Archiwa kategorii: Z czytnika

Wojciech Bonowicz „Dziennik końca świata”

Wojciech Bonowicz „Dziennik końca świata”:

Krakowski poeta, felietonista „Tygodnika Powszechnego”, w zbiorku refleksji na tematy przeróżne, ale za to refleksji wnikliwych. Żyje uważnie, czyta uważnie, takoż pisze. Nie marnuje papieru.

Cytaty:
Najciekawszy jest mieszkaniec W., stolicy Polski, którego poznaję w pociągu. Na oko dobrze po sześćdziesiątce, zadbany, elegancko ubrany. Twierdzi, że jest liberałem, przechwala się, że ma kilka mieszkań i liczne partnerki. Czyta „Gazetę Wyborczą”, „Angorę” i chwali PiS, że „wziął to towarzystwo za mordę”. Z tego, co mówi dalej, wynika, że ma na myśli Żydów, prawników, artystów i przedsiębiorców. Ceni Balcerowicza, cieszy się, że premierem został Mo-rawiecki. Owsiaka nie lubi, ale wspiera.

Jakiś czas temu, jeszcze za poprzedniej koalicji, wiózł mnie gaduła apodyk tyczny. Rozmowę zaczął klasycznie („Wśród rządzących mamy samych idiotów”), wywód z silnym wątkiem patriotycznym („Szkoda tej Polski zmarnowanej”) i ewidentną skłonnością do historiozoficznego pesymizmu („Czy ktoś to kiedyś odkręci? Nie odkręci, nie ma takiej siły”) doprowadził do filozoficznej konkluzji („Tu się, panie, żyć już nie da. A żyć trzeba”).

Mogą sobie filozofowie i mistrzowie duchowi nawoływać: idź na pustynię, wejdź w ciszę, nie mów, tylko słuchaj. Gdzie tam. Cichy – znaczy nie żyje.

Na pociechę masz myśl, że czas i pamięć także i to zweryfikują: Napoleon z cesarza stać się może kierownikiem Carrefoura. To, co stało się z etosem Solidarności, najcelniej spuentował ksiądz Tischner: wymiana heroizmu na tupet.

Ja interesuję się polityką, ale polityka nie interesuje się mną. W ogóle. Taki człowiek generalnie wewnętrzny, nastawiony na obserwowanie i słuchanie, to jest dla polityki nikt po prostu, mierzwa, zwierzyna dla myśliwego, a w czasach wo- jennych – mięso armatnie. No niby chodzę, głosuję, czasem publicznie na jakiś temat się wypowiem. Ale co tam taka wypowiedź, co jej nikt w serwisach nie cytuje?

Kolega podsłuchał rozmowę w pociągu. Dziewczyna rozwiązywała krzyżówkę. – Znawca piękna? – spytała chłopaka. – Asceta – odpowiedział chłopak.

Jak się jeździ, to się widzi.

Kiedy na przykład jedzie się z Chodzieży na Piłę, w pewnym momencie wychyla się z lasu tablica z obietnicą: „Zaraz będziesz jadł!”. Potem co kilkaset metrów obietnica nabiera konkretniejszych kształtów. „Szaszłyk z grilla. Zwolnij!” „Grochówka wojskowa. Zwolnij!” „Golonka. Hamuj!!!” Nie zahamowałem, bo spieszyłem się do Trzcianki na konkretną godzinę, ale oczom moim ukazał się niewielki drewniany domek z jedzeniem. Jak na tak potężną kampanię reklamo- wą, rozmiary miał raczej mizerne, a parking dla tirów (do których przede wszystkim adresował swoją ofertę) malutki.

Mój znajomy od kilkunastu lat mieszka na Hawajach. Ilekroć wychodzi na ulicę, ludzie uśmiechają się do niego, on odpowiada im uśmiechem, nie potrzebują do tego żadnej masowej imprezy, żadnej erupcji życzliwości, życzli- wość jest tam chlebem codziennym. Niedawno przyjechał znów w nasze strony, chodził po ulicach Krakowa i Nowej Huty uśmiechnięty, uśmiechał się do mija- nych przechodniów, uśmiechnął się też do starszej pani o pomarszczonej twarzy, a ta przyjrzała mu się uważnie i spytała: „O co ci, kurwa, chodzi?”.

Jak być konserwatywnoliberalnym socjalistą, pytał przed laty Leszek Kołakowski. Pamiętacie motto jego tekstu? „Proszę się cofnąć do przodu!” – okrzyk konduktora usłyszany w tramwaju.

Ktoś coś szepnie politykowi i polityk idzie. Idzie, mówi, nie przygotował się, ale mówi, bo przecież nie idzie, żeby milczeć. Do wystąpień już mało kto się przygotowuje, w cenie jest autentyzm, czyli żeby „lecieć z głowy”. A wiadomo, nie każda głowa taka sama, z pustego nawet Salomon nie naleje. Efekt jest taki, że zamiast przemówień mamy wykrzyczenia. Za krzyk przynajmniej do sądu nie podadzą, a nawet jak podadzą, to sąd powie, że w emocjach był i nie należy tego, co wykrzyczał, traktować poważnie.

… w ogóle jestem homo scribens, to znaczy – jak nie zanotuję, to zapominam. Pamiętam trochę dzieciństwo, resztę życia zapomniałem. O tym, co się działo, powiedzmy, tydzień temu, nic nie wiem, chyba że mam zanotowane.

Żyć uważnie to robić notatki. Jeśli chcesz zapamiętać, pisz.

Jeśli chcesz stworzyć cokolwiek – dzieło, ruch społeczny, swoje życie – zacznij od zapisu. Napisz, o co ci chodzi. Czego pragniesz, czemu chciałbyś się poświęcić, jakie są twoje praw- dziwe intencje. Opisz, co widzisz. Zacznij od własnej twarzy.

„Poeci z konieczności stali się cisi”, pisał przed laty Hans-Georg Gadamer. „Dyskretne wiadomości podawane są cicho, aby nie usłyszał ich ktoś nie- powołany, i cicha stała się też mowa poety. Poeta przekazuje coś temu, kto umie tego słuchać i gotów jest wysłuchać. Niejako szepcze mu na ucho, a czytelnik, zamieniony w słuch, na koniec skinie głową. Zrozumiał”.

Pisanie podtrzymuje ludzi przy życiu. Przeważnie chodzi o życie konkretne-

… niczego nie szukam, chwila mi wystarcza.

… wiadomo, jak jest: jak czytasz, to za chwilę zaczniesz pisać. Tom nosi tytuł Bezczynność butów, a wiersz tytułowy idzie tak: Jest tyle spraw do załatwienia dzisiaj i dzień wspaniale nadaje się do załatwiania Radość że można coś załatwić i radość że się załatwiło…

… jakie takie uznanie jest. Są nagrody, nawet sporo, i finansowo całkiem przyjemne. Wiadomo, nie wszyscy do stają. Ale wiadomo też, że gdzie nagród więcej, tam i szanse większe. Jest kilku wydawców, którzy się o poetów troszczą, są festiwale, gdzie nawet jakaś publiczność przychodzi. Wartość rynkowa poetek i poetów jest raczej niska. Ale…

Mirona Białoszewskiego czyta się dla drobiazgów. Nie dla całości – tomów, cyklów, serii. Choć wiele utworów powstawało właśnie w cyklach, to uwagę skupiają punktowo, czasem na jednym słowie czy na przejściu od słowa do słowa.

Inny tom niedawno wydany – Proza stojąca, proza lecąca – otwiera seria cytatów zachowanych w rękopisach poety, które od razu wprawiają w do- bry humor. Cytat z „pani z Burakowskiej”: „Kto mnie zna, to i tak wie, jaka jestem, a kto nie zna, to wiedzieć nie potrzebuje”. Z przyjaciółki, która właśnie wróciła z Grecji: „e… przestałam się dziwić, tam, w kraju, w którym taksówka jest metafora, a pralnia katarzis” (to jakbym już gdzieś słyszał, ale gdzie?). Albo z protokołów milicyjnych: „Jeden był niższy od drugiego; prowadzili krowę czerwoną po jednej stronie, bo po drugiej nie wiem”.

