Archiwa kategorii: Co niesie dzień

Flash back

Sobota, więc tradycyjne spotkanie ze sztuką u różowej studzienki. Poza tym w oczy rzucają się widoki, które jeszcze tydzień temu ogladalo się w realu. Dlaczego na obrazach wszystko zawsze wypada jakoś podnioślej. I nie ma motorówek?:

Więc dla przypomnienia i kontrastu.:

Poza tym z okazji urzodzin Witkacego wszyscy zachwycają się portretami jego autorstwa. Cóż, dla tak pieknych kobiet nie tylko artysta może stracić głowę…:

A Warta pod Puszczykowem miejscami bywa nawet piękniejsza niż Canal Grande.:

All along the watchtower

Z Brna przywiozłem przewodnik po tamtejszych wydarzeniach kulturalnych. U mnie to samo.:

+ 10. Wieża widokowa Wielkopolskiego Parku. I parę kilometrów po okolicy. Na wieży zastałem przemiłego pana, który starał się mnie nawrócić na miejscu na dość popularne w Polsce wyznanie. Co słychać. Prawie mu się udało…

High noon

Kolejny dzień, kolejne jezioro. Z tym, że w deszczu, wietrze, w śniegu, nawet w drobnym gradzie. I to w samym środku dnia!:

We Włoszech takie rzeczy nie do pomyślenia! Do pomyślenia jest za to Plac Świętego Marka czy na przykład Ponte Rialto.:

A co do słynnego piosenkarza-kolekcjonera z Mediolanu, Marino mariniego, to proszę bardzo!:

Milano

Mediolan. I od razu zaznaczam, że nie ma co się ekscytować doniesieniami z polskiego parlamentu, bo na przykład w jednym z muzeów mały Jezusek…:

Poza tym same banały. Pod katedrą jestem po raz kolejny i znowu nie wszedlem do środka. Kolejka i drobiazgowa kontrola. Cóż, trzeba będzie zrobić kolejne podejście.:

Galeria Wiktora Emanuela.:

Oczywiście La Scala.:

Targ staroci, na którym kupiłem nieco na ścianę (nie wiem, czy zmieszczę), ale nie z tego, co na zdjęciach.:

Potem mnóstwo różności, ale najważniejsze, że wiosna już sunie. Tramwajem. Może i do nas dojedzie…:

Wieczorem znowu katedra, ale już z okien muzeum sztuki współczesnej. Też mają niezłe odpały. Zwłaszacza ze zbiorów pana, który u nas śpiewał „Nie płacz, kiedy odjadę”.:

Daleko gdzieś Wenecja…

Rano z okna hotelowego w Villach ukazały się te Alpy, przez które tu dojeżdżaliśmy. Na horyzoncie, ale zawsze. Ale te wyższe były dopiero przed nami.:

Na ścianie okaz malarstwa hotelowego, który z miejsca skojarzył mi się z okładką pewnej płyty.:

Wenecja. Ostatni raz byłem tu aż 20 lat temu. Jakoś nie leżała po drodze, a i te tłumy odstręczały. Zwłaszcza w upał. Więc – Plac Świętego Marka i okolice. Zaczyna się karnawał, wszędzie sprzedają maski. Niektóre nawet gustowne:

Odsłuchane w samochodzie:

Sylwia Chutnik „Smutek cinkciarza” 2019. Czyta Zbigniew Buczkowski, że lepiej nie można. Na faktach. Cinkciarz miał na imię Wiesiek. Zamordowany we własnej windzie…

Alpy! Tu się oddycha!

Tym razem Alpy austriackie. Ale z tym oddachaniem to dokładnie tak jak w wiadomym filmie. Do Villach (niedaleko granicy włoskiej) dotarliśmy po zmroku. Więc Alpy dały się poznać tylko z licznych tuneli po drodze. Wcześniej Wiedeń, w Wiedniu Belveder.:

W Belvederze oczywiście najsłynniejszy obraz austriacki, „Pocałunek” Gustava Klimta. Ostatni raz podobny tłumek Japończyków przed jednym obrazem spotkaliśmy w Oslo przed „Krzykiem” Muncha. Kto wie, może to ci sami?:

Wieczór w Grazu.:

Zimy żal

Rankiem Puszczykowo (pod Poznaniem). W powietrzu tego wczasowiska unosi się (mimo upartego wiatru) to, co we wszystkich tego typu miejscowościach filialnych. A nie same wille zamożnych adwokatów i biznesmenów tu prosperują. Na pomniku starą tablicę wymieniono na nową, bo poprzednia faworyzowała pewną grupę zasłużonych, tych z uzbrojeniem radzieckim.:

Wieczorem w Brnie (południowe Czechy) oglądamy z okna hotelu jak ludzie relaksują się ślizgając. Cóż, można i tak.:

Po drodze chwila postoju gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej. Jest jeszcze zima na świecie…: