w Bielsku wysiadł z dużą papierową torbą. Czekała na niego żona. Uzdrowiony sięgnął do torby i podał jej garść pełną bilonu. Ziutek „Lodziarz” naprawdę nazywał się Józef Wójcik i był szewcem, naprawiał obuwie w Bielsku jeszcze przed wojną. Przez jakiś czas sprzedawał też lody, stąd przezwisko. Biedny rzeczywiście był, z trudem starczało mu na alkohol. Żona Anna też była alkoholiczką. Kumple od kieliszka mówili, że kiedy zabrakło wódki, to piła wodę kolońską. Józef podobno przywiózł z Zabłudowa w papierowej torbie kilka tysięcy złotych.

Kiedy w lipcu 1949 roku obraz Matki Boskiej w Lublinie zapłakał czarnymi łzami, płakać zaczęły również obrazy w Jastkowie, Tucznie i Piszczacu, a także w położonych dalej Pruszkowie i Wyszkowie. W 1959 roku rozbłysnęła kopuła kościoła na Nowolipkach w Warszawie, a wkrótce tego samego doświadczyły warszawskie świątynie na placu Zbawiciela, placu Trzech Krzyży i na Krakowskim Przedmieściu. Kiedy w 1984 roku na pniu topoli w Puławach pojawił się wizerunek Maryi, cudowne wizerunki objawiły się na topolach w Kraśniku Fabrycznym i Kraśniku Starym. W Karczewie kora przybrała postać całej Świętej Rodziny, a tynk na murze – kształt Matki Boskiej. Z kolei w Przasnyszu postać Maryi pojawiła się na szybie, a w Mirachowie – w podziemiu zrujnowanej kaplicy. Według jednych taka erupcja cudownych zdarzeń świadczy o prawdziwości tego oryginalnego, pierwszego cudu, według innych tylko potwierdza socjologiczny fenomen eksplozji religijnej histerii.

15 czerwca: Jaziewo, dwadzieścia kilometrów od Augustowa. Wybrańcem Matki Boskiej jest trzydziestotrzyletni Edward Bąkart. Potem przy pomocy kilkunastu osób stawia dwa krzyże. Na miejsce objawienia przychodzi pięćset osób. Ten sam dzień, Mogilnice, dwa kilometry dalej. Matka Boska ukazuje się Honoracie Kapli, żonie sołtysa i członka ZSL, między zabudowaniami gospodarczymi. Jej słów słucha osiemdziesiąt osób, następnie ustawiają krzyż. 16 czerwca: Matkę Boską widziano dziesięć kilometrów na północ od Mogilnic i Jaziewa, we wsi Motulka. Objawienie ma też rolnik z Suska Nowego pod Ostrołęką, Mierzejewski, który w czasie pracy na polu patrzy na słońce. – Widzę Jezusa w promieniach słońca! – krzyczy. 23 i 24 czerwca: kobiety po wyjściu z kościoła mają objawienia – w Muszyńcu dwa razy, w Gaworowie raz. – Prawdziwy cud musi mieć dużo wiernych, którzy pięknie śpiewają pod wysokimi krzyżami i chorągwiami, a u ich stóp leżą laski niewidomych – mówi jedna z mieszkanek Zabłudowa. Zabłudowski cud czynił wszystko, by sprostać tej definicji.

Nawet koło gospodyń ze wsi Ponikiew Mała spod Ostrołęki posłało swoją przedstawicielkę. Przewodnicząca koła najpierw sama wszystko obejrzała, a po powrocie zorganizowała wycieczkę gospodyń. Inni obwoływali się samozwańczymi emisariuszami i wieść o cudzie głosili w okolicznych miejscowościach. Mieczysław Waszkiewicz, dwudziestoczterolatek z Tykocina, 12 lipca na dworcu PKP w Białymstoku zachęcał do obejrzenia cudu w Zabłudowie każdego, kto przystawał, by go posłuchać. Aresztowała go milicja i skierowała na badania psychiatryczne.

Co można było robić w Zabłudowie? Kupić w kiosku „Nową Wieś” albo „Gromadę – Rolnika Polskiego”, tyle że mało kto czytał. W województwie białostockim statystyczny mieszkaniec w roku kupował dwadzieścia sześć gazet i osiem czasopism. Wypożyczyć książkę? Ale ile razy można czytać hit biblioteki, Trylogię Sienkiewicza? Więcej emocji dostarczała zabawa, w czasie której cudownie uzdrowiony kaleka odrzucał kule i zaczynał tańczyć.

O szesnastej poruszenie. Jadwiga wychodzi z ojcem z domu, wsiada na furmankę i jedzie na łąkę. Tam Zygmunt podnosi ją na rękach i pokazuje trzystu osobom zgromadzonym wokół krzyży. Potem sadza ją na furę i wracają do domu. Wieczorem najwierniejszych spotyka nagroda. Maria otwiera okno i Jadwiga na chwilę do nich wygląda.

… w 1949 roku. Tamten cud objawił się w lubelskiej katedrze 3 lipca po południu. Maryja z kopii obrazu jasnogórskiego zapłakała krwawymi łzami. Wieść błyskawicznie obiegła Lublin, księża z trudem zamknęli wieczorem wrota kościoła, a rano, przed piątą, czekała już przed nimi kolejka. To nie był dobry czas dla cudów.

Na organizowane w mieście masówki zapędzano robotników nie tylko z Lublina. Na transparentach nieśli hasła walki z „ciemnogrodem”, „obskurantyzmem” i „fałszywymi cudami”. Na ulice miasta codziennie wychodziło dwustu agitatorów, trzysta osób donosiło o nastrojach, w teren wyjechało tysiąc trzystu aktywistów. Prowokacje i aresztowania duchownych oraz świeckich były na porządku dziennym.

