Archiwa kategorii: Z czytnika

Olga Hund „Psy ras drobnych”

Olga Hund „Psy ras drobnych”:

Zapis pobytu młodej kobiety w psychiatryku. Podkrakowski Kobierzyn. Wiarygodny i interesujący.
Cytaty:
Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna. Później zaczęło się jątrzyć. Później sześć razy byłam na oddziałach zamkniętych kilku szpitali psychiatrycznych, najczęściej w Kobierzynie. Za ostatnim razem przymusowo skierowano mnie na grupową terapię behawioralną i kiedy – po trzech miesiącach codziennej kilkugodzinnej mordęgi – terapia się skończyła, zaczęło mi się wreszcie trochę układać.

… krążą ci z afektywną dwubiegunową w fazie aktywnej. Jak ćmy: wpadają na siebie, obijają się, a kiedy kończy im się zwyżkowa forma, czołgają się pod kaloryfery i siedzą tam sobie obok zasuszonych much.

Pacjentka lat 28, przyjęta do Oddziału Psychiatrii z SOR z powodu pogarszania stanu psychicznego. Postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie i koncentracja uwagi, unikanie ludzi, płaczliwość z myślami i tendencjami samobójczymi. Kilka dni przed przyjściem do szpitala pacjentka nadużyła leków – bez interwencji lekarskiej. Pacjentka depresyjna, bezczynna, zalegająca w łóżku, wycofana z relacji towarzyskich. Nasilające się stany niepokoju i lękowe.

A ja z nią rozmawiałam i wiem, że z tym zięciem to prawda. Bo ona jeździ z nim wszędzie. Musi – ma zaświadczenie o niepełnosprawności i jak jedzie z opiekunem, to opiekun może bez biletu. I ona musi jeździć tam, gdzie on jej każe, a każe wszędzie, bo sam ma jakieś lęki.

Robią mi test na depresję. Musi być bardzo stary: mój egzemplarz jest odbitką przez kalkę z maszyny do pisania. Wygląda tak: TEST NA DEPRESJĘ Czy masz depresję? Zaznacz odpowiedź. TAK/NIE

Na spotkania, na których omawiamy problemy, mówi się tu Zebranie Społeczności. A więc poniedziałkowe Zebranie Społeczności jest sponsorowane przez sranie. Najpierw mówią panowie: – Witam grono lekarskie, mężczyzn, jak i kobiety. Chciałbym podnieść taką kwestię przez panie sprzątające mówioną, mianowicie: nie pluć na ściany! Nie pluć na ściany i trafiać do miski. Nie za, nie obok tylko do miski srać!

Nowymi trzeba najpierw gardzić, potem ich przyzwyczajać i opalić z ostatniej fajki. Potem można zacząć lubić, ale na chwilę, do pierwszej kłótni. Potem się ich obgaduje. Można też krytykować ich rodzinę, która odwiedza, że patologiczna. I zapewnić, że i tak tu wrócisz, jesteś tylko podleczona, a rozpacz trzyma się ciebie mocno, jak firanka na dobrych żabkach. A jak wychodzą, to można im powiedzieć: się specjalnie nie ciesz, zobaczysz, że ci ZUS zabierze rentę. Ktoś po ciebie przyjedzie? A jakim autem? I śmiać się, jak starym. A jak taksówką, to mówić, że nikomu się po ciebie nawet nie chciało przyjechać. A na końcu im zazdrościć, że wyszli, i tęsknić.

W każdej sali jest sześć łóżek, sześć stolików nocnych i sześć leniwych

Obchód wygląda tak: – Jak tam? – pytają oni – Dobrze – odpowiadamy. Oni chrząkają: „aha” i to znaczy, że koniec obchodu.

– Bo co to jest szaleństwo? Ta psychiczność? To my przysz na wolności wszyscy tak samo popierdoleni, prawda, jesteśmy, tylko tu się, pani Olgo, rozchodzi o to, jak se ktoś radzi z tym, no, rozczarowaniem. Czyli wtedy, jak ni chuja nie dostaje tego, czego chce. I jak się spokojnie rozczaruje, to zdrowy, a jak pokaże, że jest rozczarowany, przykładowo, wyjebie we wiatę przystanka, a akurat patrol będzie jechał, to już psychiczność.

Przez cały ten czas nie mówiłam o tym, ale dzisiaj powiem. Najpierw więc wychodziłam na przepustki do ogrodu, sama, pomału. Reszta leciała do Żabki po drożdżówki i na romanse przed sklepem. No a później poznałam w tym ogrodzie chłopaka. Więc chodziliśmy sobie razem. Na początku mieliśmy bardzo spocone dłonie i głosy nienawykłe do mówienia. Dał mi kwiatka, a ja go długo trzymałam w wazonie z butelki od pani Lidzi. A później patrzyliśmy sobie w oczy i zawsze widzieliśmy to samo: Depakinę, Symfarex, Hydroksyzynę, Tranxenę, Relanium. No i Poetrę, z której nazwy się śmialiśmy. Nie mówiłam o tym, ale dziś mówię, bo się w nocy powiesił.

