Archiwum miesiąca: luty 2014

Agato, tak rzadko mnie całujesz, to mój pech…

To miała być cicha, pracowita niedziela. Dorota wyjechała. Zostaliśmy dwaj – komputer i ja. Ale gdzieś tak koło jedenastej zza którejś ściany sypie się kanonada krzyków z dominacją tych na p, k, ch i tak dalej. Zasadniczo moja  klatka w kamienicy jest spokojna, ot czasem ktoś wbije gwóźdź w ścianę, pies zaszczeka. Zwyczajnie. Ale tak raz na miesiąc, dwa rozlegają się potworne, wulgarne ryki. Tak nie krzyczy ktoś, kto się wkurzył, kto chce naurągać. Tak krzyczy człowiek doprowadzony do ostateczności, w najwyższej pasji. Ktoś, kto absolutnie nie może się pogodzić z sytuacją, w jaką wrzuciło go życie. I on to musi wykrzyczeć w najwyższych rejestrach. A potem znowu przez miesiąc, dwa kompletna cisza. Grobowa.

W witrynie Radia M. czytam wywiad, jakiego udzieliła moja koleżanka Agata Ławniczak. Kiedyś współpracowaliśmy nieco na antenie Radia Merkury, publicznej rozgłośni regionalnej. Agata piastowała tam wysokie, kierownicze stanowisko. Zdarzyło się nawet, że napisałem ileś tam śmiesznych – w moim przekonaniu – dialogów. Czytywaliśmy je z Agatą, z podziałem na role. Ot, taka przekomarzanka. A Agata starała się po prostu wykonywać profesjonalne dziennikarstwo. Jej warsztatowi trudno było cokolwiek zarzucić. A teraz Agata jest wykładowczynią dziennikarstwa w przyradiowej szkole wyższej w Toruniu i mówi tak: „Żyjemy w czasie światopoglądowego terroru, w imię tolerancji. W tej przestrzeni wierzący są lekceważeni i stygmatyzowani, mimo iż fundamentem naszej kultury jest chrześcijaństwo.” I dalej w ten deseń. Ostatni raz spotkałem ją z rok temu na Głogowskiej. Pogadaliśmy chwilę. Wydawała mi się wówczas całkiem normalna.

A kraj żyje zupełnie czym innym. Oto literatka Dorota Masłowska napisała song, w którym piętnuje prezenterkę telewizyjną Kingę Rusin. Leci to tak:

„Oszukała mnie Kinga Rusin,
gdy na mieszkanie kredyt mi oferowała.
Mówiła procent niski, same zyski,
wzięłam go, kredyt był niekorzystny.
Oszukała mnie Kinga Rusin,
gdy wydawała mi resztę.
Zamiast piątki dwójkę mi dała,
teraz trzy zeta jestem w plecy!”

Żebym ja z tego wszystkiego cokolwiek rozumiał…

Dzwonki

http://www.youtube.com/watch?v=t5W7RB_lscw

 

Niech się ten dzień zakończy klasycznie. Zadajmy sobie „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Pamiętam, jak usłyszałem to po raz pierwszy. Dotknęło mnie żywym ogniem. Posłuchałem, a potem nie umiałem się z tym uładzić. Nosiło mnie. Obok akademika, w którym mieszkałem, było sztuczne jezioro Malta (dziś jakiś tor kajakowy…). Więc ja pakowałem do łba te „Dzwony rurowe” i szedłem dookoła jeziora. A w głowie odwijała mi się taśma, która kończyła się akurat wówczas, gdy kończyłem obchód. A potem to było mnóstwo razy, przy różnych jeziorach, niekoniecznie sztucznych. Więc..!

Łączcie się!