W 1954 roku w Zdziarze Wielkim nieopodal Płocka w trosce o plony rolników milicja blokowała drogi i zabraniała nocować pielgrzymów, którzy próbowali dotrzeć do przydrożnej kapliczki, gdzie figura Matki Boskiej wedle doniesień płakała, krwawiła ze stóp i poruszała się. Podobnie było cztery lata później w Radziejowie. Tam mimo kordonów i aresztowań w ciągu kilku tygodni kilkanaście tysięcy ludzi przybyło zobaczyć Maryję ukazującą się na wierzbie. Czasami wystarczały proste rozwiązania, jak w 1958 roku w Chełmku, gdzie pośpiesznie wymieniono szyby w oknach szkoły podstawowej, na których ukazały się postaci Matki Boskiej i Chrystusa.

Pewnego razu w gospodzie Michał Pilecki wymachiwał rękami i krzyczał: – Ten pieprzony cud należało wcześniej zlikwidować. Dobrze zrobili, że zalali to miejsce chlorem i wapnem! – Pilecki wierzył w Boga, ale nie w cud. – W księży oszustów też nie wierzę. A Jakubowskim te daremne pieniążki już się skończyły i więcej nie będzie – cieszył się. Pilecki był pijany, ale w Zabłudowie coraz więcej osób zgadzało się z opiniami Boguszewicza i Macewicza.

Dorobiłam się za pieniądze z cudu, mówią niektórzy, nawet po czterdziestu dziewięciu latach. Nigdy bym nie pomyślała, że objawienie wyzwoli taką falę złych emocji. Wszystkich wobec wszystkich.

Pieniądze od wiernych miał zbierać Józef Polikarp, pod pretekstem odszkodowania za zniszczone pole, choć nie miał ziemi. Włodzimierza Gołubowskiego o okradanie krzyży z dewocjonaliów oskarżali Edward Powichrowski oraz Klaudia i Lidia Obukowicz.

Administratorowi apostolskiemu diecezji białostockiej objawienie w Zabłudowie nie było na rękę. Trudno mu było zająć jednoznaczne stanowisko wobec samego zjawiska. Z jednej strony wielu księżom bliska była ludowa religijność, kult maryjny oparty na publicznych celebracjach, wierze w nadprzyrodzone zjawiska, a masowość i żarliwość pielgrzymek do Zabłudowa imponowały. Równocześnie nie mógł pozwolić, by dewocyjni parafianie sami kształtowali postawy wiernych i decydowali za hierarchę o tym, co jest cudem. Jednak nie chciał kategorycznie się sprzeciwiać, by nie doprowadzić do niesnasek i buntów.

Proboszcz został wezwany na rozmowę do Wydziału do Spraw Wyznań. Nie miał się czego obawiać, w końcu podobne rozmowy odbywało wielu księży, jednak on się martwił. Nie znał Ludwika Sikorskiego, nowego kierownika wydziału, który objął to stanowisko rok wcześniej. I nie zdawał sobie sprawy, że Sikorski był doskonale zorientowany w tym, co działo się na plebanii w Zabłudowie, ponieważ docierały do niego informacje przekazywane przez dwóch wikariuszy tamtejszej parafii: księdza Bronisława Poźniaka, tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie Janek, i księdza Czesława Czerwińskiego pseudonim Czesław.

„Cudowna” dziewczynka stała się fetyszem – podsumował zaniepokojony biskup. – Tak dłużej z tym cudownym miejscem być nie może. Opracowałem list, ale po rozmowie z tobą doszedłem do wniosku, że trzeba napisać ostrzej. Zredagował tekst w obecności Poźniaka. – Nie pozwolę, by takie dziecko udzielało błogosławieństwa – podał kartki swemu wicekanclerzowi.

Ja jestem nerwowo wyczerpana tym objawieniem, bo co dzień koło domu przechodzą ludzie i pytają o cud. Jak mówię, że żadnego cudu nie było, to mnie wyzywają od Judaszów – żaliła się Waleria.

Ja nie chcę pieniędzy, gdyż mojej córki chrzestna – miała na myśli Jadwigę Kuprianowicz – powiedziała, żebym ja za te zebrane pieniądze kupiła sobie sznurek i powiesiła się na nim.

Poznała go w Warszawie przy wybiegu dla niedźwiedzi. Poszła do zoo z koleżanką, z którą mieszkały na stancji. On był z bratem stryjecznym. Weszli do ogrodu, chłopcy kupili im lody. Spotykała się z nim przez dwa lata. Bardzo jej się podobał, miły, nie pił, nie palił, sierota, pracował w Ochotniczym Hufcu Pracy. Była szczęśliwa. Mimo to kilka razy próbowała zerwać znajomość. Nie planowała małżeństwa. Kiedy wychodziła z klasztoru, nastawiała się na życie odosobnione, jako osoba świecka przy zakonie. Ale on był bardzo troskliwy. Chociaż z domu dziecka, bez rodziny, to wydawało się jej, że sobie wspólnie poradzą. Związała się z nim, bez ślubu.

Ale między awanturami było inaczej. – Tadzieńku, Jagusiu – słyszeli pod oknem sąsiedzi. – Oni najpierw siedzieli razem w kuchni i zgodnie grali w karty, a dwa dni później on ścigał ją z kołkiem po podwórku – wspominają.

