Archiwa kategorii: Z czytnika

Janusz Rolicki „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”

Janusz Rolicki „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”:

Głównie reportaże wcieleniowe, w których się specjalizował. Mimo, że z lat 60., pozostają bardzo nowoczesne. Pomysłowe, dociekliwe, staranne.
Ze Wstępu: „Na życzenie redakcji zatrudniał się w kolejnych zakładach, pracował tam kilka, kilkanaście tygodni, a potem swoje doświadczenia szczegółowo opisywał w tekstach. Nikt przed nim niczego nie udawał. Jego bohaterowie traktują go jak swojaka, a nie jak pana redaktora z Warszawy, który przyjechał na jeden dzień z gospodarską wizytą i należy mu świat upiększyć. Na początku lat sześćdziesiątych opublikował dziesięć takich tekstów, ważnych, poruszających i głośnych. Zapewniły mu popularność i rozpoznawalność w świecie dziennikarskim, zanim jeszcze skończył trzydziestkę. Reportaże Rolickiego to prawda i szczerości. I niezwykłe świadectwo epoki. Jego teksty przebijają gładką fasadę gomułkowskiej propagandy, obnażając partyjniactwo, kolesiostwo, cwaniactwo, łapówkarstwo. To Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń. Czysty PRL.”
Cytaty:

Noszę na windę płytki dachowe. Robota jest ciężka. Pot kapie z czoła. Na szczęście mój współpracownik, Bogdan, jest sympatycznym chłopcem. Wypytuję go, ile można zarobić i jaka jest praca. Bogdan odpowiada – znamy się zaledwie od czterech godzin – dobrze zarobić mógłbyś, jeślibyś znalazł kupca na materiały budowlane. – Pracując normalnie wyciągniesz, co najwyżej, dwa patyki – słyszę.

Czesiek już drugi raz bierze z budowy do siebie na wieś krzynę cementu. Podziwiam tego chłopaka. Bierze on bowiem jedną czwartą lub jedną trzecią worka cementu pod pachę i wiezie ten skarb do domu. Nie wstydzi się tego. Koledzy jadący z nim samochodem widocznie dają mu na to milczące przyzwolenie. Jeśli przez kilka dni powozi tak cement do chaty, to wkrótce będzie mógł podmurować stodółkę gospodarczym systemem.

18 sierpnia. Wożę taczkami beton. Dziś znowu do pracy nie przychodzi kilku robotników. Pytam operatora, dlaczego część z nich chodzi w kratkę. – A bo to im zależy na robocie? – mówi. – Mają domy, trochę ziemi, świnie, krowy, to im nie pilno do roboty. Tu sobie tylko dorabiają. Jak ich z roboty wyrzucą, to i tak nie stracą chleba. A w ogóle to mają lepiej niż my, bo żyjemy tylko z tego, co tu zarobimy.

Moi koledzy to chłopi z okolicznych powiatów. Przyjeżdżają tu do roboty ściągnięci mirażem pegeerowskich zarobków. Najczęściej do roboty kaptuje ich kierownik lub brygadzista. Zjawia się „starem” w którejś z przeludnionych wiosek i zaczyna namawiać. Obiecuje dużo pieniąchów. Zabiera każdego, kto tylko zechce jechać na dwa tygodnie do roboty. Bez tych ludzi gospodarstwo by splajtowało.

Jestem ceniony przez mych towarzyszy. Mam gazety. A wszystko przez te „kliny”. Drugiego śniadanka nie można ot, tak sobie, brać do roboty w garści, trzeba je owinąć. Papieru nie ma. Najlepiej więc w gazetę. Im większa gazeta, tym więcej z niej pożytku.

Po obiedzie wiążemy z Frankiem sadło, leżymy na łóżkach. – Wiesz co – mówi do mnie podniecony – głupie baby lały się dziś przy młocce. Najpierw se gadały, a potem jak jedna nie uchwyci drugiej za włosy, jak nie zacznie szarpać. Wydawało się, że wyrwie babie wszystkie kłaki. Pobiły się o chłopa z wioski. Mówię ci, te baby to het głupi naród.

– No, może coś da się zrobić – mówi Felek. – Oni, ci poprzedni likwidatorzy – jak wiem – dokonali tzw. likwidacji wstępnej, my natomiast wykonujemy ostateczne oszacowanie szkód. Co prawda, niestety – dodaje ze smutkiem – musimy opierać się na sporządzonych przez nich analizach, ale przecież będziemy brali pod uwagę również i obecny stan pola. Zachęta dobrze została zrozumiana, bo pan Grzdyl, marszcząc czarną szczecinę okalającą od ucha do ucha jego twarz, wtrąca: – Róbcie, panowie, tak, abym nie był stratny i abyście wy na swoje wyszli – z tymi słowami wsuwa na stół, ruchem podobnym do wyprowadzenia piłeczki pingpongowej, dwa zmięte banknoty stuzłotowe.

Tymczasem w drukach „obliczenie szkody w tytoniu“, już częściowo zapisanych, pojawiają się liczby wpisywane nie atramentem, jak każe instrukcja, ale ołówkiem. Jeszcze przed wyjściem w pole grupowa prosiła gospodarzy o ołówek miękki, broń Boże, nie kopiowy. Ołówek miękki, jak stwierdzę później, jest łatwościeralny. Z liczbą wpisaną takim ołówkiem można zrobić wszystko: zmienić ją, przeinaczyć, aby później móc manipulować nią, gdy przychodzi do obliczenia, tak aby wyszła suma dogodna dla likwidatora – i gospodarza, jeśli jest oczywiście mądry.

Bo konwojenci wypracowali system walki z tym cholernym bydlęcym obyczajem – jedzenia i trawienia. Dobrze np. jest świnię wygłodzić, a potem nakarmić piachem z cukrem, aby nie strawiła i nie zrzuciła wagi. Dobrze jest krowie dawać sól, aby przed rzeźnią piła nie 5–10 litrów, lecz 30 lub 40.

Pan wie, fucha fuchę żywi. Każdy chce żyć. Żeberka trzeba kupić, to nie takie proste. Zresztą ja mam fuchy, pan prace zlecone i koło się zamyka. Trzeba sobie radzić, zarobić na masło do chlebusia. No nie… – tu zrobił krótką pauzę. – Kosztować to będzie, pan rozumie, trzeba w porozumienie wchodzić. Inni zapobiegliwsi to, kochany, załatwili takie sprawy jeszcze wtedy, gdy dom był w budowie. Teraz to inna rzecz, ale można. Chociaż wie pan – tu zamyślił się – bywają i wpadki z tym przedwczesnym budowaniem. Niedaleko stąd budowaliśmy dom, jakaś kobieta zamówiła kafelki w łazience, odpalantowano jej, jak się patrzy, o potem okazało się, że pomyliła numery domów i kafelki w cudzym mieszkaniu zafundowała.