Najbardziej na świecie chcę: miłości, miłości i pieniędzy.

Mo Yan „Kraina wódki”

Mo Yan „Kraina wódki”:

Odrobiona po latach zaległość. Mo Yan to Nobel 2012. Groteskowa opowieść o współczesnych Chinach. Groteska jest koronkowa i interesująca, jednak zbyt rzadko przebija przez nią samo życie i zaczyna być sztuką dla sztuki. Na dłuższą metę nuży.
Cytaty:

„Podejmujemy się ważnych zadań. Dobry śledczy nie powinien pozwolić, by jakaś kobieta stanęła mu na przeszkodzie w ich wykonaniu. Kobiety należy traktować jako część zadania.”

Ding Gou’er musnął wargami wylot butelki i oddał ją odźwiernemu. Ten zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem. – Nie napijesz się? – zapytał. – Nie piję dużo. – Nietutejszy?

Towarzyszu dyrektorze, towarzyszu sekretarzu. Przybyłem tu na rozkaz pewnej wysoko postawionej osoby, by przeprowadzić śledztwo w sprawie doniesień dotyczących gotowania i zjadania dzieci na terenie waszej kopalni. Jest to sprawa ogromnej wagi i bardzo delikatna, dlatego wymaga najwyższej dyskrecji. Dyrektor kopalni i sekretarz partii wymienili długie, dziesięciosekundowe spojrzenia, a następnie klasnęli w dłonie i wybuchnęli gromkim śmiechem. Ding Gou’er zmarszczył brwi i rzekł: – Bardzo proszę o poważne podejście do sprawy. Wicedyrektor Wydziału Propagandy Alkoholandii, Jin Gangzuan, który jest głównym podejrzanym, wywodzi się właśnie z waszej kopalni. Dyrektor kopalni, a może sekretarz partii, odparł: – Tak, zgadza się, pan wicedyrektor był nauczycielem w kopalnianej szkole podstawowej. Jest wyjątkowo zdolnym, uczciwym towarzyszem z zasadami.

Siódma Ciotka, jak już wspomniałem, była intelektualistką i używała słów w rodzaju «doprawdy». Niedługo po zamążpójściu krytykowała moją matkę, że zbyt energicznie płucząc ryż, zmywa z niego wszystkie witaminy. Na dźwięk słowa «witaminy» matka wytrzeszczyła oczy i otwarła usta ze zdumienia.

W końcu Siódma Ciotka wpadła na pomysł: można przecież pić spirytus! Siódmy Wuj, jako weterynarz, miał buteleczkę spirytusu do dezynfekcji. Oczywiście rozcieńczyliśmy go wodą. Wtedy to rozpoczął się mój mozolny trening. Tych, którzy wyrośli na alkoholach przemysłowych, żaden trunek nie zmoże!

Świadomość i ciało szarpały go w przeciwne strony. Świadomość krzyczała: Nie wolno ci pić! Lecz dłoń wlewała mu wódkę do gardła. Dziewięć kieliszków po kolei lądowało w żołądku, z oczu płynęły mu strumienie łez. Nie rozumiał, z jakiego powodu nagle zalał się łzami, siedząc przy jadalnym stole. Nikt cię nie uderzył, nikt nie znieważył, więc czemu ryczysz? – zapytywał sam siebie. Ależ ja wcale nie płaczę, czy łzawienie musi oznaczać płacz? Łez wciąż przybywało, aż twarz Dinga zaczęła przypominać liść lotosu po deszczu.

Chcę być jak młody Lu Xun, który dla literatury zrezygnował z medycyny – ja zamierzam dla literatury zrezygnować z alkoholu. Chcę za pomocą literatury zmieniać społeczeństwo, wpływać na naszą chińską tożsamość narodową. Dla tych wzniosłych celów chętnie położę głowę pod topór, przeleję własną gorącą krew. Skoro jestem gotów poświęcić życie, po co dbać o dobra materialne?

Literatura jest sprawą ludu, więc z jakiej racji to Pan miałby być powołany do jej tworzenia, a ja nie? Jednym z postulatów opracowanego przez Marksa modelu komunizmu było zrównanie sztuki z wysiłkiem mas pracujących, a wysiłku mas pracujących – ze sztuką. Tak więc wraz z nadejściem ery prawdziwego komunizmu wszyscy zostaną pisarzami.