Dzisiaj nie mam ludziom za złe tego, co mówili. Jak mnie przezywali „cudowną” i „świętą”, na tatę mówili „ojciec święty”, moje dzieci długo od „cudaków” wyzywali. Nie mam żalu.

A może miejscowi żałują, że cud w Zabłudowie się nie udał, że nie obrósł w kaplice, kościoły, klasztory, nie napęczniał dziesiątkami orędzi powielanych w setkach egzemplarzy?

Żeby chociaż kościółek, w którym ksiądz odprawiałby msze, jak w Okoninie koło Grudziądza. Tam na łące Krzysztofa Czarnoty miały miejsce wszystkie chyba rodzaje cudów: figura krwawiła z serca i poruszała oczami, na korze wierzby pojawiły się cudowne obrazy i postaci, mnożyły się różańce, słońce wirowało, roztaczały się wspaniałe zapachy, śpiewały chóry anielskie, woda ze źródełka leczyła, a Krzysztof Czarnota przez siedem lat doznawał objawień i czerpał z uzdrawiającej energii. Pozostał po tym wyraźny ślad, kilkadziesiąt orędzi, apostolat i grupy modlitewne oraz nieduży bielony kościółek, w którym msze odprawia emerytowany ksiądz. Na łące w Zabłudowie jest tylko malutka kapliczka na postumencie, na stalowych prętach powiewają flagi, nie ma kościoła, w którym msze odprawiałby ksiądz, mógłby być nawet emerytowany lub relegowany z Kościoła. Nie ma klasztoru ani domu pielgrzyma. Miejsce jest skromne…

… prawie wszyscy byli przeciw mnie. Wiedziałam, że wielu zwątpiło w objawienie. Podejrzewali, że urodziłam dziecko w klasztorze. Że rozbiłam małżeństwo Tadeusza. Mieli pretensje, że się rozwiodłam, a potem wciąż zajmowałam się mężem. A robiłam to, co każdy katolik powinien uczynić. Nie miał co jeść, nie miał co pić. Nieważne dlaczego, że przepił czy że go okradli. To bliźni, który potrzebował pomocy.

Paweł Reszka „Płuczki”

Paweł Reszka „Płuczki”:

O „kopaczach złota” w Bełżcu i Sobiborze.
Cytaty:

Ja: – Ale ludzie wiedzieli, co się tam działo w czasie wojny? Córka: – To na pewno wiedzieli, że tam Żydzi byli zabijani. Ja: – A czy może pani zapytać mamę, czy jej zdaniem szukanie tam złota to było coś złego? Córka: – Mamo! A to było coś złe czy dobre? Matka: – Gdzież dobre?! Śmierdziało!

Zawsze się kupą chodziło. Takie spółki tworzyliśmy. Trzech, czterech. Ja chodziłem z braćmi tej ciotki żony. Kupą, bo dół przecież trza było łopatami wykopać. W tym spalonym się przebierało. A chodził, kto tylko mógł. I dzieci, i stare (śmiech). Było może z pięćdziesiąt ludzi na polu. I od nas, i z sąsiednich wsi. Ja żem tam był codziennie. Nie pamiętam, ile razy, dużo.

Kiedyś dwóch takich od nas przyszło do mnie rano i wołali, żeby iść na Kozielsko. Nie poszedłem. A im się poszczęściło. Znaleźli taki pas, na przepuklinę czy na coś, a w nim dolarów pełno. Jeden to plac kupił w Bełżcu i tam się potem pobudował. Ale żonę wziął stąd. Cichy taki był, stróżował trochę. A jego kolega wszystko przepił.

W niedzielę kopano? Edmund: – Nie, niedzielę trzeba było uszanować.

– Kopanie tam to był grzech? Ale księża nic nie mówili. – Może nie wiedzieli?

Trafiały się miejsca, gdzie były ciała. To cięli je łopatami i na bok, i na bok. Wytrwały człowiek musiał być, aby tam kopać. Różowa masa, między tym kości, głowy. Mówili na to rąbanka. Łopatami i na bok. Człowiek to jednak jest straszne stworzenie. Gdybym był większy, to też bym kopał.

Ludzie już później mówili, że te pieniądze z Kozielska są niedorobne. To znaczy, że niczego się na nich nie dorobisz, bo to ludzka krzywda. Ale ja w to nie wierzę. Ludzie nie umieli pieniędzmi zarządzić.

Widziałem wykopany dół, wyciągali trupa, jeszcze żywe ciało. Jeden ręką za włosy trzymał i rydlem, znaczy szpadlem, walił w szyję, żeby głowę obciąć, bo jeszcze się trzymała korpusu. To właśnie była rąbanka. Bo rąbali. Potem szczękę wyłamał i do kieszeni. Po ząbku przecież nie wyjmował. I potem jeszcze brał kawałek chleba, słoninę, co ją miał w kieszeni w szmatę zawiniętą, i jadł w tym wszystkim, tymi ręcami, co grzebał. Mówię, jak było.

Żeby tych Żydów Niemiec nie wydusił, toby Polaki nie mieli co robić w Polsce. Byłaby żydownia. Jako łepek słuchałem, jak gospodarze gadali. Żydzi zniszczyliby wszystkich, pieniądze mieli, pożyczki dawali, a jak chłop nie oddawał, zabierali świnię i już. Krew innych im wyszła, spotkała ich kara. Jakby nie było, sprawiedliwość jakaś musi być. Com słyszał, to mówię.

