Miesięczne archiwum: Luty 2014

Skandaloza

Poznań miastem skandali. Właśnie ruszył tu proces apelacyjny byłego pilskiego senatora Henryka Stokłosy, skazanego na osiem lat więzienia za korupcję. Jeszcze przed tym procesem poprosili mnie, pamiętam, w Polsacie, żebym skomentował czyny korupcyjne senatora. Więc ułożyłem tekścik satyryczny o tym, jak to senator idzie do urzędu i daje w łapę. Z tym, że pomyliły mu się te urzędy. Bo poszedł do ministerstwa, a zachowywał się jak w punkcie skupu. Puścili to. Aż tu dzwoni do mnie pan, który przedstawia się jako rzecznik senatora i oświadcza, że senator wytoczy mi proces o zniesławienie. Jakoś nie bardzo się przestraszyłem. Ale zadzwoniłem do Polsatu, bo to także ich audycja, mówię co i jak. A oni w śmiech: „Stokłosa może panu naskoczyć. To była audycja satyryczna. A satyra nie podpada zasadniczo pod paragraf o zniesławieniu”. I tylko dzięki temu chodzę jeszcze po wolności.

Dalej: zapuszkowali wreszcie profesora Lechosława Gapika, sławę uniwersytecką w zakresie seksuologii. Usypiał pacjentki, a potem je obmacywał. Nagrały to, poskarżyły się mediom, a on się tłumaczył, że to była jego autorska terapia, zwana „koktajlem Gapika”. Ale nie pomogło. Kariera runęła. Kiedy miałem wykłady w kampusie na Szamarzewie, gdzie rezydował profesor, na korytarzu wisiała gablotka, w której wystawione były liczne dzieła książkowe tej chluby uniwersyteckiej. Ciekawe, czy ta gablotka jeszcze tam wisi?

Ale największy skandal zdarzył się zupełnie niedawno. Otóż zorganizowano  u nas jedzenie pączków na czas. I ten obywatel Poznania, który zajął pierwsze miejsce, został zdyskwalifikowany. Bo dwa pączki, które miał rzekomo zjeść, dyskretnie podał koledze stojącemu obok. Miasto się zagotowało.

Poza tym różne instancje maja różne problemy. Na przykład pismo Dziennik.pl rozpętało kampanie prasową o zasięgu ogólnopolskim, w której wypowiadały się autorytety, a także mnóstwo zwykłych znawców tematu. Hasło kampanii: „Co zniechęca mężczyzn do dużych piersi u kobiet?”
Z kolei ojciec tenisistek Radwańskich oświadczył, że jeżeli jego córki miałyby kogoś poprzeć w wyborach to tylko prezesa Kaczyńskiego. Internet na to: „Rzeczywiście twoje córki Radwański mają b. wiele wspólnego z Kaczyńskim. Przede wszystkim zawsze przegrywają w finałach…”
W Warszawie szykują się „Dni ateizmu”. Z tej okazji pani poseł prof. Pawłowicz napisała płomienny tekst, którego istotą jest to, iż ateiści to sobie mogą wycieczkę za miasto zorganizować, a nie „Dni” w sercu stolicy. Tu jest Polska!

W moim mateczniku, czyli w Jarosławiu dzień jak co dzień. „Na klatce schodowej bloku, bez opieki przebywała trójka dzieci w wieku 2, 6 i 12 lat.” Matka wyszła i nie wróciła. Dziadek był tak zalany, że nie wiedział, jak się nazywa. Najbardziej w porządku był ojciec. Wydmuchał tylko skromne 2,5 promila.

Iskra wychodzi z Polski

W telewizji publicznej na kanale „Kultura” odpowiadam na pytanie, dlaczego w Polsce nie kręci się takich filmów jak amerykańscy „Obrońcy skarbów”? Od odzyskiwaniu dzieł sztuki podczas ostatniej wojny. Nie, bo nie. Bo dla nas wojna to cięgle nie jest bezproblemowa strzelanka. To otwarta rana. W dodatku ciągle trwa śmiertelna wojna o tę wojnę. Czy Bór-Komorowski miał prawo dać Niemcom okazję do spalenia Warszawy? Kto dziedziczy ideały powstańców? Kto ma do nich prawo, a komu od nich wara? I to się ciągnie bez końca…
Przy okazji – znowu splamiłem się kolaboracją z komuną. Przypomniał mi o tym raper Tadek, którego najnowsza płyta jest szeroko kolportowana przez środowiska prawicowe:

„Dzisiaj kłamią, by nas zniszczyć,
rozkradają polskie włości
Dziś ubecy mają media,
już nie muszą łamać kości.”

