Archiwa kategorii: Z czytnika

Jurij Drużnikow „Anioły na ostrzu igielnym”

Jurij Drużnikow „Anioły na ostrzu igielnym” 2001:

Pisarz – rosyjski dysydent, obecnie w USA. W powieści kilka miesięcy z życia redakcji „Robotniczej prawdy” w roku 1969. Rzecz pisana przez 10 lat – jeszcze w ZSRR i na emigracji. Szeroka galeria „ludzi radzieckich”, ale funkcjonalna także poza Związkiem Radzieckim. I to wyczucie sytuacji, detalu, języka…
Cytaty, cz. 1. :

Klasztor żeński w Anosi­ nie już dawno był kołchozowym garażem – tonęły tam w wysokich łopianach dwie ciężarówki, nie wysłane na wojnę, bo nadawały się tylko na złom. Święte obrazy z klasztoru ludzie rozkradli . Część zniszczonego ikonostasu ukryła u siebie w domu Agafia, matka Klawki, niegdyś przyklasztorna żebraczka. – Boga już dawno nie ma – uczył kobiety rozumu Nikanor. Trza czytać gazety!

Aleksemu podobała się ta praca, lecz ludzie wokół zabiegali o większe zarobki, nowe mieszka­ nia, ładne meble. A on i Luba, która kończyła w tym roku technikum ekonomiczne, nie mieli nic. Teraz, gdy urodził się im syn, było jeszcze trudniej . Wszyscy wykorzystywali znajomości, żeby się bogacić, Losza tak nie umiał. Pojął, że najlepiej udawać durnia. Łatwiej się wtedy żyje, mniej wymagają.

Na szczęście Makarcew był wolem roboczym, jedym z tych dzia­ łaczy KC, którym Biuro Polityczne powierza pracę, sobie zostawiając władzę. Z grupą

Za młodu Makarcewowi było przykro, gdy musiał wykonywać absurdalne polecenia; czuł się wtedy poniżony, cierpiało jego po­ czucie godności. W końcu znalazł wyjście: jego godność nie dozna­ wała nadmiernego uszczerbku, jeśli tylko on sam, jeszcze przed de­ cyzją, uświadamiał sobie, co w danej chwili jest korzystne dla partii. Bo tylko kiepski i krótkowzroczny funkcjonariusz czeka na wskazówki. I choć w ostatecznym rachunku skutek bywał taki sam, po­ nieważ przewidywać – znaczy postępować zgodnie z uchwałą,

Już dawno sobie uświado­ mił, że nie ma sensu mieć przyjaciół. Zawsze z nimi trudniej niż z podwładnymi, wymagają szczerości, siły ducha, te zaś bez reszty trzeba oddać partii.

Przypomniał sobie Fomiczewa. Gdy stracił prawo do zaopatrywania się w sklepie specjalnym, jego żona kupiła na mieście kiełbasę. Struła się cała rodzina, wszyscy chorowali przez tydzień. Potem przywykli.

Pewnego dnia na kolegium rozmawiano o kawie. Kierownik działu felietonów opowiadał, jak postanowił kiedyś zrobić taką samą kawę, jaką podają w stołówkach. Zagrzał wodę w dużym rondlu, nie umytym, z resztkami zupy, wlał tam fusy po kawie, dodał herbaty już raz parzonej. Ponieważ nie miał śmietanki, wypłukał puszkę po pomidorach i wlał te popłuczyny do rondla. Spróbował, a wtedy okazało się, że kawa i tak jest smaczniejsza niż ta z zakładów żywienia zbiorowego. Receptura państwowych stołówek pozostała nie­ zgłębioną tajemnicą.

Zgodnie z obowiązującym prawem wszyscy inwalidzi, także ci, któ rzy mieli mniej rąk i nóg, niż wymagała tego norma, podlegali okresowemu przeglądowi na komisjach wojskowych w celu sprawdzenia, czy kończyny im nie odrosły. Przepis ten zniesiono dopiero w połowie lat 80.

Chciał zostać rzeź­ biarzem-monumentalistą. Jego praca dyplomowa nosiła tytuł „L nin i Stalin w Gorkach”. Stalin przyjechał, obaj wodzowie siedzą na ławeczce, natchniony Lenin rysuje wizję przyszłości, a równie natchniony Stalin rozwija myśl Lenina. Drobna historyczna nieścisłość: w okresie, który Rappoport uwiecznił dla potomnych, sparaliżowany Lenin w ogóle już mówić nie mógł. Ale wszystko było zgodne z zasadami socjalistycznego realizmu.