Pewnie, że grzech to był. Ksiądz wiedział, że ludzie chodzą, i na kazaniu kiedyś mówił, że to nieuczciwe. I człowiek młody był, głupi i bał się, że to grzech. A to nikt na to uwagi nie zwracał. Raz się z tego spowiadałem i więcej już nie. Że na cmentarz chodzę, powiedziałem. A co będę wciąż gadał księdzu, jak on i tak wiedział wszystko?

Mamusia opowiadała, że ludzie to nawet wymieniali te pieniądze, co mieli z Kozielska. Z tymi, co pracowali gdzieś i mieli swoje pieniądze z pracy. Chodziło o to, żeby tymi krwawymi nie płacić. Jak ludzie zaczęli tam zbierać złoto, to w Bełżcu pijaków się dużo porobiło. I tyle z tego było.

Jako historyk uważam, że Niemcy jakoś zdemoralizowali Polaków. Czy są winni tego, że Polacy kopali w obozie? Tak. Sądzę, że Niemcy spowodowali zezwierzęcenie Polaków. Ich ideologia, ich praktyka. To, że mordowali Żydów. I ludzie uznali, że można ich potraktować podobnie jak Niemcy. Oczywiście nie zabijać, ale ograbić ze złota. Staram się patrzeć oczyma tamtego okresu.

Człowiek, który kopał na cmentarzu, by obrabować zamordowanych w obozie zagłady, nie grzebał w spalonych zwłokach, on przeszukiwał żużel albo węgiel, nie kawałkował łopatą ciał, tylko ciął rąbankę. Ten język chronił kopaczy przed nimi samymi. Pomagał podtrzymać iluzję, jesteśmy dobrzy, jesteśmy uczciwi, to nic takiego. Ale przecież z moralności wyłączone było nie tylko przeszukiwanie zwłok. W czasie okupacji i po niej wyłączeni byli z niej Żydzi, cała grupa etno-religijna. Zabić Żyda nie było działaniem złym, tylko obojętnym moralnie.

Weszli Niemcy. Najlepszy uczeń Samuela przyszedł do jego domu i zaprowadził go na Gestapo. Tam mąż prababci zginął. Nie wiem, czy uczeń nienawidził swojego nauczyciela, nie musiał, może nawet doceniał edukację, którą od niego otrzymał. Był Ukraińcem, patriotą i dla niego walka o wolną Ukrainę oznaczała pozbycie się Żydów i kolaborację z Niemcami.

„Nigdzie nie pracujo, co dzień kręco się i kopio na wymienionym placu, szukajo, znajdujo różne przedmioty, które zaraz zbywajo, a skupuje od nich Antoni Kowal wraz ze swoją żono. Żona Kowala co jakiś czas (dwa tygodnie) wyjeżdża pociągiem, nie ma jej kilka dni, gdzie, nieustalono, lecz w przypuszczeniu, że jeździ zbywać zakupiony złom złota” – jesienią 1958 roku pisze w notatce służbowej oficer dyżurny Komendy Powiatowej MO w Tomaszowie.

Słyszałem wiele razy, że to biedny region, że po wojnie ludzie nie mieli pieniędzy, pracy, szli do Sobiboru. Staram się to zrozumieć. Ale nie jestem w stanie wybaczyć.

Jest wieczór, ostatni dzień sierpnia 1978 roku. W zasadzce zatrzymany zostaje Stefan Woźniak, sierżant z pułku czołgów, oraz Krystyna Gołąb, właścicielka sklepu o asortymencie mydlarsko-farbiarskim, oboje zamieszkali we Włodawie.

Latem 1978 roku do Sobiboru przyjeżdżają filmowcy. To francuska ekipa, dokumentaliści. Oprowadza ich miejscowy. W czasie wojny pracuje na stacji kolejowej, jest robotnikiem, potem pomocnikiem zwrotniczego. Widzi transporty, dym z płonących stosów zwłok, słyszy krzyki. Za kaplicą, Stałym Punktem Odniesienia, filmowcy zauważają doły. Jest ich kilka. Reżyser, przez tłumaczkę, pyta przewodnika: – Czy są tu hieny? Ten udaje, że nie rozumie. Reżyser pyta ponownie. – Nic mi na ten temat nie wiadomo – odpowiada przewodnik. – Ludzie tu kopali, ale po wojnie, teraz już nie. – Więc co oznaczają te doły? – docieka reżyser. – Pojawił się szkodnik, który niszczy las, w ten sposób pobierane są próbki – odpowiada przewodnik. Reżyserem jest Claude Lanzmann, w Sobiborze kręcił sceny do swojego epickiego dokumentu Shoah. Potem, w trakcie procesu sierżanta i sklepowej przewodnik wyjaśni, dlaczego wtedy skłamał. „Jako Polakowi było mi wstyd, że Polacy szukają złota na terenie obozu wśród prochów ludzkich”.

Wiosna 1985 rok. Milicja zatrzymuje emeryta, bezrobotnego robotnika i dwóch rencistów. Wszyscy z Lublina. Łapią ich, gdy nocą kopią niedaleko kopca. Wypełnili już jeden worek ziemią z kośćmi, chcieli go zabrać ze sobą i przeszukać w Lublinie. Wyjaśniają, że znajomy z miasta opowiedział im o tym, jak łatwo można zarobić w Sobiborze. Jest tu złoto, trzeba tylko trochę odwagi. Dostają po dwa lata.

Po prostu to, za co został skazany, według ludzi, znajomych, sąsiadów i mnie też nie było przestępstwem. W tym miejscu, gdzie miał kopać, był przecież las. Nie było żadnej tabliczki. Nie było żadnego znaku.