No, i nie przyszli – mówi chichotliwym głosem kierowniczka. Ze zdenerwowania dostała wisielczego humoru. Śmiech jej nie jest jednak swobodny. – Pewnie źle pani rozpropagowała prelekcję – mówi instruktorka. – Co też pani mówi – oburza się kierowniczka. – Wczoraj od samego rana malowałam te cholerne afisze, nie obrażając pana autora – zwraca się do poważnie wyglądającego dziennikarza z województwa. – A w internacie, szkole, była pani?

Ten reportaż to autoironiczna relacja z tak zwanego „Apo”. Skrót ten, oznaczający spotkania autorskie, popularny był wśród dziennikarzy, pisarzy i ludzi kultury zapraszanych na prelekcje. Rozszyfrowywano go wprost: A po ile? Spotkania te były formą dofinansowywania autorów niesprawiających kłopotów władzy. Każde województwo i powiat miało na nie przygotowane specjalne fundusze.

Pan Marian, wypłoszony hałasem sprawdzanego w pobliżu perkacza, zjawia się ponownie przy swej partnerce koło południa. Koszula jego jest już tylko miejscami biała. – Skąd ty wylazłeś, cholero – słyszy na powitanie. – Cicho, tylko nie „cholero” – odpowiada, czkając urażony pan Marian. Po czym przybliża się do pani Stefy i mając trudności z zachowaniem pozycji pionowej, pyta: – Jak, suko, handlujesz? Popatrz na sąsiadów, jak im idzie. – Pójdziesz, ty wypłoszu – odpowiada pani Stefa. – Niech no pan idzie i wstydu nie przynosi – wtrąca, wystawiając przez okno głowę sąsiadka. Pan Marian stoi przez chwilę z rozwianym włosem i niczym sumienie ulicy Dzikiej wodzi wzrokiem po tłumie. – Kiedy ona nie umie handlować tym piwkiem. Daj piwko – mówi i zdecydowanym ruchem sięga po skrzynkę. – Pójdziesz, ty synu. Wynocha. – Daj piwko – powtarza uparcie.

Pan na twarde czy na siusiu? – pyta spode łba patrzący mężczyzna wynajmujący ubikację. Zarost na twarzy i aż wargi krzywi z niechęci do stosowania tak wielkiej galanterii słownej.

Chłopaki piknikują. Wtedy kierownik chód ma nie zwyczajny, a nerwowy. – Panowie, wagony czekają, ruszcie się. – A ile pan dajesz? – pyta jakiś prymus. – No, jak – ile? – tyle co zawsze – 20 złotych od tony. – Tyle co zawsze, to idź se pan sam tyłkiem szorować po workach, a nas zostaw w spokoju. Dasz po 50 złotych – pójdziemy. Kierownik 50 złotych nie może dać. Więc chłopaki dalej piknikują. Gdy wypiknikują się tak do południa, a potem trochę zdrzemną i wymacają spód kieszeni, to wieczorem zazwyczaj ruszą się na rampę.

W barze tłok. Zeszło się chyba pół Warszawy na grzane z korzonkami. Stoliki zajęte. Każdy, stojąc, obgryzionym nożem kraje sztukę mięsa bądź schaboszczaka. Mój kumpel wyciąga z kieszeni pół literka owinięte w gazetę. Co odkorkuje i naleje do kufla, to zaraz chowa butlę za pazuchę. – Co dzisiaj będziesz robił? – pytam. – A bo ja wiem? Mamy trochę forsy, to się możemy najeść i napić – po czym stroskanym tonem dodaje – chyba się już stąd za dwa, trzy dni wyniosę, pójdę na inny dworzec. – To jak to, nie masz chaty? – A po co mi? Tak się przyzwyczaiłem.

O kontakty nie było trudno, walet waleta na kilometr rozpozna. Przy portierni, chociażby nie wiem jak był zasiedziały, kroki stawia niepewnie. Zawsze coś go tam w dołku gniecie. Dopiero na korytarzu z dala od służbowych oczu walet oddycha pełną piersią. Więc zrobił pretor wraz z kolegami małe waleciarskie państewko z rozbitków studenckich. On im ugadywał noclegi w pokojach, on wiedział, gdzie łóżko na dłużej jest wolne. Bo w akademiku każdy metr kwadratowy powierzchni jest zajęty. Ludzi więcej przybywa niż miejsc. Każde łóżko ma swego właściciela. Czasem taki właściciel złamie nogę, zachoruje; wielkie to dla niego nieszczęście, lecz szczęście dla waletów. Na takie łóżko można się wpakować bez strachu i spać, żyć po pańsku. Ludowej

„Panie zawiadowca, prosiłbym o rozpatrzenie sprawy, która jest dla nas wszystkich bardzo drażliwa i pilna. Teraz jest lato i odbywają się zabawy, a przeważnie chodzi o Radzymin. W dniu tym, kiedy jest zabawa w Radzyminie, to my jako obsługa naszych pociągów 1042 i 1044 jesteśmy bezsilni, zostajemy na pastwę chuliganów. Nie mamy pomocy ani od pasażerów, ani od milicji. Prosimy, ażeby można było dać pomoc, albo zlikwidować zabawy w Radzyminie.” – My wobec band jesteśmy bezsilni – tłumaczyli – i nie możemy przyjść z pomocą pasażerom.

Droga mamo nie wiem dlaczego nie dostaję od Ciebie listu, czy czasem nie napisałaś jakiegoś głupstwa i prokurator nie zatrzymał. Mamo wyślij mnie list Ekspres polecony przez który dasz mnie znać czy załatwiłaś mnie świadków do tego morderstwa na Grażynie oraz czy te dziewczyny co podałem ich adresy zmienią swe zeznania, że ja ich nie gwałciłem jeżeli mnie to załatwisz to znaczek przyklej na kopercie rogu na dole a jak nie to normalnie a będę wiedział co robić czy już zacząć jechać wariata czy nie. Proszę cię o prędki odpis. Mamo weź widzenie i przywieź mnie skarpetki i mydło i pastę i szczoteczkie pozdrawiam cię twój syn Andrzej.

Choćby taki pan Józef, co go wciąż cieciem zwą. Przed wojną miał pozycję społeczną. Bramę wolno mu było otwierać tylko w rękawiczkach. Po skończonym przyjęciu za zgrabne otwieranie drzwi, dygnięcie, zadzierżyste stuknięcie obcasami lub choćby przyłożenie ręki do daszka czapki i złotówka, a nawet piątka czasem mu wpadła, a dziś demokracja, awansując go na gospodarza domu, uczyniła mu krzywdę. Mało, że nikt już mu nie da takiej złotówki jak wtedy, gdy odziany był w liberię, to jeszcze do tego nie ma czym gospodarować. Jaki ze mnie gospodarz? – powtarza głosem smutnym i oczy mu się szklą od wielkiej boleściwości widocznej na obliczu. Więc gdy pan cieć stoi tak teraz na podwórku i pyta: – No czego, do cholery? – wiem, że to nie wrodzony brak taktu dyktuje mu takie maniery. Bo to nieprawda, że rewolucja zdeklasowała – jak przekonywał mnie nauczyciel historii – tylko panów z Londynu, lecz także, jak to teraz widzę, również pana Józefa.