W łagrze Jakowa Markowicza wystraszono natychmiast i to porządnie. Już pierwszego dnia, gdy stał w kolejce po zupę, zwalił się na niego z tylu jakiś ciężar. Rappoport, który z trudem utrzymał się na nogach, usłyszał z tyłu rechot. Upadł na niego trup, stwardniały na mrozie, trzymany przez dwóch kryminalistów, którym nagle sił zabrakło. Rappoport dźwigał tego trupa aż do okienka, gdzie nie orientując się, w czym rzecz, wydawano umarlakom porcje, zręcznie chwytane przez kryminalistów. Przez dwa dni nieboszczyk fasował żywność, nocą kryminaliści gdzieś go ukrywali. Rappoportowi twarz zmarłego wydawała się znajoma. Nie miał wątpliwości, że to Żyd. Potwierdziło się to na trzeci dzień, gdy strażnicy zobaczyli zwłoki i na podstawie numeru wyjaśnili, że to niejaki Osip Mandelsztam.

IKRA, czyli ideologiczny konstruktor Rappoporta była zestawem słów, zdań, cytatów i całych akapi­ tów, wyciętych z gazet i rozłożonych tematycznie w pudełku po perfumach „Czerwona Moskwa” . Gdy należało pisać artykuł lub referat, Jakow Markowicz sięgał po IKRĘ. Wyjmował z pudełka wycinki ze złotymi myślami na stosowny temat, odświeżał wiedzę o kolejnych zjazdach partii, a gdy było trzeba, wstawiał niechętnie do tekstu przykłady z życia wzięte.

Gagarin uściskał Rappoporta. – Szanu­ jesz mnie? No to weź na pamiątkę! Zerwał coś z piersi, włożył to Rappoportowi do ręki, zacisnął na tym czymś jego palce. Jakow Markowicz, niemal ślepy w ciemno­ ściach, przybliżył dłoń do oczu . – Order Lenina! – zawołał przestraszony, bo już raz siedział za ordery. – Oszalałeś?! – Bierz, bierz! Mam tych śmieci mnóstwo, po sto sztuk każdego rodzaju. Jak nie wierzysz, przyjedź do Gwiezdnego Miasteczka. Każę wypisać dla ciebie przepustkę, a przekonasz się . . . Jak tylko gdzieś przyjeżdżam, rozradowany tłum rzuca się na mnie. A potem patrzę – ordery zniknęły. Więc Rada Najwyższa wydała uchwałę i robią dla mnie faszywe. Jak mi jakiś oderwą, żona czyści nowe kredą i przykręca. – A zagraniczne? – Zagraniczne też – to przecież tylko miedź i szkiełka. A ty myślałeś, że diamenty? No, bywaj!

Kompleks niskiego wzrostu dokuczał Stalinowi jeszcze bardziej niż Jagubowowi, choćby dla te­ go, że Josif Wissarionowicz był przxwódcą państwa. Fotografie, na których wódz światowego proletariatu był niższy od stojących wo­ kół ludzi, zgodnie z niepisanym poleceniem rozcinano w TASS i z powrotem łączono tak, by wydawało się, że towarzysz Stalin jest nieco od nich wyższy. Zdjęcia s tarannie retuszowano. Stalin nie znosił, by służba przewyższała go wzrostem. Toteż od czasów Łotysza Salpetera, szefa ochrony osobistej Stalina, który poszedł siedzieć jeszcze w trzydziestym ósmym, dobierano ochroniarzy, sekretarzy, kucharzy, kelnerów, łaziebnych, ogrodników, kierowców i resztę personelu tak, by nie mieli więcej niż metr pięćdziesiąt pięć wzrostu .

– I druga sprawa – nader delikatna. Igor Iwanowicz prosił o informacje o postawach moralnych. No, mówiąc prościej, kto z kim żyje. Też przygotowałem listę. Nie wszystkich objęła, naturalnie . . . Tylko tych, o których gadają w redakcji. – Igor Iwanowicz o to prosił? – nie ujawniając zdziwienia powtórzył Jagubow. – Widocznie miał powody. – Tych, którzy lubią wypić, zaznaczyłem ptaszkami. – Przygotowałeś to, mam nadzieję, bez kopii? – Nie. Po co kopie? – Słusznie.