  • „Proletarier Aller Lander, vereinigt euch!” – tak stało w oryginale. U nas od „Proletariusze wszystkich krajów…” szli na winiecie „Trybuny Ludu”. Tuż obok wizerunku proletariusza ze sztandarem. Pamiętam, jaka była chryja, gdy któryś dowcipny drukarz domalował temu proletariuszowi penisa w stanie pobudzenia. I to się ukazało w całym kraju. Nigdy – ani wcześniej, ani później – tak gorliwie nie kupowano „Trybuny” jak tego dnia.
  • Roma locuta, causa finta – wiadomo: jak się wypowie Watykan, to nie ma odwołania. Była o tym lektura szkolna – „Urząd” Tadeusza Brezy. Z napięciem czekam, jak się wypowie Watykan w kwestii abp. Wesołowskiego.
  • Rouge et noir – wiadomo: nawiązanie do powieści francuskiej. Ale przypomina się i toast z filmu „Psy”: „Na pohybel czarnym i czerwonym! – Na pohybel wszystkim. Ładny toast, co? – Za to z tobą wypiję!”

 

Szcze ne wmerła Ukraina

Na Ukrainie straszne rzeczy. Współczuję. Ale pamiętam całkiem inne. Kiedy byłem w Kijowie, pokazali mi pomnik Tarasa Szewczenki, który jedną ręką przytrzymywał połę płaszcza na wysokości krocza. Pytają gospodarze Ukraińscy: „- Kak etot pamianik i nazywajetsa?” Ja, oczywiście, nie wiem. A on się nazywa mniej więcej: „Gdzie tu się można odlać?” Podobnie było z innymi pomnikami. W Odessie pokazali mi monument poświęcony marynarzom z pancernika „Potiomkin”. Kilku facetów strasznie spiętych. Miało się to nazywać: „Kopiejku naszli”. Bo każdy z osobna był zafascynowany tym, że znalazł grosz na ulicy.

O Ukrainie wiedzieliśmy z Sienkiewicza i z powieści „Łuny w Bieszczadach” Jana Gerharda, wydanej w roku, kiedy ja się urodziłem. Jakież to cuda on tam opisywał! Że na Tarnicy (najwyższy w Polsce szczyt, byłem 50 razy) banderowcy stawiali  szubienice i tam wieszali polaczków. „Rezat żydiw, lachiw, komunistiw.” To miało być ich hasło. Powstał z tego film „Ogniomistrz Kaleń”. Prosty i zakłamany. W którym jednakowoż wziął udział Leon Niemczyk. Bo on we wszystkim brał  udział.

I wspomnienie pływackie. Jestem w jakimś radzieckim ośrodku dla zasłużonych towarzyszy. Okolice Charkowa. Rzeczka, kąpielisko. Ja się szykuję do wejścia do wody, a tu jedna obywatelka, dziewczyna ładna i niczego sobie, grozi: „- Jak pan do wody wejdiosz, to ja panu majtki zdejmu.” Reaguję na to beztroskim rechotem. Ot, szutnica! Idę się kąpać, pływam (tak sobie), a tu do mnie zbliża się od dołu dziewczyna. Widzę, że pływa pięć razy lepiej niż ja. I co ona robi? Ona mi ściąga majtki! A ja nie mogę pilnować majtek, bo ja muszę wykonywać rękami ruchy pływackie, by nie utonąć. I wychodzimy w końcu  na brzeg. Ona tryumfalnie potrząsa moimi majtkami, ja spieprzam w pierwsze krzaki, aby się okryć liśćmi. Ot, cała Ukraina!

Kiedy mnie już porzucisz…

 

Kawałek bezinteresowny. Jakoś nieskończenie smutny. Gdzieś tak koło roku 1985 wypożyczyłem sobie płytę (oczywiście winyl) i słuchałem cierpliwie, aż pojawi się ten utwór. A potem, kiedy mi się coś udawało, np. wygłosiłem referat dobrze przyjęty, odwijałem sobie w głowie taśmę. I wtedy mi smutno grało: “If You Live Me Now…” Chicago.

