Archiwa kategorii: Z czytnika

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem:

Laureat tegorocznej Nike. Jak się czyta, to człowiek żałuje, że tak szybko się kończy.
Cytaty:
Nie wszystko w życiu da się zamienić na śmieszne historyjki”. Wiedziałem, że to prawda.

Szuflady wypełnione ładowarkami od starych telefonów, zepsutymi piórami, wizytówkami sklepów. Stare gazety. Zepsuty termometr. Wyciskacz do czosnku, tarka i to, jak to się nazywa, śmialiśmy się z tego słowa, tyle razy się powtarzało w przepisach, mątewka. Mątewka. I przedmioty już wiedziały. Czuły, że wkrótce będą przesuwane. Przekładane w niewłaściwe miejsca. Dotykane cudzymi rękami. Będą się kurzyć. Będą się rozbijać. Pękać. Łamać pod obcym dotykiem.

Trwała odbudowa. Mateusz Birkut kładł cegły. Drukarnie Czytelnika pracowały pełną parą. Ludzie potrzebowali czegoś w miejsce popiołu. Potrzebowali papierowych ścian. Puszkina, Romain Rollanda, powieści produkcyjnych, wszystkiego. Z domu dziadków pamiętam trawiastozielony płot z Balzaka. Imponującą palisadę Historii powszechnej. Chiński mur Wielkiej encyklopedii powszechnej.

Trudności z papierem. Eufemizm. Jedno z wyrażeń, które zawsze nam towarzyszyły. Trudności z papierem dotykały prasy katolickiej. Trudności z papierem sprawiały, że książki latami czekały na druk. Trudności z papierem – przez nie musiałem zanosić do punktu skupu stosiki starych gazet. Mężczyzna z obciętymi uszami ciskał gazety na wagę. Potem wypisywał kwit. Kto nie przyniesie kwitu, nie dostanie świadectwa – straszyli w szkole.

Rodzice nigdzie nie jeździli. Kupowali książki. – To jest dobre? – pytałem sceptycznie. – Mhm – odpowiadał ojciec – czterysta siedemdziesiąt dwie strony. Kupując płyty, też zawsze sprawdzał czas odtwarzania. Siedemdziesiąt siedem minut Glenna Millera, bardzo dobra płyta. – Poza tym dobrze o tym piszą – dodawał tonem usprawiedliwienia. – Gdzie piszą? – pytałem, bo byłem młody. – Na okładce – odpowiadał ojciec.

Toksyczna miłość i jak się z niej wyzwolić. Lata dziewięćdziesiąte to królestwo zaimka „jak”. Wszystko stało się możliwe. Problemy zgromadzone w zakurzonych tomach doczekały się lekarstwa. Rozwiązania były gotowe. Trzeba było tylko wiedzieć jak.

Współczesne książki też robią się coraz grubsze i coraz lżejsze. Głównie dzięki technologii spulchniania papieru.

Przez całe lata chciała nabyć bardzo specjalny odkurzacz. Odkurzacz kosztował majątek. Nie sprzedawali go w sklepach. Odkurzacz miał swoich wyznawców, którzy jak świadkowie Jehowy krążyli po domach. Jakieś panie w średnim wieku – byłe urzędniczki lub nauczycielki – porzucały wcześniejsze zajęcia. Szły za głosem wiary. Głosiły odkurzacz.

Poszliśmy z rodzicami na jakiś film historyczny, coś o błędach i wypaczeniach. – Czy dzisiaj też mogą zrobić takie rzeczy? – spytałem po seansie. – Nie – uspokoił mnie ojciec, a po chwili dodał: – Wymyślą coś nowego.

Ulubionym bohaterem epizodycznym socjalistycznego kina pozostawał namydlony mężczyzna – gdy przepasany ręcznikiem i oślepiony szamponem, wędruje w poszukiwaniu hydraulika (lub pijanego dozorcy z kluczami od pionu).

Napięcie spada. Okręty zmieniają kurs. Samoloty wracają do bazy. Kolejka wzdycha. Państwa upadają. Święte prawa własności przechodzą z rąk do rąk. Na polityków czeka trybunał stanu albo sąd w Hadze. Tylko urzędniczki są wieczne. Potężniejsze od premierów, prezydentów i sekretarzy. Ponieważ ich supermocą jest obojętność.

