Archiwa kategorii: Z czytnika

Jerzy Edigey Jerzy „Niech pan zdejmie rękawiczki”

Jerzy Edigey Jerzy „Niech pan zdejmie rękawiczki”:

„Powieść Jerzego Edigeya >Niech pan zdejmie rękawiczki< jest trzynastą pozycją, która ukazuje się w Serii z Warszawą. Po raz pierwszy powieść ta była drukowana w >Dzienniku Zachodnim< w 1971 r.”

Cytaciki:
Eufemia Kwiatkowska otrzymywała listy polecone – długie, białe, opatrzone barwnym napisem „Nasza Kotwica”. W tych pismach zarząd spółdzielni „uprzejmie zawiadamiał”, że wobec wzrostu kosztów należy wnieść dodatkowe opłaty, albo wyjaśniał, że „wobec niewykonania planów budowy domów, przydział mieszkania dla Ob. przesunięty zostaje na dalszy termin”.

Morderstwo seksualne? – rzucił major Sozański. – Wykluczone! Nie wykryto usiłowania gwałtu. Trzeba też brać pod uwagę, że Roszkowska była osobą starszą. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat, a nigdy nie była zbyt urodziwa. – To o niczym nie świadczy – zauważył Sozański. – Niedawno we Francji zgwałcono i zamordowano osiemdziesięcioletnią staruszkę. – U nas, na szczęście, starsze panie pod tym względem nadal są bezpieczne.

Jak to zwykle bywa w takim nowo przekazanym do użytkowania osiedlu, kręcą się tam całe tabuny przeróżnych kombinatorów. Ślusarze do zakładania dodatkowych zamków, stolarze do poprawiania niezamykających się drzwi i okien. Hydraulicy oferujący swoje usługi. Firmy uszczelniające okna. Sprzedawcy gzymsów. Elektrycy i wszelkiego kalibru „złote rączki”. Wylegitymowaliśmy kilkadziesiąt osób. Przy sposobności niektóre sprawy skierowaliśmy do kolegiów. A przede wszystkim agentów firm niemających koncesji i robotników zatrudnionych w miejscowych przedsiębiorstwach budowlanych, którzy w godzinach pracy i przy użyciu materiałów fabrycznych naprawiali prywatnie to, co przedtem urzędowo sknocili.

Chyba zgodzimy się z twierdzeniem majora – potaknął pułkownik. – A ja myślę, że nie. Wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli na sierżanta, jak gdyby zobaczyli go po raz pierwszy. Dzielnicowy na naradzie sztabowej wyższych oficerów, to ostatecznie się zdarza, ale żeby ośmielił się być innego zdania niż pułkownik z Komendy Głównej? Ciekawe! Sierżant miał twarz czerwoną aż po czubki uszu. Doskonale zdawał sobie sprawę z własnej bezczelności, ale brnął dalej. : – Sądzę, że pan major się myli.

Wychodząc z więzienia dostaliście skierowanie do zakładów im. Róży Luksemburg. Pracowaliście tam niecałe trzy tygodnie. Nawet po ostatnie pieniądze nie przyszliście. – Co to za pieniądze? Same grosze, a rzuciłem, bo to nie dla mnie. Codziennie trzeba przychodzić do roboty. Ciągle to samo. Na jednym miejscu. – Przecież w więzieniu przyzwyczailiście się do przebywania w jednym miejscu. – Więzień to jest więzień, a wolność co innego.

Panowie sami wiedzą, w nowych mieszkaniach wszystko co ma się otwierać, to i siłą nie ruszysz. A wszystko co ma być zamknięte, to nie domkniesz.

Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu”

Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu”:

Kryminał osadzony na wybrzezu gdańskim pod koniec lat 80. Jak by wyciąć jedną trzecią tekstu…
Cytaciki:
Dopiero w blasku słońca uzmysłowiłem sobie, że znam tego faceta. Nazywał się Mariusz Zwierzyniecki i był rzeczywiście bardzo kostyczny i zarozumiały. Poza tym pisywał pod pseudonimem powieści kryminalne, których akcję brał z sufitu. Nie budził mojej sympatii. I wzajemnie.