Dziwi cię, moja droga, że piszę. Mnie natomiast dziwi, że ludzie stoją w kolejkach po gazety i czytają te bzdury, które ja piszę! Daj słowo, że nie wypaplasz swemu waż­ nemu tatusiowi tego, co ci teraz powiem. – Nigdy nic ojcu nie mówię! – Nadia z urazą wydęła usta. – Mądra dziewczynka! No więc tak: zgodnie z tym, co powiedział pewien mój przyjaciel, byłem bolszewikiem, a stałem się szmalcownikiem.

Starość to nie kwestia wieku. Starość przychodzi wtedy, kiedy pytamy: „Po co mi to?”

Zgodnie z prawem Tawrowa-Rapppoporta: „Ani linijki z my­ ślą”. Tworzę ocean kłamstwa, kąpię w nim naszych przywódców. Oni wchłaniają te bujdy, połykają je, potem wymiotują. Rozumiem ich, nawet im współczuję. Im więcej krytyki słyszą zza granicy, tym bardziej chcą być chwaleni w kraju. I kiedy czytają, że ich kłamstwa są prawdą, zaczynają myśleć, że nie kłamią. A kiedy się uspokoją, kłamią jeszcze bardziej, całkowicie oderwani od realiów. Zaklęty krąg: na górze myślą, że kłamstwo jest potrzebne tym na dole, a na dole, że tym na górze. Więc jestem im potrzebny: sami nie po trafią przekonująco łgać. No i mam reputację wiernego sługi partii „.

Rappoport spojrzał na zegarek. – Jak mawiał mój przyjaciel Misza Swietłow, nie piję między czwartą a czwartą pięć.

Zakamorny wypił do dna i wciągnął głęboko powietrze, zgodnie z systemem jogów, zakąszając tlenem.

Philip K. Dick „Ubik”

Philip K. Dick „Ubik”:

Zawsze chciałem przeczytać, nigdy jakoś nie było czasu. Wizja rozhustanego czasu. Widać, że pisane po amfie, LSD i czym tam jeszcze i podlewane – wiadomo. Ale uzysk wyobraźni też niewąski.
Cytaty:

Herbert Schoenheit von Vogelsang, jako właściciel Moratorium Ukochanych Współbraci, oczywiście zawsze przychodził do pracy wcześniej niż jego pracownicy. O tej porze ruch w chłodnym, odbijającym odgłosy wnętrzu budynku dopiero się zaczynał. W recepcji oczekiwał z kwitem w ręku zatroskany, wyglądający na księdza mężczyzna w bardzo ciemnych okularach. Miał na sobie kurtkę z kociego futra i żółte, ostro zakończone buty. Najwyraźniej zjawił się, by korzystając z wolnego od pracy dnia, odwiedzić jakiegoś krewnego. Zbliżało się Święto Zmartwychwstania, dzień poświęcony oficjalnie osobom na wpół żywym. Należało oczekiwać, że już niedługo zacznie się ruch.

… podszedł więc energicznym krokiem do drzwi wejściowych apartamentu, przekręcił gałkę i odsunął zasuwę. – Proszę o pięć centów – powiedziały drzwi, nie otwierając się. Przeszukał kieszenie, ale nie znalazł w nich już żadnych monet – ani jednego centa. – Zapłacę jutro – powiedział do drzwi. Znów próbował kręcić gałką, ale drzwi wciąż były szczelnie zamknięte. – Pieniądze, które ci daję, to w gruncie rzeczy napiwek. Nie mam obowiązku ci płacić! – Jestem odmiennego zdania – odparły drzwi. – Proszę sprawdzić w kontrakcie, który podpisał pan, kupując ten apartament.

Tymczasem, myślał dalej, nasz świat zamiera, cofa się we własną przeszłość, demonstruje na zewnątrz realia minionych etapów swego rozwoju. Być może, obudziwszy się pod koniec tygodnia, zobaczymy, że po Piątej Alei jeżdżą, dzwoniąc, staromodne tramwaje. „Trolley Dodgers” – zastanawiał się, co oznaczają te słowa. Zarzucona nazwa, pochodząca z przeszłości, pojawiła się w jego świadomości jako mgliste wspomnienie, wypierające obecną rzeczywistość. Pod wpływem tego niejasnego, subiektywnego przecież odczucia poczuł się nieswojo: zjawisko, jakiego nigdy dotąd nie przeżył, stało się nagle zbyt realne.

Proces cofania się w czasie przybiera na sile: archaiczne obiekty wdzierają się w nasz świat szybciej, niż nam się zdawało. Teraz każdy przeskok obejmuje jeden wiek. Winda, którą widzieliśmy, musiała mieć co najmniej sto lat.