Pamiętam ją w siódmym dniu stanu wojennego: – Chciałabym się dowiedzieć, gdzie jest mój brat. Zabrali go z domu trzej cywile. – Jak nazwisko? – A po chwili: – Nikogo takiego nie mamy. – W takim razie chcę zgłosić porwanie brata przez trzech mężczyzn podających się za funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. – To ja jeszcze sprawdzę. Jak nazwisko?

Stalinizm skończył się w chwili opisanej przez Marka Hłaskę: w amatorskim teatrze trwa właśnie przedstawienie o Korei czy przodownikach pracy, na scenę wpada jeden z widzów i wbija nóż w pierś głównego bohatera z okrzykiem: „A ty Jadźki pierdolić nie będziesz!”. Mniej więcej wtedy zaczynała się młodość moich rodziców. Już zawsze lubili takie powiedzonka. Pierdolić w czapkę styl wysoki. Sraty, graty, dupa w kraty.

Pani Władzia zawsze mówiła, że o porządnych ludziach nie piszą w gazetach. W zasadzie tę myśl można rozszerzyć. Porządni ludzie nie piszą w gazetach.

Polityka to rzeczy, na które nie mamy już żadnego wpływu. Nie pomoże nitkowanie, pasta z fluorem. Nie pomoże rezygnacja z czerwonego mięsa i słodyczy. Nie pomogą ćwiczenia. Marszobiegi. Basen. Badania kontrolne. Nie jesteśmy niczemu winni. Polityka – nasz odpowiednik angielskiej pogody.

Władysław Jarnicki – Trzy białe goździki

Władysław Jarnicki – Trzy białe goździki 1962:

Opowieść resortowa. Koniec lat 40., trwa walka z podziemiem, dziś powiedzielibyśmy z „żołnierzami wyklętymi”. Opłacanymi oczywiście przez zachodnie ośrodki. Skrzynka kontaktowa znajduje się w grobowcu na Powązkach…

Cytaciki:
Od jesieni 1947 roku trwało uciążliwe dochodzenie w spra­ wie siatki kierującej „Rudym”, niedawno aresztowanym „rezydentem” obcego wywiadu. „Rudy” dysponował na terenie województw warszawskiego, lubelskiego i biało­ stockiego „dwójkami” — parami agentów. W skład każdej „dwójki” wchodził radiotelegrafista, przekazujący polecenie zagranicy dla „Rudego” i rozkazy „Rudego” do poszczególnych band dywersyjnych, oraz łączniczka między radiotelegrafistą a „Rudym”. Zdemaskowanie i rozbicie tej siatki, osłabienie działalności band było w znacznej mierze zasługą kapitana Huberta Grena z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie.

Było jeszcze wielu zdolnych funkcjonariuszy, ale do Grena czuł jakiś specjalny sentyment. Od początku pracowali razem. Przeżyli wspólnie najgorszy okres przy sprawie „Kreta”, a to wiąże. Wspólne klęski i zwycięstwa… Sukces przy likwidacji bandy „Kre­ ta”, potem błyskawiczne ujęcie „Rudego” i teraz sprawa „Białych goździków”, tak dobrze się zapowiadająca po ujęciu „Rudego” — i raptem ten niefortunny wypadek. Jedno drobne potknięcie — czy niebezpiecznie dobra orientacja wroga?…

— Tu prosektorium. Próbka skóry pobrana z lewego ramienia była nasycona specyfikiem trującym. Doko­ nane na myszach doświadczenie dało rezultat pozytywny. Myszy padły.

— Znajomi mówili mi, że w czasie powstania robił pan doskonałe wyrzutnie dla butelek zapalających i granatów podczas ataku na „Prudential”. — Tak, było coś takiego, ale już zapomniałem. — Nie do wiary, żeby tak doskonały fachowiec zapomniał, jak się robi katapulty. Może przypomnieć mam, gdzie potrzeba, pańską współpracę z okupantem? Opowiedzieć o wpadce radiostacji AL i aresztowaniu jej obsługi? — Nie, lepiej nie mówić. Już sobie przypomniałem. — To dobrze. Nie lubię, gdy moi przyjaciele gniją w więzieniu.