To ja, śledczy Ding Gou’er, który otrzymał polecenie udania się do stolicy Alkoholandii w celu przeprowadzenia dochodzenia w sprawie zbrodniczego procederu gotowania i zjadania małych chłopców przez wysokie kadry kierownicze pod przewodnictwem Jin Gangzuana – w tej wielkiej sprawie, szczególnej sprawie, sprawie najwyższej wagi, w sprawie niesłychanego okrucieństwa, niebywałego zepsucia. Nie jestem pijany, nie mam przywidzeń, nie wykręcą się z tego żadną miarą! Stawiają przede mną niemowlę duszone w sosie sojowym, mówiąc, że to danie nazywa się „dziecię – podarunek jednorożca”. Jestem w pełni władz umysłowych, zaraz to udowodnię, osiemdziesiąt pięć razy osiemdziesiąt pięć równa się siedem tysięcy dwieście dwadzieścia pięć, wszystko się zgadza. Zamordowali chłopca, a teraz podają mi go na stół; chcą mi zapchać usta, konspiratorzy! Wyjął pistolet i trzymając go w wyciągniętych rękach, krzyknął z mocą: – Nie ruszać się! Ręce do góry, dzikusy!

Oddać mocz do kotła z alkoholem – cóż to za zdumiewająca innowacja w dziedzinie mieszania trunków, cóż za niezwykłe dzieło twórczego geniuszu! To początek nowej epoki w historii gorzelnictwa.

Od tej chwili, szanowny Nauczycielu, proszę śmiało kroczyć naprzód, nie rozstając się z butelką, dzierżąc pióro w dłoni, a ta banda kretynów niech zwiewa z wrzaskiem.

Bardzo wielu ludzi para się literaturą przez całe życie, pisze dużo i wie, jak należy postępować, by zostać wielkim pisarzem, lecz mimo to nie osiąga sukcesu, albowiem brak im tej jednej, jedynej rzeczy – talentu, bądź też mają go zbyt mało.

„Jedną ręką zbieraj owoce rozkwitu, drugą – odtrącaj rozpasanie”

Teraz Ding palił papierosa i patrzył na nią, jak szczwany lis na tkwiącą w pułapce przynętę. – Tylko obserwacja, żadnych działań? – rzuciła z irytacją. – Co z ciebie za członek partii?

Dingowi przyszło na myśl, że długa historia relacji między mężczyznami a kobietami w gruncie rzeczy przypomina historię walki klas; czasem zwycięża kobieta, czasem mężczyzna, a zwycięzca zawsze jest zarazem przegranym.

Ferdinand von Schirach „Sprawa Colliniego”

Ferdinand von Schirach „Sprawa Colliniego”:

Prawnicza powieść kryminalna, głośna w Niemczech, ponieważ porusza nazistowskie zaszłości. Ale napisana sucho, protokolarnie. Literatura to nie jest…

Cytat:
Kto pierwszy raz trafia do prosektorium, ten styka się z własną śmiercią. Współczesny człowiek nie ma styczności z ciałami zmarłych, całkowicie zniknęły z normalnego świata. Czasem na poboczu mignie tylko jakiś przejechany lis. Na ogół nie widuje się ludzkich zwłok.

Sandor Marai, Dziennik

Sandor Marai, Dziennik:

Końcowe partie wstrząsające. Pisarz dobiega 90-tki, zupełnie sam, zniedołężniały. Kupuje pistolet. Taksówkarz chwali zakup: „Na pewno się przyda”. Przydał się.
Cytaty:

Z pewnego szwajcarskiego cmentarza dla szantażu ukradziono trumnę Chaplina. To zupełnie jak pierwsza scena w filmie Chaplina.

… barometr nie jest winien burzy, którą przepowiedział na kilka godzin wcześniej.

Gwelfowie byli skłonni przyjąć Dantego z powrotem do Florencji, jeśli na znak pokuty przejdzie nocą po ulicach z płonącą świecą. To właśnie ta świeca, której nie wolno zapalić. Raczej wlec się dalej w ciemności na obczyźnie. Kiedy Orfeusz odwrócił się, sylwetka Eurydyki zbladła. Nigdy nie warto się odwracać, dla żadnej „Eurydyki”. Dla niczego, co kochaliśmy.

Jak kapłani żydowscy strzegli w Babilonie zwojów Tory, tak dziś pisarz, żyjąc jak w katakumbach, strzeże literatury: z liturgicznym szacunkiem.

Ludzie są skłonni mylić talent ze zdolnością. Talent tworzy. Zdolść realizuje.

Spokój, kiedy myślę o śmierci. Niepokój, kiedy myślę o umieraniu.

Nie ma już „podróżowania” w odysejskim sensie tego słowa. Pozostała jedynie zmiana miejsca.