Joe poczuł się nagle jak bezradna ćma, obijająca się o szybę rzeczywistości, znajdująca się na zewnątrz, bez możliwości ujrzenia, co jest w środku.

W każdym przedmiocie, rozmyślał Joe, muszą żyć w jakiś szczątkowy sposób jego formy poprzednie. Przeszłość – choć ukryta pod powierzchnią, utajona – tkwi tam w dalszym ciągu i może wynurzyć się na światło dzienne, gdy tylko narosłe później formy znikną w jakiś niefortunny i nieprzewidziany sposób. Mężczyzna nie zawiera w sobie młodego chłopca, lecz wcześniej żyjących mężczyzn, myślał Joe.

A więc co twoim zdaniem zrobiliśmy? Posunęliśmy się w czasie naprzód? – Nie ruszyliśmy się z miejsca – powiedział Joe. – Jesteśmy tam, gdzie byliśmy zawsze. Ale z jakiegoś powodu… istnieje wiele możliwych przyczyn… rzeczywistość przeszła proces regresji; straciła dotychczasowe trwałe punkty oparcia i cofnęła się do poprzedniego etapu. Do etapu, na jakim znajdowała się pięćdziesiąt trzy lata temu. Może zresztą nastąpić jej dalszy regres.

Zgodziliśmy się wziąć ze sobą Pat Conley, nieznajomą kobietę, której zdolności nie pojmowaliśmy; być może nawet Hollis nie wie, na czym one polegają. W każdym razie łączą się one z umiejętnością wskrzeszania przeszłości; nie jest to jednak w gruncie rzeczy umiejętność poruszania się w czasie… nie potrafi ona na przykład wybiec w przyszłość. W pewnym sensie nie umie również cofać się w przeszłość; jej zdolność… o ile jestem w stanie to pojąć… polega na wywoływaniu procesu odwrotnego, który odsłania minione etapy kształtowania się rzeczywistości.

Paweł Sołtys „Co się robi, gdy się wydało książkę”

Paweł Sołtys „Co się robi, gdy się wydało książkę”:

…dopiero po chwili uświadamiając sobie, że się będzie jeździło z obcymi ludźmi, z obcymi pisarzami, w dodatku w tym roku gościem honorowym jest Turcja, więc trzeba będzie używać angielskiego, prowadzić te małe rozmowy, które z pisarzami bezwiednie przekształcają się w eseistykę na żywo, pod stukot kół, pod piwo, pod „cholera, musi tu być gdzieś jakaś toaleta”.

Spojrzała i tym swoim angielskim, który był zrobiony z zaokrąglonego niemieckiego, spytała dalej : „Ale o czym one są? O ludziach?”. Wziąłem oddech, w którym był morawski wiatr, w którym był zapach kradzionych czereśni, w którym sierotki po państwie wielkomorawskim zamieniały się w sierotki Taboru, wziąłem na większy oddech świata, przez sekundę byłem tak pełen powietrza, że wyglądałem jak Sophia Loren, brakowało mi tylko biustonosza i łańcuszka na kostce. „Tak. jia” — odpowiedziałem słynne niemieckie pisarce tureckiego pochodzenia, ale zaraz zrobiło mi się wstyd, bo wiedziałem, że to przez ten pierdolony…

Jeden był profesorem, drugi przedsiębiorcą i kierowcą, a trzeci wymawiał się od wódki. Ale Ukrainiec przywiózł ją w prezencie, ale Słowak nie miał nic przeciwko, ale ćmy krążyły z namową wypisaną na czarnych skrzydłach. Polak, Słowak i Ukrainiec pili na stojąco, z plastykowych kieliszków, Ukrainiec po polsku wyliczał: pierwszy za spotkanie, drugi za przyjaźń, trzeci za miłość, czwarty, by źli ludzie nie siadali z nami do szachownicy, piąty — prokuratorski — za korupcję!

Agnieszka Szpila „Bardo”

Agnieszka Szpila „Bardo”:

Nie rozumiem, jak mogłem coś takiego przeoczyć. Wizja wspłóczesnej Polski idealnie rymuje się z moimi intucjami. Ale to pióro, to wysłowienie, ta mapa skojarzeń! No niedościgła, najzwyczajniej niedościgła! W trakcie lektury po prostu płakałem – z zachwytu i ze śmiechu. Nie zreprodukuję żadnego cytatu, ponieważ wszystko, co mi się tu podoba (co lepsze kawałki czytałem Dorocie), nie nadaje się na tę witrynę. Ostatecznie z tego co rozumiem, zaglądają tu głównie dzieci (w każdym wieku).

