Wszystkie wpisy, których autorem jest Wiesław Kot

Home, sweet home

Już (?) w domu. Na Bułgarię spuśćmy zasłonę zapomnienia. Nie żebym miał do naszych gospodarzy pretensję o cokolwiek. Wszyscy bardzo się starali. Sam pogwarzyłem z przyjemnością z paniami sprzątaczkami łamanym (z obu stron) rosyjskim. A jednak Tomek z Przeworska (to moje strony ojczyste), który był w Laguna Beach z przemiłą rodziną, określił nasz ośrodek mianem – moim zdaniem – więcej niż trafnym: „tuczarnia”. Trzy obfite, dość tłuste posiłki dziennie, sporo alkoholu (all inclusive) i nic do roboty. Myślę, że większość naszych rodaków tak właśnie wyobraża sobie niebo. I bułgarscy przyjaciele to niebo uchylili im – a choćby i na tydzień.:

Głos Wągrowiecki.:

Jerzy Edigey Jerzy „Niech pan zdejmie rękawiczki”

Jerzy Edigey Jerzy „Niech pan zdejmie rękawiczki”:

„Powieść Jerzego Edigeya >Niech pan zdejmie rękawiczki< jest trzynastą pozycją, która ukazuje się w Serii z Warszawą. Po raz pierwszy powieść ta była drukowana w >Dzienniku Zachodnim< w 1971 r.”

Cytaciki:
Eufemia Kwiatkowska otrzymywała listy polecone – długie, białe, opatrzone barwnym napisem „Nasza Kotwica”. W tych pismach zarząd spółdzielni „uprzejmie zawiadamiał”, że wobec wzrostu kosztów należy wnieść dodatkowe opłaty, albo wyjaśniał, że „wobec niewykonania planów budowy domów, przydział mieszkania dla Ob. przesunięty zostaje na dalszy termin”.

Morderstwo seksualne? – rzucił major Sozański. – Wykluczone! Nie wykryto usiłowania gwałtu. Trzeba też brać pod uwagę, że Roszkowska była osobą starszą. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat, a nigdy nie była zbyt urodziwa. – To o niczym nie świadczy – zauważył Sozański. – Niedawno we Francji zgwałcono i zamordowano osiemdziesięcioletnią staruszkę. – U nas, na szczęście, starsze panie pod tym względem nadal są bezpieczne.

Jak to zwykle bywa w takim nowo przekazanym do użytkowania osiedlu, kręcą się tam całe tabuny przeróżnych kombinatorów. Ślusarze do zakładania dodatkowych zamków, stolarze do poprawiania niezamykających się drzwi i okien. Hydraulicy oferujący swoje usługi. Firmy uszczelniające okna. Sprzedawcy gzymsów. Elektrycy i wszelkiego kalibru „złote rączki”. Wylegitymowaliśmy kilkadziesiąt osób. Przy sposobności niektóre sprawy skierowaliśmy do kolegiów. A przede wszystkim agentów firm niemających koncesji i robotników zatrudnionych w miejscowych przedsiębiorstwach budowlanych, którzy w godzinach pracy i przy użyciu materiałów fabrycznych naprawiali prywatnie to, co przedtem urzędowo sknocili.

Chyba zgodzimy się z twierdzeniem majora – potaknął pułkownik. – A ja myślę, że nie. Wszyscy ze zdziwieniem spojrzeli na sierżanta, jak gdyby zobaczyli go po raz pierwszy. Dzielnicowy na naradzie sztabowej wyższych oficerów, to ostatecznie się zdarza, ale żeby ośmielił się być innego zdania niż pułkownik z Komendy Głównej? Ciekawe! Sierżant miał twarz czerwoną aż po czubki uszu. Doskonale zdawał sobie sprawę z własnej bezczelności, ale brnął dalej. : – Sądzę, że pan major się myli.

Wychodząc z więzienia dostaliście skierowanie do zakładów im. Róży Luksemburg. Pracowaliście tam niecałe trzy tygodnie. Nawet po ostatnie pieniądze nie przyszliście. – Co to za pieniądze? Same grosze, a rzuciłem, bo to nie dla mnie. Codziennie trzeba przychodzić do roboty. Ciągle to samo. Na jednym miejscu. – Przecież w więzieniu przyzwyczailiście się do przebywania w jednym miejscu. – Więzień to jest więzień, a wolność co innego.

Panowie sami wiedzą, w nowych mieszkaniach wszystko co ma się otwierać, to i siłą nie ruszysz. A wszystko co ma być zamknięte, to nie domkniesz.

Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu”

Witold Biengo „Gwiazdy spadają w sierpniu”:

Kryminał osadzony na wybrzezu gdańskim pod koniec lat 80. Jak by wyciąć jedną trzecią tekstu…
Cytaciki:
Dopiero w blasku słońca uzmysłowiłem sobie, że znam tego faceta. Nazywał się Mariusz Zwierzyniecki i był rzeczywiście bardzo kostyczny i zarozumiały. Poza tym pisywał pod pseudonimem powieści kryminalne, których akcję brał z sufitu. Nie budził mojej sympatii. I wzajemnie.

Stałem już w progu, jedną nogą za drzwiami. Hazel przyskoczyła do mnie i – wzorem Eda -wycisnęła na moim nie dogolonym policzku czuły, siostrzany i zupełnie niewinny pocałunek. Ale przy okazji przywarła do mnie całym ciałem, na sekundę, może dwie. Wystarczyło. Czy ktoś z was opierał się kiedyś o przegrzaną lodówkę?

Wąska leśna droga była nienaturalnie wyboista, jak wiele bocznych, polnych dróg w okolicy. Wiedziałem dlaczego. Dziury i doły w drogach kopali sami właściciele przytulnych dacz i letnisk, broniąc się w ten sposób przed weekendową miejską szarańczą, jeżdżącą przeważnie maluchami czy syrenami. Dla gorszych samochodów były to rzeczywiście niebezpieczne drogi, a właściciele dacz dysponowali na ogół lepszymi i większymi wozami. Postanowiłem zaryzykować. Co prawda omal nie urwałem resorów, ale po dziesięciu minutach dotarłem do mostku.

W Stawowej mieli niegdyś zamek, obecnie zmieniony w prymitywny PGR–owski slums; tak w praktyce zrealizowano hasło dyktatury proletariatu – proletariat zamieszkał w magnackiej siedzibie, którą skutecznie doprowadził do poziomu chlewu.

Znów się zaśmiała… Jakby ktoś rozsypał perły po szklanym blacie.

W tym kraju zbrodnia zawsze jest prymitywna. Siekierą w głowę, po pijanemu. Tak to się tutaj robi. – W twoich powieściach to jest bardziej skomplikowane.

Żal kobiety, ale sama sobie zasłużyła. Zirytował mnie. – Dlaczego pan sądzi, że niemoralnie żyła? – Jakżeż? Sam pan mówił, że chodziła na nagą plażę? – To jeszcze o niczym nie świadczy. – Zapewne, zapewne… Choć nie byłbym taki pewny. Oni tam, panie, w tym filmie, do wszystkiego zdolni. A już we francuskim zwłaszcza.