Gdzie jesteśmy? — Jak to, nie widzi pan? Róg „Nowika” i Alej. Coś pan pierwszy raz w Warszawie? — Nie, tylko, widzi pan, trochę mnie głowa boli. — To może zamiast do „Kamery” podrzucę szanownego pana do apteki na „kogutka”? Co? — zapytał z troską w głosie szofer

Zygmuntowicz zaczął gorączkowo zeznawać. Okazało się, że w pierwszych już dniach urlopu odwiedził go były sierżant z armii Andersa, który proponował mu nawiązanie kontaktu z pewną ambasadą Propozycje te były bardzo konkretne, poparte zarówno jakimiś tajnymi papierami, jak i… walutą (na dowód pokazał banknot dwudziestodolarowy).

Z samochodu wysiadł mężczyzna może pięćdziesięcio­ letni, bardzo wytworny. Sprężystym krokiem przeszedł dzielącą go odległość od willi. Gdy zniknął za drzwiami, podszedłem do samochodu. Na tylnym siedzeniu leżała porzucona fajka „Breyer” z mocno nadpalonym z lewej strony cybuchem. Kiedy odszedłem parę kroków, nagle zastąpił mi drogę jakiś pryszczaty młodzian. — Nie wie obywatel, że nie wolno rozmawiać z przed­ stawicielami obcych mocarstw? — powiedział.

Spokojnie, przyjacielu, tylko bez samokrytyki, tu nie zebranie. Przepraszam was za pytanie trochę nie­ dyskretne. Jak długo pracujecie w aparacie bezpieczeństwa?

Marcin Dor, Zabójstwo Thomasa Jonesa

Marcin Dor, Zabójstwo Thomasa Jonesa:

Proszę zrelacjonować nam przebieg wczorajszego wieczoru – powiedział major. – Możliwie szczegółowo, panie Larsen. – Niewiele pamiętam. – Larsen uśmiechnął się przepraszająco. – Wasza wódka dałaby radę słoniowi…

Wypijesz kropelkę czystej? Dziewczyna otworzyła szerzej mocno podmalowane oczy. Spojrzała na Orlana nieufnie i zarazem z zainteresowaniem: czyżby klient? Bzdura… ale kto wie. Mężczyźni mają czasem takie chwile, może nawet milicjanci…

Drewicz dokończył jajecznicę, skórką od chleba wygarnął resztki z patelni, otarł usta serwetką i odpił mały łyk koniaku. Na jego twarzy malowała się błogość. – Pyszności – powiedział.

Zadzwonił telefon. Orlan poderwał się, chwycił słuchawkę. – Porucznik Orlan? – głos był nosowy, z chrypką. – Tutaj oficer dyżurny z Komendy Północ, sprawdziliśmy, czternastego wieczorem na patrolu byli sierżant Psinka i plutonowy Gęgoch.

Krzysztof Szmagier, Dziwny wypadek

Krzysztof Szmagier, Dziwny wypadek:

Major Wołczyk otworzył szufladę. Przesunął na bok pistolet i sięgnął po paczkę papierosów. Przy stole siedzieli Zubek, Borewicz i dwaj oficerowie w mundurach. Do pokoju weszła sekretarka.

Moglibyście się, poruczniku, wreszcie ożenić gderał Zubek. – To w końcu nie banał, że małżeństwo jest podstawową instytucją społeczeństwa… – Tylko wie pan, jak czasem trudno dogadać się z instytucją – parsknął Borewicz.

W mieszkaniu Borewicza panował bałagan. Krzesła odsunięte od stołu, na nim dwa kieliszki, dwie filiżanki z niedopitą kawą, talerzyki z resztkami kolacji. O pustą butelkę szampana stała oparta kartka: „Jak na stróża bezpieczeństwa to sen masz twardy!!! Małgosia”. Sławek spał z twarzą w poduszce. Nagle zadzwonił telefon. Porucznik, nie podnosząc głowy, sięgnął ręką obok, jakby chciał kogoś objąć. Chwycił za słuchawkę i krzyknął w stronę łazienki. – Małgosiu! – Niestety Antoni Zubek – usłyszał. Natychmiast oprzytomniał.

Mówią o panu, że raczej lubi pan słodkie dziewczyny. – Uśmiechnęła się laborantka. Borewicz zaśmiał się głośno. – Dziewczyny, proszę pani, to ja lubię wytrawn1e.

