Archiwa kategorii: Żadna prasa nie hańbi

Wykład w ramach Festiwalu „Transatlantyk”

Mili Państwo,

ośmielam się zająć Państwu to urocze popołudnie tematem: „Dziesięć najgorszych rzeczy, jakich dowiedzieliśmy się o sobie z kina.”
Więc – zanim przejdziemy do wyliczanki – preambuła.
Kiedy miałem 3-5 lat bohaterowie filmowi szamotali się, bo nie umieli się wywikłać z konieczności dziejowej. U Wajdy pewien akowiec strzelał do starego komunisty, a jak łyknął spirytusu, to mówił, że nie trzeba tego wszystkiego brać tak poważnie i trzeba się przepchać przez tę całą hecę. Zginął przez nieporozumienie. Na śmietniku. Inny znowu szablą ułańską tłukł w lufę hitlerowskiego czołgu, co już było pewną przesadą i ostatecznie zostało z filmu wycięte. Jeszcze inny (to u Munka) wpadł na pomysł, że jak będzie robił to, co wszyscy, to nikt się nie będzie czepiał i to życie jakoś zleci. Tylko refleks miał nie teges, robił to co wszyscy –zrobili już dawno i zapomnieli. Więc zawsze był do tyłu.
Kiedy miałem 10 lat, pewien bohater filmowy – sygnowany przez Jerzego Skolimowskiego – wpadł na pomysł, że zrobi najlepiej, jak w ogóle nic nie będzie robił. I tak sobie nic nie robił, aż go wzięli do wojska. A tam to już robił to, co mu kazali. I może nawet sobie to cenił.
Kiedy miałem 20 lat bohater polskiego kina wpadł na to, że najsłuszniej postąpi, jak będzie długo analizował i jeszcze dłużej o tym opowiadał. Taki najchętniej zatrudniał się jako docent, co powodowało, że miał dużo wolnego. Jeśli Państwo kojarzą go z dorobkiem Krzysztofa Zanussiego, jest to nieuniknione.
Kiedy byłem pod trzydziestkę, to akurat zdjęli z półki i pokazali jak Bogusław Linda, który nie  nosił jeszcze wówczas fryzury a la ochroniarz, lecz przyzwoite romantyczne loki, ma całkiem przerąbane. Bo czy zdąży na ten pociąg czy nie; czy  zostanie opozycjonistą czy tchórzem, wszystko jedno. I tak zginie w katastrofie lotniczej. To był przypadek Kieślowskiego.

Czytaj dalej…

Metryka w zawiasach

Za komuny młodzi nie mogli się doczekać, by być starcami. Za wolnej Polski staruszki szaleją jak nastolatki.

Że ktoś się zestarzał? Nieważne! Ważne, co z ta starością zrobi.
W PRL-u wszyscy do starości przepychali się jak w kolejce. Bo stary znaczyło: dojrzały, ustatkowany, szanowany, ustawiony. Starsi Panowie jak zakładali swój kabaret ledwie przekroczyli czterdziestkę, już użalali się, że „szron na głowie, już nie to zdrowie”. Ale jakiż autorytet mogły mieć w PRL-u 40-letnie szczawiki? Więc śpiewali: „Trzęsiesz się z niecierpliwości/ żeby dożyć tych radości/ Guzik rwiesz i wdzianko mniesz/ tak już być staruszkiem chcesz”.  To się zresztą ciągnęło od przedwojnia. Bożyszcze sceny, Ludwik Solski, umierał mając 99 lat (1954). Lubił być stary, choć jeszcze krótko przed śmiercią oglądał się na ulicy za kobitkami („Ach, ten pysio, ach, ta nóżka…”) i marzył: „Żeby znowu mieć te 80 lat…” Więc ludność do starości najzwyczajniej ciągnęło. Pamiętają Państwo pierwszy odcinek „Czterdziestolatka”? Przecież tam inżynier Karwowski w swoje czterdzieste urodziny już zaczynał się przymierzać do trumny! A Gustaw Holoubek? Jak był młody, to grał Feliksa Dzierżyńskiego w „Żołnierzu zwycięstwa” (1953). Ale on zdecydowanie wolał być sędziwy. I grał takiegoż starca, profesora Tutkę, licząc sobie lat zaledwie czterdzieści. Ale ileż w tym było senioralnej powagi, ileż godności…
Czytaj dalej…