Stałem już w progu, jedną nogą za drzwiami. Hazel przyskoczyła do mnie i – wzorem Eda -wycisnęła na moim nie dogolonym policzku czuły, siostrzany i zupełnie niewinny pocałunek. Ale przy okazji przywarła do mnie całym ciałem, na sekundę, może dwie. Wystarczyło. Czy ktoś z was opierał się kiedyś o przegrzaną lodówkę?

Wąska leśna droga była nienaturalnie wyboista, jak wiele bocznych, polnych dróg w okolicy. Wiedziałem dlaczego. Dziury i doły w drogach kopali sami właściciele przytulnych dacz i letnisk, broniąc się w ten sposób przed weekendową miejską szarańczą, jeżdżącą przeważnie maluchami czy syrenami. Dla gorszych samochodów były to rzeczywiście niebezpieczne drogi, a właściciele dacz dysponowali na ogół lepszymi i większymi wozami. Postanowiłem zaryzykować. Co prawda omal nie urwałem resorów, ale po dziesięciu minutach dotarłem do mostku.

W Stawowej mieli niegdyś zamek, obecnie zmieniony w prymitywny PGR–owski slums; tak w praktyce zrealizowano hasło dyktatury proletariatu – proletariat zamieszkał w magnackiej siedzibie, którą skutecznie doprowadził do poziomu chlewu.

Znów się zaśmiała… Jakby ktoś rozsypał perły po szklanym blacie.

W tym kraju zbrodnia zawsze jest prymitywna. Siekierą w głowę, po pijanemu. Tak to się tutaj robi. – W twoich powieściach to jest bardziej skomplikowane.

Żal kobiety, ale sama sobie zasłużyła. Zirytował mnie. – Dlaczego pan sądzi, że niemoralnie żyła? – Jakżeż? Sam pan mówił, że chodziła na nagą plażę? – To jeszcze o niczym nie świadczy. – Zapewne, zapewne… Choć nie byłbym taki pewny. Oni tam, panie, w tym filmie, do wszystkiego zdolni. A już we francuskim zwłaszcza.

Jerzy Michał Czarnecki „Fart”

Jerzy Michał Czarnecki „Fart”:

Krakówek – sfery radcowskie i doliniarskie.
Cytaciki:
Spojrzała zimno na intruza. Był to nieciekawy typ, taki, który zawiera znajomości w lokalach, nachalny, bezczelny… — A może pójdziemy się gdzieś zabawić? Wieczór tak pięknie się zapowiada — indagował dalej. — Pani musi być wspaniałą kobietą. Klarze to zaimponowało. Czuła się piękna i młoda, jak za dawnych młodzieńczych lat. — Pani jest nieprawdopodobnie zgrabna. — Nawet interesujący — pomyślała Klara. Mężczyzna przechylił się w stronę Klary i ujął ją za rękę: — Niech się mnie pani nie boi. Ja nie gryzę. A może nam być wesoło. Przecież już nie jesteśmy młodzi… Klara spojrzała ostro na mężczyznę: — Proszę odejść, bo zawołam portiera. — No, co pani taka nieużyta? — Proszę natychmiast odejść — rzuciła Klara ostrym, głośnym tonem. — Dobra. Niech będzie — powiedział mężczyzna wstając z ociąganiem. — Taka stara i taka głupia. — dodał.

Kto chce się wybić, a ma ku temu zdolności, w stolicy szuka poparcia, tam prezentuje swoje prace, tam wreszcie znajduje prawdziwych przyjaciół. Chociaż… czy tam jest dużo lepiej? Klany, grupy i koterie spotykają się codziennie, codziennie w określonych kawiarniach, klubach. Ich członkowie zasiadają przy wspólnym stole, piją razem kawę, herbatę i plotkują, plotkują, plotkują. Wieczorem idą na wódkę, aby następnego dnia spotkać się znowu i opowiedzieć kto ile wódy wypił, podomyślać się kto z kim noc spędził, kto komu i za co dał w mordę, ewentualnie kto kogo oszukał w małych, maleńkich i nie zawsze czystych interesach.

— Powiedziałam tyle, że nic nie wiem, bo tak po prawdzie to nic o nim nie wiem. Żyje jak samotnik, sam do siebie gada, jak się upije to tak rozrabia po domu… tatatata — wiecie panowie, strzela… — Strzela? A z czego? — Z niczego. Tak tylko udaje. Chłop dorosły, a zachowuje się czasami jak mały dzieciak. Rozkazy wydaje, „do boju” — wrzeszczy.