Oto w hipermarkecie ktoś sfotografował planszę z napisem: „Książki do czytania – 17 zł”. Komuś innemu rzucił się w oczy sklep z odzieżą używaną „Dom mody Forresterów”. A ktoś inny na dużym portalu internetowym wyłapał nagłówek: „Podejrzany o zabicie Małpy zniknął. Jest na Wyspach? Matka: Synu, jeszcze poczytamy Żeromskiego”.

Znajdziemy przede wszystkim Leca społecznego i politycznego, którego tak lubimy: „Biada, gdy analfabeci dumni są ze swego wykształcenia”; „Bezmyślność jest chyba talentem, jakże często go bowiem skutecznie zastępuje”; „Iluzjoniści powinni być uważani za stronnictwo polityczne”; „Kategorycznym nakazem moralnym jest ustępowanie miejsca kalekom w pojazdach i miejscach publicznych. Ale dlaczego mamy ludziom pozbawionym humoru ustępować miejsca ws zę dzie?”; „Gdy pustosłowie trafi na pustogłowie, wypełnia je szczelnie”; „Gigantom zaleca się ostrożność, gdy karły strzelają na wiwat”; „Kłamstwo ma krótkie nogi, ale je doskonale podstawia”.

Mówi się: błysk inteligencji. Widocznie inteligencja to coś, co ujawnia się rzadko, powszechność to żmuda i czterdziestowatowa żarówka.

Kiedyś Marcin Świetlicki zwrócił przytomnie uwagę, że poeta jest niezależny, bo nikomu tak naprawdę na nim nie zależy.

Pamiętam spotkanie podczas jednego z festiwali, kiedy po- etom nieoczekiwanie zaserwowano darmowe sushi i whisky; większość szybko doprowadziła się do stanu, w którym nie odróżniała jednego od drugiego.

Głupota ludzka nie zna granic, a jak zna, to i tak je przekracza.

Mnóstwo ludzi powtarza jak papugi. Więcej nawet – ludzie łapią jakieś słowo czy sformułowanie, sklejają z innym przypadkowym słowem i jeszcze z innym… Niektóre wypowiedzi przypominają anonimy wyklejane z fragmentów powycinanych z gazet.

Pamiętam, że jak we Wrocławiu przed Teatrem Capitol ustawiono kolorową rzeźbę przedstawiającą Arlekina, telewizja zrobiła sondę wśród mieszkańców: podoba się czy się nie podoba? I jeden z zagadniętych odpowiedział (cytuję dosłownie): „Ze sztuką się nie dyskutuje”.

Nawiedzają człowieka myśli rozmaite. Na przykład taka, że świat w którymś momencie musi przestać pisać i zacząć na nowo czytać to, co zostało napisane.

Na niewielkiej przestrzeni między blokami kilkanaście osób sprawnie, jak powiada poetka, wykonuje życie.

Włodzimierz ?Nowak „Obwód głowy”

Włodzimierz ?Nowak „Obwód głowy”:

Reportaże ze wspólnej historii i z sąsiedztwa polsko-niemieckiego. Wojna, przed i po wstąpieniu do Unii. Fakty, fakty, drobiazgi…

Cytaty:
Wie pan, Niemcy lubią się bawić, piją, śpiewają, nieraz schleją się jak świnie, ale rano prawdziwy Niemiec jest ogolony, umyty, uśmiechnięty.

Profesor Andrzej Sakson z Instytutu Zachodniego w Poznaniu: — Nie słyszałem o Wildenhagen, ale samobójstwa wśród Niemców na naszych ziemiach zachodnich, Pomorzu i dalej, za Odrą były czymś masowym. Mówi się o fali, a nawet o epidemii samobójstw. Nikt tego jeszcze nie opisał, bo dla Niemców to trochę wstydliwy temat. Rosjanie, rzecz jasna, też wolą o tym nie mówić, a Polaków to raczej nie dotyczy, chociaż działo się na naszych ziemiach. W wojennych statystykach są polegli, wysiedleni, ale tych samobójców nikt jeszcze nie próbował policzyć.

Z różnic między Polakami i Niemcami nie zdawała sobie wcześniej sprawy. — My kombinowaliśmy. A to lewe zwolnienia, a to jakieś tłumaczenia, że babcia umarła, pogrzeb wujka. Nauczyciele byli fajni. Mówili: „Ze szkolnych statystyk wynika, że w Polsce bardzo dużo ludzi umiera, niektórzy nawet po kilka razy”. Niemcy są uczciwi, nie umieją kombinować. Niemiec jak na sprawdzianie czegoś nie wie, to nie ściągnie. Tak nauczony.

Jeździliśmy do ministra Komorowskiego, powiedział: „Nie narzekajcie, macie granicę”. Wszystkim się wydaje, że to żyła złota. Pięć lat temu z targowisk miasto miało czternaście milionów złotych dochodu, a w tym roku tylko dwa miliony. Kiertyczak ma nadzieję, że w jednych koszarach uda się zrobić więzienie na pięciuset więźniów, zawsze to trochę miejsc pracy.

W czasie wizyty w Poznaniu w październiku 1943 roku Himmler tłumaczył dowódcom ss: „Naszym zadaniem w następnym wieku, tak jak tó było w dawno minionych dniach, jest przywrócenie człowieka nordyckiego jako klasy przewodniej, uniwersalnej arystokracji, która rządzi światem. Jeśli znajdziemy osobę tutaj [w Polsce] dobrej rasy, zabierzemy jej dziecko do Niemiec. Jeśli dziecko nie pogodzi się z tym, musimy je zabić, ponieważ jako potencjalny przywódca będzie stanowiło dla nas niebezpieczeństwo. Jeśli się jednak pogodzi, wychowamy je wśród nas i nie pozwolimy mu nigdy na powrót tutaj”.

Teraz to co innego — marszczy czoło Banecki — trzeba rzucać ze sto kilometrów za Nysę. Bo jak rzucisz za blisko, to Niemcy odwożą ich do Polski. No i w nocy musisz z czarnymi uważać. Raz prowadziłem trzech. Odchodzę na chwilę zobaczyć, czy nie kręcą się gdzieś wopiki. Wracam, a czarnych nie ma. Stali obok, na szczęście jeden się uśmiechnął. Wy macie fabryki, my mamy Nysę Dla przemytnika bród na Nysie to miejsce pracy i droga ucieczki.
— Jak uciekam, to udaję, że płynę — Arek macha rękami jak przy kraulu. — Albo że się topię, nawet gdy mam wodę tylko po kolana, żeby zolom nie zdradzić brodu. — A to pan zna? „Przejdziem Nyyyseee, przejdziem Oood-reee” — nuci Banecki. — Nasz hymn.

Zaczynali zaraz po otwarciu granicy, kiedy przez Słubice nie było można przejść: wszędzie łóżka, składane stoliki, tłum Niemców. Teraz narzekają, że bazary się skończyły. — Stąd tylu pijaków na ulicy — Adam wierci się na wózku — chleją te mózgojeby tanie wina, bo interesu już nie ma. W lutym Ciapek, bazarowiec z Łodzi, i Rowerzysta, słubicki tynkarz, wypili we dwóch osiemnaście win. Absolutny rekord raju. Chlali pod szóstką, w pokoju Ciapka. Łodziak nie wytrzymał, dwa dni później zmarł.

Silke mieszka w bloku numer 682 i chodzi do szkoły im. Jurija Gagarina. Do klasy chodzi się blokami. Kiedy jest wywiadówka, w całym bloku nie ma dorosłych. Wreszcie ten dzień! Silke wskakuje na radzieckiego żołnierza. Idą w tłumie żołnierzy z pionierami na plecach. Silke macha czerwoną flagą do brodatego Fidela Castro z bratniej Kuby. ? — Dla nas Polska to był Zachód. Mieliście coca-colę i prywaciarzy. Robili takie srebrne broszki z imionami. U nas Honecker zlikwidował prywatne zakłady. Zbierało się zamówienie dla całego zakładu i ktoś jechał po broszki do Polski. Panowie dawali je swoim paniom. Kiedy byłam mała, pojechałam z mamą do Polski po lizaki. Sprzedawczyni trzymała cały pęk, mieniły się kolorami. Wyciągnęłam rękę, coś powiedziałam. Wtedy sprzedawczyni schowała lizaki i powiedziała, że nie ma. Nie spodobał się jej niemiecki. Mama była zdenerwowana. Ja płakałam. Już więcej w Polsce nie byłam.
A jakieś skojarzenia? — No, taki dowcip. „Dlaczego polski noworodek dostaje w pupę aż dwa klapsy?”. — Dlaczego? — Nie, to głupi kawał — pani Mohs jest zmieszana. — Ale proszę. — A nie obrazi się pan? „Pierwszego klapsa jak każdemu dziecku, a drugiego, bo buchnął lekarzowi zegarek”.