Dojechał do Marszałkowskiej. Na rondzie w wydzielonym z ruchu kręgu stała warszawa starego typu. Kierowca wychylił się przez okno. Elegancki starszy pan był oburzony, ale podał milicjantowi dokumenty. – Za granicą to jest nie do pomyślenia, żeby zatrzymywać kierowcę bez powodu – powiedział dobitnie. – To zależy, za jaką granicą – odparł filozoficznie milicjant.

Barbara Krzysztoń, Człowiek w czarnym kapeluszu

Barbara Krzysztoń, Człowiek w czarnym kapeluszu:

Dzień wstawał powoli i niechętnie, trochę zamglony, trochę wilgotny, pełen chłodnego zapachu jesieni.

Pod koniec października nadeszła fala chłodu. Skończyły się wprawdzie jesienne deszcze i mżawki, ale słońce nie dawało już ciepła. Irena siedziała przy swoim biureczku, wypełniając fiszki drobnym, równym pismem. Podnosiła od czasu do czasu głowę i spoglądała w okno, za którym poruszały się bezlistne, czarne gałęzie drzew. Nie zauważyła, kiedy do czytelni wszedł Derko.

… uwielbiam góry. A pan? — Przygnębiają mnie. — Dlaczego? — Kiedyś sporo chodziłem, znałem je dobrze. Teraz kiedy na nie patrzę, odczuwam dojmujący żal, że są już dla mnie niedostępne. Nic bardziej jak góry nie uświadamia mi, że się starzeję. Jednak stale do nich wracam.

Sławomir Mrożek, Dziennik. T.1

Sławomir Mrożek, Dziennik. T.1:

Kilka dni temu, właśnie w stanie takiej pół jawy, o świcie, zapukała do drzwi mleczarka i w ostrych słowach zganiła mnie, że mieszkam na piątym piętrze (przesadziła o jedno piętro, ale byłem zbyt zaspany, żeby sprostować).

Doznałem tego wczoraj, leżąc okropnie spocony przez pół nocy i reagując biciem serca na każde szczeknięcie francowatego pieska sąsiadów, na każde spuszczenie wody do późnej nocy oraz na każde przekręcenie kontaktu elektrycznego, które w moim mieszkaniu rozlega się jak trzask z bicza. (Kontakty też przekręcają do późnej nocy. Widocznie nie spuszczają wody po ciemku).

Bo nie jest wykluczone, że po tamtej stronie czeka na nas diabeł, nie tyle po to, żeby nas porwać, ile po to, żeby nas wyśmiać. Śmierć, być może, jest czymś dostojnym i godnym powagi w naszych wyobrażeniach, ale dla istot takich jak szatan, wiecznych i znających kulisy, nasza śmierć jest anegdotą, czymś komicznym.

… nie mam owego sławnego uczucia, że muszę cokolwiek powiedzieć, najwyżej czasami, że coś muszę, ale bardzo ogólnie i nigdy nie wiem co dokładnie.

Niedawno „Kulisy”24 doniosły o jakimś palaczu centralnego ogrzewania, który porąbał swoje meble w szale pijackim. Akcent był na rąbanie mebli i szał pijacki, ale mimochodem dowiedziałem się, co porąbał ten prymityw: telewizor, radio i pralkę. Jak to Polacy robią, jak się dorabiają, tego nie wiem dokładnie, wciąż jest przecież, nawet według najbardziej oficjalnych danych, sytuacja podkryzysowa, ale czuje się dorabianie.

Określenie „zniewieściały” jest w gruncie rzeczy określeniem pochlebnym. Oznacza ono, że dany osobnik często się myje, nie lubi zabijać ludzi, zdolny jest do współczucia, nie lubi wrzeszczeć i pchać się, żeby udowodnić swoją ważność. Kobiety znają wartość życia ludzkiego, nie tylko dlatego, że rodzą ludzi, ale także dlatego, że ich wychowują i wiedzą, jaka to męka, odpowiedzialność i wysiłek. Mężczyźni nie wychowują dzieci, w najlepszym wypadku na pierwszego oddają na ten cel pewną ilość pieniędzy. Nic dziwnego, że potem masakra może wydać im się zajęciem nie tylko lubym, ale i pożytecznym.