Sprawa Lecha Raczaka i jego spektaklu o wyznawcach „religii smoleńskiej” (ciągle przed premierą) ciągnie się i jest obszernie omawiana, zwłaszcza na forach prawicowych.  Powiedzieć, że nie jest to inicjatywa kulturalna przyjmowana przychylnie, to stanowczo zbyt mało powiedzieć. Większość opiniodawców wzywa do linczu na artyście. Posłuchajmy:

„Poznaniacy powinni zaprzańcowi dupsko wybatorzyć na poznańskim rynku a pseudo aktorkom główki na glacę wygolić.”; „Zabić tą kurwe to za mało! trzeba jeszcze powiesić na wyprutych flakach cały jego pomiot który spłodził. Pokażmy tej kurwie po premierze gdzie jego miejsce.”; „Ileż to ludzi się kurwi dla poklasku i szmalu! Ale tobie Raczek ten prześmiewczy spektakl stanie w gardle a duchy ofiar będą prześladowały do śmierci. Oby rychłej bo kanalie nie powinny długo zaświniać ziemi.”

Poznałem Lecha Raczaka przed laty, jakieś wywiady z nim robiłem dla radia. I pamiętam doskonale, iż w rozmowie ogromnie ważył słowa. Cały zrobiony był z powściągliwości, umiaru i taktu. Nie spodziewam się, by w swoim najnowszym projekcie zaczął nagle kogokolwiek agresywnie atakować. Raczej da coś na kształt diagnozy, obserwacji obyczajowej. I tyle. Po spektaklu na Krakowskim Przedmieściu trudno już coś bardziej wystawnego wykombinować. Ale jego krytycy już orzekli, iż – tak czy owak – powinien zostać zabity.

Kościół w Polsce znalazł się w najwyższym niebezpieczeństwie. Nie wiedziałbym o tym, gdybym nie przeczytał w „Naszym Dzienniku wystąpienia Artura Górskiego, posła PiS-u z tytułem doktora: „Jesteśmy świadkami rozpanoszonej krytyki, miotającej pod byle pretekstem, prawdziwym lub wyimaginowanym, gromy oburzenia na Kościół i jego przedstawicieli. Widzimy zorganizowany atak, który objawia się w różnej formie, począwszy od dyskryminacji w miejscu pracy, a skończywszy na brutalnym prześladowaniu osób wierzących.” Jak bym czytał o czasach Nerona…

Zagrożenia płyną też z wnętrza Kościoła. Wskazuje na nie Tomasz P. Terlikowski we Frondzie.pl. Otóż jego zdaniem Kościół rozsadzają watykańscy kardynałowie: „Niebezpieczne sygnały płynął do nas z Watykanu. I nie chodzi mi o możliwą zmianę doktryny (bo to akurat nam nie grozi), ale o to, że sami kardynałowie doradcy papieża Franciszka zatracili właściwy ogląd problemu i skupiają się na kwestiach w istocie pobocznych, zamiast zachować wierność duchowi ewangelizacji, do której wzywa Ojciec święty.”
Przychylałbym się do wielokrotnie powtarzanego w mediach postulatu, aby zlikwidować instytucję papiestwa, a co najmniej episkopat polski. Po prostu w sprawach kościelnych należałoby pytać wyłącznie Terlikowskiego, a on od ręki dawałby odpowiednią wykładnię.

W Kościele zresztą sensacja goni sensację. Na dowód proszę przeczytać poniższe doniesienie medialne: „Niepokojący incydent wydarzył się podczas Mszy Świętej o godz. 7.00 w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Msza była transmitowana przez TVP 1. Jedna z kobiet nie chciała puścić kapłana. Kobieta, której personalia są znane wielu zainteresowanym, autorka niebezpiecznej książki pt. „Świetliste dusze” rzuciła się do stóp kapłana, chwyciła go za szaty i nie chciała puścić. Krzyczała również: „Kapłani Boga, wysłuchajcie mnie: Iskra wychodzi z Polski”. Kobieta została oderwana, i to w pełnym słowa znaczeniu od szat kapłana przez straż sanktuarium. Wyprowadzono ją poza sanktuarium. Dostała również zakaz wchodzenia na teren sanktuarium.”
Ale swoja drogą to, że „iskra wychodzi z Polski”, to najczystsza prawda.