Usiadł. Odkręcił butelkę i nalał do kieliszka. Podniósł szkło, popatrzył pod światło, i jednym haustem wypił koniak. Odstawił kieliszek, wziął za ogon śledzia, włożył do ust, zacisnął zęby i ciągnąc za ogon wyszarpnął z ust kręgosłup ryby. Złożył go ostrożnie na brzegu talerza. Ponownie nalał sobie koniaku, wypił, odstawił kieliszek i ile miał sił w płucach ryknął: „Jak to na wojence ładnie…”

— Butelkę mszalnego hiszpańskiego — zadysponował radca Prochliński. Po chwili kelnerka przyniosła dwa kieliszki, butelkę, otworzyła, nalała. Odeszła. — No, to in nomine patris et fili et spirytus — powiedział Prochliński podnosząc kieliszek. — Deo gratias — odrzekła narzeczona i wypili po łyku.

Nerwy odmówiły posłuszeństwa Ralskiej. Ujęła za szyjkę butelkę z wodą mineralną i nie wstając rąbnęła nią w głowę Jubiego. Butelka rozerwała się jak granat i po głowie Jubiego spływała woda. Zerwał się, wyrzucił obie ręce w górę, wrzasnął falsetem: — Milicja! Milicja! Następnie przyjrzał się bacznie ładnej blondynce, cmoknął i dodał: — Albo i nie.

Anna Kormik „Cicha śmierć”

Anna Kormik „Cicha śmierć”:

Kryminał „babski”, więc mnóstwo ględzenia i dzielenia włosa na czworo, ale mówi się trudno i czyta się dalej.
Cytaciki:
Nie ma na świecie nic gorszego niż mąż, który ma zawsze rację.

— Po co takie rzeczy opowiadasz? — Bo uczono mnie, że milicji należy mówić zawsze prawdę.

Za duża różnica wieku wydatnie zmniejsza różnicę płci.

Sytuacja była zbyt poważna, żeby mówić dłuższymi zdaniami.

Lutek jest suchy, pedantyczny, cały składa się z nawyków i fobii. Nie jada drobiu, nie lubi ciętych kwiatów, nie może zasnąć w mieszkaniu, w którym jest brudna bielizna, i co dzień domaga się, żeby wszystko było wyprane. W ogóle jest wymagający. Ale solidny i godny zaufania. Myślę, że Jadwiga wolałaby romantyczniejszego partnera.

Barbara Nawrocka, Ryszard Doński „Akcja >Chirurg<"

Barbara Nawrocka, Ryszard Doński „Akcja >Chirurg<” 1968:

Warszawski student robi napad na sklep jubilerski i z forsą próbuje prysnąć do Szwecji. Bardzo błyskotliwy, ale histeryk. Wpada.
Cytaciki:
Forsa ma swoją siłę, łagodzi rany duszy.

Przyszło jej na myśl, że miłość niekoniecznie musi sprawiać przyjemność, jak się jej dotąd wydawało. Ten wyglądał, jakby się męczył.

Naprzeciw kościoła mieścił się bar samoobsługowy. Andrzej zażądał setki i wypił ją jednym haustem. Ruszył w kierunku MDM. Lekkość, pewność zwycięstwa rosła w nim z każdym krokiem, w miarę jak alkohol przenikał do krwi.

– Wyglądasz jak bandzior. Dlaczego się nie golisz? Roześmiał się. ? Robię się na Fidela ? powiedział Andrzej pierwsze, co mu wpadło do głowy.

Nie jesteś najlepszym materiałem na męża ? stwierdził. ? Przeważnie nie ma cię w domu, a jak jesteś, chcesz myśleć. Musisz wziąć pod uwagę, że oni też mają prawo własnego życia. Wiem, wiem ? odpowiedział sobie ? i dlatego kupiłem rodzinie telewizor.

Przestępcy odznaczają się tą samą wadą co ludzie, którzy nigdy w kolizję z prawem nie popadli ? lubią blaski swojej sławy, kobiety, potrafią się zabawić. Przy wódce zawsze wymknie się komuś słowo, jedno słowo wystarczy. Powstrzymać się z tym jednym słowem trudno. Cudza gloria spływa na całe środowisko ukoronowane wybrańcem, pijane siłą. Wtedy łatwo o jedno słowo. Trzeba jeszcze poczekać na to słowo.