Filmy, których gdyby nie pandemia itd. „Historia pewnej miłości” (1974) z niezapomnianą (kolejną!) rolą pana Henryka Hunko w roli alkoholika.:

Cały wieczór z prawie trzygodzinnym koncertem Paula w Wiedniu. Na początku powiedział nawet kilka słów po austriacku.:

 

Jarosław Iwaszkiewicz „Jazda do Sandomierza”

Jarosław Iwaszkiewicz „Jazda do Sandomierza”:

Jest coś zachwycającego w sposobie, w jaki Iwaszkiewicz absorbował ten rodzimy pejzaż, ile on w nim dostrzegał. Przez wspomnianą tutaj Wsolę przejeżdżaliśmy tyle razy i nigdy nie zatrzymaliśmy się w muzeum Gombrowicza („Co tam mogło po nim zostać..?). Trzeba będzie nadrobić. A w Iłży przemiła pani ekspedienta ze sklepu, w którym nispodziewanie natrafiłem na nieznane mi wydanie mojej książki, zaprowadziła nas pod krzaki agrestu, w ogrodzie, gdzie rósł „malinowy chruśniak”, ten w wiersza Leśmiana.
Cytaty:

Przyjechaliśmy w dzień targowy, to znaczy w poniedziałek. Choć w to dzisiaj trudno uwierzyć, ale targ odbywał się na rynku. Cały plac naokoło ratusza zatłoczony

Sandomierza ruszyliśmy piechotą do Opatowa. Podwiozła nas jakaś miłosierna furmanka aż do samego miasta, nad którym unosiły się i unoszą fiołkowe wieże kolegiaty, najbardziej zachwycającego kościoła tych okolic.

Sieć dróg wokół Warszawy była wówczas bardzo uboga. Podkowa Leśna nie miała żadnego połączenia ze stolicą. Była zapadłym folwarkiem, gdzie spędzaliśmy lato.

między Mszczonowem a Grójcem, ukazał się w świetle lamp duży drewniany młyn. Stał tuż przy drodze, widać było jego piętro z dwoma oknami, z białymi firaneczkami, i pół olbrzymiego koła, które wznosiło się do połowy ponad poziom drogi i z wolna obracało się, popychane prądem niewidzialnej młynówki. Młyn ukazał się na chwilę, potem znowu był deszcz i ciemności wokoło. Ale zapadł głęboko w pamięć i stał się prototypem tylu młynów opisywanych przeze mnie. Towarzyszył mi jak koszmar, jak widziadło, jak zmora. Widziałem potem nieraz ten młyn w świetle dziennym. Nie miał w sobie nic nadzwyczajnego i wcale nie był taki wielki, jak pozostał w mojej wyobraźni.

Ale Polakom zdaje się sprawiać specjalną satysfakcję wycinanie starych drzew. Tak mi kiedyś powiedziano w Brwinowie, kiedy spytałem, dlaczego kazano wyciąć potężną, topolę, resztkę ozdoby drogi królewskiej: „Ale była taka stara!”. ~

Przed Jedlińskiem zbacza się na południe, wprost na Radom. Jest tam wieś Wsola z murowanym kościołem. Była to wieś należąca ongi do brata Witolda Gombrowicza. Przekorny duch Gombrowicza — czy też może raczej duchy, które częściowo weszły w ciało Witolda — wyraźnie działają jeszcze tutaj. Przejeżdżając koło kościoła i przez wieś Wsolę trzeba bardzo uważać. Jest się narażonym na diabelskie figle pokrewnych autora Ferdydurke.

Otóż nazwę Iłża poznałem bardzo wcześnie z książki Władysława Umińskiego Od Warszawy do Ojcowa i zawsze wydawała mi się jakaś zaczarowana. I gdy potem naprawdę ujrzałem to miasteczko, wydało mi się, że drzemie w nim, czar mojego dzieciństwa i starych lektur. A miasteczko rzeczywiście jest w rozplanowaniu swym romantyczne. Zawsze najpierw widzimy na tle nieba tę szarą wieżę, otoczoną legendami. Ale nie trzeba tutaj żadnych legend — wieża na tle jasnego czy jeszcze lepiej na tle chmurnego i pełnego pędzących obłoków nieba jest sama romantyczną legendą. Do miasta wjeżdża się w głąb, jakby do wąwozu, i tu właśnie stał kościół farny. A wieża hen, na górze. Pod górą, na której stoi ruina zamkowa, biegnie droga. Wzdłuż niej stoją stare domy, wśród nich dom jakiejś kapituły z renesansową, bardzo piękną tarczą. Stoi jeszcze jeden, mały, zamknięty kościół, bo Iłża to stare miasto. Istnieją w niej stare i nowsze tradycje. Leśmian tu mieszkał i kochał się serdecznie, pisał wiersze. Nie wiemy, które z jego wierszy są o Iłży, przetwarzał rzeczywistość tak fantastycznie.