Co pani robiła przedtem? — pyta urzędniczka. — Kiedy? — No, przedtem — urzędniczce słowo NRD nie przeszło przez gardło. — Pisałam hasła. — Jakie hasła? 237 — Es lebe der i. Mai! (Niech żyje Pierwszy Maj!), Alle Macht dem Volke! (Cała władza dla ludu!). — Wystarczy, wystarczy — ucina urzędniczka i notuje: „reklama i marketing”. Pani Mohs myśli, że jako człowiek od reklamy łatwo znajdzie pracę.

Jak Opel zmienił Pana życie? — To co, że z kolegami już na wódkę nie pójdę? A nie pójdę! Pobudka o 4.20, z Bytomia mam dwadzieścia pięć kilometrów, z kolegami jeździmy jednym samochodem, na zmianę. O 5.50 jestem już na stanowisku. Chłopak z Chorzowa chuchnął rano na mityngu. Takie zebranie, przed pracą, co i jak. Od razu wzięli go na bramę, tam jest alkomat, miał promile, godzina i już nie pracował. Albo Opel, albo wódka.

Magdalena Grochowska „Ćwiczenia z niemożliwego. O tych, którzy sięgają po zabronione”

Magdalena Grochowska „Ćwiczenia z niemożliwego. O tych, którzy sięgają po zabronione”:

Ogromna przyjemność na przełamanie roku. Losy i wybory ludzkie ciekawsze niż tony filckcji. Z kilkoma dane mi było się zetknąć: Giedroyc (przez telefon), Hasior (wywiad, bywanie w pracowni), Kuśmierek (rozmowa), Miłosz (wywiad w jego krakowskim mieszkaniu).

Cytaty:
To losy ludzi całkiem odmiennych. Obok Jerzego Giedroycia, twórcy i redaktora „Kultury” paryskiej – Zygmunt Wojciechowski, twórca i szef Instytutu Zachodniego w Poznaniu; obok księdza Jana Ziei, kapłana katolickiego i chrześcijanina ekumenizmu doskonałego – Józef Kuśmierek, komunista epoki okupacji, niespokojny duch PRL i w końcu zawzięty krytyk dyktatury. A poza tym: Władysław Hasior i Józef Czapski, Jerzy Andrzejewski i Jarosław Iwaszkiewicz, Leopold Unger i Leopold Tyrmand, poeci czasu okupacji (Baczyński, Gajcy, Trzebiński), a z drugiej strony Czesław Miłosz. Bohaterowie tych szkiców są osobowościami wybitnymi; wszystkich cechuje swoista odwaga i nonkonformizm, choć bywa to odwaga ludzi koniunkturalnych i nonkonformizm konformistów.

Na Boże Narodzenie 1931 roku w ulotce Do Braci Kapłanów wzywał do ubóstwa. Ostrzegał: dbając o dostatki dla siebie, popełniają niewierność wobec swego powołania i sieją zgorszenie. „Rwijmy więzy! Wolnymi bądźmy! Na mieszkanie niech nam wystarcza pokój jeden – reszta naszej plebanii niech służy celom społecznocharytatywnym […]. Żyjmy z ofiar, jakie nam wierni sami złożą”. Inaczej świat odwróci się od księży jak od obłudników. Swój Zarys sposobu życia…

Przenoszą go do Zawichostu. Odprawia mszę dla nędzarki za grosz. Dostaje upomnienie z Sandomierza: „Mszy świętej nie wolno odprawiać, przyjąwszy inną ofiarę, niż to jest w zwyczaju”.

Zieja mówi prosto: nawet jeśli ktoś spełnia obowiązki religijne, a nie pielęgnuje miłości lub żyje z niechęcią do ludzi, nie jest praktykującym chrześcijaninem.

Ale Zieja nie chce żyć wśród elity. Już w 1923 roku porzuca rozpoczęty doktorat z teologii. Chce żyć z ludem i realizować Ewangelię w parafii. Zanim przybył do Lasek, za swoje motto uznawał przeczytane w piśmie „Rola” zdanie: „Katolicyzm ma własność pionu; odchylenia nie znosi”. Stopniowo nadawał mu nową formułę: katolicyzm ma własność pełni; ciasnoty nie znosi.

„Żadnych mantoletów, fioletów, purpur, łańcuchów itp. fatałaszków”, bo ksiądz ma chodzić między ludźmi jak „brat pośród braci” – napisze w 1975 roku w programie Myśli o odnowie życia kościelnego w Polsce. Żadnego „opłacania” chrztów, ślubów, pogrzebów i mszy, bo to „pachnie handlem”. Posługi religijne jednakowe dla „pobożnych i gorszycieli, a nawet i dla niewierzących lub innowierców, jeżeli o to poproszą”. Dzwony mają bić tak samo dla wszystkich. Niech episkopat ustanowi bezwzględną abstynencję wśród kleru, także biskupów. Funduszami kościelnymi niech zarządza rada parafialna. „Nic w parafii – bez parafian”. Zwierzchnicy uznają te postulaty za niedorzeczny maksymalizm.

Choć Maritain po kongresie odwiedzi również Laski, to poznańskie doświadczenie zaważy na jego myśleniu o Polsce. Zapytany tuż po wojnie, dlaczego milczał wobec tragedii Powstania Warszawskiego, stwierdzi: „Nie mogę darować Polakom ich antysemityzmu i ich stosunku do Rosji. Podajecie się za ludzi, którzy mają misję na Wschodzie, twierdzicie, że jesteście przedmurzem chrześcijaństwa, a z drugiej strony uważacie Rosjan za półludzi, macie do nich głęboką pogardę”.

Powstańcy są na mszy. Nagle alarm. Zieja przerywa mszę, udziela zbiorowego rozgrzeszenia in articulo mortis, w obliczu śmierci, i rozdaje hostie. Żołnierz, już w hełmie, przed komunią chce go zdjąć i szarpie się ze sprzączką. Zieja: – Nie zdejmuj, idioto!

Gdyby żył, jak zaznaczyłby się jego pacyfizm dziś? Mówi Adam Michnik: – Byłby absolutnie przeciwny każdej mowie nienawiści, strachu i konformizmu. Poszedłby do wyznawców „religii smoleńskiej”, którzy by go zapewne opluli, ale on mówiłby do nich językiem Ewangelii.

Prymas Wyszyński:
Naród niech będzie oddany w niewolę Maryi za wolność Kościoła w Polsce i na świecie. Swój projekt opracowuje w ostatnim roku uwięzienia. Prócz ślubów zawiera on program Wielkiej Nowenny Tysiąclecia. To rozłożona na dziewięć lat modlitwa narodu o odnowę duchową za pośrednictwem Maryi w ramach przygotowań do obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Milion pielgrzymów przybywa na Jasną Górę w dniu ślubowania – 26 sierpnia 1956. W tym samym czasie ślubuje w Komańczy prymas. W liście z 19 czerwca 1957 roku Zieja prosi go o zmianę akcentów w przebiegu Nowenny – by w centrum był Chrystus. „Niech biskupi ofiarują naród Bożemu Sercu – pisze niech ten akt trwa lata i niech zaowocuje miłością społeczną, wtedy będzie prawdziwy. Dziś będzie to tylko zbiorowy dreszcz, bardzo powierzchowna (choćby nie wiem jak masowa) manifestacja”.