Agata Christie „Morderstwo to nic trudnego”

Agata Christie „Morderstwo to nic trudnego”:

Małe miasteczko i głęboko zakonspirowany seryjny morderca.
Cytaty:

Zastanawiał się, czy starsza pani zatrzyma się jak nie nakręcony zegar, czy też będzie mówiła przez całą drogę do Londynu. Ale w istocie niezbyt mu to przeszkadzało, ponieważ uwielbiał swoją ciotkę Mildred i pamiętał, że kiedyś dała mu pięć funtów. Poza tym takie stare damy jak jego towarzyszka podróży i ciotka Mildred miały w sobie coś niezwykle miłego i typowo angielskiego. W Mayang Straits nie spotykał takich kobiet. Kojarzyły mu się ze śliwkowym puddingiem na Boże Narodzenie, krykietem na wsi i płonącym kominkiem. Były czymś, co człowiek docenia dopiero wtedy, gdy jest na drugim końcu świata.

Będę musiał wymyślić jakiś kamuflaż – powiedział Luke, uśmiechając się szeroko. – Co proponujesz? Artysta? Chyba nie… nie potrafię rysować, nie wspominając już o malowaniu. – Możesz być artystą awangardowym – zasugerował Jimmy. – Wtedy twoje umiejętności nie miałyby większego znaczenia.

Należała do kobiet, o których wiedziało się tylko tyle, ile same postanowiły ujawnić…

Autorzy nigdy nie uśmiercają swych bohaterek – zaoponowała Bridget. – Tak, ale… – W samą porę przerwał. – Co chciałeś powiedzieć? – Nic ważnego. Dziękował Bogu, że nie dokończył zdania. Nie można przecież powiedzieć atrakcyjnej młodej kobiecie: „Ale ty nie jesteś bohaterką”. – Bohaterki są porywane – ciągnęła Bridget – wtrącane do więzienia, zatruwane gazem albo zatapiane w piwnicach. Zawsze grozi im niebezpieczeństwo, ale nigdy nie giną.

Domysły starszych pań niejednokrotnie się sprawdzały. Moja ciotka Mildred była wprost niesamowita! Czy ma pan jakieś ciotki, doktorze? – Nie. – To wielki błąd! – powiedział Luke. – Każdy człowiek powinien mieć ciotki. Są przykładem triumfu sfery domysłów nad logiką. Ciotki często wiedzą, że pan A. jest oszustem, ponieważ przypomina im pewnego nieuczciwego lokaja, który kiedyś u nich służył. Inni, rozsądni ludzie twierdzą, że taki zacny człowiek jak pan A. nie może być oszustem. Ale te starsze panie zawsze mają rację.

Steve Sem-Sandberg „Biedni ludzie z miasta Łodzi”

Steve Sem-Sandberg „Biedni ludzie z miasta Łodzi”:

Docufiction na temat łódzkiego getta i postaci Chaima Rumkowskiego. Wybitna literatura grozy.
Cytaty:

I Prezes wyznał, że ma pewne marzenie. A właściwie: miał dwa marzenia. O pierwszym rozmawiał z wieloma, to było marzenie o Protektoracie. O tym drugim wspominał tylko nielicznym. Marzyło mu się, mówił, że pokaże władzom, jakimi zdolnymi robotnikami są Żydzi, raz na zawsze, tak aby dały się namówić na poszerzenie getta. A wtedy także inne części Łodzi zostałyby włączone do getta i już po wojnie władze byłyby zmuszone uznać getto za miejsce s z c z e g ó l n e. Tutaj robota wrzała dzień i noc, tu się produkowało, jak nigdy. I wszyscy odnosili korzyść z tego, że zamknięta ludność Litzmannstadtu pracuje. A kiedy Niemcy to dostrzegą, nadadzą gettu status protektoratu w ramach tej części Polski, która została wcielona do Rzeszy. Powstanie wolne państwo żydowskie pod zwierzchnictwem Niemiec, którego wolność będzie opłacona ciężką, uczciwą pracą. To było marzenie o Protektoracie. W tym drugim, skrytym marzeniu, w swoim

Kłamstwo zawsze ma swój początek w zaprzeczeniu. Coś się wydarzyło — a jednak nie chce się przyjąć tego do wiadomości. Tak się zaczyna kłamstwo.

Kiedyś on także marzył o tym, żeby zostać wielkim fabrykantem, producentem tkanin, jak tamci wszyscy, legendarni w Łodzi: Kohn, Rosenblatt czy niezrównany „król bawełny” Izrael Poznański. Przez jakiś czas prowadził ze wspólnikiem tkalnię. Lecz brakowało mu koniecznej w interesach cierpliwości. Unosił się gniewem z powodu byle spóźnionej dostawy, za każdą fakturą węszył machlojki i szwindle. W końcu zaczęły się także konflikty między nim a wspólnikiem. Do tego doszła ta rosyjska awantura i plajta.

Często siedział samotnie w którejś z modnych kawiarni na Piotrkowskiej, gdzie bywali ci lekarze i prawnicy, w których wybornym towarzystwie sam chętnie by się pokazywał. Ale żaden z nich nie chciał dzielić z nim stolika. Wiedzieli, że to prostak, bez wykształcenia, który potrafi sięgać po najcięższe obelgi i groźby, byle tylko sprzedać swoje ubezpieczenia. Pewnemu sprzedawcy farb na Kościelnej powiedział,

Żydowskich mężczyzn, zarówno młodych, jak i starych, zaprzęgano do fur załadowanych kamieniami i zmuszano, żeby ciągnęli je z miejsca na miejsce. Później musieli te kamienie rozładować; potem z powrotem załadować. Zwykli Polacy patrzyli na to w milczeniu — lub po prostacku bili brawo.

Sądził, że wie, iż kiedy Niemcy mówią o Żydach, to wcale nie mówią o ludziach, tylko o przydatnym być może, lecz w istocie plugawym materiale użytkowym. Żyd pojedynczy jest sam w sobie anomalią; już samo to, że jakiś Żyd ogłasza swoją odrębność, to potworne wynaturzenie. O Żydach można myśleć tylko w postaci z b i o r o w e j. W określonych ilościach. Numerycznych, liczbowych. Tak myślał Rumkowski: „Po to, by bestia zrozumiała, co masz na myśli, musiałeś sam zacząć myśleć tak jak bestia. Nie widzieć jednostek, lecz wielu”.

Ustalono dzienną rację przypadającą na każdego mieszkańca getta: trzydzieści fenigów; nikt w getcie nie mógł kosztować więcej.

Przebywa tu od paru dni osobnik znany jako Król Chaim, siedemdziesięcioletni starzec z wybujałymi ambicjami i lekko stuknięty [a bisl a cedrejter]. Opowiada cuda o swoim getcie. W Łodzi [jak mówi] jest żydowskie państwo, mające czterystu policjantów i trzy więzienia. Ma tam własne „ministerstwo spraw zagranicznych” i wszelkie inne ministerstwa. Na pytanie dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze, dlaczego tak wielu umiera, nie odpowiada. Uważa się za pomazańca bożego.

— On mówi do was, jakby getto miało z was pożytek, ale jaki tam z was pożytek; tak naprawdę jesteście tutaj po to, żeby dać się zaszlachtować… A wiecie jak? Tak jak się wpuszcza zwierzęta do zagrody. Najpierw niech się zmęczą, biegnąc przez labirynt, a jak już dobiegną, to tam czeka młot i hak rzeźnicki…!

Obierki ziemniaka — szolechcn — były w getcie cenionym towarem; obierzyny mogły być „grube” albo „cienkie” i sprzedawano je w workach po dwa albo pięć kilo tym wszystkim, którzy mieli kontakty w administracji, a te osoby, oczywiście, natychmiast wiedziały, co zrobić, by na czarnym rynku otrzymać za nie pięciokrotnie więcej. Handel obierkami ziemniaków tak w końcu się rozpowszechnił, że Prezes zażądał, aby wydawać je wyłącznie na recepty, tak jak mleko czy inne produkty mleczarskie.

Rankiem, po wiadomości BBC o masowych mordach w Chełmnie, Prezes getta przeprowadził inspekcję w Wydziale Statystycznym na placu Kościelnym. Wraz z panem Neftalinem, adwokatem, przejrzał całą zachowaną korespondencję i dopilnował, by spalono wszelkie dokumenty, które ewentualnym przyszłym pokoleniom mogłyby sugerować, że zbyt skwapliwie wykonywał rozkazy władz, czy też w ogóle miał jakieś pojęcie o ich prawdziwym sensie.

Elisabeth Asbrink „W Lesie Wiedenskim wciaz szumią drzewa”

Elisabeth Asbrink „W Lesie Wiedenskim wciaz szumią drzewa”:

Reporterska rekonstrukcja historyczna. Historia żydowskiego chłopca z Wiednia, którego udało się rodzicom przesłać do Szwecji. Sami po kilku latach zginęli w Birkenau. Równolegle – przyjaźń owego Otto z Ingvarem Kampradem, późniejszym założycielem IKEI, wówczas zagorzałym zwolennikiem faszyzmu. W tle szwedzki rasizm i faszyzm. Tabu.
Cytaty:

W Wiedniu Pepi siedział w domu, nie miał pracy, za to miał dużo czasu na myślenie. To też musi minąć. Te słowa towarzyszyły mu od zawsze. Przez setki lat przechodziły z pokolenia na pokolenie…

Przez całe wieki liczył się chrzest. Osobę przyjętą do wspólnoty chrześcijańskiej uznawano za chrześcijanina. Chrzest nie był przyodziewkiem do wkładania i zdejmowania. Kto raz się nawrócił i ochrzcił, był na zawsze chrześcijaninem. Lecz obsesja nazistów na punkcie krwi, dziedziczności i biologii odebrała znaczenie najważniejszemu obrzędowi w chrześcijaństwie. Pokropienie głowy wodą nie miało już żadnego znaczenia. Wiara przestała być pojęciem nadrzędnym. Obyczaje, definicja Boga, obrzędy, nawet asymilacja i sekularyzacja – nic się nie liczyło.

W tym samym roku Królewski Urząd Polityki Społecznej wydał orzeczenie, które po części wyjaśnia politykę imigracyjną kraju: Wielu nie potrafi teraz i prawdopodobnie nie potrafi również w przyszłości dopasować się do szwedzkiego społeczeństwa. Chodzi tu nie o zwykłe dostosowanie się do zasad handlu i tym podobne, lecz cechy rasowo-narodowe bardziej nieokreślonej natury.

Tego, kto „źle się czuł” z powodu ustaw norymberskich, nie zaliczano do uchodźców politycznych, przez co nie mógł on liczyć na szwedzką ochronę.

Pernow bardzo się starał. Trzeba mu to przyznać. Kiedy ktoś ratuje setkę dzieci, czy ma znaczenie, że wybiera te dobrze ułożone? Ochrzczone? Że wybiera dzieci szacownych rodziców? Rodziców posiadających wiarygodne papiery uprawniające do emigracji (ale nie do Szwecji, w żadnym wypadku do Szwecji). Kogoś przecież trzeba wybrać. I Birger Pernow wybierał.

Pastor urabiał szwedzki rząd nie tyle dla dobra dzieci, ile dla Chrystusa. Sto uratowanych dusz. Nic więc dziwnego, że chrzest był jednym z warunków Pernowa. Bez chrztu nie ma wyjazdu. Dzieci wyjeżdżające do Szwecji chrzczono taśmowo.

Zmiana nastąpiła, kiedy odkryto genetykę. Nic już nie było jak dawniej. Bycie Żydem stało się czymś głębszym niż wiara, życie duchowe czy rytuał w świątyni. Bycie Żydem stało się cechą dziedziczną, możliwą do zidentyfikowania dzięki genom sterowanym przez szczególne żydowskie DNA. Przy takim stosunku do świata i ludzi zmiana wiary mogła być nawet twarzowa, podobnie jak nowa fryzura, dopasowana do obowiązującej etykiety. Ale pod powierzchnią nadal krył się Żyd. Nienawiść porzuciła religię i ulokowała się w biologii. Dlatego ochrzczony to nie chrześcijanin. Dlatego Żyd chrześcijanin. Jedno i drugie. Ani jedno, ani drugie.

Limit uchodźców do Ameryki został ustalony na wiele lat naprzód. Za przykładem Urugwaju niemal wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej zamknęły granice dla europejskich Żydów. Do Wielkiej Brytanii nie mógł wjechać żaden posiadacz niemieckiego paszportu, gdyż oficjalnie zostali uznani za wrogów. A w kraju zarządzenie goniło zarządzenie, kolejne kolce na drutach kolczastych. Kiedy spadały bomby, żydowscy mieszkańcy miasta nie mieli prawa korzystać z tych samych schronów, co inni. Jeżeli w domu był tylko jeden schron, musieli zostać w mieszkaniu. Dostawali o połowę mniejszy przydział węgla. Nie przysługiwały im kartki na ubrania. Buty mogli naprawiać tylko wtedy, jeżeli rezygnowali z mydła.

Pastor wierzył w świadectwo apostoła Jana. Był przekonany, że naród żydowski został wybrany przez Boga. I był równie mocno przeświadczony, że Bóg się go wyrzekł. Dlatego jego komentarz do nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku zawierał sześć słów. O mordowaniu, samobójstwach, pobiciach, torturach i wandalizmie można mówić na różne sposoby. Można dobierać słowa na wieść o uwięzieniu dziesiątków tysięcy ludzi, których jedynym przestępstwem było ich pochodzenie. Pastor Pernow wybrał następujące: „Oto Bóg wziął się do dzieła”.