Żaden mężczyzna, którego dotąd znała, nie wspominał. Niczego.

Rozkopał trzeci dołek, wybrał z niego kosztowności. Już zabierał się do czwartego, gdy przyszło mu do głowy, że warto zostawić sobie coś na czarną godzinę. Nie wiadomo, czy kiedyś nie zechce mi się wracać ?pomyślał. ? Bank ziemiański najpewniejszy.

Uważał, że zawód /milicjanta/, który wybrał, wymaga posługiwania się mózgiem, inteligencją, maksimum obiektywizmu.

Ale konfrontacje z martwym już człowiekiem mają w sobie coś ironicznego i takiego właśnie uczucia doznawał w tej chwili Korda.

Ma usposobienie koparki kroczącej, idzie do swego celu, irytują go zmiany kierunku.

Jerzy Edigey „Alfabetyczny morderca”

Jerzy Edigey „Alfabetyczny morderca”:

Niestety, nie udało się ustalić, która wtedy mogła być godzina. Szczęśliwi z kuflem w ręku nie patrzą na zegarek, a czas im płynie szybko.

Zabiegowo bynajmniej nie należało do „suchych” miast. Przeciwnie, w wojewódzkich statystykach spożycia alkoholu to miasto znajdowało się prawie na samym szczycie tabeli.

Kto wstąpił na służbę do MO, musi być przygotowany na niebezpieczeństwo, nawet na śmierć.

– Tutaj, w Zabiegowie, wszyscy wszystkich znają. Zbyt małe miasto, aby udało się cokolwiek zachować w tajemnicy. Nasi ludzie, bez względu na to, czy chodzą w mundurach, czy przebrani za krakusów, i tak będą natychmiast rozpoznam na ulicy.

– Przejrzałam wszystkie książki traktujące o kryminalistyce, naturalnie te w języku polskim. – Wszystkie dwie – uśmiechnął się Stefański.

– Pozostaje więc nam jako pewnik, że tym motywem jest zemsta. – Albo miłość – podpowiedział podporucznik Rzeszotko. – Miłość mogłaby być takim motywem, gdyby nie to, że jedną z ofiar jest siedemdziesięciotrzyletnia staruszka. – Z miłością nigdy nic nie wiadomo – podpowiedział porucznik Stefański – a może jakiś amant odpalony przed laty…

Naturalnie, w takiej knajpie, jak „Śląska”, nie używano mniejszych kieliszków niż setki. Kapitan z niedowierzaniem obserwował, jak Barbara bez mrugnięcia okiem wychyliła cały kieliszek aż do ostatniej kropelki. Kelnerka, która początkowo tylko umoczyła usta, poszła za przykładem „solenizantki” i z uznaniem spojrzała na tę dziwną porucznik w spódnicy. Nic bowiem w Polsce tak nie imponuje ludziom, jak umiejętność picia.

Przy ulicy Świerczewskiego znajdowała się też duma i chluba miasta – jeden z trzech, za to największy sklep samoobsługowy. Mieścił się w specjalnie wybudowanym pawilonie, nieco cofniętym od linii ulicy. Wszyscy nazywali go z pewną przesadą „Supersamem” i mówili, że jest lepiej zaopatrzony od tego w Katowicach. W tym ostatnim twierdzeniu była nawet spora doza prawdy. Nieraz na półkach zabiegowskiego sklepu leżało dużo takich towarów, które w Katowicach stanowiły rzadkość, jak na przykład pudełka z czekoladkami,, Wedla” czy „Goplany” lub puszki z sokiem grapefruitowym. Kierowniczka „Supersamu” była jedną z najbardziej znanych i popularnych osób nie tylko w mieście, ale i w całej okolicy.

Wykształcenie wspomaga inteligencję, ale jej nie zastępuje – mruknął Stefański. Zebrani gruchnęli śmiechem.

Trabanty to bardzo dobre wózki. Sto kilometrów ciągną jak nic.

Drugi raz nie wolno się mylić nie tylko saperom, ale także milicjantom.