Umieranie zaczyna się w chwili, gdy człowiek już nie uważa za niemożliwe tego, że umrze. Przez osiemdziesiąt cztery lata nigdy nie czułem, że to możliwe, i miałem rację.

Mallarme, który powiedział kiedyś do pewnego młodego poety: „Niech pan nigdy nie pyta, co to jest? Zawsze niech pan pyta, co to oznacza?”.

Jedynym moim zmartwieniem jest, że nie zdążę się zabić, nim nastąpi całkowity bezwład.

Żyję całkiem samotnie, więc się nie nudzę.

Sandor Marai „Dziennik”

Sandor Marai „Dziennik”:

Czytamy dalej. Napięcie rośnie.
Cytaty:

Przez kilka nocy z rzędu Conrad. Tajemniczy i niepojęty. Polski emigrant, który nie znał ani angielskiego, ani francuskiego, wędrowny marynarz, który pewnego dnia przemówił i w doskonałej angielszczyźnie stworzył dzieło życia, które jest jednym z literackich arcydzieł wieku. Lord Jim, Nostromo, wszystko to wyskoczyło z głowy polskiego marynarza jak Atena z głowy Zeusa. Kolory powieści, ornamentyka jak na dalekowschodnich obrazach Gauguina. Jego bohater – człowiek, który nie jest w stanie uwolnić się od poczucia winy – wydaje się szczególnie angielski. Najwyższy stopień tragedii człowieczej Conrad upatrywał w tym, że człowiek cofa się przed Losem, nie ma siły, by przyjąć swój los, targuje się. Lorda Jima, Nostromo wyrzuty sumienia dręczą do końca życia. To samoudręczenie jest patologiczne. Okoliczności mogą być nie do pokonania i ten, kto się w takich chwilach załamuje, nie jest jeszcze zdrajcą.

W białych domkach na półkach stoją kolorowe książki, ale nie wypada rozglądać się i pytać, co czytają domownicy, bo może się okazać, że właściciel nie jest czytelnikiem książek, tylko ich kolekcjonerem.

W życiu dane mi było spotkać trzy prawdziwe potęgi: Rosjan, Amerykanów. I starość. Doświadczam, że z tych trzech ostatnia jest przeraźliwie bezlitosna.

Śmierć nie przybywa z zewnątrz, nie dzwoni, nie zapowiada się listem, nie telefonuje: śmierć jest w nas, całkowicie w nas. Któregoś dnia znajdujemy ją jak coś, co się znajduje w kieszeni zimowego płaszcza.

„Pisać” nie jest trudno. Tylko wykreślać trudno, wyrzucać wszystko, ale tak, żeby całość pozostała nieuszkodzona i bez braków. W życiu to też jest trudne: wykreślać, wyrzucać wszystko, co jest „nieważne”. Ale co jest „ważne”?

… trudno stworzyć demokrację w społeczeństwach, w których nie ma demokratów.

Wergiliusz odwraca się ku Homerowi, potem prowadzi pod rękę Dantego… ogniwa łańcucha literatury światowej łączą się ze sobą, pomiędzy utworami istnieje organiczna współzależność.

Budda. Umierał, uczniowie poklękali wokół jego łoża, czekali na Ostatnie Słowo. Wreszcie odezwał się i powiedział: „Wędrujcie”. I zamilkł.

Nie można „pisać wierszy”. Wiersz można tylko „zapisać” – szybko i wiernie, bez zmian, według tego, jak dyktuje on samego siebie. Nie można sobie postanowić „napiszę piękny wiersz”. Wielu pisze rytmiczne pamflety. Ale to nie są prawdziwe wiersze, tylko tak zwana poezja, która w masce i przebraniu, cichcem wkrada się do literatury.

Sandor Marai „Dziennik”

Sandor Marai „Dziennik”:

Tyleż opasły, co interesujący. Czytamy uparcie i z zaciekawieniem.
Bieżące cytaty:

Potomkiem Biblii pauperum jest kino, tak jak je urzeczywistnia Hollywood. Z okien muzeum Huntingtona widać w dole miasto, do którego pielgrzymują ludzie najrozmaitszego autoramentu, kupcy i geniusze, błędni rycerze i awanturnicy ze świata fantazji, by robić filmy, nową biblię dla ubogich duchem.

Wzdłuż drogi, która z lotniska prowadzi przez płaski teren do centrum, ogłoszenia sformułowane w przeraźliwie przesadny sposób. Ci, którzy ustawiają wzdłuż drogi te tablice z ogłoszeniami – nowi ikonoklaści – niszczą nie „obrazy”, lecz kraj-obraz, zarażają jak dżumą amerykański pejzaż tymi superlatywami i dziecinnie przesadnymi określeniami.

W Houston „historia” to nie przeszłość – bo jej tu nie ma – lecz teraźniejszość, która chciwie skrzeczy. Historię robią tu nie żołnierze, awanturnicy, mężowie stanu, lecz prenumeratorzy książki telefonicznej: sklepikarz, właściciel stacji benzynowej, przewoźnik, inżynier. Artysta jeszcze tu nie dotarł.

Colette o jesieni. O tym, że jesień „to nie koniec, lecz początek czegoś”. Wszystko mierzy na czułej wadze chwili – pisze zmysłowe zdania o tym, że jesienią pojawia się w życiu Ogień, Wino, wkraczają w życie Zapachy. Wśród pisarek nie ma drugiej, która z tak namiętną siłą – wręcz bezwstydnie – potrafi się zbliżyć do tego, o czym mówi, jak Colette.

Jedyną pociechą pisarza, artysty, kompozytora, człowieka twórczego jest to, że może kontynuować swoją pracę także w okresie starości. Strach, który odczuwa emeryt, obawa, co się z nim stanie, gdy zaniecha działania według codziennej rutyny, gdy nie będzie już mógł przełożyć swojego czasu na rozkład godzin, gdy poczuje się zbędny i to poczucie sprowadzi nań chorobę, a potem śmierć – to dla pisarza, dla człowieka tworzącego stan nieznany.

Słoń jest najokrutniejszym zwierzęciem, ponieważ nie zapomina.

Więcej umiejętności niż talentu.

Columbus Day. Jednym z ekscytujących szczegółów wielkiej przygody było, że Kolumb ukrył przed załogą statku log book, dziennik pokładowy; nie chciał, żeby załoga poznała prawdziwą stawkę tej awanturniczej wyprawy. Prowadził dwa dzienniki: jeden fałszywy, z optymistycznymi danymi, dla załogi, i drugi sekretny, w którym zapisywał codzienną rzeczywistość. Podobnie czyni wielu dzisiejszych mężów stanu.

Każdy wiek rodzi swoją Ideę i zadaniem pisarzy jest sformułować ją – pisał Diderot. Ideą XVIII wieku była wolność. Ideą XX wieku jest emerytura.

… pasażerowie „Mayflower” w Nowym Świecie przez pierwsze trzy lata żyli w regularnym komunizmie. Garstka niedobitków, która przeżyła pierwszą, bezlitosną zimę, zrealizowała w Plymouth idealny, praktyczny komunizm: wszystko było wspólne, ziemia, plony, praca, przedmioty codziennego użytku, żywność. Przyczyną podróży było „pragnienie wolności sumienia, które zmusiło nas do emigracji” – zapewne był też i taki motyw; ale początkowo „Mayflower” była finansowana przez angielską spółkę akcyjną, pielgrzymi byli handlarzami futer, łowcami skór, a ich londyńscy mocodawcy liczyli sobie lichwiarskie procenty od włożonego kapitału, przeto pielgrzymi starali się co prędzej spłacić dług. Bradford opisuje, że gospodarowanie na sposób komunistyczny zakończyło się całkowitą klęską: nikt naprawdę nie pracował, wszyscy sabotowali, kradli i po upływie roku osadnicy byli bliscy całkowitej nędzy. Wtedy – nagle – porzucili system komunistyczny, wynaleźli własność prywatną i profit i w niewiarygodnym tempie zaczęli obrastać w piórka. Gubernator Bradford powiada, że po pierwszym roku obchodzili Thanksgiving, Święto Dziękczynienia – dziękowali Stwórcy, że przeżyli zimę i ataki Indian. Pod koniec drugiego roku podziękowali za to, że udało się im umocnić osadę i że plony były dobre. A pod koniec trzeciego roku podziękowali za to, że udało się im przeżyć komunizm. Gubernator pisze, że potem wszystko szło już jak po maśle.

W jednym z pism sprawozdanie, kto i pod jakim pozorem otrzymuje „stypendium badawcze” od państwowych instytucji amerykańskich i od rozmaitych fundacji. Szczegółowa prezentacja jest zdumiewająca. Badanie korzeni czasowników w wolapiku, częstotliwość drgań strun głosowych śpiewających ptaków z wysp Morza Karaibskiego, szczegółowy rejestr zagranicznych miejsc zamieszkania Jamesa Joy-ce’a… i tak bez końca.

Literatura światowa – podobnie jak Kościół – nie spieszy się z beatyfikacją. Fama sanctitatis jarzy się przez jakiś czas wokół głowy kandydata, po czym blednie. Dzieło Joyce’a przechodzi teraz odbarwienie w czyśćcu, po upływie czterdziestu lat jest już raczej ciekawostką na seminariach z literatury niż przekonywającą lekturą; Proces, arcydzieło Kafki, utknął w sferze intelektualnej, otrzy-mawszy polityczną i światopoglądową otoczkę.