O złocie ludzie mówią między sobą najchętniej. Na przykład o człowieku z sąsiedniej wioski, który zaraz po wyzwoleniu wiele dni siedział w latrynie obozowej, przykryty deskami, i warstwa po warstwie przeszukiwał fekalia. Rodzina przychodziła po urobek. Albo o tym, co można było znaleźć, jak się uprawiało pole niedaleko obozu. Kosztowności same wychodziły z ziemi. Albo o tym, jak po wojnie na części obozu sadzili las i ludzie biegli za pługiem, patrzyli, czy brona nie wywlecze na powierzchnię czegoś błyszczącego, prawie bili się między sobą.

Synowa stara się zrozumieć. – Niemcy przynieśli pogardę dla Żydów i ona w tych ludziach została. Żaden z nich nie poszedłby kopać na katolickim cmentarzu. – Tu niedaleko w lesie jest grób pilota rosyjskiego i nikt go nie rozkopał – wtrąca syn.

Wielu się z niego śmiało, że dał się posadzić – mówi synowa. Za to nie śmieli się z sąsiadów, do których w nocy przyjeżdżali wachmani z obozu, Ukraińcy. Gospodarz zostawiał ich z córką, wychodził z izby, by nie przeszkadzać. – Stręczenie? Nie, to złe słowo – mówi syn Antoniego. – Żołnierze po prostu płacili pieniądze za usługę seksualną i koniec. Nikt tej pani potem specjalnie nie dokuczał, raz tylko słyszałem, jak w jakieś kłótni, długo po wojnie, inna z sąsiadek krzyknęła jej: dorobiłaś się na dupie za czasów niemieckich. Ale to wyjątek.

„Kończy się pasmo lasu, zbliżamy się do obozu żydowskiego odległego o półtora km od polskiego. Spomiędzy drzew widać niewielkie wzgórze, które, o zgrozo, zasłane jest dziesiątkami ludzi kopiących i rozgrzebujących proch i szczątki ciał ludzkich. Są to ludzie z wiosek odległych o kilka km. Pomiędzy nimi widać dzieci od lat 14 do 18 lat, pomagające swym rodzicom w rozrzucaniu grobów, z jedną tylko myślą zdobycia złota (…)”. Samoraj widział też rozkopane groby ofiar obozu Treblinka I.

Jacek Bromski „Solid Gold”

Jacek Bromski „Solid Gold”:

Nic takiego. Mieszanka policyjno-mafijna z Wybrzeża. Odpryskowo potraktowana afera Amber Gold. Wiedza gazetowa.
Cytaty:

Ruszyli w stronę Sopotu. Kasyno mieściło się w legendarnym Grand Hotelu, gdzie, jak mówi historia, mieszkali Hitler, de Gaulle i Marlena Dietrich, wszyscy w tym samym apartamencie na pierwszym piętrze. To był najokazalszy apartament w hotelu i umieszczano tam najznakomitszych gości. Na przyjazd Hitlera zmieniono podłogę w przedpokoju prowadzącym do apartamentu, układając klepkę z czarnego dębu na kształt swastyki. Po wojnie, w Polsce Ludowej, zamalowano podłogę ciemną bejcą, ale kształt swastyki ciągle był widoczny. W dwa tysiące szóstym roku Grand Hotel kupili Francuzi i podczas remontu usunęli podłogę ze swastyką.

Jak powiedział rabin Fogelman jeszcze w dziewiętnastym wieku, dziesięć deko handlu jest więcej warte niż kilo pracy.

Podobno nikt nie jest niezastąpiony. – Tak mówią głównie ci, których można zastąpić bez problemu.

Zaraz sprawdzę adres… Słowackiego czternaście… Pojedzie pan prosto główną ulicą Bieruta i czwarta albo piąta poprzeczna będzie Słowackiego. – Macie jeszcze ulicę Bieruta? – zdziwił się Nowicki. – No nie… – Dyrektor zaśmiał się. – Teraz Braci Niemojowskich. Ale wszyscy dalej mówią Bieruta.

Albo raz przemalowała sypialnię na czerwono. Twierdziła, że ten kolor najbardziej uspokaja. Ja jej mówię: kochanie, jestem spod znaku Byka i ten kolor raczej mnie drażni, niż uspokaja, a ona mi na to przynosi jakieś amerykańskie pismo dla kobiet, gdzie jest napisane: „Purple is soothing”. Kapujesz? Więc tłumaczę jej, że purple znaczy fioletowy, a nie purpurowy, jak sobie przetłumaczyła, a ona dalej się upiera. Wkurwiłem się już troszkę i pytam się, że jak ktoś jej powie You are an ass, to pomyśli sobie, że jest asem?

Mój bank to właściwie kasa zapomogowo-pożyczkowa. Służy mi do obrotu pieniędzmi, które zarabiam w innych dziedzinach. Dlatego ma bajkową nazwę. Credit Lafontaine. – Czyli pralnia pieniędzy? – Pralnia – zgodził się. – Podobnie jak pańskie Solid Gold. – Skąd panu coś takiego przyszło do głowy? – Kawecki uśmiechnął się. – Solid Gold nie jest żadną pralnią. – Proszę pana. Ja w Polsce pracowałem w Służbie Bezpieczeństwa. W sześćdziesiątym ósmym wyrzucili mnie i z pracy, i z Polski. Nie mogli mi zrobić lepszej przysługi. Jakoś tam się urządziłem w tej Francji… Ja mogę mówić z panem szczerze, bo ja dużo o panu wiem. Ja mam tu jeszcze kolegów z pracy, bo my, jak pan wie, ciągle utrzymujemy stosunki koleżeńskie, a ci koledzy mają dużą wiedzę. Bo wiedza, panie prezesie, to najwyższe dobro.