Szwecja wprowadza do kina zasadę równowagi płci

Wolność, równość, kinematografia

Żadnych parytetów! Ani w kwestii płci, ani rasy, ani polityki czy seksu! Film od początku trzymał się tej zasady i nieźle na tym wychodził. Teraz chcą wprowadzić do Hollywood parytety. Nie dość, że na siłę, to jeszcze tylnymi drzwiami.

Tylnymi drzwiami, bo przez Szwecję. Tam właśnie wprowadzają tzw. test Bechdel, oceniający równowagę płci w dziele filmowym. Tytuł może otrzymać najwyższą notę „A” pod warunkiem, że występują w nim w rolach wiodących przynajmniej dwie panie, które rozmawiają na ekranie na tematy inne niż mężczyźni. No, tego testu nie przeszłoby – lekko licząc – 80% tego, co w kinie oglądamy od przeszło stu lat. A parytet to bynajmniej nie jest taka prosta sprawa.

Czytaj dalej…

Harcerzyki przeciw głowicom

Rodzimym dostawcom prozy kryminalnej pospolite zabójstwo to mało. Stanowczo zbyt mało. Więc Adam Karczewski uprawia symulację: co by było, gdyby… Z pogranicza wielkiej polityki i gangsterski. Co by było, gdyby Radzieccy rozparcelowani u nas po cichu w dobie kryzysu kubańskiego kilka głowic nuklearnych. Tak na wszelki wypadek. I gdyby te głowice się przeleżały, i gdyby teraz ktoś chciał je wyjąć i zaszantażować władze kraju.
Zaszantażować całkiem łatwo, bo sfery polityczne i świat przestępczy – ten elitarny, ma się rozumieć – przemieszały się dokumentnie. Szanujący się bandyci nie utrzymują się już z parcelacji marihuany i wymuszeń na kramarzach. Oni parkingi opłacają z diet sejmowych, a żyją z czynszów za ekskluzywne lokale, które w porę – za tę forsę ze spirytusu i narkotyków – zgodnie z prawem nabyli. A kupić lub zastraszyć mogą każdego. Najczęściej jednak nie wymagają heroicznych przysług. Ot, jak pewien ważny w danej sprawie marynarz wypuści się na panienki, to taka panienka za drobną opłatą napstryka mu zdjęć. Jak inny ludzki trybik ma chorą córkę, to on już oko przymknie na to czy tamto, byle znalazły się pieniądze na leczenie. Tym sposobem można – wydaje się – dokonywać cudów.
Bo ta sytuacja me też swój rewers. Jak się zamierza zaszantażować władze kraju głowicami jądrowymi, to trzeba uruchomić ogromną ludzką maszynerię. Przykładowo: puścić w teren tępaków, co za cały życiowy dorobek mają mięśnie wypakowane na siłowni i staż ochroniarza w dyskotece w gdańskiej Oruni. A oni do koronkowej roboty się nie nadają. Trzeba współpracować z pijanymi marynarzami i rosyjskimi prostytutkami. A to przecież żywioł nieobliczalny. Trzeba uruchomić lokale operacyjne – niby dyskretne, na przedmiejskich uliczkach, ale i one mają wścibskich sąsiadów, co to lubią się podlizać policji.
Poza tym w Polsce nie brakuje jeszcze harcerzyków. Takich co to na serio wzięli jakieś tam patriotyczne bla, bla, bla i dostali na tym tle szczękościsku. Wrogom Najjaśniejszej nie popuszczą. Raz jest to zasuszony archiwista na Rakowieckiej, co trafi przypadkiem na kompromitujące papiery i nie zrobi z tego oficjałki, ale poda zaufanemu człowiekowi. Innym razem – zwykły trep z garnizonu, który jednakowoż coś tam przysięgał i pamięta. W końcu zuchowaty porucznik WSI, bo jest młody i co mu tam. Jak się tacy zbiorą, zewrą i zorganizują, to i sztabowi przekupnych posłów z armią gangsterów na przyprzążkę dadzą radę. Wychodzi na to, że autor kryminalny Karczewski powtórzył za wieszczem i na przykładzie, co od dawna znamy: „Nasz naród jak lawa…”