Na froncie gender wrze, jak zwykle. Oto radni powiatu wadowickiego wystosowali uroczysty apel: „Apelujemy o nieuleganie naciskom ze strony środowisk, które pod pozorem walki o równouprawnienie kobiet i mężczyzn, tworzą nową ideologię gender”. Jak ostatnio byliśmy tam z Dorotą parę miesięcy temu, to zapamiętałem biedę, sypiące się ze starości kamienice oraz z dziesięć sklepów z kremówkami na rynku.

Zagrałem „magistra”

W „Rzeczpospolitej” piszą, że biskupi szukają nowego sekretarza episkopatu. Są zdjęcia z poszukiwań i Internet zwraca uwagę, że na ścianie sali plenarnej nie tylko nie widnieje godło państwowe, ale też figuruje zdjęcie Jana Pawła, jak by po nim nie było dwu następnych papieży.
I zaraz pojawiają się hasła szydercze, które rozumieją tylko pogrobowcy PRL-u:
Naród z kościołem Kościół z Narodem!
Aby Polska rosła w siłę a księża żyli dostatniej!
Niech żyje i umacnia się braterska przyjaźń i współpraca narodów Polski i Watykanu!
Przyjaźń, sojusz i współpraca z Watykanem – gwarancją bezpieczeństwa i rozwoju Polski!
Niech żyje KRK – partia wielkiego Karola!
Ale to nie jest cała prawda, bo głos dał w tej mierze biskup nazwiskiem Dec: „Gdy patrzymy na dzisiejszą Polskę, możemy zauważyć, że głos Papieża nie przebił się we wszystkie sektory naszego życia – czytamy w liście. – Wiele bolączek współczesnego życia społecznego, zwłaszcza politycznego i gospodarczego, jest konsekwencją zbyt powierzchownego traktowania głosu Papieża lub nawet zlekceważenia jego nauczania”. Racja, no bo weźmy choćby kwestię gender…

Andrzej Grabowski  (serialowy Kiepski) został poproszony, by jurorować w „Tańcu z gwiazdami’. Z tańcem to on ma wspólny pewnie tylko taniec brzucha – a ma czym tańczyć! Ale też jak byłem na planie serialu, to zapamiętałem jego i Ryszarda Kotysa (Paździocha) jako niezłe fachury. Przygotowani, przebrani, gotowi do akcji. Zresztą Kotys taki był od zawsze. Nie ma chyba polskiego filmu, w którym by nie zagrał epizodu. Włącznie z „Rękopisem znalezionym w Saragossie” i „Stawką większą niż życie”. O „Pancernych” nie wspominając. Po prostu jak się rozniosło, że przyjeżdża z wykutym tekstem, na czas i nie jest pijany, to go ciągali od filmu do filmu. Non stop. Sam też zagrałem w „Kiepskich” drobny epizod,  bo pan reżyser powiedział: „- Skoro pan już przyjechał…” Zmierzwili mi włosy, na nos nasadzili okulary, żebym wyglądał na idiotę. Zagrałem „magistra”.

W Poznaniu awantura, że szef byłego Teatru Ósmego Dnia, Lech Raczak dostaje od miasta 223 tys. na nowy projekt. Ten nazywa się „Spisek smoleński” i ma być pamfletem na wyznawców teorii o zamachu. Prasa prawicowa uzupełnia: „Ma go pokazać w knajpie, do której za czasów studenckich człowiek przychodził „dopić się” nad ranem”. Tytuł tekstu z pasy prawicowej na ten temat: „Raczak Sraczak”. Sami swoi.

Klęska opatowska

W polityce, jak co dzień, urocze zwady. Dziennikarz portalu NaTemat zadzwonił do posła-profesora Szczerskiego z Pis-u z pytaniem, dlaczego prezes Kaczyński w sprawie Ukrainy „stracił rezon”. Poseł odpowiedział, że na takim poziomie rozmawiał nie będzie i trzasnął słuchawką. Internet komentuje ten incydent tak, iż poseł-profesor zapewne z przyzwyczajenia zrozumiał, że dziennikarz pyta go, dlaczego prezes stracił „reason”.

TVPInfo przyjeżdża z pytaniem o Janukowycza i jego bogactwo. Żeby być aż tak bogatym w aż tak biednym kraju, to trzeba zwariować. Ale my to znamy. Już Ryszard Kapuściński opisał ten syndrom w „Cesarzu”. W Etiopii ludzie przymierali głodem, a w rezydencjach Hajle Selasje spiżarnie zawsze były wypakowane po sufit. Nie, żeby cesarz się tam akurat wybierał. Po prostu na wszelki wypadek. Bo może pewnego dnia zapragnie przybyć i gdyby – nie daj Bóg! – akurat miało czegoś zabraknąć…

Czytam, że zmarł Tadeusz Chyła. Pamiętam jeszcze z lat 60-tych, że jak śpiewał z Kazimierzem Grześkowiakiem „Chłop żywemu nie przepuści”, to Gomułka dostawał jednego ze swych słynnych ataków furii. Bo on wdraża „sojusz robotniczo-chłopski”, zaprowadza budowanie silosów, usprawnia kampanię buraczaną, a tu mu jakiś artycha zasuwa, że „jak się żywe napatoczy, nie pożyje se, a juści”.