Listy zawierały kolumny nazwisk i Pepi był pewien tylko trzech rzeczy: ludzie z listy zostaną wywiezieni. Dopóki ma listę w ręku, nie będzie na niej jego nazwiska. Dopóki nie ma jego nazwiska, wywiozą kogoś innego. Oto trzy pewniki, których się trzymał kurczowo, żeby nie myśleć o jutrze.

Odmówiono mu szwedzkiego obywatelstwa. Trawił go gniew. Poczucie, że nic nie jest takie, jak powinno – ani on sam, ani miejsce, w którym się znajduje, ani otoczenie. Szwedzi, którzy nigdy nie musieli uciekać, tracić domu, których największym problemem podczas wojny było racjonowanie kawy.

Już w 1943 roku siedemnastoletni Ingvar założył przedsiębiorstwo handlowe. Z początku skupował i sprzedawał wieczne pióra, paski do zegarków i segregatory. Teraz przyglądał się okolicznym warsztatom mebli wokół jeziora Möckeln i zastanawiał się nad branżą meblową. Dodał swoje inicjały do nazwy miejscowości. Ingvar Kamprad Elmtaryd Agunnaryd.

Czy Ingvar Kamprad mógł wiedzieć, co popierał? Czego już dziś nie pamięta?

Nieco później Engdahl zaproponował, aby europejska skrajna prawica zaprzestała posługiwania się skompromitowanym pojęciem rasy w walce z imigracją i mniejszościami. Zamiast tego powinni mówić o kulturze: Imigracja, która tworzy duże mniejszości z własnym modelem życia, zawsze stanowi zagrożenie dla narodu i tym samym jego kultury. Jego oratorska rewolucja jest nadal podstawą ideologii dzisiejszych skrajnie nacjonalistycznych ruchów w Europie.

… szwedzki naród ma jeszcze jedną wspólną cechę z Ingvarem, a może ją nawet w sobie hoduje. Niepamięć.

Patrick Quentin „Bez motywu”

Patrick Quentin „Bez motywu”:

Pisarz kryminałów (dziś wiem, że to tylko nazwa firmy pisarskiej) mojej podstawówki. Kilka jego układanek wyszło wówczas u nas, pochałaniałem to i nadziwić się nie mogłem, że jest możliwe coś tak cudownego jak Ameryka. Tylko dlaczego, jak oni już w tym raju sobie żyją, to się zabijają?
Cytat:

— A dlaczego to, pani Flanders, trzeci pani mąż gonił panią z kuchennym nożem? — Och, moja droga. Wie pani przecież, jacy są mężczyźni… — Pani Flanders wzruszyła ramionami…

Znam takie czarujące kobietki. Oczy w gwiazdach, tyłki w rozjazdach!

Do tego siedzieliśmy przy szklanym stole, zastawionym wyrobami meksykańskiej sztuki ludowej. Ozdabiać je miały zapewne jakieś owoce, lecz według mnie wyglądały one na coś, czego nie uprzątnął po sekcji jakiś niechlujny patolog.

Temu, kto dekorował pokój jadalny, chyba mocno musiały dokuczać akurat wrzody żołądka.

Stanisław Lem „Głos Pana”

Stanisław Lem „Głos Pana”:

Raczej esej niż powieść z 1967 roku na temat możliwości porozumienia się z istotami pozaziemskimi. Po prostu zarysował skalę trudności. Niby tylko tyle, ale…
Cytaty:

… podług Hogartha ludzkość jest garbusem, który, dla niewiedzy o tym, że można garbatym nie być, od tysięcy lat poszukuje znamion wyższej konieczności w swoim garbie, ponieważ gotów jest na każdą wersję oprócz takiej, że kalectwo to jest przypadkowe po prostu, że nikt go nim z rozmysłu wyższego nie obdarzył, że ono najzupełniej niczemu nie służy, bo tak właśnie ustaliły rzecz skręty i uchyłki antropogenezy.

Nie jestem w stanie pojąć, czemu na drogi publiczne nie wpuszcza się ludzi pozbawionych prawa jazdy, natomiast na półki księgarskie mogą się dostawać w dowolnej ilości książki osób pozbawionych przyzwoitości – że nawet nie wspomnę o wiedzy. Inflacja słowa drukowanego spowodowana jest, zapewne, wykładniczym wzrostem liczby piszących, ale w równej mierze – polityką edytorską. Dziecięctwem naszej cywilizacji był stan, w którym czytać i pisać umiały tylko osoby wybrane, rzetelnie wykształcone, i podobne kryterium działało też po wynalezieniu druku, a jeśli nawet wydawano dzieła głupców (czego uniknąć całkowicie chyba niepodobna), to ich ogólna liczba nie była astronomiczna jak dzisiaj. Obecnie w zalewie tandety tonąć muszą publikacje cenne, ponieważ łatwiej jest odnaleźć książkę wartościową wśród dziesięciu kiepskich, aniżeli ich tysiąc w milionie.

Od czterdziestu lat wiadomo, że różnica pomiędzy szlachetnym, prawym człowiekiem a zwyrodnialcem maniakalnym sprowadzać się może do przebiegu kilku pęczków białej substancji mózgu i że ruch lancetu, który w okolicy nadoczodołowej uszkodzi pęczki, może obrócić wspaniałego ducha w obleśną kreaturę. Lecz jak ogromny odłam antropologii – nie mówiąc nawet o filozofii człowieka – nie przyjmuje tego stanu rzeczy do wiadomości!

Mit o naszym poznawczym uniwersalizmie, o naszej gotowości odebrania i zrozumienia informacji całkowicie – przez jej pozaziemskość, nowej – trwa niezwzruszony, chociaż, otrzymawszy posłanie z gwiazd, zrobiliśmy z nim nie więcej, niżby zrobił dzikus, który, ogrzawszy się u płomienia podpalonych dzieł najmędrszych, uważa, że doskonale owo znalezisko wykorzystał!

Z przesadą niezbędną dla uwyraźnienia mojej myśli powiem, że w trakcie prac (trudno mi powiedzieć, kiedy dokładnie się to stało) zacząłem podejrzewać, iż „gwiazdowy list” stawał się dla nas, którzy usiłowaliśmy go rozłamać, rodzajem psychologicznego testu skojarzeń, szczególnie skomplikowanego testu Rorschacha. Tak bowiem jak badany, który myśląc, że dostrzega w barwnych plamach anioły lub ptaki złowróżbne, naprawdę dookreśla niewyraźność ukazanego tym, co mu „w duszy gra” – i my usiłowaliśmy za zasłoną niepojętych znaków ustalić obecność tego, co w nas samych przede wszystkim tkwiło.