W warsztacie Gwizdały Nogaj uważnie obserwował, jak dwaj mechanicy owijali w białe płótno paczuszki z kokainą, zapakowane w folię aluminiową, a potem płótno spryskiwali jakimś sprayem. W powietrzu unosił się intensywny słodkawy zapach. Nogaj kichnął. Jeden z mężczyzn odwrócił się do Nogaja. – Na zdrowie. Moskowskoje wiecziera. Zapach fiołkowy. Żaden pies się przez to kurewstwo nie dowęszy.

Melchior pokiwał głową. – On jest uparty. Nie odpuści, będzie drążył. To rasowy policjant, tacy na kamieniu się nie rodzą. Przestrzega prawa jak papież Biblii. – Niech pan coś zrobi – uciął minister. – Mogę go odciąć od logistyki, zostawić samemu sobie, to z natury rzeczy do niczego nie dojdzie. – Melchior myślał głośno. – Będzie prowadził śledztwo jak Wilhelm z Baskerville. – Kto? – zapytał Waszczak. – Pies Baskerville’ów?

… ciebie pewnie teraz awansują. Smok skrzywił się nieszczerze. – Gdzieś mam te ich awanse. – Nie udawaj! – zaśmiała się, bo nie potrafił ukryć zadowolenia. – Alimenty płacisz, zdaje się? Nie przyda ci się podwyżka? – Pieniędzy to ja mam jak lodu – powiedział Smok. – Starczy mi do końca życia. Pod warunkiem że umrę w przyszłą środę.

Dilerzy? Wszędzie się kręcą. – Popatrzyła mu w oczy. – A ty co? Chcesz kupić? Dajesz sobie? – Dla relaksu – powiedział Solarz. – Ciężki tydzień miałem. Wolę to, niż żłopać wódę. – Chyba żłopać bezpieczniej. – Eee… Przesąd. Ja się nie wciągnę. A od czasu do czasu… – Tak samo mówiła Janis Joplin do Jimiego Hendriksa.

Charles Bukowski „O pisaniu”

Charles Bukowski „O pisaniu”:

Z listów do wydawców pisanych przez całe życie. Najwięcej przeciw pseudoliteraturze. Silna świadomość tego, jak NIE pisać.
Cytaty:

Nie interesuje mnie poezja. Sam nie wiem, co mnie interesuje. Chyba brak monotonii.

Nie znoszę tej roboty, ale po raz pierwszy w życiu mam dwie pary butów (lubię się wyszykować na tor – poudawać prawdziwego miłośnika wyścigów). Od ostatnich 5 lat żyję z kobietą starszą ode mnie o 10 lat. Przyzwyczaiłem się jednak do niej i jestem zbyt zmęczony, by szukać lub zerwać.

Jeśli nie dojdę do czegoś w życiu przed sześćdziesiątką, po prostu dam sobie jeszcze 10 lat.

Poprosili, bym dołączył do zespołu redakcyjnego, co też zrobiłem. I jest to prawdziwe doświadczenie; oto czego się dowiedziałem: jest bardzo wielu pisarzy, którzy w ogóle nie umieją pisać…

Na rynku aż kipi od czasopism literackich, całej masy bezużytecznych pozycji dla tych, którzy pragną dalej obniżać loty, bez względu na to, czy są gnostykami, pedziami, czy babciami, które hodują kanarki i złote rybki.

A jeśli widzę więcej poezji w ulicach Santa Anita lub w pijaku pod bananowcem niż w zadymionej sali z ciotowatymi wierszokletami, to moja sprawa i tylko czas osądzi, która atmosfera była odpowiednia, a nie jakiś durnowaty drugorzędny wydawca martwiący się o koszty druku, usiłujący zarobić na prenumeratorach i hołubiący darczyńców.

… na tym polega sedno sprawy: nie umiem PRACOWAĆ nad wierszem. Zbyt wielu poetów pracuje zbyt świadomie nad swoimi tekstami i gdy widzimy ich twórczość w druku, wydają się mówić… spójrz tutaj, stary, spójrz tylko na ten wiersz.

Obecnie sporo takiej poezji pojawia się w chicagowskim „Poetry”. Gdy przerzucasz jego strony, są tam tylko motyle, niemal bezkrwiste motyle. Kiedy przeglądam to pismo, właściwie jestem w szoku, ponieważ tam się nic nie dzieje. I chyba tym właśnie jest ich zdaniem wiersz.

… człowiek dostrzega cały świat w swojej głowie, dopiero gdy poczuje lufę w ustach. Wszystko inne to przypuszczenia, przypuszczenia, brednie i broszurki.

Dick nigdy nie wiedział, czy mam pieniądze. Czasami go nabierałem i miałem kasę. Przeważnie jednak byłem bez grosza. W każdym razie stawiał flaszki przede mną, pakował do torby, a ja brałem je z lady i rzucałem gniewnie: „Dopisz do mojego rachunku!”. Wówczas Dick zaczynał starą śpiewkę – ale, chryste, już wisisz mi tyle i tyle, a od miesiąca nie spłaciłeś ani dolara i… I wtedy następował POKAZ SZTUKI. Flaszki miałem już w ręku. Wyszedłbym bez trudu. Stawiałem je jednak przed Dickiem, wyszarpywałem z torby i podsuwając mu, mówiłem: „Proszę, chcesz je?! Pójdę załatwiać swoje sprawy gdzie indziej!”. „Nie, nie – mówił – zabierz je. Nie ma sprawy”.