Jeszcze film Glińskiego „Kamienie na szaniec” nie wszedł do kin, jeszcze nikt go nie widział, a już jakaś marginalna fundacja harcerska go oprotestowała. Że przekłamuje, że nie oddaje w pełni uczuć patriotycznych młodych bohaterów… Jak to zwykle u nas. Wajdę chcieli zarąbać siekierami za „Kanał”, za „Lotną”. Munka za „Zezowate szczęście”. Nic nowego, sami swoi. Ja bym się raczej obawiał, że Gliński nakręcił film nadzwyczajniej nudny. Bo wiele razy udowodnił, że to wychodzi mu najlepiej.

W Opatowie świętują z przytupem rocznicę Bitwy Opatowskiej z czasów powstania styczniowego. Oczywiście bitwy zakończonej klęską, jak to zwykle u nas. W Opatowie poddała się też Dorota w lipcu zeszłego roku. Po kilku dniach bardzo intensywnego objazdu południowej Polski, w upalny lipcowy wieczór po prostu odmówiła zwiedzenia słynnej kolegiaty opatowskiej. Musiałem zrobić to sam. Bo jednak ktoś to musi robić.
Na zdjęciu: tak wygląda Dorota, kiedy się poddaje.

W prognozach pogody na dziś: „Zachmurzenie z większymi przejaśnieniami”. To określenie idealnie oddaje stan mojego umysłu.

Agato, tak rzadko mnie całujesz, to mój pech…

To miała być cicha, pracowita niedziela. Dorota wyjechała. Zostaliśmy dwaj – komputer i ja. Ale gdzieś tak koło jedenastej zza którejś ściany sypie się kanonada krzyków z dominacją tych na p, k, ch i tak dalej. Zasadniczo moja  klatka w kamienicy jest spokojna, ot czasem ktoś wbije gwóźdź w ścianę, pies zaszczeka. Zwyczajnie. Ale tak raz na miesiąc, dwa rozlegają się potworne, wulgarne ryki. Tak nie krzyczy ktoś, kto się wkurzył, kto chce naurągać. Tak krzyczy człowiek doprowadzony do ostateczności, w najwyższej pasji. Ktoś, kto absolutnie nie może się pogodzić z sytuacją, w jaką wrzuciło go życie. I on to musi wykrzyczeć w najwyższych rejestrach. A potem znowu przez miesiąc, dwa kompletna cisza. Grobowa.

W witrynie Radia M. czytam wywiad, jakiego udzieliła moja koleżanka Agata Ławniczak. Kiedyś współpracowaliśmy nieco na antenie Radia Merkury, publicznej rozgłośni regionalnej. Agata piastowała tam wysokie, kierownicze stanowisko. Zdarzyło się nawet, że napisałem ileś tam śmiesznych – w moim przekonaniu – dialogów. Czytywaliśmy je z Agatą, z podziałem na role. Ot, taka przekomarzanka. A Agata starała się po prostu wykonywać profesjonalne dziennikarstwo. Jej warsztatowi trudno było cokolwiek zarzucić. A teraz Agata jest wykładowczynią dziennikarstwa w przyradiowej szkole wyższej w Toruniu i mówi tak: „Żyjemy w czasie światopoglądowego terroru, w imię tolerancji. W tej przestrzeni wierzący są lekceważeni i stygmatyzowani, mimo iż fundamentem naszej kultury jest chrześcijaństwo.” I dalej w ten deseń. Ostatni raz spotkałem ją z rok temu na Głogowskiej. Pogadaliśmy chwilę. Wydawała mi się wówczas całkiem normalna.

A kraj żyje zupełnie czym innym. Oto literatka Dorota Masłowska napisała song, w którym piętnuje prezenterkę telewizyjną Kingę Rusin. Leci to tak:

„Oszukała mnie Kinga Rusin,
gdy na mieszkanie kredyt mi oferowała.
Mówiła procent niski, same zyski,
wzięłam go, kredyt był niekorzystny.
Oszukała mnie Kinga Rusin,
gdy wydawała mi resztę.
Zamiast piątki dwójkę mi dała,
teraz trzy zeta jestem w plecy!”