Adam Karczewski, Okręt, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk, 2013 LINK

Tygodnik „Uważam rze”

Technologie, które wstrząsnęły kinem

Film dookoła głowy
Gruchnęła wieść, że w Polsce będą wyświetlane filmy sferyczne, wyświetlane na ekranie okrągłym, obejmującym 360 stopni. Czy to rzeczywiście nowość? Ależ skąd! Takich projekcji próbowano już sto lat temu. Ale zrezygnowano… Czemu? Bo widzowie nie mogli się zdecydować, na co patrzeć. A na wszystko nie mogli. Zresztą w historii kina tyle samo rzeczy się przyjęło, co zrobiło klapę. Przypomnijmy te ważniejsze.

Dla naszego pokolenia hitem jest kino trójwymiarowe. A przecież ono było technologicznie opracowane już 120 lat temu. Louis Lumiere osiągnął  ten efekt wyświetlając słynny „Wjazd pociągu na stacje Ciotat” (1903)  z dwóch projektorów naraz. Aparat zwany Scenoscopic rejestrował obraz trójwymiarowo już w latach 20-tych. Hollywood go jednak zlekceważyło, bo uznało, że bardziej opłaca się inwestować w dźwięk i kolor. A i sami twórcy nie bardzo panowali nad wynalazkiem. Z ekranu wyskakiwały w stronę widza osoby i przedmioty przypadkowe, które tylko odwracały uwagę od akcji. Jak już  reżyser nakręcił w trójwymiarze coś ciekawego, to nie był w stanie tego docenić. Andre de Todt nakręcił udany trójwymiarowy horror „Gabinet figur woskowych”, ale co z tego, skoro nie mógł podziwiać efektów. Był ślepy na jedno oko. Z tym, że od trójwymiaru nie ma ucieczki. Dziś kręcą w nim nie tylko dostawcy kiczu jak James Cameron, ale tak poważni artyści jak Martin Scorsese, Werner Herzog czy Ridley Scott.
Czytaj dalej…

Taniec na wulkanie

Miło przeczytać romans kryminalny o cechach damsko-męskich. Damom książeczka oferuje dobrze zaprowadzoną historię miłosną, panom zaś intrygę szpiegowską rzuconą na szerokie tło polityczne przededniu I wojny. Co się splata w całość w pewnej magnackiej rezydencji pod Wiedniem. Bawi tu na wywczasach kosmopolityczna arystokracja europejska oraz Isabel, pannica z hiszpańskiej szlachty, która jest obiektem adoracji męskiej. Uczuciowe przypływy i odpływy, rozmowy w tańcu i alkowie zostały tu zrekapitulowane na tyle dogłębnie i obficie, by czytelnik damski (cokolwiek by o tym powiedziały magistrantki studiów genderowych) poczuł się nasycony.
Czytelnikowi  męskiemu zostawiono trop kryminalny i wgląd w grę wywiadów oraz w światowa politykę. Wszystko w wysokich sferach europejskich. Arystokracja schodzi właśnie z areny dziejowej i – jak to bywa w końcówce – prezentuje się jako sfera zmurszała. Pociechy szuka w celebrowaniu dawno przebrzmiałych ceremonii oraz w teozofii madame Bławatskiej. A nawet w sektach oddających cześć bóstwom hinduskim, by nie rozwodzić się już nad wspomaganiem się haszyszem a nawet heroiną. Nad nimi wysoko w obłokach majaczy cesarz Franciszek Józef, staruszek sterany wiekiem i panowaniem, którzy bezradnie patrzy jak w jego imperium aż buzuje od nacjonalizmów.