Polak, niestety, bardzo przypomina mi zachowanie pewnych zwierząt, które obserwowałem wielokrotnie, kiedy byłem dzieckiem, w obejściu mojego dziadka. Tak się złożyło, że dziadek hodował świnie, a ja je obserwowałem. Otóż świnie zawsze pchały się okropnie, jedna na drugą, przy czym każda z nich była w sobie indywidualna. Suma tych niezależnych, indywidualnych odruchów dawała okropny, jednoczesny bezład stadny. Na przykład kiedy wlewano jedzenie do koryta. Z krajów, które znam jako tako, w Polsce najbardziej ludzie nałażą na siebie w codziennym obyczaju.

…przecież dopiero po największych wysiłkach i trudach zaledwie parę książek na świecie oddaje jako tako to, o co chodziło autorowi, a w jego mniemaniu zapewne także niedostatecznie, cóż tu wymagać od zdań kleconych na poczekaniu…

… niedomyślenie, najgorsza choroba polskiej elity. Żeby żyć, nie wolno niczego domyślać do końca, trzeba się cofać przed wnioskami.

W tej sytuacji wiadomo, że trzeba stosować szkołę angielską, golenie i herbata o piątej bez względu na okoliczności. Należy sobie stwarzać małą stałość, stałość i trwałość jakąkolwiek, kiedy wszystko jest niestałe, właściwie już niebyłe.

Lem ostrzega: „Ty nie myśl, Mrożku, nie roztrząsaj, tylko gędź”.

Jeżeli jest tajemnica, nie ty ani nie ja będziemy ją znali. Tajemnicy nie można znać. Można znać tylko sekrety, coś, co jedni ludzie ukrywają przed innymi, jeden człowiek przed drugim. Sekrety można wyjawić albo je poznać (usłyszeć o nich albo je podpatrzyć). Tajemnica to coś więcej niż sekret, nie można jej wyjawić ani podpatrzyć.

Polacy szukają Polaków na obczyźnie, u siebie szukają znajomych. Od dawna już taki nie jestem, przeciwnie, ale jest jeszcze drugi stopień – jeżeli nie Polaków i znajomych, to szukają chociaż znajomych przedmiotów.

Autorka stwierdza, że on /Żeromski/ przechowywał niezwykle starannie, naklejając i konserwując, nie tylko listy do niego pisane, ale nawet karteluszki, zawiadomienia itp., komentując, że on miał wielki szacunek dla cudzego słowa pisanego (oczywiście najbardziej pieczołowicie przechowywał recenzje). (…) czyli Żeroś dymał „cudze słowo pisane”, a kochał się tylko w tym, że ktokolwiek cokolwiek do niego czy o nim napisał. I nigdy mu to nie przeszło, jak mnie.

Anegdoty z dziejów Polski

„Anegdoty z dziejów Polski”:

Jak najbardziej prawdziwy jest pomysł kierownika Studium Wojskowego uniwersytetu w Poznaniu, który po dokonaniu obliczeń doszedł do wniosku, że wskazane byłoby dostosowanie Auli Uniwersyteckiej do potrzeb… strzelnicy małokalibrowej. Stanowiska byłyby na parterze lub balkonie sali, zaś organy, obłożone workami z piaskiem, spełniałyby rolę kulochwytu. Pomysłu tego jednak nie zrealizowano, ku żałości oficera i zachwytowi melomanów.

Jerzy Edigey Jerzy „Niech pan zdejmie rękawiczki”

Jerzy Edigey Jerzy „Niech pan zdejmie rękawiczki”:

„Powieść Jerzego Edigeya >Niech pan zdejmie rękawiczki< jest trzynastą pozycją, która ukazuje się w Serii z Warszawą. Po raz pierwszy powieść ta była drukowana w >Dzienniku Zachodnim< w 1971 r.”

Cytaciki:
Eufemia Kwiatkowska otrzymywała listy polecone – długie, białe, opatrzone barwnym napisem „Nasza Kotwica”. W tych pismach zarząd spółdzielni „uprzejmie zawiadamiał”, że wobec wzrostu kosztów należy wnieść dodatkowe opłaty, albo wyjaśniał, że „wobec niewykonania planów budowy domów, przydział mieszkania dla Ob. przesunięty zostaje na dalszy termin”.

Morderstwo seksualne? – rzucił major Sozański. – Wykluczone! Nie wykryto usiłowania gwałtu. Trzeba też brać pod uwagę, że Roszkowska była osobą starszą. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat, a nigdy nie była zbyt urodziwa. – To o niczym nie świadczy – zauważył Sozański. – Niedawno we Francji zgwałcono i zamordowano osiemdziesięcioletnią staruszkę. – U nas, na szczęście, starsze panie pod tym względem nadal są bezpieczne.