Maryjność miała mobilizować ruch ludowy w oporze przeciwko komunizmowi. To było wojsko kierujące się emocjami i tradycyjną religijnością. Za tego typu populistyczną politykę płacimy koszty do tej pory – Radio Maryja jest poronionym dzieckiem po Wyszyńskim. Czołową działaczką „Ósemki” jest dziś Krystyna Czuba, publicystka „Naszego Dziennika” i Radia Maryja.

Giedroyc:
Gdy na życzenie Giedroycia Miłosz ocenia wiersz jednego z poetów, dyszy pasją: „Ciała! Mięsa! Rzeczywistości! – chciałoby się wołać. Opisz swój dzień pracy, opisz przyjemność chlania wódy, przestań być melancholikiem, rozejrzyj się trochę…”.

Marian Zdziechowski. Klucz do Giedroycia sprawca wielkiego fermentu w polskiej kulturze, Stanisław Brzozowski. Pierwszy przepełniony mistyczną grozą, przedstawia obraz człowieka „samotnego w obliczu Boga unoszącego się nad światem”, jak napisał Miłosz. W latach studenckich poety kreśli wizję zbliżania się czegoś nieuniknionego; „[…] pędzimy w przepaść”, stwierdza w 1922 roku. Przepowiada zmierzch cywilizacji. Jego nawoływania o zagrożeniu komunizmem i nacjonalizmem traktowane są jako przejaw manii. Chodzi ulicami Wilna jak „szacowny zabytek minionej epoki”. Drugi wznieca na początku XX wieku elektryzujące spory o Polskę. Twórczość Sienkiewicza oskarża o antymetafizyczny banał, niewrażliwość na zagadnienia społeczne, uśmiechnięty optymizm, który umacnia w Polakach samozadowolenie i duchową gnuśność. Sienkiewicz to klasyk polskiej ciemnoty i szlacheckiego nieuctwa. Dziedzictwo szlachetczyzny wywołuje głębokie schorzenie polskiej psychiki.

Miłosz ze sobą się rachuje. Pyta: kim jest? Z jakiej historii i geografii pochodzi? Jego obrachunek z Polską międzywojenną jest bezlitosny. „[…] mieszkała we mnie domena kartoflanych twarzy od Berlina na wschód, bezradnie podejrzliwych drapań się w głowę, paluchów próbujących dać sobie radę z formularzami. […] dysproporcja dwóch Europ”.

Poeci doby okupacji:
Mapę Imperium Słowiańskiego Konfederacja Narodu wydała w październiku 1941 roku. Czerwona plama rozlewa się na pół Europy: od Finlandii po Bałkany, od Szczecina po skolonizowaną Syberię. Egzemplarz, który oglądam, należał do Tadeusza Gajcego. Gdy Tadeusz Borowski zobaczył mapę, napisał fraszkę dla Bojarskiego: „Gdybym mógł na twoje hasła, / to bym, drogi Wacku, na… / (jak odgadniesz rym, dopiero / idź i buduj swe Imperium)”.

Iwaszkiewicz:
„Widzisz, moje życie na zewnątrz jest ubogie, stale cierpię z powodu niemożności zdobycia pełni, przeżywania swojego życia tak mocno, jak ono na to zasługuje”.

„O świniowatości ludzie zapomną, a książki zostaną – oto linia, której trzyma się Iwaszkiewicz” – napisze Kisiel w 1974 roku w dzienniku.

Obaj biorą udział w rekolekcjach, śpią w celach na wąskich łóżkach. Ale czują w tym fałsz. „Przyznaliśmy się sobie – napisze Miłosz – że asceza oraz głębia i szlachetność pogrążania się w duszę budzą w nas dziki apetyt na wódkę i krwiste befsztyki”.

Andrzejewski:
„Drogi ludzkiego umysłu bywają śliskie i czasem niewielki krok dzieli intelektualistę przy biurku od działającego gdzieś sprawnie opryszka idei” – pisał do Miłosza w 1942 roku. Stanie się kibicem sowieckiego systemu.

Maj, dziennik Anny Kowalskiej: „[…] mówił o sobie, że jest kurwa, szmata, skończony, złajdaczony, że już nic nie napisze. Podobno rozpił się i włóczy się po najgorszych knajpach na Pradze w poszukiwaniu chłopców”. Czerwiec, Zawieyski: „Ma on obrzydzenie do marksizmu, do tych samych sloganów, którymi posługiwał się jeszcze niedawno. Jest gorzki, ponury, cierpiący z pasją na oczach wszystkich. […] Współczuję mu z całego serca, ale lękam się jego dostojewszczyzny.

Andrzejewski podpisuje protest. Po fali robotniczych wystąpień w Radomiu i Ursusie pisze list do prześladowanych. Są rzecznikami demokracji, stwierdza. We wrześniu 1976 jest jednym z członków założycieli KORu, jako jedyny pisarz. To on dostarcza do sejmu zawiadomienie o powstaniu Komitetu. Iwaszkiewicz: „[…] zaczęły się te bzdury z KORem […]. Tak jakby polski robotnik […] potrzebował opieki starego durnia i pijanicy Andrzejewskiego i jeszcze podobnych facetów”.

Instytut Zachodni:
Wojciechowski nazywa piłsudczyków „narodowcami w uczuciach i w praktyce”, ponieważ walczyli o niepodległość, czyli o to, „co dla narodu jest rzeczą najcenniejszą”. W postulowanym obozie nie będzie miejsca dla zwolenników demokracji parlamentarnej, stwierdza. Ten system jako niewydolny zmiotły na szczęście w Europie ideologie nacjonalistyczne. To one przywróciły poszczególnym społeczeństwom jedność polityczną. „Dzięki temu […] grupa rządząca zasilana jest stałym dopływem energii dostarczanej przez szerokie masy narodowe. Mając żywy kontakt z miąższem narodowym, może taka grupa rządząca, uosobiona w wodzu, […] wyzwalać energię z mas narodowych”.

Dla Piłsudskiego i jego zwolenników wartością najwyższą było państwo, dla endecji – naród. W dwudziestoleciu międzywojennym te wartości nie dawały się pogodzić, bo w Polsce ponad 30 procent ludności stanowiły mniejszości narodowe.

Wojciechowski, 1934: „Reformacje seksualne, świadome macierzyństwa, demoralizacja młodzieży muszą być wygnane z Polski, tak jak zostały wygnane z Włoch, Niemiec i jak będą wygnane z Francji”. Kilka lat później: „Kierunki narodowe wchodzą oczywiście głęboko w założenia etyki. […] Wiadomo, jak wyglądało życie obyczajowe w Niemczech przed przewrotem hitlerowskim. Nowe kierunki ideowe nałożyły hamulce tym indywidualnym pasjom i namiętnościom: hamulce dyktowane interesem rodziny i społeczeństwa jako całości”.

Wojciechowski, 1934: „Jest rzeczą niemożliwą, ażeby w organicznie pojętym społeczeństwie mogła utrzymać się czteromilionowa masa Żydów, przeszłością swoją, instynktami, moralnością całkiem obca środowisku, w którym siedzi. Jest nam obca jako indoeuropejczykom, jako Słowianom, jako Polakom”.

Tego wszystkiego Wojciechowski w swej publicystyce nie tłumaczy. Pisze: „Antysemityzm dzisiejszych Niemiec jest jednym z ogniw w łańcuchu dążeń podejmowanych przez Niemcy w kierunku oczyszczenia organizmu społecznego niemieckiego z żywiołów obcych. Dla Polski, która posiada u siebie zaognione zagadnienie żydowskie, jest rzeczą bardzo ważną, że jedno z wielkich państw europejskich nie bało się postawić u siebie zagadnienia żydowskiego” (w zbiorze tekstów z lat 1928-1934). Politolog Markus Krzoska uważa, że nie sposób w wielowarstwowej osobowości Wojciechowskiego oddzielić „prawie jawnego antysemity od wierzącego katolika”.

Kilka miesięcy później formułuje program, który wytyczy działalność Instytutu Zachodniego. W przeszłości wszystkie nonsensy życia polskiego – pisze – traktowano jako wyraz woli Bożej. Gdy Polska ponosiła klęskę, mówiło się, że, choć pobita, odniosła zwycięstwo moralne. Rozkrzewiła się wiara w Polskę jako „Chrystusa Narodów”. Kompleks powstańczy każe Polakom rzucać się do walki bez względu na skutki. Więcej realizmu!