… po mniej więcej miesiącu zadzwonił w korytarzu telefon i ktoś chciał rozmawiać z Bukowskim. Tym razem usłyszałem głos kobiety: „Panie Bukowski, uważamy, że napisał pan bardzo niezwykłe opowiadanie, i przedwczoraj wieczorem dyskutowaliśmy o nim w zespole, ale uważamy, że ma ono jeden słaby punkt, i pomyśleliśmy, że powinien pan go poprawić. Chodziło o to, DLACZEGO GŁÓWNY BOHATER W OGÓLE ZACZĄŁ PIĆ”. Odparłem: „Zapomnijcie o całej sprawie i odeślijcie opowiadanie”, i odwiesiłem słuchawkę. Kiedy wróciłem do pokoju, Indianin spojrzał znad szklanki i zapytał: „Kto dzwonił?”. Powiedziałem: „Nikt”, i to była najwłaściwsza odpowiedź, jakiej mogłem udzielić.

… kiedy starannie przygotowywała wiersz, każdy po ukończeniu był przepisywany na maszynie na specjalnym papierze, a następnie wklejany do notatnika (z datą). Mógłbym skorzystać trochę na tej determinacji, ale naprawdę uważam, że wtedy nieco za bardzo czułbym się jak domokrążny sprzedawca dopasowanych biustonoszy.

Myślałem, że w świecie Sztuki i podobnych środowiskach panuje przyzwoitość. To lipa. W świecie Sztuki jest więcej zła i żmij bez skrupułów, niż znajdziemy w dowolnej firmie handlowej, ponieważ jej szef skupia się w swojej skarlałej wyobraźni tylko na zdobyciu większego domu, większego samochodu i dodatkowej dziwki, ale zazwyczaj to dążenie nie bierze się z pokręconego wnętrza, które domaga się UZNANIA DLA SIEBIE ponad wszelką przyzwoitość i uczciwość, niezależnie od tego, jak to uznanie zostało zdobyte. Właśnie dlatego niektórzy z tych wydawców są takimi cholernymi gnojkami: nie umieją tego stworzyć sami, więc próbują się związać z tymi, którzy rzeźbią w odrobinie czystego marmuru…

Jak ci chłopcy, kosmaci poeci i wierszokleci z kategorią E mogą mieć szansę, skoro piją kozie mleko, odbijają kartę zegarową, wychowują dzieci, przeprowadzają się do Glendale, głosują na Nixona, pucują swoje samochody, grzebią babcię, łykają witaminy, jak oni mogą dopiąć swego. no jak mogą dopiąć swego???? stojąc z dala od ognia?

Chcą słyszeć to, co zawsze słyszeli. Zapominają jednak, że co stulecie potrzeba 5 lub 6 dobrych ludzi, by wyrwać poezję ze stanu banalności i martwoty. Nie twierdzę, że to ja jestem jednym z nich, ale twierdzę, że z całą pewnością nie jestem jednym z pozostałych. Co sprawia, że ląduję NA ZEWNĄTRZ.

Czuję się jak wtedy, gdy byłem uczniem szkoły średniej, gdy kazali mi siedzieć w budce telefonicznej i czekać na dyrektora, nobliwie wyglądającego wała, siwowłosego, długowłosego, w binoklach, z afektowanym głosem; i on, każąc mi najpierw czekać w tej budce przez godzinę z egzemplarzem „Ladies Home Journal”, dał mi burę. Nie pamiętam już, co zbroiłem; wyglądało to na morderstwo. Parę lat później przeczytałem, dokąd wsadzili starego kutasa za sprzeniewierzenie funduszy.

Nienawidziłbym uczenia studentów pierwszego roku literatury angielskiej równie mocno jak przykręcania śrub w fabryce. Jedno i drugie jest wystarczająco wyniszczające. Kiedy już skończymy występ w tej roli, czeka na nas czas wolny, który nam pozostał. Wykorzystanie go jest wielką sztuką.

Zasłony łopoczą niczym flaga nad moim krajem, a piwa w butelce jest całkiem sporo.

Patrzę przez okno na wzgórze przecięte w połowie, a w lodówce jest 7 puszek piwa. Życie może być przyjemne.

… większość pisarzy przyprawia mnie o mdłości. ich słowa nawet nie dotykają papieru. miliardy pisarzy i ich słów, a ich słowa nawet nie dotykają papieru.

… kiedyś w Atlancie mieszkałem za dolara i 25 centów za tydzień. żyłem przez miesiąc za 8 dolarów. i pisałem wiersze na marginesach kartek brudnych gazet, które znalazłem na posadzce. bez światła, bez ogrzewania. nie wiem, co się stało z tymi gazetami.

… kiedyś powiedziałem wydawcom jakiegoś magazynu, że wszędzie, w dowolnym momencie napiszę powieść za 500 $ płatne z góry. nie znalazłem chętnych i nie znajdę.

… moje palce lubią dotykać papieru i klawiszy.

… mam prawie 47 lat, piję od 30 i niewiele mi zostało, raz po raz ląduję w szpitalu.

Los Angeles to Krzyż, a my wszyscy na nim wisimy, durne Chrystusiki.

… gdy widzę teraz długie szeregi protestujących, wiem, że ich odwaga to tylko rodzaj odwagi powszechnej do pewnego stopnia, odwagi robienia tego, co należy, w odpowiednim towarzystwie, teraz to takie łatwe.