Nie doceniamy tego, jakie mnóstwo naciągaczy i pomyleńców zaludniło obszary stanowiące przejście pomiędzy nauką współczesną a szpitalami psychiatrycznymi.

… wypoczynek budzi we mnie, jako pierwszą reakcję, wyrzuty sumienia za marnowanie czasu.

Stało się jednak, że nieznany nadawca popełnił fatalne faux-pas, bo przysłał list bez wstępów, bez gramatyki, bez dykcjonarza – ogromny list, utrwalony na bez mała kilometrze wstęg rejestracyjnych. Kiedy się o tym dowiedziałem, pierwszą moją myślą było, że albo list nie został przeznaczony dla nas i znaleźliśmy się – czystym przypadkiem – na linii sygnału między dwiema „rozmawiającymi” cywilizacjami, albo też był przeznaczony dla wszystkich takich cywilizacji, które, przekroczywszy pewien „próg wiedzy”, zdolne są zarówno odnaleźć trudno wykrywalny sygnał, jak i rozłamać jego znaczenie.

Lecz najosobliwszą rzeczą była biblioteka podręczna. Ten, kto ją kompletował, był zupełnie pewien, że książki są tymwięcej warte, im więcej kosztują.

Gdybyśmy żyli bilion razy wolniej i o tyleż dłużej, gdyby sekunda odpowiadała w owym wyobrażeniu całemu stuleciu, zapewne uznalibyśmy kontynenty globu za procesy, ujrzawszy naocznie, jak bardzo są zmienne: poruszałyby się bowiem przed nami nie gorzej aniżeli wodospady czy morskie prądy. A gdybyśmy znów żyli bilion razy szybciej, uznalibyśmy wodospad za rzecz – gdyż przedstawiałby się nam jako coś wysoce nieruchomego i niezmiennego.

Uważałem, że gwiazdowy kod nie określa ani „plazmatycznego mózgu”, ani „maszyny informacyjnej”, ani „organizmu”, ani „zarodka”, ponieważ wyznaczony przezeń obiekt w ogóle nie figuruje w kategoriach naszych pojęć, że to jest plan kościoła przesłany australopitekom, biblioteka udostępniona neandertalczykowi. Uważałem, że kod nie był przeznaczony dla cywilizacji stojącej na tak niskim szczeblu rozwoju jak nasza, i że nie zdołamy przez to niczego z nim sensownie począć. Nazywano mnie za to nihilistą, a Wilhelm Eeney donosił swym mocodawcom, że sabotuję Projekt – o czym dowiedziałem się mimo nieposiadania własnej sieci podsłuchowej.

… może zachodzić taki związek informacji właściwej i jej materialnego nośnika, kiedy bowiem otrzymujemy niewielki, błękitny, przepojony subtelnymi perfumami liścik od kobiety, raczej nie spodziewamy się znaleźć w nim steku przekleństw albo schematu sieci kanalizacyjnej miasta. O tym, czy związek może zachodzić, jak i o tym, czy posiada on jakieś specjalne znaczenie, decyduje zazwyczaj kultura jako miejsce, w którym zachodzi nawiązanie łączności.

Autorzy nibynaukowych bajek dostarczają publiczności tego, czego ona pragnie: truizmów, obiegowych prawd, stereotypów, dostatecznie przebranych, udziwacznionych, aby odbiorca mógł jednocześnie pogrążać się w bezpiecznym zadziwieniu i pozostać nie wytrąconym ze swojej życiowej filozofii.

Radość ojca, wywołana tym, że jego dziecko podobne jest do niego, nie ma żadnej racjonalnej wartości, zwłaszcza gdy ojciec to osobnik tuzinkowy…

Rozpoczyna się wielkie rozmrowienie, skoro został przekroczony – nikt nie wie dokładnie, kiedy – próg, za którym zapas nagromadzonej wiedzy już nigdy nie zostanie ogarnięty przez jakikolwiek pojedynczy umysł.

Pamiętam, jak wiózł mnie raz pewien znakomity filozof, który przyznawał się do solipsyzmu, i opona mu siadła. Przerwawszy dyskurs na temat feerii złudzeń, jaką wszelki byt stanowi, zabrał się zupełnie zwyczajnie, stękając nieco nawet, do windowania wozu, wytaczania koła rezerwowego, a ja patrzyłem na to z dziecinnym zadowoleniem, jakbym ujrzał Chrystusa zakatarzonego.

Otóż my, na naszym szczeblu rozwoju, możemy być dla Kogoś – mrówkami. Poziom solidarności niekoniecznie musi obejmować – ze stanowiska owych istot – takie planetarne pełzaki jak my.

Jeśli cywilizacje mówią do siebie różnymi językami, a ich rozwojowe różnice są znaczne, w najlepszym razie ci, co są „mniej wiedni”, wyekstrahują z otrzymanego komunikatu to tylko, lub prawie tylko, co jest w nim fizykalne (lub naturalne, to wszystko jedno). Nic więcej nie pojmą. W samej rzeczy, przy dostatecznej rozpiętości międzycywilizacyjnej te same pojęcia, jeśli nawet funkcjonują w obu kulturach, znaczą rzeczy najzupełniej odmienne.

Francis Durbridge „Mordercza gra”

Francis Durbridge „Mordercza gra”:

Tego brytyjskiego autora (+ 1998) nasz Teatr Kobra eksploatował bez litości. Ale też było co – to wręcz gotowy scenariusz dla telenoweli kryminalnej albo właśnie dla naszego Teatru. Twisty w fabule – jak w zegareczku.
Cytaty:

– Owen. Tam Owen. Nat skinął głową. – Handel nieruchomościami to tylko przykrywka. Tak naprawdę Owen prowadzi agencję dziewcząt na telefon. Ale świadczy bardzo szczególne usługi: specjalne dziewczyny dla specjalnych ludzi. Wysokich urzędników państwowych, ważnych gości zagranicznych, biznesmenów odwiedzających Londyn. Nie muszę ci mówić jakie możliwości stwarza taki interes.

Słyszał policjantów i ich współpracowników nadal uwijających się w sypialni, ale nie poszedł zobaczyć. Ci ludzie byli jego kolegami, a przecież stali teraz po drugiej stronie niewidzialnej barykady. Zaczynał rozumieć, jak może się czuć normalny człowiek skierowany na przymusowe leczenie w domu dla psychicznie chorych.

W pierwszym momencie odnosiło się wrażenie, że właścicielka weszła do sklepu z antykami pełnego zwierciadeł w pozłacanych ramach i bogato zdobionych objets d’art i po prostu kupiła wszystko. – Jakie piękne mieszkanie! – wykrzyknął Harry, kiedy Linda zamykała za nim drzwi. – Podoba się panu? – Owszem, bardzo.