Oni są skrzętni, zapobiegliwi, punktualni, gospodarni, oszczędni, racjonalni. Te ich cnoty kwitujemy ironicznym uśmieszkiem. My jesteśmy rozrzutni, lekkomyślni, bardziej skłonni do improwizacji niż do organizacji, rozkochani w sobie. Liczymy, że rozbicie sąsiada wzmocni nas samych. Ale „z cudzej słabości nie tworzy się jeszcze własna siła”. Bojkotowanie kilkudziesięciomilionowego narodu, „zbywanie go pogardą i nienawiścią […], nie da nam ani bezpośrednich korzyści, ani nie zyska nam dobrej opinii w świecie”.

To poetycka krytyka tego w Polakach, co wcześniej Stanisław Brzozowski piętnował jako polską ospałość i polski optymizm niedołęgów; ucieczkę od pytań fundamentalnych i zajęcie pozycji narodugapia, który przygląda się z galerii „wielkiemu dramatowi świata”.

Czapski:
„Podobnie jak w malarstwie zniknęła ludzka twarz i forma, tak i powieść pozbyła się bohatera, który by nas poruszał czy zachwycał, z którym moglibyśmy się utożsamiać, a w miejsce postaci otrzymujemy bezładnie poruszające się pojemniki na doznania i refleksje. W tym sensie zachodnia sztuka i literatura się dehumanizują. W efekcie tracą kontakt z otaczającą rzeczywistością, jako że jedynie jasno wyodrębniona ludzka forma pozwala nam odróżniać to, co rzeczywiste, od tego, co nierzeczywiste”.

Hasior:
Hasior nie wstąpił do partii. Gdy nadszedł Październik, profesor Stanisław Słonina, wówczas student ASP, zobaczył go, jak w holu akademika „Dziekanka” demonstracyjnie wrzuca legitymację ZMP do kosza. Jako pracę dyplomową przedstawił ceramiczne Stacje Męki Pańskiej, które wykonał na zamówienie proboszcza kościoła farnego w Nowym Sączu.

1957, Hasior zaczął uczyć rzeźby w Zakopanem. Zamieszkał na parterze internatu „Borek”, Jagiellońska 3c, wśród buków. Pierwszego dnia Kenar przedstawił go klasie. Na ścianie wisiało malowidło Hasiora Ruch kołowy i pieszy po krętej drodze – z czasów uczniowskich. „Zrobiło mi się jakoś dziwnie w okolicy serca” – zanotował Hasior. Widelec jest przedmiotem neutralnym. Z kompozycji widelca z mięsem rodzi się dramat. Co innego wyraża blacha gładka, co innego – poszarpana. Jakie uczucia wzbudza drapanie nożyczkami po szybie, tłuczenie szkła? – pytał uczniów. Zabierał ich nad potok, wznosili pomniczki z tego, co znaleźli. Na Gubałówce przybierał z nimi kwiatami uschnięte drzewa. Podpalał kopkę siana, by zanalizowali żywioł ognia.

… jesienią 1966 roku, odsłonięto awangardowy pomnik autorstwa Hasiora na przełęczy Snozka koło Czorsztyna. Ażurowa konstrukcja, najeżona kolcami, drapie niebo. Wiatr gra na specjalnie zamontowanych fletach. Na płycie leżą postacie pomordowanych. U ich stóp, w szerokich rynnach, płonie wieczny ogień. Inskrypcja głosi: „Wiernym synom Ojczyzny poległym na Podhalu w walce o utrwalenie władzy ludowej”.

Artysta zamieszkał na górze, w pokoiku z kuchnią, za cenę dwóch dzieł podarowanych rocznie muzeum. Nigdy nie miał własnego mieszkania. Żył skromnie – zupki z mrożonek, koszula dżinsowa. Gdy przyjechało pogotowie, okazało się, że nawet nie ma porządnej piżamy. Dostawał około 500 złotych emerytury. Nieco wcześniej urzędniczka kazała mu udowodnić, że jest artystą plastykiem. Powiedział, że nie będzie udowadniał.

Anda Rottenberg:

Po kilku latach pracy w Zachęcie nabrałam dla artystów plastyków pogardy opowiada Anda Rottenberg. – Pułkownik ogłasza konkurs: wojsko w malarstwie. Artyści przynoszą swoje prace. Konkurs: 25 lat Polski Ludowej. Artyści przynoszą prace. Nie rozmawiali ze mną o sztuce, tylko pytali, czy mogłabym lepiej wyeksponować ich obrazy. Po siedmiu konkursach byli już dla mnie tylko towarzystwem usługowym. Później zaczęli malować Matki Boskie i papieży.

Brała udział w Kongresie Kultury Polskiej. – W dniu otwarcia Kongresu popatrzyłam na trybuny – opowiada. – Siedzieli tam ci sami starzy wyjadacze, którzy robili w malarstwie realizm socjalistyczny, a potem odnowę. Jak się kiedyś walczyło w niesłusznej sprawie – pomyślałam, patrząc na te trybuny – to pora przestać pouczać innych. Sztuka była gdzie indziej, na pewno nie w tej sali. W nocy, przed zamknięciem Kongresu, napisała przemówienie o tym, że sztuka i polityka nie mogą iść za ręce. Rano pod Pałacem Kultury dowiedziała się, że jest stan wojenny.

Czy sztuka jest na usługach Stalina, czy Kościoła, na jedno wychodzi – pisze Anda Rottenberg – bo arsenał środków jest ten sam: tu się maluje Stalinów, tam Jezusów. Sztuka zaangażowana będzie pełnić funkcję propagandową – konkluduje – czy nam się to podoba, czy nie.

Unger:
Kreślił model myślenia o państwie, jaki Giedroyc proponował Polakom i jaki jemu jest bliski. Interes Polski ponad wszystkie wewnętrzne partyjne interesy; postawy społeczne wyzbyte wszelkich fobii, nacjonalizmu, klerykalizmu, mieszania się Kościoła do polityki; budowanie społeczeństwa obywatelskiego; przyjazny stosunek do mniejszości narodowych i do sąsiadów. Polacy, zdaniem Ungera, ów model odrzucili. W makroskali Giedroyc wygrał wszystko: Polska jest w Unii Europejskiej i w NATO. Ale nawet bardzo zła opinia Giedroycia o Polakach była lepsza niż to, jacy się okazali.

Kuśmierek:
Metoda: przy ziemi, żadnej psychologii, fakt i szczegół. Jego program, a może obsesja: naprawianie świata. „Balzak na szczeblu powiatu” – napisze recenzent. Skłócony z partią, skonfliktowany w redakcjach, zwykle bez etatu. Znał ludzi wszystkich pięter: od prezydenta po furmana. Swym paltocikiem wycierał gabinety ministrów, salony literatów, świetlice kombatantów, więzienia, kurniki i chlewnie. Wiedział, co to zabić człowieka, parcelować „obszarników”, pojechać w teren po zawale serca. Zwalisty niedźwiedź wsparty na kruchej Janinie.

Kuśmierkowie przenoszą się do Miedzeszyna we wrześniu 1939 roku. Z rzeki uciekinierów ze stolicy Józef wyławia obraz kobiety trzymającej dziecko, a w drugiej ręce – ani tobołków, ani jedzenia! – tylko święty obraz. Wiele lat później napisze: „Jestem technokratą i potrafię przeliczyć wartości chrześcijańskie na efekty, jakie dzięki nim można uzyskać. Gdyby 20 proc. środków pieniężnych przeznaczonych na budowę nowych świątyń skierowano na budowę domów opieki społecznej, to w każdym województwie mielibyśmy po cztery domy starców”.

Był bardzo antykombatancki – opowiada Rawicz. – Mówił: „Co oni o tej Gwardii Ludowej ciągle pieprzą! Nas tam było dwudziestu i mieliśmy jeden pistolet. I to ja go nosiłem”.