Wspominał pan o konieczności rzucenia pracy, o stale towarzyszącym przezwisku „bandyta”. To na pewno było nie do zniesienia. Ale czy szukał pan pomocy i opieki? – Gdzie jej miałem szukać? – W radzie zakładowej, w partii czy choćby u nas, w milicji. Na pewno podano by panu życzliwą dłoń, tak jak ją podajemy tysiącom ludzi, którzy wychodząc z więzienia i chcąc dalej żyć uczciwie, znajdują się w takim samym położeniu.

Antoni Słonimski „Załatwione odmownie”

Antoni Słonimski „Załatwione odmownie”:

W ponurych czasach „Skamandra” było w Polsce piętnastu poetów i czytelnik mógł ich rozróżnić. Dziś już jest pięciuset facetów piszących wiersze i czytelnik nie może ich rozróżnić, bo ich nie czyta, a gdyby czytał, też by mu to niewiele pomogło.

Nie darmo cztery tysiące lat temu uczony chiński Lu-Tso przestrzegał przed nowymi wynalazkami. Chodziło wtedy co prawda tylko o koła, które miały zastąpid płozy u wozów, ale wiadomo: od rzemyczka do trzewiczka.

Pamiętam, jak znany komik warszawski, Gierasioski, klarował mi poważnie: – Co to jest Żeromski? Niech Żeromski z Prusem pod rękę trzy razy przejdą Marszałkowską, a pies z kulawą nogą się nawet nie obejrzy. A jak ja idę, każdy mówi: „Patrz, Gieras idzie.” – Prus nie żyje wtrąciłem nieśmiało. – No to niech Żeromski z nieboszczykiem pod rękę się promenuje.

Kiedyś, w latach dwudziestych, Żeromski wybił przypadkiem szybę w tramwaju, a że nie miał przy sobie pieniędzy, prosił, aby ktoś za niego poręczył. Nikt nie poręczył, bo nikt z obecnych nie słyszał o Żeromskim.

Gdy wracałem z teatru i patrzyłem na jarzące się w pustych ulicach neony, pomyślałem, że są jak te kelnerki w Spatifir – piekne, ale nikomu nie służą.

Marek Rymuszko, Sprawa osobista

Marek Rymuszko, Sprawa osobista, seria: Ewa wzywa 07…:

Cytaciki:
Facet, tłukący w bębny, miał oblicze krasnoludka po dużej wódce i z trudem utrzymywał rytm, wyznaczany improwizacją zaplutego saksofonu. Pianista, tępo wpatrzony w pierwszy z brzegu stolik, przy którym kiwała się sennie rozłożysta blondyna, przebierał palcami po klawiaturze w sposób niekoniecznie zgodny z linią melodyczną forsowaną przez basy.

Właśnie wtedy zauważyłem z niepokojem, że przepycha się w naszym kierunku pan Tosiek. Pruł przez tłum. przecinając go na pół, niczym śruba słynnego lodołamacza „Czeluskina”.

Jak sobie przypominam, Czesterfield przyszedł do mnie koło godziny trzeciej po południu i zaproponował mnie odbycie stosunku płciowego. Ja się na tę propozycję zgodziłam i odbyłam stosunek płciowy z Czesterfieldem. Następnie Czesterfield wyciągnął przyniesione ze sobą pół litra wódki, którą wypiliśmy. Na moją propozycję, żeby Czesterfield dał mnie coś w zamian za stosunek płciowy powiedział on, że chwilowo jest bez forsy, bo cały bank trzyma Kalaput.
Ja nie traktowałam tego jako żart, gdyż współżyłam także z Kalaputem, od którego otrzymywałam kilkakrotnie różne prezenty. Prawdziwego nazwiska Kalaputa nie znam.. Co do jego imienia, to mnie się wydaje, że ma Stasiek. Na zadane mnie pytanie odpowiadam, że Kalaput mieszkał ostatnio przy ulicy Brzeskiej siedemdziesiąt, numeru mieszkania nie pamiętam, ale bym trafiła. Następnie udałam się do Kalaputa na ulicę Brzeską, którego zastałam w domu. Była to godzina siódma albo ósma wieczorem. Razem z Kalapu-tem wypiliśmy około pół litra wódki, a następnie Kalaput jeszcze ćwiartkę, ale już beze mnie, bo czułam się pijana. Po wypiciu tego alkoholu Kalaput zrobił mnie dobrze, po czym zasnął. Postanowiłam sama rozglądnąć się po mieszkaniu i w trakcie tych poszukiwań w kredensie w kuchni znalazłam pierścionek. Ja ukradłam ten pierścionek, prostuję, zabrałem ten pierścionek, ponieważ uważałam, że mnie się coś od Czesterflelda i Kalaputa należy.