Żebym ja z tego wszystkiego cokolwiek rozumiał…

Dzwonki

http://www.youtube.com/watch?v=t5W7RB_lscw

 

Niech się ten dzień zakończy klasycznie. Zadajmy sobie „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Pamiętam, jak usłyszałem to po raz pierwszy. Dotknęło mnie żywym ogniem. Posłuchałem, a potem nie umiałem się z tym uładzić. Nosiło mnie. Obok akademika, w którym mieszkałem, było sztuczne jezioro Malta (dziś jakiś tor kajakowy…). Więc ja pakowałem do łba te „Dzwony rurowe” i szedłem dookoła jeziora. A w głowie odwijała mi się taśma, która kończyła się akurat wówczas, gdy kończyłem obchód. A potem to było mnóstwo razy, przy różnych jeziorach, niekoniecznie sztucznych. Więc..!

Łączcie się!

  • „Proletarier Aller Lander, vereinigt euch!” – tak stało w oryginale. U nas od „Proletariusze wszystkich krajów…” szli na winiecie „Trybuny Ludu”. Tuż obok wizerunku proletariusza ze sztandarem. Pamiętam, jaka była chryja, gdy któryś dowcipny drukarz domalował temu proletariuszowi penisa w stanie pobudzenia. I to się ukazało w całym kraju. Nigdy – ani wcześniej, ani później – tak gorliwie nie kupowano „Trybuny” jak tego dnia.
  • Roma locuta, causa finta – wiadomo: jak się wypowie Watykan, to nie ma odwołania. Była o tym lektura szkolna – „Urząd” Tadeusza Brezy. Z napięciem czekam, jak się wypowie Watykan w kwestii abp. Wesołowskiego.
  • Rouge et noir – wiadomo: nawiązanie do powieści francuskiej. Ale przypomina się i toast z filmu „Psy”: „Na pohybel czarnym i czerwonym! – Na pohybel wszystkim. Ładny toast, co? – Za to z tobą wypiję!”

 

Szcze ne wmerła Ukraina

Na Ukrainie straszne rzeczy. Współczuję. Ale pamiętam całkiem inne. Kiedy byłem w Kijowie, pokazali mi pomnik Tarasa Szewczenki, który jedną ręką przytrzymywał połę płaszcza na wysokości krocza. Pytają gospodarze Ukraińscy: „- Kak etot pamianik i nazywajetsa?” Ja, oczywiście, nie wiem. A on się nazywa mniej więcej: „Gdzie tu się można odlać?” Podobnie było z innymi pomnikami. W Odessie pokazali mi monument poświęcony marynarzom z pancernika „Potiomkin”. Kilku facetów strasznie spiętych. Miało się to nazywać: „Kopiejku naszli”. Bo każdy z osobna był zafascynowany tym, że znalazł grosz na ulicy.

O Ukrainie wiedzieliśmy z Sienkiewicza i z powieści „Łuny w Bieszczadach” Jana Gerharda, wydanej w roku, kiedy ja się urodziłem. Jakież to cuda on tam opisywał! Że na Tarnicy (najwyższy w Polsce szczyt, byłem 50 razy) banderowcy stawiali  szubienice i tam wieszali polaczków. „Rezat żydiw, lachiw, komunistiw.” To miało być ich hasło. Powstał z tego film „Ogniomistrz Kaleń”. Prosty i zakłamany. W którym jednakowoż wziął udział Leon Niemczyk. Bo on we wszystkim brał  udział.

I wspomnienie pływackie. Jestem w jakimś radzieckim ośrodku dla zasłużonych towarzyszy. Okolice Charkowa. Rzeczka, kąpielisko. Ja się szykuję do wejścia do wody, a tu jedna obywatelka, dziewczyna ładna i niczego sobie, grozi: „- Jak pan do wody wejdiosz, to ja panu majtki zdejmu.” Reaguję na to beztroskim rechotem. Ot, szutnica! Idę się kąpać, pływam (tak sobie), a tu do mnie zbliża się od dołu dziewczyna. Widzę, że pływa pięć razy lepiej niż ja. I co ona robi? Ona mi ściąga majtki! A ja nie mogę pilnować majtek, bo ja muszę wykonywać rękami ruchy pływackie, by nie utonąć. I wychodzimy w końcu  na brzeg. Ona tryumfalnie potrząsa moimi majtkami, ja spieprzam w pierwsze krzaki, aby się okryć liśćmi. Ot, cała Ukraina!