Justyna Kopińska „Z nienawiści do kobiet”

Justyna Kopińska „Z nienawiści do kobiet”:

Reportaże. Bardzo ostre i bardzo poukładane.
Cytaty:

/syn Violetty Villas/ Każdy mężczyzna, po jakimś czasie, chciał mamę ograniczyć. Może dlatego najlepiej czuła się wśród przyjaciół gejów. Nawet jak był to zupełnie nowy znajomy, zachowywała się, jakby znali się ze dwadzieścia lat. Czuła się bezpieczna. Wiedziała, że nic jej nie grozi, więc mogła z nim żartować, śmiać się, nawet spoufalić. Rozmawiali o biżuterii, butach, koronkach.

W 1967 roku przyjechałem do mamy do Las Vegas. Koncertowała tam już od roku. Miałem wówczas dwanaście lat i najbardziej przeżywałem, że na lotnisku w Nowym Jorku celnicy zabrali mi kiełbasę wiejską. Chciałem zobaczyć, jak mama ucieszy się na jej widok. Gdy przyjechałem do Las Vegas, mama akurat występowała. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Wyglądała zjawiskowo pięknie. Nie wiedziałem wtedy, że jej osobistym stylistą był projektant domu mody Dior, buty i biżuterię przygotowali specjalnie dla niej włoscy projektanci. Nawet dla dziecka różnica w stylu była widoczna. Nie mogłem oderwać od mamy oczu. Patrzyłem na nią i rozpierała mnie duma. Ale w głowie cały czas miałem: „Dlaczego zabrali mi tę kiełbasę!”. Jak tylko weszła, to zacząłem mówić: „Mamusiu, miałem dla Ciebie wiejską kiełbasę i celnicy zabrali. I wiesz co?! Czekałem później, aż sprawdzą, czy jestem szczepiony, i przez szybę zobaczyłem, jak oni ją jedzą! Udało mi się przywieźć tylko chleb”. Mama się śmiała.

Mówiono, że ludzie są tam wykorzystywani, a robotnicy bici i szantażowani. Według komunistów uczciwy człowiek w Stanach nie mógł do niczego dojść. I nagle do Polski wraca Villas. Z zachwytem opowiada o koncertach w Vegas. Ma pieniądze. Kupuje dom. Wszyscy widzą, jak jeździ białym mercedesem. Chodzi w futrach. To zupełnie nie pasowało do wizerunku Ameryki, który był przedstawiany propagandowo. Zaczęto z niej szydzić. W recenzjach pisano, że kreuje się na Amerykankę i że zapomniała, jak wysławiać się po polsku.

/Leopold Kozłowski/ Dlaczego pan został? – Jestem Polakiem. Lubię śliwowicę, golonkę, kiełbasę wiejską, polskie żarty i wspomnienia. Wielokrotnie miałem propozycje pracy w Izraelu lub Stanach Zjednoczonych, ale klezmer musi żyć w świecie, który na niego działa, który jest mu najbliższy.

Przemyślany zamieszkane były w pięćdziesięciu procentach przez Żydów, w trzydziestu pięciu przez Polaków i w piętnastu przez Ukraińców. W sobotę był szabas, Żydzi zamykali sklepy. Istniały jeszcze dwa sklepy nieżydowskie, ale właściciele też je zamykali. Za to w niedzielę Żydzi nie handlowali ze względu na chrześcijan. Czułem spokój, do którego zawsze wracałem przy komponowaniu muzyki.

/Justyna Kopińska/ Skupiam się zawsze na dwóch rzeczach: co pomyśli mój bohater i co pomyśli mój czytelnik. Zależy mi na tym, aby bohater miał poczucie, że wypowiedzi są przedstawione zgodnie z jego intencjami i żeby czytelnik był jak najbardziej zainteresowany historią.

Znam wiele osób, które mówią, że czegoś chcą. Snują plany w kawiarniach, by za rok w tych samych kawiarniach identycznie marzyć o tym samym.

Jak pracujesz? Bardzo lubię samą czynność pisania. Mnóstwo dziennikarzy opowiada, że jak mają się zabrać do pisania, to wolą umyć lodówkę, iść na zakupy, posprzątać mieszkanie, żeby tylko nie siąść do pracy.

Ciekawił mnie też wątek dziecka artysty. Byłam kiedyś w domu wybitnego polskiego pisarza. On już wtedy nie żył, a jego córka, wtedy czterdziestoletnia, pokazała na drzwi do pokoju i, przykładając palec do ust, powiedziała, że trzeba być cicho, bo tam tata pracował i zawsze mówił, że trzeba być cicho. Nagle zobaczyłam w tej kobiecie malutką dziewczynkę, która zaraz się rozsypie i zrozumiałam, jak on strasznie ją skrzywdził. Artysta bardzo często stawia na pierwszym miejscu sztukę. Wtedy cierpi rodzina, zwłaszcza dzieci. Ciekawiło mnie, czy takie osoby powinny w ogóle mieć dzieci.

Jarosław Kamiński „Tylko Lola”

Jarosław Kamiński „Tylko Lola”:

Powieść ze dwa lata temu bardzo wysoko oceniona przez „Politykę”. Chyba jednak zbyt wysoko…
Cytaty:

Od autora: Osoby i wydarzenia przedstawione w powieści Tylko Lola należą do sfery fikcji. Jednak w kluczowej dla powieści scenie – impreza w telewizji – „pobrzmiewa” echo przyjęcia, które naprawdę odbyło się w 1967 r. Tak opisał je historyk Jerzy Eisler w swojej książce Marzec 1968: Otóż w dniu zakończenia wojny na Bliskim Wschodzie w redakcji popularnego tygodnika „Przyjaciółka” odbywało się przyjęcie urodzinowe. Był alkohol i wznoszono rozmaite toasty; towarzystwo było podobno w świetnych humorach. Następnego dnia po południu Moczar [ówczesny minister spraw wewnętrznych – przyp. JK] poinformował Gomułkę o „orgiach i libacjach urządzanych przez Żydów”. Była też mowa o wznoszeniu toastów za zwycięstwo Izraela. W jednym z raportów Moczar miał poinformować Gomułkę, że w świętowaniu sukcesu izraelskiego uczestniczyła żona gen. Mankiewicza. To wystarczyło, aby jeszcze tego samego dnia przenieść Mankiewicza w stan spoczynku.1 Rzecz z gatunku: „pisarz by tego nie wymyślił”. Dziś daje do myślenia.

Czas daje więcej, niż odbiera. Jak gąbka na szkolnej tablicy… wyciera z naszego życia ludzi, domy, ulice, całe miasta. A z pamięci tysiące zdarzeń, spotkań i rozmów. Czas niszczy wszystko, niszczy bezlitośnie. Bez wątpienia to przykre. Ale może się na coś przydać. Pomyśl o cebuli. Obierając ją z łupin, dociera się do rdzenia. Tak samo jest z czasem. Odziera pamięć z nieistotnych wspomnień. Pozostawia tylko najważniejsze. Kluczowe punkty historii. Dzięki nim łatwiej zrozumiesz własne życie, odczytasz jego sens. Musisz wiedzieć, co przeżywasz. Inaczej skażesz się na wieczne dryfowanie.

Telewizja tworzyła wspólnotę instant. Gazetę czytało się w pojedynkę. Radio, ze względu na większą dostępność odbiorników, stanowiło rozrywkę w najlepszym razie rodzinną. Jedynie telewizja, przynajmniej w tamtych czasach, oddziaływała inaczej. Miała w sobie coś ze spektaklu teatralnego albo meczu. Mało kto miał własny telewizor. Należało wybrać się do sąsiadów albo do świetlicy i razem z innymi oglądać program. Tak rodziła się wspólnota emocji… strachu, zachwytu, zgorszenia. Na ten jeden moment, niewiele dłuższy niż czas oglądania telewizji. Wystarczyło, żeby zakochać się w nowym medium.

W socjalizmie kobietom pozwalano na wiele, nawet kierować traktorem, gorzej, gdy chciały kierować swoim życiem. Warszawa, styczeń 1965.