Kalaput siedział nadal nieporuszony: — Nic mi nie udowodnicie — powiedział wreszcie. — Jestem czysty jak łza. — Jak łza? — zdziwiłem się szczerze. — Kalaput, bardzo cię proszę, nie rozśmieszaj mnie. Widziałem ostatnio w telewizji polski film psychologiczny, to mi wystarczy.

— Takie teksty możesz sprzedawać do serii „Poczytaj mi mamo”, nie nam.

Przysiedliśmy i Janusz wyciągnął koniak. Stuknęliśmy się kieliszkami. — Pif, paf. — Lu.

W Zakopanem rozpoczynał się właśnie sezon. Ruszyła po remoncie kolejka na Kasprowy. Krupówkami płynęła gawiedź.

Przegrałem na całej linii; to, czego byłem pewny, rozleciało się w mgnieniu oka, jak składany regał z Pułtuska, który niedawno kupiłem.

Agnieszka Osiecka „Wiersze”

Agnieszka Osiecka „Wiersze”
Tak wyglądała, kiedy robiłem z panią Agnieszką, także w maju na Saskiej Kępie:

Fragmenciki:
Pewnego razu Dorota znalazła w lesie kota,
Wzięła więc go do domu zamiast dać byle komu
I świetnie się bawili
I w zgodzie sobie żyli.

W popołudnie niedzielne, będziesz chodził po Chmielnej jak po zwykłej, normalnej ulicy.
Razem z tobą po Chmielnej, będą chodzić bezczelnie, jacyś, na przykład – urzędnicy.
A co to była za ulica…
Panie, to jeszcze jest ulica.
Niech pan się przejdzie raz po Chmielnej wieczorem przy świetle księżyca.
Panie, w tej bramie – trzecia z lewej – koło gnojówki stał cadiiiac.
Ten facet, co go miał, to świnia, powinien za to dawno siedzieć, ale nie będzie siedzieć, panie pan wie, z kim on dziś jadł śniadanie?
Pan słyszał Chmielnej ma już nie być
Chmielnej ma nie być już.
A te stare kobiety, malowane kobiety, które chodzą, tam chodzą wciąż nocą?

Czyś ty mi piosenka czyś ty mi kochanka, wybacz, że nago śpię… Noce nie dośnione oczy nieprzytomne, mija w rzece woda, mija bossa nova – wybacz, że zbudzę się…

Że spotykamy się przypadkiem, przy niedzieli, i że mówimy byle jak i byle co, że każde słowo zamiast łączyć, to nas dzieli, że złą podróżą jest bez ciebie każda noc, że więcej smutku z siebie mamy niż radości, że nie pomaga, kiedy mówię „w górę nos”! dlatego nie mów mi, dlatego nie mów mi, dlatego nie mów mi o miłości!

No to czego znów? Już dostałeś stada krów i czerwony nosisz pas, a ty co? Nowe rozdanie, jeszcze raz? Gwiżdzę na ten świat, chcesz – to gramy, bo to grat. Miska wody, mury gór, szary świt, czarne perfumy, błagań chór.

Czy my musimy być na ty Czy musimy być na ty, nie najlepszy jest to plan. Zobacz, jak to ładnie brzmi: stare słowa – pani, pan. Nie mówiłeś do mnie „ty” gdy przybiegłeś kiedyś sam i gdy ja szepnęłam ci – „Proszę zostać, zmoknie pan.” Mówię – zostaw, mówie – przynieś, mówię – wpadnij dziś po kinie – Czy nie ładniej było dawniej mówić – „Kiedy znów pan wpadnie?” Nie musimy być na ty tak jak drzewem nie jest ptak, drzewo pyta – „Czy pan śpi?” – a ptak na to – nie – lub – tak… Mój telefon milczy, milczy, nie masz czasu

Na łąkach kaczeńce, a na niebie wiatr, a my na wojence oglądamy świat. Na łąki wrócimy, tylko załatwimy parę ważnych spraw. Może nie ci sami, wrócimy do mamy i do szkolnych ław. Deszcze niespokojne potargały sad, a my na tej wojnie ładnych parę lat.

Daj mi Panie rozpoznanie czy zaryczy ranny łoś ? Kiedy przyjdzie już konanie czy zapali światło ktoś ? To i to, szyk i bzik Rapete, papete – pstryk

Jeszcze chodzą po świecie dziewczyny bardzo smutne ze znanej przyczyny, ale wy się dziewczyny nie dajcie, tylko szczęścia szukajcie, szukajcie…

Nic za darmo, nic za grosze – oczywista, za to płaci się siwizną młodych serc, ale rano znowu rusza się do twista, lub się biegnie Majakowskim być na wiec. Potem bywa niby w kinie upływ czasu, jakieś dzieci, jakaś żona – czasem dwie, a gdy ona upragniona wyjrzy z lasu, to nie bardzo w gruncie rzeczy chcieć się chce.

Dziewczyny tańczą jedno lato, a może dwa, a może trzy, nic nie poradzą chłopcy na to, że się dziewczynom tyle śni.

Dziobak W podręczniku zoologii dla klas trzecich, strona setna, siedemnasty wiersz od góry, ku zdumieniu, oburzeniu grzecznych dzieci, ku obrazie sensu, prawa i natury: Figuruje sobie dziobak. Ani ptak to, ani ssak. Czy to kaprys, czy choroba? Czy rarytas to, czy brak? Czy to ptaszek, czy to krowa? Czy potrzebny jest ten biust? Może zbędna jest ta głowa z wielkim dziobem zamiast ust?

Wojciech Letki, Zbrodnia prawie doskonała

Wojciech Letki, Zbrodnia prawie doskonała, seria: Ewa wzywa 07…:

Zabili kolekcjonera znaczków. Ślady wiodą w okupacyjną przeszłość.:

Cytaciki:
Jak wyglądało mieszkanie? — rzucił Jacyna nie przestając notować. — Normalnie — wzruszył ramionami mleczarz. — Czyste, wysprzątane. Wierzyć mi się nie chciało, jak dozorca powiedział, że żona nieboszczyka od dwóch tygodni siedzi w sanatorium. Kiedy moja kobita pojechała do ciotki na pięć dni, to po powrocie mieszkanie musiała odnawiać… Teraz już za żadne skarby nigdzie sama nie pojedzie. Zachichotał i umilkł zmieszany.

Ja po prostu lubię naprawdę dobrą muzykę, bez względu na rodzaj. Oczywiście od różnych gatjunków oczekuję czego innego…

Co pan robił drugiego sierpnia po południu? — zapytał. — Nic specjalnego, przecież są wakacje — odpowiedział młody człowiek z namysłem. —

Denat nie utrzymywał z sąsiadami stosunków towarzyskich, wie pan: „dzień dobry — dzień dobry“ i koniec. Najbliższy sąsiad, zresztą emerytowany oficer, był tego wieczora u kolegi na brydżu; jego żona poszła wcześnie spać, bo bolały ją zęby.

Dozorca trochę się plątał, ale z innego powodu — miał stracha, bo prawdopodobnie handluje wódką. — Trzeba będzie w przyszłości wziąć się za tego typa, ale to nie jest teraz najpilniejsze — Jacyna otarł twarz i szyję chustką, która natychmiast zrobiła się mokra.

Minął skrzyżowanie, gdzie w kłębach błękitnego dymu migała biała bluza — dyżurna milicjantka gwizdkiem i groźnymi gestami rozdzielała zdziczałe stada pojazdów, kierując je na właściwy szlak.

Chodnik przed domem towarowym „Sezam“ tarasowały potężne kolejki. Co tu sprzedają? Aha, arbuzy, a tam dalej kawę „Inka“. Ale skąd takie tłumy w godzinach pracy? Czyżby to wszystko byli… bezrobotni? — pomyślał z humorem Jacyna, patrząc na podekscytowane, tłoczące się kobiety. — No tak, biur tu sporo…