Stalin nazwał pisarzy „inżynierami dusz”. Myślał może, że pisarze za pomocą „ołówka i cyrkla” zbudują społeczeństwo, w którym wszystko i wszyscy będą w zagwarantowany sposób na swoich miejscach, w każdej chwili do użycia przez dyktaturę? Była w tym – przynajmniej dla Stalina – pewna logika. Ale pisarze nie są dziś inżynierami dusz; są raczej śmieciarzami dusz. Przewożą wszelkie śmiecie i odpady, jakie tylko zdołają znaleźć w ludzkich wnętrzach.

Oksana Zabużko „Muzeum porzuconych sekretów”

Oksana Zabużko „Muzeum porzuconych sekretów”:

 

Ukraińska dziennikarka i pisarka w niekończącym się monologu o swoim kraju, o historii i czasie obecnym. Zdanie ciągnie się na dwie stronice, więc rzecz czytało się z pewnym mozołem. Ale ogromnie podziwiać należy samoświadomość Ukrainki i trzeźwość w ocenie narodwu swojego, a miejscami i polskiego.
Cytaty:

… a ten, kto naprawdę budował, kto był głównym architektem projektu i pewnie też stał w tej grupie Bardzo Ważnych Mężczyzn, ten kilka dni później wyszedł z gabinetu sekretarza KC, wszedł do toalety, zamknął się w kabinie i powiesił na własnym pasku: jego Pałac okazał się zbyt dobry dla Kijowa, przewyższał Kremlowski Pałac Zjazdów, a to już była nie tylko niegrzeczność i wyzwanie, ale poważny błąd polityczny, za który ukraińskiemu kierownictwu nieźle pewnie w Moskwie przetrzepali tyłki i rzeczone kierownictwo musiało co tchu te sponiewierane tyłki ratować, stosować środki, szukać winnych…

… jestem detektywem Columbo początku nowego wieku (nie śmiej się, proszę!). Wiem, że te archeologiczne pozostałości zaginionych cywilizacji – niezliczonych zaginionych cywilizacji, które kiedyś istniały pod ludzkimi imionami – nie kłamią. Jeśli w ogóle istnieje sposób, by zrozumieć coś z cudzego życia (a spróbuj no z własnym dać sobie radę!), to tylko tyle („i tyle!!!”). Wszystko inne już słyszeliśmy, wszystko inne już nam się uszami wylewa, pięknie dziękuję… Ciągnie mnie do tych nieważnych, niekompletnych błyskotek jak srokę do rozsypanych korali. Właściwie dokładnie tak samo: zbieram i niosę do gniazda. Mam już całą kolekcję – moje własne (nieuporządkowane) notatki w różnych notesach (czasem na luźnych kartkach, na programach z festiwali i koncertów, na odwrocie informacji prasowych, na innych śmieciach, które wpadły pod rękę…), odrzucone przy montażu (zwinięte w ślimaki) kawałki taśmy, nie wiedzieć po co przechowywane od epoki analogowej w pudle po komputerze….

… z wiekiem człowiek uczy się oszczędności, przywyka do niespiesznego delektowania się – jak winem – wszystkim, co wcześniej szerokim gestem się odrzucało, sądząc, że – jak mawiała maleńka Katrusia, kiedy uciekł trolejbus – „następny psyjedzie lepsy”; z wiekiem człowiek dowiaduje się, że niestety – nie przyjedzie.

Ukraińcy, co wie każde dziecko, specjalizują się w rzeczach prostych i niewyrafinowanych: broń, przemyt narkotyków, metale kolorowe, karpackie lasy, dziewczyny „do pracy w Europie” – jasno, efektywnie, morze forsy i nie trzeba do tego żadnych uniwersytetów, i póki nasz piękny kraj rośnie i rozkwita w taki oto sposób, póty różni bujający w obłokach artyści i inna hołota mogą spać spokojnie jak u Pana Boga za piecem z tego prostego powodu, że wszyscy poważni ludzie mają ich w nosie, niech sobie żyją, jedzą i piją – jeśli, rzecz jasna, znajdą jakąś strawę…

wciąż panuje kołchozowe przekonanie, że cały zapas czekających na człowieka możliwości ulega wyczerpaniu za młodu, a potem pozostaje co najwyżej żyć życiem własnych dzieci?… Coś we mnie zawsze wściekle się buntowało przeciwko temu masowemu, przestraszonemu pragnieniu jak najszybszego „ustatkowania się”, zagnieżdżenia w życiu jak w łóżku na spokojny sen – nie inaczej, pamięć o tym, jak swego czasu raptownie, w ciągu roku po drugim zamążpójściu zbabiała i osiadła jak ciasto w dzieży moja mama – przy tacie, nawet w najgorszych czasach, wciąż zgrabna i zadbana kobieta, za którą faceci oglądali się na ulicy.