Któregoś dnia zostałam dłużej w studiu, w którym wkrótce sama miałam poprowadzić program. Przez przypadek stałam się świadkiem rozmowy Ireny ze słynnym pianistą jazzowym. Zarzuciła mu, że zepsuł cały program, wypowiadając kwestie nieuzgodnione wcześniej. – W moim programie nie ma miejsca na improwizację. To nie klub jazzowy! – krzyczała Irena. Muzyk bronił się, że w scenariuszu znalazły się opinie, które stały w sprzeczności z jego poglądami. Na wszystko, życie, sztukę, miłość. – Nie potrzebowałam pana poglądów. Potrzebowałam pana twarzy! Muzyk i poglądy! Dobre. Tylko komu to potrzebne.

Obok sensorycznej, krótkotrwałej i długotrwałej proponowałabym czwarty rodzaj pamięci: telewizyjną, która sama wymazuje informacje już w czasie ich odbierania.

Zwyzywała wszystkich komunistów, od Lenina do Breżniewa, od Męża Stanu do szeregowego członka partii. Każdego porównała na dwanaście różnych sposobów do penisa.

W narożnym budynku przy ulicy Foksal znajdował się lokal okryty sławą mordowni i najbardziej elitarnego miejsca w mieście. Lidia ujęła mnie pod rękę. Wykidajło, widząc dwie obejmujące się kobiety, wziął nas za kurewki, w dodatku nieznajome, spoza jego prywatnego rejestru, i nie zamierzał wpuścić. Lidia nie wytrzymała. Wiązanka przekleństw w jej wykonaniu wypadła koncertowo. „A niech cię moje wszy łonowe z wdzięczności wyliżą tam, gdzie lubisz najbardziej”. Wykidajło się zaczerwienił i z ukłonem otworzył drzwi. – Nie bez powodu szczycimy się doborowym towarzystwem – skomentował zadowolony.

Żyłam w socjalistycznej ojczyźnie, której hasło brzmiało: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Na każdej uroczystości państwowej śpiewano Międzynarodówkę. Wyklęty, powstań, ludu ziemi. Ludu ziemi, a nie ludu Polski, Czech, Moraw, Górnej Adygi. Teraz zdradzono te ideały. Przestało się liczyć, kim jesteś, a zaczęło, skąd pochodziłaś. Leo miał rację. W tym kraju nie dało się żyć. Należało uciekać. Zacząć od nowa, póki nie jest za późno. Rewind? Żaden rewind. Nie miałam do czego wracać. Forward. Pozostawał mi tylko forward.

Welcome, welcome, a naprawdę już widzą dolary spływające do wymęczonej wojnami Polski. Wojny. Zawsze straty wojenne dają im wymówkę, żeby naciągać gości na forsę. Każdego, kto ma trochę więcej, komu trochę lepiej albo miał szczęście i nie załapał się na bombardowania oraz wywózki na Syberię. I już w myślach piszą sprawozdania do centrali. Dzięki usilnym staraniom ambasady do kraju napłynęło o dwadzieścia osiem procent dewiz więcej niż w minionym roku. I kto wie, może w ten sposób uda się przedłużyć pobyt na zgniłym kapitalistycznym Zachodzie.

Komuniści, których znałam, nie sprawdzali się w roli jebaków. Bez przerwy tylko walka o pryncypia i obawa rozstrzelania przez NKWD. Stresujące życie. A konsekwencje? Nie uwierzyłabyś, plaga impotencji. Dopiero na emigracji nabierali wigoru. Trocki najlepszym dowodem.

Zdenka Hadrbolcova „Parasol pani Czernej”

Zdenka Hadrbolcova „Parasol pani Czernej”:

Czeski kryminał, jeszcze zczasów PRL-u, który się u mnie bardzo mocno przeleżał. Aż tu czytam przypadkiem, że autorka to była wzięta aktora teatralna i filmowa. Więc czytam. Jednak powinna była zostać przy teatrze. Ledwo zmęczyłem.
Cytaty:

Wierkę zaraz rozbiera, ledwie chłopa zobaczy. Toteż zdawało mi się, że za długo tam siedzi. Najpewniej Andresową przydybała ich, kiedy stary dobierał się do mojej dziewczyny. – Pan wie, że ona tak leci na mężczyzn, i mimo to z nią chodzi? Dziwne. Może jej za to płacą? – Ona by prędzej sama zapłaciła!

Pojmuję – rzekł Suchan – byliście sąsiadami, to wszystko. Wiadomo, żyje się między ludźmi. Ja też w domu z nikim nie jestem za blisko, pozdrawiamy się i tyle. Tak jest najlepiej. – Racja – przytaknął Kofy – lepiej nic nie wiedzieć.

Jak pan myśli, sierżancie, od czego powinniśmy zacząć? – I zwrócił się znów do pani Rabochowej: – Droga pani, taki już nasz zawód. Gdyby gdzieś wyleciały drzwi z zawiasów, musielibyśmy się pytać, czy na drzewie naprzeciwko nie siedział czasem wróbel. Niech pani tak to przyjmie i nie gniewa się na nas – dodał łagodząco. Rabochowa milczała, rysy jej nie straciły twardości i napięcia.

Weronika Murek „Feinweinblein”

Weronika Murek „Feinweinblein”:

Młoda literatura. Zerkamy, żeby nie byc całkiem z tyłu. Internet: „Tuż po debiucie pisano o niej, że spadła na polską scenę literacką niby meteoryt. Oryginalność jej wyobraźni, wyczucie dramaturgiczne, a przede wszystkim niezwykły słuch językowy i niepowtarzalne poczucie humoru zwróciły uwagę jury największych nagród, między innymi Nagrody im. Witolda Gombrowicza za debiut czy Nagrody Literackiej Nike.
Weronika Murek jest oszczędna, w niewielu słowach potrafi zmieścić mnogość emocji i refleksję, która sięga daleko w głąb, w samo sedno. A stamtąd wyzierają tęsknota i groza, nieustannie skradające się niby tytułowe straszydło Feinweinblein”.
Cytaty:

GŁOS DZIECKA Jest jedno lekarstwo na śmierć: liście polnej babki. GŁOS KOBIETY 1 Nacierać, zwilżyć i nacierać, nacierać, nacierać. Głupawa melodyjka.

GŁOS MĘŻCZYZNY 4 Stosowanie samolotu w gospodarstwie wiejskim, temat wciąż żywy w wielu naszych domach.

ŚWIETLICOWA Słyszysz? Do stolicy bym sobie przedzwoniła może. ŚWIETLICOWY Dzwoń. (nie przestając pisać) Nikogo tam nie znamy. ŚWIETLICOWA A bym przedzwoniła, ktoś by może odebrał i już bym kogoś znała.

ŚWIETLICOWA O mnie by mógł być artykuł. O czymkolwiek w zasadzie. Że obsługuję wajchę. Taki krótki artykuł, ale dający nadzieję. Z misją taki artykuł mógłby być. Że obsługa wajchy to nie jest trudna praca i że przy czymś takim można nawet śpiewać. I że ja sobie śpiewam, obsługując wajchę.

Hannah Sophie „Hercules Poirot. Inicjały zbrodni”

Hannah Sophie „Hercules Poirot. Inicjały zbrodni”:

Cytaty:

Fee Spring. Właściwie to Eufemia, ale wszyscy wołają na mnie Fee. Gdyby musieli używać pełnego imienia, nigdy nie udałoby im się przejść do zasadniczej części wypowiedzi. Choć wcale nie jest pewne, że źle bym na tym wyszła.

Poirot nie zamierzał wpędzać kelnerki w jeszcze większe zakłopotanie i właśnie dlatego nie wyjawił, że zawsze z niecierpliwością wyczekiwał opisów tych postaci, które na własne potrzeby nazywał zbiorczo bohaterami kafeterii. Był wśród nich na przykład pan Nie Całkiem, który zawsze niemal natychmiast po złożeniu zamówienia je odwoływał, dochodząc do wniosku, że „nie całkiem o to mu chodziło”

Nie jestem wcale przekonany, czy historie z życia wzięte mają początki i końce. Wystarczy spojrzeć z nieco dalszej perspektywy, by ujrzeć, jak rozciągają się nieskończenie w przeszłość i wybiegają nieubłaganie w przyszłość. Nie da się tak po prostu powiedzieć: „To na tyle”, a następnie postawić kropkę.