Jak to zwykle bywa w takim nowo przekazanym do użytkowania osiedlu, kręcą się tam całe tabuny przeróżnych kombinatorów. Ślusarze do zakładania dodatkowych zamków, stolarze do poprawiania niezamykających się drzwi i okien. Hydraulicy oferujący swoje usługi. Firmy uszczelniające okna. Sprzedawcy gzymsów. Elektrycy i wszelkiego kalibru „złote rączki”. Wylegitymowaliśmy kilkadziesiąt osób. Przy sposobności niektóre sprawy skierowaliśmy do kolegiów. A przede wszystkim agentów firm niemających koncesji i robotników zatrudnionych w miejscowych przedsiębiorstwach budowlanych, którzy w godzinach pracy i przy użyciu materiałów fabrycznych naprawiali prywatnie to, co przedtem urzędowo sknocili.

Chyba zgodzimy się z twierdzeniem majora – potaknął pułkownik. – A ja myślę, że nie. Wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli na sierżanta, jak gdyby zobaczyli go po raz pierwszy. Dzielnicowy na naradzie sztabowej wyższych oficerów, to ostatecznie się zdarza, ale żeby ośmielił się być innego zdania niż pułkownik z Komendy Głównej? Ciekawe! Sierżant miał twarz czerwoną aż po czubki uszu. Doskonale zdawał sobie sprawę z własnej bezczelności, ale brnął dalej. : – Sądzę, że pan major się myli.

Wychodząc z więzienia dostaliście skierowanie do zakładów im. Róży Luksemburg. Pracowaliście tam niecałe trzy tygodnie. Nawet po ostatnie pieniądze nie przyszliście. – Co to za pieniądze? Same grosze, a rzuciłem, bo to nie dla mnie. Codziennie trzeba przychodzić do roboty. Ciągle to samo. Na jednym miejscu. – Przecież w więzieniu przyzwyczailiście się do przebywania w jednym miejscu. – Więzień to jest więzień, a wolność co innego.

Panowie sami wiedzą, w nowych mieszkaniach wszystko co ma się otwierać, to i siłą nie ruszysz. A wszystko co ma być zamknięte, to nie domkniesz.

Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu”

Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu”:

Kryminał osadzony na wybrzezu gdańskim pod koniec lat 80. Jak by wyciąć jedną trzecią tekstu…
Cytaciki:
Dopiero w blasku słońca uzmysłowiłem sobie, że znam tego faceta. Nazywał się Mariusz Zwierzyniecki i był rzeczywiście bardzo kostyczny i zarozumiały. Poza tym pisywał pod pseudonimem powieści kryminalne, których akcję brał z sufitu. Nie budził mojej sympatii. I wzajemnie.

Stałem już w progu, jedną nogą za drzwiami. Hazel przyskoczyła do mnie i – wzorem Eda -wycisnęła na moim nie dogolonym policzku czuły, siostrzany i zupełnie niewinny pocałunek. Ale przy okazji przywarła do mnie całym ciałem, na sekundę, może dwie. Wystarczyło. Czy ktoś z was opierał się kiedyś o przegrzaną lodówkę?

Wąska leśna droga była nienaturalnie wyboista, jak wiele bocznych, polnych dróg w okolicy. Wiedziałem dlaczego. Dziury i doły w drogach kopali sami właściciele przytulnych dacz i letnisk, broniąc się w ten sposób przed weekendową miejską szarańczą, jeżdżącą przeważnie maluchami czy syrenami. Dla gorszych samochodów były to rzeczywiście niebezpieczne drogi, a właściciele dacz dysponowali na ogół lepszymi i większymi wozami. Postanowiłem zaryzykować. Co prawda omal nie urwałem resorów, ale po dziesięciu minutach dotarłem do mostku.

W Stawowej mieli niegdyś zamek, obecnie zmieniony w prymitywny PGR–owski slums; tak w praktyce zrealizowano hasło dyktatury proletariatu – proletariat zamieszkał w magnackiej siedzibie, którą skutecznie doprowadził do poziomu chlewu.

Znów się zaśmiała… Jakby ktoś rozsypał perły po szklanym blacie.

W tym kraju zbrodnia zawsze jest prymitywna. Siekierą w głowę, po pijanemu. Tak to się tutaj robi. – W twoich powieściach to jest bardziej skomplikowane.