Anna Ciarkowska „Pestki”

Anna Ciarkowska „Pestki”:

Miniatury wspomnieniowe z własnego dzieciństwa. Urazy, krzywdy, nieporozumienia. Terapia.
Cytaty:
Dziadek mieszkający za kuchennymi drzwiami był świnia, cham i prostak, chociaż w to nie wierzyłam, bo mama mówiła, że już bez przesady. Miał też wnuczkę albo córkę, albo może jakąś drugą babcię, co to akurat na starość się nim zajmie, niedoczekanie, a poza tym to co to jest za baba. Biedny dziadek myślał, że jak młodsza, tu nie dosłyszałam, a teraz płacze, że ma jak ma.

I wtedy właśnie, w samo południe, przyszła do mnie śmierć. Zimny powiew nie wzbił w powietrze nagrzanego latem kurzu cmentarnych alejek, nie poruszył liściem na osice, nie zachwiał czubkami cyprysów, nie zakołysał płomieniem znicza. Mama babci umarła, umrze mama mojej mamy, wreszcie umrze mama. Rozpoczęłam moją małą, trwającą już zawsze żałobę. Żałobę wstecz i na zaś. Usiadła mi ta myśl na ramieniu i jeszcze ta, że matkowanie jest funkcją przechodnią i mnogą, która się rozkłada na wiele kobiet jednocześnie, w różnych momentach i w różnym wieku, ale zawsze dożywotnio, a nawet pośmiertnie.

Ludzie patrzą. Ludzie odwracają głowy i patrzą na dziecko, które się maże. Moja mama tak mówi: mażesz się, dramatyzujesz, mazgaisz, i ja najbardziej lubię z tego mazanie. Kiedy mówi: przestań się mazać, wycieram twarz i wyobrażam sobie, że jak na mokrym obrazie wszystko stapia się w jedną plamę, oczy i usta spotykają się w brunatnej kałuży w miejscu nosa. Obraz Dziewczynka bez twarzy, akwarela, papier, łzy, druga połowa dwudziestego wieku.

„Arcydzieła czarnego kryminału”

„Arcydziela czarnego kryminału”:

Antologia klaysków amerykańskich i angielskich. Plus komentarz znawcy. Wszystkie w tej samej mniej więcej stylistyce.
Cytaty:

Jednej rzeczy nie znosili w tym lokalu: zmarnować okazję zarobienia choćby dolara. Łatwo było wejść, jeśli miałeś pieniądze – trudniej było wyjść, jeśli jeszcze jakieś miałeś.

Joe znów był w holu. Spojrzał na mnie z nieskrywanym podziwem. – Musiał mu pan nieźle przyładować. – Potrząsnął kilkakrotnie głową. – Jest sztywny jak makrela. Przytaknąłem zdawkowo i uśmiechnąłem się, wsuwając mosiężny kastet z powrotem do kieszeni. Po co zaraz zdradzać tajniki zawodu?

Było niemal jak akt opatrzności – a ja być może i wierzę w opatrzność, jak wszyscy, ale nie wierzę w opatrzność podsuwającą taksówkę o drugiej w nocy.

Nigdy nie płaczę nad rozlanym dżinem

Wiem… – Przerwałem nagle i uniosłem dłoń zanurzoną głęboko w kieszeni płaszcza. – Wiem też – powiedziałem bardzo wolno – że jeśli koleś, który tak ostrożnie otwiera drzwi z tyłu za panem, nie zamknie ich z powrotem, ten dywan może się pobrudzić.

Czyż Bóg nam nie sprzyja? – powiedział. Zdążył już wygodnie rozsiąść się w fotelu, co zawsze było jego pierwszym celem, ilekroć wszedł do jakiegoś pomieszczenia.

Jego uśmiech był sztywny jak mrożona ryba. Długie dłonie zatrzepotały nad biurkiem jak śnięte motyle. Jedna z nich podryfowała w kierunku bocznej szuflady. Z trudem odzyskał mowę. – Jest pan bardzo chorym człowiekiem. Bardzo chorym. Nie radziłbym… Machnąłem pałką w kierunku wędrującej dłoni. Skuliła się jak ślimak na nagrzanym kamieniu.

Brwi pełzały po jego czole jak dwie włochate gąsienice.

Oczy wylazły mu z orbit niczym dwa obrane ze skorupek jajka.

Miałem otwarte usta i głupi wyraz twarzy, jak parobek na lekcji łaciny.

Coś działo się z jej twarzą i dopiero po chwili zorientowałem się, że to uśmiech.

Kawałki tynku i drewna młóciły powietrze jak pięści na irlandzkim weselu.

Zmierzył mnie wzrokiem, jakby szacował wymiary trumny dla mnie.

Za pomocą okularów w drucianych oprawkach oraz czarnego palca wskazującego czytał gazetę.

Podobnie jak większość ludzi sprawiających najwięcej kłopotów, nie wyróżniała się niczym szczególnym.

… jestem miłym facetem, ale można mną pomiatać tylko do pewnych granic.

Była martwa jak wędzona ryba.

Przylegała do mnie jak bibułka. Ciepłe, miękkie krzywizny jej ciała dotykały mojej klatki piersiowej; wysunęła usta do pocałunku…

Jego niewyraźne oczy powiększyły się jak dwa błękitne balony z gumy do żucia.

Uderzył się pięścią w skroń. Zabrzmiało to tak, jakby ktoś znęcał się nad dynią.

Wysupłał pięćdziesięciodolarowy banknot z szuflady na gotówkę i wcisnął go w moją dłoń z takim zapałem, jakby to był dowód miłości.

– Łatwo ulegasz sugestii, prawda, Donny? To niebezpieczny sposób na życie, zwłaszcza gdy ludzie pomiatają tak sobą nawzajem. – Nie rozumiem. Może pan powiedzieć to jeszcze raz? – Zamrugał do mnie swymi bladobłękitnymi oczyma, uśmiechając się wyczekująco.

Palm Springs wciąż jest małym, prowincjonalnym miasteczkiem – dziurą zabitą dechami, tyle że obecnie dechy są mahoniowe, a gwoździe ze szczerego złota.

Za rattanowym barem, pod baldachimem z sieci rybackiej, odziany na biało osobnik o karaibskich rysach wycierał kieliszki brudnym ręcznikiem. Z twarzy nie wyglądał na rozmownego.

Uśmiechnął się jak zwłoki pod wprawnymi palcami doświadczonego przedsiębiorcy pogrzebowego.

… przy okazji, co się stało z pańską twarzą? – Przeszedłem małą operację plastyczną. W wykonaniu chirurga amatora.

Wycofała się jak szkuner pod pełnymi żaglami, zagrożony przez kanonierkę.

Zza cienkich, nieprzejrzystych firanek w oknie mieszkania po przeciwnej stronie ulicy inspektor Bourse spoglądał w dół na to wszystko i wiedział, że to jest dobre.

Nie był miłym młodzieńcem. Miał twarz w kolorze papieru, w jaki w sklepie rzeźniczym zawija się mięso, kształt ust zaś odziedziczył w prostej linii po odległym przodku, specjaliście od tortur na dworze któregoś z Ludwików.

Tomasz Duszyński „Glatz”

Tomasz Duszyński „Glatz”:

Kryminał osadzony w latach 20. w Kłodzku/Glatz. Wybrałem ten z setki możliwych, ponieważ byliśmy tam tyle razy. Obok podręcznego stolika mam nawet obrazek stamtąd. Zresztą na tym moście startuje cała intryga.

Cytaty:
Teraz w błyskach magnezji doznawał uczucia, że zapanował nad sytuacją i wykonał swoją robotę jak należy. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że wpatruje się w rzecz leżącą pod postumentem. Nie ulegało wątpliwości, że jest to męskie przyrodzenie. Puder skojarzył teraz chaotyczne słowa profesora Taube, który odnalazł ciało. Mówił, że z ust trupa wypadło coś, co przypominało długiego robaka. – Nie nadepnijcie na to – wskazał palcem odcięte prącie.

Wyminął grupę robotników zmierzających Königshainer Strasse w stronę fabryki Thiele & Maiwald. Ci apatyczni mężczyźni wiedzieli, co ich dzisiaj czeka. Ich dni były do siebie podobne, w zgrzycie i huku montowali dźwigi towarowe i osobowe. Potem wracali do domu lub szli do browaru, a nazajutrz byli o jeden dzień bliżej śmierci.