… każdy mężczyzna z biegiem lat upodabnia się do swego ojca, a ja co, czyżbym się robiła podobna do mamy?! Oj, lepiej nie… A Włada, o, Włada ani trochę nie przypominała swojej matki, już prędzej to Nina Ustymiwna była czymś w rodzaju jej podstarzałego dziecka, przysposobionego i w dodatku wrednego, Włada nawet Katruśkę rzadko z nią zostawiała, tylko jak już zupełnie nie miała wyjścia – bo w ogóle bardzo elegancko sobie z matką umiała radzić, w przeciwieństwie do mnie, wiedziała…

Sandor Marai „Dziennik”

Sandor Marai „Dziennik”:

Kolejna zaległa lektura. Rzecz w Polsce ukazała się w trzech tomach. Sam czytam wybór z całości w jednym tomie, ale przecież i tak opasłym. Nie doszedłem jeszcze do połowy.
Marai urodził się i chodził do szkoły w Koszycach na Słowacji. Ma tam pomnik. Tyle razy spacerowałem po Koszycach i jakoś nigdy na niego nie trafiłem. Trzeba będzie nadrobić.
Cytaty:

Szczęście jest kwestią dyscypliny.

Dyscyplina… doznanie niemal tak samo silne jak morfina, jak wszelkie euforyczne odurzenie, większe przeżycie niż walka i dyskusja. Utrzymać samodyscyplinę i obserwować, jak odsłania się życie, jak ludzie odrzucają maski; milczeć i obserwować – co za przeżycie!

Gdy pisarz milczy z własnej woli – a więc nie z lenistwa czy bezradności, lecz z pełną świadomością, z zamiarem wychowawczym -wówczas jego milczenie bardziej niepokoi niż wszystko, co dotychczas powiedział.

Muszę pracować do ostatniej chwili, obserwować życie, ludzi, póki żyję, zrozumieć ewenement świata i człowieka, to, co złożone i niepojęte… a reszta to tylko mało ważny dodatek.

Kawiarnia literacka: coś jak osobna sala w domu wariatów, gdzie pacjenci spędzają czas nie na zajęciach rękodzieła i zabawach grupowych, lecz na pielęgnowaniu swoich manii wielkości.

Nie sposób rozmawiać z ludźmi. Podobnie jak nie sposób rozmawiać z szaleńcami czy pijanymi: węgierska klasa średnia upiła się problemem żydowskim. Rosjanie już przy Korosmezo, nad Budapesztem Anglicy i Amerykanie, a to społeczeństwo, oszalałe, z pianą na ustach, nie chce i nie umie mówić o niczym innym, jak tylko o kwestii żydowskiej. Człowiek, ta zaraza.

Mieszkaniec Europy przez długi czas mógł mówić z pełnym zaufania spokojem „mój Bóg”. Potem, z nieoczekiwaną groźbą, ponuro mówił: „moja religia”. Jeszcze później z niezdrowym podnieceniem zaczął trajkotać: „moja ojczyzna, mój naród”. A teraz, z przekrwionym okiem wydziera się obłędnie: „moja rasa”. I w tej właśnie chwili przestał być Europejczykiem.

Znajoma lekarka mówi, że w wieku ośmiu-dziesięciu lat dzieci wchodzą w tak zwany „okres myszkowania”, kiedy to z niespokojną ciekawością buszują po szafach i szufladach, wszystko przeszukują, wszędzie zaglądają… Rosjanie znajdują się obecnie w takim okresie. Na wsi wielokrotnie widziałem, Jak moi umundurowani rosyjscy goście bez żenady zaglądali do szuflad i szaf, obmacywali rozmaite przedmioty, oglądali maszynkę do golenia, szpulkę, naparstek i czasem nawet niczego nie zabierali. Tylko bawili się, myszkowali jak ośmio-, dziesięcioletnie dzieci.

W nocy, gdzieś pomiędzy Bolonią a Florencją, w wagonie sypialnym grzecznie, lecz stanowczo zwróciłem uwagę stewardowi, że woda mineralna, którą przyniósł, nie była zimna… Uniżenie mnie przeprosił. W tej chwili po raz pierwszy poczułem, że – dla mnie – zakończyła się druga wojna światowa.

Historia ogłupia. Nie wystarczy lubić tego, co lubią oni; żądają, bym nienawidził tego, czego oni nienawidzą. Tu się nasze drogi rozchodzą. Przedstawienie galowe na cześć Tity. Na ulicy co dziesięć kroków milicjant z karabinem maszynowym, w hełmie bojowym, w Operze na co trzecim stopniu tajniak.

Wolność jest sumą dobrowolnie podjętych, uznanych za słuszne obowiązków.