Żal kobiety, ale sama sobie zasłużyła. Zirytował mnie. – Dlaczego pan sądzi, że niemoralnie żyła? – Jakżeż? Sam pan mówił, że chodziła na nagą plażę? – To jeszcze o niczym nie świadczy. – Zapewne, zapewne… Choć nie byłbym taki pewny. Oni tam, panie, w tym filmie, do wszystkiego zdolni. A już we francuskim zwłaszcza.

Jerzy Michał Czarnecki „Fart”

Jerzy Michał Czarnecki „Fart”:

Krakówek – sfery radcowskie i doliniarskie.
Cytaciki:
Spojrzała zimno na intruza. Był to nieciekawy typ, taki, który zawiera znajomości w lokalach, nachalny, bezczelny… — A może pójdziemy się gdzieś zabawić? Wieczór tak pięknie się zapowiada — indagował dalej. — Pani musi być wspaniałą kobietą. Klarze to zaimponowało. Czuła się piękna i młoda, jak za dawnych młodzieńczych lat. — Pani jest nieprawdopodobnie zgrabna. — Nawet interesujący — pomyślała Klara. Mężczyzna przechylił się w stronę Klary i ujął ją za rękę: — Niech się mnie pani nie boi. Ja nie gryzę. A może nam być wesoło. Przecież już nie jesteśmy młodzi… Klara spojrzała ostro na mężczyznę: — Proszę odejść, bo zawołam portiera. — No, co pani taka nieużyta? — Proszę natychmiast odejść — rzuciła Klara ostrym, głośnym tonem. — Dobra. Niech będzie — powiedział mężczyzna wstając z ociąganiem. — Taka stara i taka głupia. — dodał.

Kto chce się wybić, a ma ku temu zdolności, w stolicy szuka poparcia, tam prezentuje swoje prace, tam wreszcie znajduje prawdziwych przyjaciół. Chociaż… czy tam jest dużo lepiej? Klany, grupy i koterie spotykają się codziennie, codziennie w określonych kawiarniach, klubach. Ich członkowie zasiadają przy wspólnym stole, piją razem kawę, herbatę i plotkują, plotkują, plotkują. Wieczorem idą na wódkę, aby następnego dnia spotkać się znowu i opowiedzieć kto ile wódy wypił, podomyślać się kto z kim noc spędził, kto komu i za co dał w mordę, ewentualnie kto kogo oszukał w małych, maleńkich i nie zawsze czystych interesach.

— Powiedziałam tyle, że nic nie wiem, bo tak po prawdzie to nic o nim nie wiem. Żyje jak samotnik, sam do siebie gada, jak się upije to tak rozrabia po domu… tatatata — wiecie panowie, strzela… — Strzela? A z czego? — Z niczego. Tak tylko udaje. Chłop dorosły, a zachowuje się czasami jak mały dzieciak. Rozkazy wydaje, „do boju” — wrzeszczy.

Usiadł. Odkręcił butelkę i nalał do kieliszka. Podniósł szkło, popatrzył pod światło, i jednym haustem wypił koniak. Odstawił kieliszek, wziął za ogon śledzia, włożył do ust, zacisnął zęby i ciągnąc za ogon wyszarpnął z ust kręgosłup ryby. Złożył go ostrożnie na brzegu talerza. Ponownie nalał sobie koniaku, wypił, odstawił kieliszek i ile miał sił w płucach ryknął: „Jak to na wojence ładnie…”

— Butelkę mszalnego hiszpańskiego — zadysponował radca Prochliński. Po chwili kelnerka przyniosła dwa kieliszki, butelkę, otworzyła, nalała. Odeszła. — No, to in nomine patris et fili et spirytus — powiedział Prochliński podnosząc kieliszek. — Deo gratias — odrzekła narzeczona i wypili po łyku.

Nerwy odmówiły posłuszeństwa Ralskiej. Ujęła za szyjkę butelkę z wodą mineralną i nie wstając rąbnęła nią w głowę Jubiego. Butelka rozerwała się jak granat i po głowie Jubiego spływała woda. Zerwał się, wyrzucił obie ręce w górę, wrzasnął falsetem: — Milicja! Milicja! Następnie przyjrzał się bacznie ładnej blondynce, cmoknął i dodał: — Albo i nie.