– Wczoraj wieczorem, po naszym spotkaniu w Plough, nawet miałam do pana zatelefonować, ale pomyślałam sobie: trzymaj się od tego z dala, Lindo. Do niczego się nie mieszaj. Zawsze byłaś grzeczną dziewczynką, z pewnymi wyjątkami, ma się rozumieć, i trzymaj tak dalej, słoneczko. W jej szczerości było coś ujmującego.

Jutro Linda ma się poddać operacji twarzy. Będzie polegała na pobraniu kawałka skóry z jakiejś części ciała i przeszczepieniu go. Judy uśmiechnęła się. – Mam pomysł, skąd można by go pobrać Lindzie, ale założę się, że będzie wolała nie mieć tam blizny.

Marek Bieńczyk – Książka twarzy

Marek Bieńczyk – Książka twarzy:

Odrabianie zaległości. Zbiór esejów na ogromnie rozstrzelone tematy – od Winnetou do kajakarstwa. Mnóstwo stylistycznej ornamentyki i falbanek, ale też sporo do przechowania.
Cytaty:

Pytanie o preferencje tworzyło podstawowe kryterium oceny moralnej. Pytaliśmy nowo poznanych: jesteście za Indianami czy za kowbojami? Odpowiedź była decydująca; dawała początek przyjaźni lub kres znajomości. Dzisiaj zdarza się ludziom pytać podobnie: na kogo głosowałeś w ostatnich wyborach?

Każdy ma swoje ulubione powiedzenie, ja lubię: „No mi si wyda ji, że jak Legia nie strzeli drugij bramki, to nie strzeli i trzecij”, choć nie wiem, czy jest to cytat autentyczny, czy właśnie apokryf.

Amerykańska Akademia Filmowa w 1999 przyznała Bogartowi tytuł najbardziej męskiego aktora wszech czasów. Miała do wyboru Williama S. Harta, Johna Wayne’a, Gary’ego Coopera, Jamesa Stewarta, Charlesa Boyera, Clarka Gable’a, Cary Granta, Spencera Tracy, Marlona Brando, Jamesa Deana. Postawiła na kogoś, kto mierzył niewiele ponad pięć stóp i musiał grać na grubych podeszwach (w Wielkim śnie są to klasyczne cholewki), był niemal krępej budowy i miał po bokach niepokojąco nisko schodzące włosy. Tak trudno przedrzeć się przez warstwy mitu i spojrzeć na tę twarz świeżym wzrokiem.

– Jak pan pije whisky? – pyta Marlowe’a generał w Wielkim śnie. – W każdej postaci. To jeden z wielu fantastycznych dialogów autorstwa pary William Faulkner (scenarzysta) i Raymond Chandler (autor opowiadania). Od samego Bogarta miały pochodzić inne trunkowe bon moty, które przeszły do historii. Jak ten najlepszy: „Świat jest o trzy drinki z tyłu”. Te ostatnie słowa miały być zarazem ostatnimi wypowiedzianymi przez Bogarta, gdy umierał ponad pół wieku temu.

Sztuka błądzenia zaowocuje literacką formą zwaną właśnie pasażami; rozwinie się w esejach lubujących się w kluczeniu, gdzie indziej da całe opowieści i powieści osadzone nie tyle na fabule, co na zapętleniu narratorskich kroków, trzymaniu się linii krzywych, które nie prowadzą akcji wprzód, lecz ją odwodzą wciąż na boki. Niezrównanym miejskim snujem jest bohater Konwickiego, przemierzający uporczywie, z powieści na powieść, z dziennika na dziennik, ulice Warszawy, spod której wyłażą niekiedy szczątki innych miast i czasów, tworząc wspólny no man’s land.

W ostatnim dialogu między Jimmym opuszczającym Europę a narratorem o nazwisku Malaparte słyszymy takie słowa: „Zbyt wielką wagę przywiązujesz do zmarłych – powiedział Jimmy. – Człowiek się liczy tylko wtedy, gdy żyje. – U nas w Europie – odparłem – liczą się tylko zmarli. – Jestem zmęczony życiem pośród umarłych, cieszę się, że wracam do domu, do Ameryki, do żywych”.

… zapomina się, że stalker może chcieć od nas czegokolwiek, tyle że chcieć za bardzo.

Wypisy z historii i legendy zapachów: Co wedle jej własnych słów zakładała Marilyn Monroe na noc? – Nic, poza paroma kroplami Chanel nr 5. Gdzie spędzili pierwszą miłosną noc Kleopatra i Marek Antoniusz? – Na łożu z 45-centymetrowej warstwy płatków róży. Jak George Sand starała się ulżyć cierpieniom Chopina? – Zapachem jaśminu, kwiatem pomarańczy i lipy, którymi kolejno, a może i jednocześnie, zraszała swój dekolt. Co uznaje się za pierwsze nowożytne perfumy? – Eau de la Reine d’Hongrie (XIV wiek), wodę, która miała starzejącej się królowej węgierskiej przywrócić wigor i powab – komponując wodę po raz pierwszy, do esencji dodano destylatu alkoholowego (z rozmarynu). Jak daleko wstecz sięgają dzieje perfum? Według Pliniusza pierwsza w dziejach wzmianka o perfumach dotyczyła kasety z zapachami, jaką Aleksander III odkrył przy zwłokach Dariusza III (330 p.n.e.). Ale sama sztuka perfumiarska zrodziła się w Egipcie Ptolemeuszy: manufaktury aleksandryjskie sprowadzały ze Wschodu esencje i eksportowały gotowe pachnidła.

Otrzymać perfumy, mówi Diane Ackerman, to otrzymać pamięć w płynie. To, innymi słowy, dostać wehikuł czasu, by móc zawrócić w dni bardziej niż minione.

… podczas sutej biesiady, mógł filozof poznać hrabiego Fekete, który wkrótce przysłał Wolterowi swoje wiersze i parę beczek tokaju. Wolter odpowiedział dworsko: „Przesyła mi Pan bardzo piękne wiersze i węgrzyna. Wiersze przyjmuję z największą przyjemnością, lecz wstyd mi przyjąć tak przesadną ilość wina. Pan bierze mnie za Polaka”.

Baudelaire o winie powie to między innymi: „Jeśli idzie o wino, jest ono zawsze recydywistą. Każdego dnia powtarza swoje dobrodziejstwa. Bez wątpienia to właśnie wyjaśnia zaciekłość moralistów występujących przeciw niemu”.

Taniec Dionizosa jest ważny, klasyczny podział narodów na pijące wino i pijące wódkę opiera się na przeświadczeniu, że te pierwsze mają w sobie taneczną lekkość, te drugie dźwigają cały ciężar świata.

„Radość człowieka, który pije, równa się radości wina z tego, że jest pite”, pisze Baudelaire, co przypomina mi słowa Marcela Duchampa definiującego sztukę nowoczesną słowami, że to patrzący czyni dzieło.

… oddanym zwolennikiem burgundów był cierpiący na zaburzenia gastryczne Erazm z Rotterdamu, gdyż były one „tak wielkim przyjacielem żołądka, że nawet po obfitym jego zroszeniu nie czyniły krzywdy”.