Czytaj dalej…

Życiorysy na wyrywki

Właśnie filmują doktora Zbigniewa Religę przy pracy. Powstaje film „Bogowie” o pionierach polskiej kardiochirurgii. Świetnie! Ale przecież my mamy w odwodzie całe mnóstwo równie świetnych losów, anegdot, perypetii i przełomów. Drzemią na zakurzonych półkach, a przecież jak nic nadają się na film, teatr, temat lekcji czy świetlicową pogadankę. Całkiem jeszcze świeże polskie życiorysy to kopalnia że tylko sięgać, przebierać i kłaść młodzieży przed oczy. Jak człowiek wejdzie w te biografie, to zachowuje się jak – nie przymierzając – alkoholik w monopolowym. Dostaje oczopląsu i nie wie, za co najpierw złapać. Więc sięgamy, ot tak, na wyrywki.

Krzyś Penderecki pcha taczki
Czytaj dalej…

Polska właśnie

Redaktor Tomasz Sekielski odczuwa przemożna potrzebę zerwania kurtyny, za którą polski rząd i rozmaite agencje wywiadowcze robią brudne interesy kosztem społeczeństwa. Mógłby  się oburzyć w radiu lub w gazecie, ale on wybrał potoczystą powieść sensacyjną z kluczem. Słusznie. Fabułka dłużej trzyma się pamięci. A w fabułce sami swoi, choć pod innymi nazwiskami.
Rząd jest tylko klubem dyskusyjnym. Rozmaite agencje wywiadowcze kręcą nim, jak chcą. Premier podejmuje decyzje w zależności od tego, jaką teczkę mu akurat podsuną. Bo to jest kurek na wietrze – kalkuluje w kategoriach kadencji. Tej, najwyżej następnej. A wywiad działa w perspektywie wielu dziesięcioleci. Rozumie, że opłaca się zainwestować w młodego, wybijającego się działacza. Wesprzeć finansowo (pensyjka z rady nadzorczej), wysłać na stypendium, przyspieszyć karierę… A jednocześnie cyknąć parę kompromitujących fotek, zebrać podpisy, że wzięło się fundusze na kampanię. I tak zaopiekowany działacz wspina się, a papiery sobie grzecznie czekają. Na moment, kiedy agencja wywiadu wyrazi zapotrzebowanie, by – teraz już premier – podjął decyzję po jej myśli. Bo jak nie… Zresztą, po co te nerwy?  Media to pięknie uzasadnią, bo tam też pełno redaktorów, którzy siedzą na dwóch stołkach.
A po myśli wywiadu jest, by Polacy nie przelewali w Iraku krwi na darmo. Tylko żeby władze Iraku dopuściły polskie spółki do eksploatacji złóż naftowych. Nafta za krew. Tylko, że to wprawdzie są spółki polskie, ale bynajmniej nie kontrolowane przez skarb państwa, lecz przez inwestorów prywatnych. A w praktyce przez wysokich oficerów wywiadu. Forsę wykłada jednak nie pułkownik wywiadowni (po kursach w KGB), lecz dorobiony biznesmen. On też nie wziął się znikąd. Kiedy zaczynał, był drobnym, choć obrotnym kryminalistą. Więc pchnęło się go na zachód, by tu nie lazł sędziom przed oczy. By raczej inwestował pieniądze, które głupi rząd pakował w FOZZ. On coś tam skubnął dla siebie i teraz okupuje szczyty list najbogatszych. Stać go nawet na własną telewizję, która co wieczór pakuje rodakom do głów sieczkę. Oni zresztą w swej masie za tym przepadają.
Ale – jak w dobrym thrillerze – w tej układance namiesza pewien kliniczny wariat i agenciak, któremu już wszystko się poplątało i nie wie, komu służyć. No tak, jak polityka oszalała, to najlepiej napuścić na nią wariata.
Wreszcie uroczy drobiazg. W trakcie operacji pewien agent dostaje kryptonim „Malik” i za cholerę nie rozumie, dlaczego. My wiemy. To oczywiście z filmu Jacka Bromskiego „Zabij mnie glino” ze środkowym Lindą. Bo jak ktoś czyta kryminały Sekielskiego, to ogląda też kryminały Bromskiego. I odwrotnie.