Piszą o nas w całym kraju. Mordercy trafili na podatny grunt. Choć jesteśmy prowincjonalnym miasteczkiem, znajdzie pan tutaj to wszystko, co drąży Rzeszę. Kryzys, bieda, rosnące niezadowolenie ludności, rozliczne zadry… Partia Centrum wygrała w Kłodzku z ogromną przewagą, jednak i ona cieszy się ograniczonym kredytem zaufania. Nigdy nie zabraknie populistów, którzy będą wykorzystywać ludzkie niezadowolenie, wskazywać winnych ich podłej sytuacji… – I kogo wskażą pana zdaniem? – Żydów, masonów, rządzącą partię, państwo, które ugięło się i podpisało traktat wersalski. Czy był to policzek dla Niemiec? Raczej cios obuchem w podbrzusze! Odszkodowania, demilitaryzacja, okupacja części naszych ziem, utrata Alzacji i Lotaryngii, a ostatnio i części Śląska. Niemcy są dumnym narodem, nie wszyscy uważają, że wojnę przegraliśmy, a część pewnie sądzi, że ona wciąż trwa. Na tym podłożu już wkrótce może dojść do wybuchu…

Do tej pory nikt nie dostrzegał, co dzieje się z tym narodem. Tacy jak Wiese, Dinter i Beier pchną Niemcy nad kolejną przepaść. Doprowadzą do wojny, która zniszczy nasz naród. Za kilka, kilkanaście lat te siły zapalą nasz kraj. Pożar ogarnie każdy zakątek Rzeszy i rozprzestrzeni się dalej. Widzi pan, do czego są zdolni? To nie są ludzie, to zwierzęta. Porwą za sobą miliony, urzekną tych, którzy w ich hasłach odnajdą wiarę w lepszą przyszłość. Najpierw się dowiedzą, że za ich biedą stoją wewnętrzni wrogowie: Żydzi, masoni, jezuici. Potem, gdy wewnętrznych wrogów zabraknie, pojawią się ci poza granicami… –

Marek Bieńczyk „Kontener”

Marek Bieńczyk „Kontener” 2019:

Eseje, bardziej uduchowione niż w innych zbiorach.

Cytat:
Joseph Conrad dokładnie opisał w „Jądrze ciemności” karykaturalną komedię ostatnich słów, tego ekscytującego gatunku wypowiedzi, z których układa się zbiory quasi-aforyzmów. Jak umarł Kurtz, pragnie się dowiedzieć jego narzeczona od jedynego świadka taje śmierci Marlowa, co jeszcze zdążył przed samym odejściem powiedzieć?
„Ostatnie jego słowa… abym miała z czym żyć – prosiła. – Czy pan nie rozumie, że ja go kochałam – kochałam – kochałam!
Opanowałem się i wyrzekłem powoli:
– Ostatni wyraz, jaki wymówił, to było – pani imię.
Usłyszałem lekkie westchnienie i naraz stanęło mi serce, zatrzymane przez straszliwy krzyk uniesienia, krzyk niepojętego tryumfu i niewypowiedzianego bólu:
– Wiedziałam – byłam pewna!…”.

Zygmunt Zeydler-Zborowski „Komisarz Bonetti szuka Magdaleny”

Zygmunt Zeydler-Zborowski „Komisarz Bonetti szuka Magdaleny”:

Gazetowiec PRL-owski oczywiście. Polska turystka wplątana w przemyt narkotyków podczas wycieczki do Włoch. No, wygląda na to, że autor musiał byc tam z Orbisem choć trzy dni…

Cytaty:

W komisariacie dworcowym dyżurny sierżant nie ukrywał swego zdziwienia. — Panie komisarzu, co za zbieg okoliczności. Nie dalej jak przed pół godziną jakiś Polak pytał o tę kobietę. Twierdzi, że to jego żona. Zapisałem jego nazwisko i adres. Zatrzymał się tutaj niedaleko w hotelu „Touring”. Pan komisarz wie, taki mały, tani hotelik na Proncipe Amedeo. — Wiem, wiem. Dziękuję. — Przepraszam, panie komisarzu — powiedział nagle sierżant, zatrzymując zwierzchnika — Bardzo przepraszam, ale ten Polak nazywa się Wolski a w paszporcie jest nazwisko Wolska. — Nic nie szkodzi — uśmiechnął się Bonetti — U Polaków to już tak jest, że mąż nazywa się Wolski a żona Wolska. Co kraj to obyczaj.

Musimy się zastanowić co dalej…? — Trzeba się natychmiast likwidować z terenu — powiedziała zdecydowanie Karolina.