Jak zabiłem Muchę…

Czytam, że aktorka Anna Mucha odchodzi czy też jest wyrzucana z jakiegoś serialu. Mocno współczuję . Zwłaszcza, że wobec tej aktorki jestem mocno nie w porządku. Bo było tak: jest lato zeszłego roku, ale dzień deszczowy. Ja na zwyczajowym spacerze po lasach. Ale jakoś mi to nie idzie. Gałęzie chlastają po oczach, komary tną, buty grzęzną w błocku. A tu jeszcze deszczyk siąpi. W gardle zaschło, piwa bym się zimnego napił, ale nie mogę, bo do domu wracam samochodem. Wszystko to razem powoduje, że ogólnie jestem niepomiernie wkurzony. I wtedy odzywa się telefon. Pani dziennikarka z pisma kobiecego, co o nim nie wiedziałem, że istnieje, pyta mnie, czy Anna Mucha jest wybitną aktorką. Normalnie, to bym odpowiedział grzecznie, że może raczej nie bardzo. Ale tu sytuacja jest inna. Komary tną, gałęzie po oczach, buty w błocie, w gardle sucho, piwa znikąd. Co powoduje maksymalny wkurw. I ja się drę do słuchawki: „- Jaka tam z niej aktorka!!!  Może zagrać panienkę numer trzy w drugim rzędzie, w scenie zbiorowej.” I podobne obelgi, bo komary tną, piwa ani widu. Pani redaktor podziękowała, podkręciła to jeszcze i wrzuciła na łamy. Na to z kolei rzuciły się „Pudelki” i Karolina Korwin-Piotrowska w telewizji. Że z Muchy żadna aktorka – i bach: moje zdjęcie – tak bowiem twierdzi krytyk Wiesław Kot. Jak się o tym dowiedziałem, to miałem najczystszy zamiar schować się ze wstydu pod podłogę. Bo komu ja teraz wytłumaczę, że Mucha jest aktorką, jaką jest, ale nie zasługuje na takie traktowanie. Jak to moje.  Ale te cholerne komary, błoto i ani śladu piwa…

Czytam: „Poseł John Godson uznał, że używanie nazwy „afrykański pomór świń” jest dyskryminacją Afryki. Sejm przyjął te słowa ze śmiechem.” Dziś jesteśmy na ten temat przeczuleni. I jak by jakiś nowy Tuwim napisał „Murzynka Bambo”, to media by go zliczowały w minutę.
Ale też te wystąpienia sejmowe. Marszałek sejmu z ramienia PSL, Józef Zych, występował z mównicy sejmowej setki razy. Nikt z jego koronkowych wywodów nie zapamiętał jednego zdania. Po czym marszałek Zych wygłosił przez nieuwagę zdanie, które od razu zapamiętały miliony. Wszedł bowiem na mównicę i podniosłym tonem – jak to on – wygłosił frazę: „- Nie po raz pierwszy staje mi…” Tu rozległy się brawa na granicy owacji i okrzyki: „- Wiwat! Gratulacje!”

Redaktor Andrzej Niczyperowicz w swoim kąciku satyrycznym w „Głosie Wielkopolskim”:
„Czechu z Golaja pyta: – Czym się różnią stringi od ruskiego generała?
Czechu, to proste: – Stringi mniej piją. „

Z frontu gender. Kwestia paląca. Jeden z prawicowych mózgowców omawiając powstanie warszawskie raportuje: „Uczestniczki zaprzeczają, by seks był istotnym problemem w ogniu walki.” Cóż, było już nieco na ten temat. W „Kanale” Wajdy Emil Karewicz przed bitwą idzie do łóżka z łączniczką. A kiedy później, w kanale, wyjawia jej, że jest żonaty i dzieciaty, ta popełnia samobójstwo. A znowuż w tym samym filmie Tadeusz Janczar jest wleczony po kanałach przez śmiertelnie zakochaną w nim „Stokrotkę”. Która, tak przy okazji, pozostaje zwykłym kurwiszonem. A jeśli mowa o seksie… Pomieszkałem sobie przez rok, dwa w kamienicy na Ochocie przy niedługiej uliczce Glogera. Przypadkiem przeczytałem, że właśnie tam w  czasach powstania kobiety schwytane przez Ukraińców były chwytane, gwałcone, potem zabijane i palone na stosie, który urządzono w bramie kamienicy, przez którą przechodziłem dzień w dzień. Więc, jak chodzi o ten seks…