… teraz sławni napisali kiedyś trochę dobrych rzeczy i obecnie już nie tworzą dobrej literatury, lecz paradują przywiązani do swoich nazwisk, swoich znaków firmowych, a publika i wydawcy czasopism łykają ich wypociny.

Sława + nieśmiertelność to zabawy dla innych. Jeśli idąc ulicą, nie jesteśmy rozpoznawani, to mamy szczęście. Byle maszyna była sprawna, gdy znowu siądziemy do pisania.

Głównym problemem dotychczas było to, że jest spora różnica między literaturą a życiem i że ci, którzy tworzą literaturę, nie opisują życia, a ci, którzy przeżywają życie, zostali wykluczeni z literatury.

co te kutasy MÓWIĄ swoim studentom na ZAJĘCIACH Z ANGIELSKIEGO? to musi być cholernie denerwujące… ci chłopcy z doktoratami, którzy nigdy nie byli głodni, nie zwalili się po pijaku na podłogę ani nie odkręcili gazu, bez sławy i zabawy przez 3 godziny… co oni mówią tym dzieciakom???? co MOGĄ im powiedzieć? nic.

… w rzeczywistości nie jestem aż tak szalony, jak się wydaję, i lubię spokój, pijaństwo, wyścigi konne i widok kobiecych nóg okrytych nylonem obcisłych pończoch, lubię kopać ich szczupłe kostki i spoglądać w to, co zostało z ich i mojej duszy, ich własnymi oczami…

Gapię się w sufit, słucham szmeru deszczu lub brzmienia nicości i czekam na własną śmierć. Z tego wzięły się te wiersze. W zasadzie. Jeśli jedna osoba na świecie je zrozumie, nie będę zupełnie sam.

… owszem, sprzedaję się za pośrednictwem maszyny do pisania i pędzla, do kurwy nędzy. to świetne życie – i dopiąłem swego, pisząc i malując dokładnie tak, jak chciałem. jak długo zdołam utrzymać się na powierzchni, nie wiem.

… ten człowiek traktuje mnie jak idiotę. pewnego wieczoru wypowiadałem się w programie radiowym i wtedy zadzwonił do mnie i próbował mnie poinstruować, co mam MÓWIĆ. musiałem mu powiedzieć: „posłuchaj, John, który z nas jest Bukowskim?”, ale pisarze muszą znosić ten redaktorski cyrk; to ponadczasowe, odwieczne i niewłaściwe.

… muszę pić i uprawiać hazard, żeby oderwać się od maszyny do pisania. Nie żebym nie kochał tego starego grata, gdy działa jak należy. Ale sztuka polega na tym, by wiedzieć, kiedy do niej usiąść, a kiedy trzymać się z daleka.

… teraz jednak jestem stary i brzydki i dziewczyny rzadko już do mnie wpadają, więc zostały konie i piwo. oraz czekanie na śmierć i obsługiwanie maszyny do pisania.

… w zasadzie pisarstwo to bardzo trudna sztuka i naprawdę lubię widzieć, jak płynie trochę $$$$.

Ten czek na 45 $ miał w każdym razie pokrycie i pozwolił mi dokonać paru napraw w moim ośmioletnim mercurym comecie ᾿62, żebym znowu mógł jeździć nim na gówniane wieczory poezji, na których występuję podpity i zgarniam kilka dodatkowych dolców.

W zasadzie pisarz ważny wyprzedza swoje pokolenie o 20 do 200 lat, więc dlatego głoduje, popełnia samobójstwo, dostaje obłędu i znajduje uznanie dopiero wtedy, gdy fragmenty jego twórczości zostają jakoś później, znacznie później, odnalezione w pudełku po butach lub pod materacem łóżka w burdelu.

Pierwszy proces uczenia się lub tworzenia polega na zniweczeniu wpływu nauczania.

Znaczna część działalności wydawniczej odbywa się dzięki politykom, przyjaciołom i wrodzonej głupocie. Ta niewielka ilość dobrej literatury, która jednak się ukazuje – kiedy dobry pisarz puka do drzwi dobrego wydawcy – jest na ogół dziełem przypadku lub statystyczną rzadkością.

Na pisarza patrzy się jak na gościa, który przelewa słowa na papier. Jest łatwą zdobyczą. Myśli tylko o następnym zdaniu i nie chce, by przeszkadzały mu okoliczności niepasujące do jego nastroju. To prawda, ale też nie lubi być dymany.

Według mojego wyobrażenia pisarzem jest ktoś, kto pisze. Kto siedzi przy maszynie i zapisuje słowa. Wydawałoby się, że na tym polega istota rzeczy. Nie uczyć innych, jak pisać, nie przesiadywać na seminariach, nie czytać wierszy szalejącemu tłumowi.

Ponieważ większość poetów pisze z perspektywy życia pod kloszem, to, co piszą, jest ograniczone. Wolałbym pogadać ze śmieciarzem, instalatorem lub kucharzem niż z poetą.

… zostali połknięci, strawieni, poleceni, zmolestowani, podbici i zagłaskani. Uczą, są poetami rezydentami. Noszą ładne ubrania. Są spokojni. Ale ich pisarstwo to cztery kapcie, brak zapasowego koła w bagażniku i pusty bak.

… jedynymi pisarzami, którzy dobrze piszą, są ci, którzy muszą pisać, żeby nie zwariować.

Mam teraz 70 lat, ale dopóki leje się czerwone wino i działa maszyna do pisania, wszystko gra.

Wydaje się, że pisarze piszą po to, by znano ich jako pisarzy. Nie piszą dlatego, że coś ich pcha w kierunku krawędzi.