Poirot jest osobą systematyczną, która nie lubi zmieniać przyzwyczajeń. Nieraz mówił mi: „To właśnie przywiązanie do codziennej rutyny pozwala osiągnąć spokój umysłu”…

Chciałbyś, żebym zaszczepił ci większą wiarę w moje umiejętności, gdyż brakuje ci wiary we własne? Mon ami, wiesz dużo więcej, niż ci się zdaje. Pamiętasz żart, który powiedziałeś w hotelu, o tym, że wszystkie trzy ofiary przyjechały w środę, na dzień przed morderstwem? Stwierdziłeś: „Zupełnie jakby dostali zaproszenie na tę rzeź. Zaproszenie sformułowane następująco: «Proszę stawić się dzień wcześniej, żeby czwartek móc w całości poświęcić państwa śmierci»„.

W Londynie patrzysz na mijających cię ludzi i nie masz pojęcia, co się dzieje w ich głowach. Każdy wygląda na zamkniętego w sobie i tajemniczego. W małych miejscowościach ta zasada także ma zastosowanie, z tą różnicą, że w głowach wszystkich ludzi dzieje się mniej więcej to samo.

Biblia, wraz ze wszystkimi zawartymi w niej zasadami, to księga napisana przez człowieka lub grupę ludzi. Na okładce należałoby zamieszczać wyraźne sprostowanie: „Słowo Boże, pogmatwane i wypaczone przez człowieka”

Anna Kowalska „Dzienniki 1927 – 1969”

Anna Kowalska „Dzienniki 1927 – 1969”:

Pisarka była w centrum literackiego i prywatnego życia ówczesnych pisarzy, artystów, prominentów. Ale per saldo niewiele ciekawych rzeczy zauważyła.
Cytaty:

Łóżko – tratwa, na której co dzień wyjeżdżam na morze snów. Najbardziej tajemniczy sprzęt. Prześcieradła zastępują żagle. Człowiek oddaje się ryzyku, powierza się nocy. Nagi, bezbronny, ubezwładniony jedzie zdobywać miasta piękniejsze niż miasta włoskie, pieszczoty, bez których skazany jest żyć. Czasem we snach powraca zapomniany smak dzieciństwa, dziewczęctwa, jak wiatr z szerokich, pustych przestrzeni. Sen podwozi nas ku drogim zmarłym,

W gruncie jestem mało sophisticated – myślenie idzie daleko za myślami.

Marnuję dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Czytam beletrystykę, ale jako namiastkę życia, a nie dzieło sztuki.

Gdyby tak opisać, jak małżeństwo wygląda, byłaby to najbardziej ponura książka wzajemnego upodlenia i upośledzenia. Kobieta niemająca własnych pieniędzy, nawet jeśli jest obrażona przez męża, musi obrócić wszystko w żart, musi łasić się i wyżebrać kobiecością zgodę – inaczej nie ma życia.

Prawie w każdym małżeństwie kobieta podświadomie marzy o śmierci męża.

12 I [1941] […] Ela opowiada, że w IV Gimnazjum odbył się wieczorek, na którym chłopcy deklamowali jakiś ustęp z Mickiewicza32, który wypadł bardzo patriotycznie. Nazajutrz dyrektor przeszukał bibliotekę i wszystkich autorów polskich, a również klasyków niemieckich i leksykony kazał spalić na podwórzu. Uczniowie musieli przedzierać na pół duże książki, żeby się paliły. Niektórzy uczniowie starali się ocalić książki od zniszczenia i chowali do płaszczy, ale dyrektor zarządził rewizję. Jedna z uczennic, Żydówka, pionierka, doniosła o tym do rady pionierów i przyszła komisja, która indagowała uczniów przed dyrektorem.

Największą niespodzianką jest u bolszewików pogarda dla człowieka pracującego fizycznie. Wprawdzie pochodzenie robotnicze jest jedynie dozwolone, ale jak sam delikwent nie zdobył sobie lepszego zajęcia, to znaczy, że nie ma stosunków, sprytu, że jest źle notowany, jednym słowem podejrzany.

Utrata pół Polski, Katyń, Oświęcim, Majdanek – to straty wojenne, konieczne. Jest przecie wojna. To, że Niemcy miliony bolszewików wygubili – to dobrze, bo to bolszewicy. To, że bomby spadają na Niemcy, to dobrze, bo to Niemcy. Bomby na Londyn, to ich nauczy, tych Anglików itd. Przedziwna dobra wola.

Kiedy się idzie drogą, zdają się trzeszczeć kości i czaszki pod stopami. Tymczasem cukiernie są otwarte. Ludzie czekają na koniec wojny, aby żyć dalej tak jak przedtem. Nie czują się winni, nie gnębi ich to nieszczęście bez dna, tylu Bogu ducha winnych ludzi. Nie ma potrzeby odkupienia, donikąd się nikt nie dopielgrzymuje.

Dwanaście dni powstania. Najsilniejsze wrażenie to zawieszenie chorągwi na domu Dydyńskiego, odśpiewanie Roty po zdobyciu tego gmachu, śpiew wilgi o szóstej rano w chwili przerwy po ciężkiej strzelaninie, widok Mokotowa w łunach tego wieczoru, kiedy z działek wybierałam ziemię na barykadę, żółtoczerwone słońce widziane przez dymy pożarów jak przy zaćmieniu.

Zobaczyłam, jak bezlitosny jest człowiek stary, nasycony swoim życiem, a do tego artysta, u którego przeświadczenie o własnej wartości robi wrażenie obłędu. Pamiętam, jak M. powiedziała przy Jaworzyńskiej jednej nocy: „Jak oni mogli wywołać powstanie, a nic nie zrobić, żeby mnie ocalić”. Doznałam uczucia mdłości.

… Borejsza zawiózł Dąbrowską do Łodzi, gdzie jest gościem Nałkowskiej. Na to Przybosiowa: „No, czasy się zmieniły od 1940 roku. Inaczej wtedy Dąbrowska śpiewała”. Na Parandowskich wiadomość ta wywarła, można powiedzieć, piorunujące wrażenie. I nas wszystkich zasępiła, lewą część stołu zaś pokrzepiła na duchu. Na co Maryjka pojechała do tej „czołowej pisarki lewicowej”, która przede wszystkim jest starą kurwą? Wiadomość ta mocno mnie speszyła.

Agata Christie Agatha „Godzina zero”

Agata Christie Agatha „Godzina zero”:

Kiedyś czytałem, na szczęscie wszystko zapomniałem.
Cytaty:

— Lubię dobre kryminały — ciągnął. — Ale, wiecie, zawsze zaczynają się nie w tym miejscu, co trzeba! Zaczynają się od morderstwa, a morderstwo to rezultat. Jego historia zaczyna się wcześniej, czasami wiele lat wcześniej.

— To naprawdę niezwykle irytujące — stwierdził stary pan Treves. — Przez dwadzieścia pięć lat jeździłem do Marine Hotel w Leahead, a teraz, nie do wiary, wszystko rujnują. Przebudowują fasadę czy robią jakieś inne bzdury. Dlaczego nie mogą zostawić tych nadmorskich miejscowości w spokoju: Leahead zawsze miało swój własny szczególny staroświecki urok, od stu lat nic się tam nie zmieniało, to było coś wspaniałego.

Nevile, jak większość mężczyzn, stara się unikać kłopotów i nieprzyjemności.

Ja jestem człowiekiem nieskomplikowanym. Wierzę w to, co widzę na własne oczy. Została uderzona czymś ciężkim, a to jest ciężkie.

— Makiaweliczny plan — rzekł major Mitchell z błyskiem w oku. — Supergwiazda nadkomisarz Battle w roli tępawego policjanta. Nadkomisarz uśmiechnął się. — Zawsze staram się robić to, czego się po mnie spodziewają. Tym razem mam być tępawy: w porządku, poczekam na swój czas.

Chodzi o to, że każda relacja na temat zabójstwa albo powieść kryminalna zaczyna się od opisu tego właśnie zabójstwa. To błąd. Morderstwo zaczyna się dużo, dużo wcześniej. Morderstwo jest kulminacją rozmaitych okoliczności, które splatają się w określonym momencie i w określonym punkcie.