Tomasz Sekielski, Obraz kontrolny, Rebis, Poznań, 2013 LINK

„Uważam rze”

Kawa pachnąca krwią

Jak Niemiec zasiądzie do pisania nawet zwykłego kryminału, to od razu daje dzieło gruntowne. Jak nie przymierzając Tomasz Mann. Co nam, czytelnikom obraca się na korzyść, bo samego tylko: kto kogo stuknął i za jakie winy, to za bardzo nie jesteśmy ciekawi. Więc wzięty w Niemczech autor Heinichen dał posągową rozprawę kryminalną, która rozgrywa się we włoskim Trieście. I skupia problemy zachodniej metropolii jak w soczewce.
Na przykład totalny podgląd. Kamery śledzą mieszkańców wszędzie: w metrze, w supermarketach, w bankach, w garażach. Do przeglądania tego, co się nagrało, miasto zatrudnia całe sztaby weryfikatorów. Także na ochotnika mieszkańcy telefonami komórkowymi nagrywają, co popadnie i na wszelki wypadek przesyłają na policję. A jak nie zainteresuje się policja, wstawiają filmik do Internetu. W tym Internecie każdy najmniejszy ruch też do wyśledzenia: od pornografii po reklamy, w które klikasz. Co z kolei jest analizowane pod kątem. Więc nie tylko numer buta, ale grupa krwi i kod DNA internauty za chwilę zostaną podane do wiadomości publicznej. „Społeczeństwo podglądaczy, szpiegów, donosicieli”.
Nie tylko. To także społeczność, która żyje z krwi i potu robotników np. czarnej Afryki. W tym przypadku – drobnych plantatorów kawy. Bo kawa dla Triestu jest tym, czym diamenty dla Amsterdamu. Najbardziej wyrafinowane ziarna zbiera się w Etiopii. Tam robotnik pracuje za dolara dziennie. Ziarna, które uzbiera, sprzedaje się koneserom na Zachodzie kilkaset razy drożej. A ten biedak nie ma nawet Internetu, żeby mógł się zorientować, jak mocno go przekręcają. Zresztą gdyby taki zaczął się interesować i próbował wywołać jakiś tumult, to przecież są sposoby. Albo to jednego ciekawskiego reportera znaleziono na wysypisku śmieci z kulką w głowie?
Ta eksploatacja ciągnie się wszerz i wzdłuż. Oto brytyjska parlamentarzystka wypuszcza się na zasłużone wakacje. I wychyliwszy drinka z palemką okazuje zainteresowanie miejscowemu chłopcu, który też  nie jest od tego. A ten zaspokoiwszy damę w pokoju hotelowym (zdjęcia z ukrycia) rozpoczyna śmiały szantażyk.
Poza tym Triest to miasto malownicze. Ale co z tego, kiedy co trzeci młody człowiek nie może tu liczyć na stałą pracę. W dodatku z krajów byłej Jugosławii napływają tu po cichu robotnicy sezonowi. Do niedawna nosili „kałachy” i strzelali do albańskich kobiet i dzieci, a teraz biorą się za kielnię. Z tym, że nie tylko, bo żeby przyoszczędzić na jedzeniu, wygarniają z „kałachów” do dzików, które za pożywieniem wychodzą z okolicznych lasów i ryją w śmietnikach. Tylko czy te dziki tak bardzo różnią się od ludzi?

Velt Heinichen, Zbrodnia i kawa, tłum. Maria Skalska, Noir Sur Blanc, Warszawa 2013 LINK

Tygodnik „Uważam rze”