Recenzent otwartej niedawno w Paryżu wystawy Kandinskiego wykrzykuje z zachwytem: „W obrazie Kandinskiego można zabłądzić, jak błądzi się w lesie. I tej przyjemności nie należy sobie odmawiać”.

W chwili gdy Chateaubriand podpisywał w roku 1835 umowę, moda na powieści w odcinkach dopiero powstawała; w chwili gdy spółka wymyślona przez panią de Récamier sprzedawała prawa do Pamiętników Girardinowi – była w swym apogeum. Powszechnie znany jest ogromny sukces, jaki odniósł Eugene Sue. Jak pisze Théophile Gautier, „chorzy zwlekali ze śmiercią, aby poznać koniec Tajemnic Paryża”. Jeszcze większy sukces odniósł jego Żyd wieczny tułacz kupiony przez dziennik „Le Constitutionnel”; liczba prenumeratorów tej gazety wzrosła z 3600 do 20 000. W 1844 prawdziwy tryumf odnoszą z kolei powieści Dumasa Trzej muszkieterowie i Hrabia Monte Christo.

/ o śmierci Wiktora Hugo/
„Po południu ze smakiem zjadł zupę”, informuje „Le Figaro” w kilka godzin po tym, jak zupa została zjedzona; „Echo de Paris” donosi, że wypił nawet kieliszek muszkatu, wkrótce po tym, jak kieliszek został wypity; czytelnicy informowani są o stosowanych terapiach i lekarstwach. Przez kolejne dni, aż do śmierci w piątek, choroba Hugo pozostaje najważniejszym narodowym wydarzeniem. Mówi o nim cały Paryż; ulica i senat. Jest to w istocie – po raz pierwszy na taką skalę – umieranie przekazywane na żywo, wedle ówczesnych możliwości technicznych.

Aby uniknąć ciągłych nagabywań, zaufani wywieszają informacje o aktualnym stanie chorego. Prasa odnotowuje pojawienie się przy księdze znanych osobistości, ministrów, artystów, literatów. W czarnej sukni zajeżdża Sarah Bernhardt; rozpoznana przez ulicę, musi znieść towarzystwo wyrostków goniących za powozem. Pojęcie „paparazzi” jeszcze nie istnieje, lecz duch paparyzacji już się narodził.

Sprawność medialnej obsługi tej agonii czyni z niej rodzaj generalnej próby, próby nowoczesności, przed wiekiem dwudziestym.

Jedną z podstawowych przyjemności podróżowania jest spotykanie tego, co jest już niejako znane, co zostało dla nas wcześniej zinterpretowane; odnajdowanie zatem klisz, prawd oczywistych, stereotypów, całej tej zrytualizowanej, znormalizowanej lokalności, którą przewodniki umieją streścić w kilkunastu zdaniach.

1832, Mickiewicz rzucał przekleństwo, „nowe przekleństwo na tych, co wynaleźli granice, paszporty”.

/Mickiewicz/ „… te cła i granice są wbrew przeciwne dążeniu teraźniejszemu. W istocie może być coś haniebniejszego nad ów stary przesąd, iż linia pociągniona palcem królów skroś kraju jednego, często śród miasta, ma rozdzielać mieszkańców, krewnych nawet, na krajowców i cudzoziemców, na naturalnych nieprzyjaciół? Przyszło nawet do tego, że każdy Europejczyk przenoszący się z miejsca na miejsce nie tylko traci wszelkie prawa polityczne i cywilne, ale z góry jakby podejrzany o złodziejstwo musi się opatrywać w rysopisy i świadectwa”.

Chandler jest mistrzem albo i sztukmistrzem koncentracji. Wysysa znaczenia z twarzy, ubiorów, scenerii jednym ruchem, krótkim akapitem; to fenomenolog na dopalaczu, nadaktywny czujnik. To Balzak puszczony w przyśpieszonym tempie, wsadzony w wyżymaczkę: z trzech stron pozostaje parę zdań, z długiego opisu krótki domysł, elipsa do rozwinięcia w głowie czytelnika – lecz nie zmniejsza się przy tym ładunek przekazanej wiedzy.

… za pierwsze akapity jego powieści oddałbym pół dzisiejszej literatury, zwłaszcza tej nagrodzonej – lawina znaków rusza. Detektyw szuka sensów, rekonstruuje logikę i następstwa, lecz i cały świat dookoła zaczyna sensy ujawniać – scenerią, pogodą, dekoracjami życia codziennego. Wszystko zaczyna pulsować, gadać, drżeć, wypuszczać z siebie aurę, lekko gorączkować. Sami kończymy lekturę lekko spoceni; to ciało mówi nam, że ono też coś z Chandlera zrozumiało.

Wprowadza do kryminału katharsis, czyli konieczność chwili milczenia i przełknięcia śliny po zakończeniu lektury.

– Jak mam panu podać whisky, Marlowe? – W szklance. – A jak mam, Marlowe, zakończyć ten tekst? – Kropką. Raymond.

Aleksander Błażejowski „Czerwony błazen”

Aleksander Błażejowski „Czerwony błazen”:

Kryminał warszawski z 1925 roku. Co za styl!
Cytaty:

Tajemnice gabinetów ministerialnych, buduarów modnych kokot, dyskretne ploteczki dobroczynnych rautów i balów w salonach wysokiej arystokracji, wszystko to przedostawało się jakimś dziwnym trafem do ucha czerwonego błazna i padało pastwą satyry i śmiechu na estradzie Złotego Ptaka. Powoli zaczęła już urabiać się w mieście pogłoska, że czerwony błazen obdarzony jest darem nadzwyczajnej przenikliwości, że jego wzrok przebija powłokę ludzką, odczytuje tajniki duszy i mózgów, przenika ściany i mury.

Wieczór u państwa Kleskich doszedł właśnie do najwyższego napięcia humoru i zabawy,

Zdawało się, że oczy Wika chcą przebić jedwab jej sukni, że w myślach odrysowuje sobie kształty jej ciała. Twarz zaczęła mu drgać nerwowo, rasowe nozdrza nierównomiernie wachlowały…

Wreszcie w drzwiach od strony widowni ukazał się Metzner w towarzystwie komisarza policji Borewicza i kilku agentów. Borewicz rozpoczął natychmiast śledztwo.

Jego gutaperkowa twarz z przerażenia, nabrała jakiegoś brudnozielonego koloru, jak woda w dawno nieczyszczonym stawie.

Myśli jego pracowały coraz sprawniej i lepiej, aż zaczęły nizać się na sznurek logiki.

Kilku strażników więziennych w popielatych ubraniach bacznie przypatrywało się nowemu i spokojnemu więźniowi. Jeden ze strażników spytał: — Za walutę, czy za agitację, co? Wik nie odpowiedział, nie słyszał pytania…