Istnieje pewien typ człowieka, którego fantazja nie sięga wyżej progu IV klasy tabeli płac. To urodzeni podsekretarze stanu.

Nie myślę, więc jestem. Gdybym myślał, pewnie przepadłbym z kretesem.
„… nie ma nic niemożliwego”. Zawsze trzeba o tym pamiętać. Pisać i czytać.

… w maszynie, która ma wprawdzie węgierskie litery, ale anglosaskie znaki interpunkcyjne. Na klawiaturze brak na przykład wykrzyknika – po angielsku nie wypada wykrzykiwać, ani podczas rozmowy, ani w maszynopisie. Po angielsku człowiek zawsze mruczy pod nosem, nawet wtedy, gdy pragnie krzyczeć.

Systemy oparte na ucisku – przeżyłem kilka z nich – zwalniają człowieka z myślenia i formułowania opinii, co zawsze wymaga wysiłku umysłu i charakteru. Społeczna euforia, którą zamiast tego oferują, nie jest w rzeczywistości niczym innym, jak tylko ucieczką od osobistej odpowiedzialności za własny sąd. I to jest ich wielka zaleta w oczach tłumów.

Raymond Chandler „Kłopoty to moja specjalność”

Raymond Chandler „Kłopoty to moja specjalność”:

Po raz kolejny. Ach, ten jedyny w swoim rodzaju styl…
Cytaty:
Kłopoty to moja specjalność – powiedziałem. – Dwadzieścia pięć dziennie i dwieście pięćdziesiąt, jeżeli załatwię sprawę.

Samochód był już na miejscu. Dostrzegłem go na bocznej ulicy, mniej więcej w połowie bloku. Wyglądał jak nowy dom towarowy w dniu otwa rcia.

– A stary Jeeter? – To taki, co może dałby ci dziesięć centów, gdyby akurat nie miał przy sobie pięciocentówki.

Nigdy nie miałem czterdziestki piątki – powiedziałem. Facet, który potrzebuje aż takiego kalibru, powinien raczej posługiwać się dzidą. Finlayson spojrzał na mnie

Jego uśmiech był tak szeroki, jak drzwi do podwójnego garażu.

Miał oczy, w których było mniej więcej tyle wyrazu, co w zakrętce od kanistra z benzyną. –
Kłopoty to moja specjalność – Raymond Chandler

Nie dotknąłem młodego Jeetera. Był równie martwy, jak John D. Arbogast, ale wydawał się o wiele bardziej martwy.

Jego przesadny ak cent angielski drażnił mnie jak rozrzedzona whisky.

Miała na sobie wytworną, czarną wieczorową suknię, odsłaniającą gładkie, białe ramiona. Była trochę mniej niż piękna; trochę więcej niż ładna.

Radzę ci, idź się połóż, bracie – powiedział Ohls. – O ile znam się na kolorach, zaraz się wyrzygasz.

Wielki handlarz drzewem z północy, niejaki Sol Leander, kupił je dla żony – to znaczy te perły, dwie sztuki. Kosztowały dwieście kawałków. – Musieli chyba przewozić je na taczkach – powiedziałem. – Widzę, że nie bardzo znasz się na perłach – ciągnęła Kathy Horne.

– Jeżeli to długa historia, napijmy się. – Nigdy nie piję przed zachodem słońca. W ten sposób człowiek nie schodzi na psy. – To system trudny do zniesienia dla Eskimosów powiedziałem. – Zwłaszcza w lecie. Przyglądała się, jak wyciągam małą, płaską butelkę.

Uśmiechnął się bardzo powoli, jakby sprawiało mu to ból.

Okey, cwaniaku – powiedziała oschle. – Ręce do góry. Zobaczymy, czy dostaniesz do sufitu.

Usiadłem na szerokim, staromodnym parapecie, nadając swej twarzy wyraz takiego zakłopotania, jak gdybym z ust pastora usłyszał ordynarny wyraz.

Przez cały wieczór wiał wiatr z pustyni. Jeden z tych suchych, ciepłych wiatrów, które przeciskają się przez przełęcze górskie, schodzą w dół, mierzwią przechodniom włosy, wywołują rozstrój nerwowy i swędzenie skóry. W taki wieczór każda pijatyka kończy się burdą. Łagodne, drobne żony sprawdzają palcem ostrość kuchennych noży, przyglądając się szyjom mężów. Wszystko może się zdarzyć.

Twarz barmana miała tyle ekspresji co befsztyk – i mniej więcej ten sam kolor.

Huknąłem go tak, jakbym wbijał ostatni gwóźdź przy budowie pierwszej transkontynentalnej linii kolejowej.

Stał całkiem bez ruchu. Wydawał się równie zdenerwowany, jak wygrzewająca się w słońcu ropucha.