Miesięczne archiwum: styczeń 2015

Jest taki samotny dom

Pogoda, że tylko się obwiesić. Ale to miłe, gdy między wysokimi blokami (wielka płyta z sajdingiem) trwa zapomniany domek. Pewnie niejedno się tu działo, ale już się nie wydarzy. Domek definitywny:

Sensacja, która od rana obiega prasę, radia i Internet: „Była dziewczyna Szyca jest w ciąży z bratem chłopaka Dody”.

Nie: Z okazji święta służby więziennej można wygrać dzień w zakładzie karnym. Są tacy, co wygrali więcej.
Tomasz Terlikowski obwieścił, że jest dumny z bycia królikiem. Panie Tomaszu, co oni na Panu testowali?

Pani poseł Krystyna Pawłowicz zamierza zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego sprzedawanie tabletki „dzień po” bez recepty. W Internecie dyskusja, czy tabletka ma działanie poronne wtedy gdy jest kupowana bez recepty, wtedy gdy jest kupowana na receptę, czy w obu tych przypadkach.

Przed snem odsłuchany „Sherlock Holmes i pusty dom” (czyta W. Zborowski):

Po raz kolejny. Jak Sherlock załatwił złoczyńcę pozorując siebie samego w odsłoniętym oknie w oświetlonym pokoju. A to służąca od czasu do czasu przestawiała manekin. „Elementarne, drogi Watsonie!” Ciekawe, ile jeszcze razy przed śmiercią wrócę do tej ramoty. Bo czymże jest nasze życie? Kilka razy oglądamy ulubiony film, słuchamy powieści i – już nas nie ma.

Viola d’amore concertos

Antonio Vivaldi „Viola d’amore concertos”.  Ach, ta skrzypcowa, wiolonczelowa ekwilibrystyka, te trele, te popisy. Orkiestra – jak zwykle u Vivaldiego gra w natchnieniu, w pospiechu, jakby przynaglana. Dzięki tej dynamice „Czterech pór roku” słucha się chętnie jeszcze w XX wieku. Jest w tym nerw rockowy. Poczucie, że coś się dzieje. Przynajmniej w uchu faceta, który – gdy słyszysz zbyt mało nut – mniema, że muzyk śpi. Ale to już genetyczne.:

21 Ungarische Tanze

Johannes Brahms „21 Ungarische Tanze”. Nic nie daje takiego kopa przed dniem przy klawiaturze, jak poranne odsłuchanie „Tańców węgierskich” Brahmsa. Pierwotnie napisane na dwa fortepiany, przearanżowane na orkiestrę. Węgierski, cygański (?) temperament, zwłaszcza w tym najbardziej znanym tańcu, nr 5. A u nas nawet jak słuchamy chopinowskich mazurków, to są one nieskończenie smutne. O polonezach nie wspominając. Nadawały się do telewizji, jak Jaruzelski wprowadził stan wojenny.:

Wieczór z nieznajomym

 

Kameralna sztuka na troje aktorów.
Edward Lubaszenko.
Zapytali go, jakie trunki woli: piwo, wino, wódeczkę. „- To nie jest pytanie do zawodowca”.
Tadeusz Huk
Teresa Budzisz-Krzyżanowska.
Nawiasem – kiedyś podpisała list protestacyjny przeciw takiej formie, krytyki, jaką dałem przy jakiejś okazji względem Andrzeja Wajdy. Moja krytyka polegała na zmontowaniu własnych wypowiedzi reżysera z różnych lat (bez manipulacji). A że życiorys sobie przeczy…
Czyta „Little Sister” Chandlera. Oczywiście w oryginale. To jednak Anglia.

„Cudze zmartwienia są nudne”.

Facet wraca z pracy pociągiem z pracy jak co dzień. Dosiada się do niego przypadkowy pasażer. Przynudza. Wkrótce zjawia się u niego w domu, by schronić się przed deszczem. Rzucane mimochodem uwagi powodują, że między małżonkami niebezpiecznie iskrzy. Wypływają zastarzałe pretensje. Przybysz umiejętnie komplementuje małżonkę. Ta go kokietuje. No, i tajemnica przybysza się powoli wyjaśnia. Mniej kryminału, więcej psychologii małżeńskiej.

Wieczór z nieznajomym, według Gilesa Coopera, reż.  Krzysztof Gradowski 1980

Good bye my love, good bye…

Zmarł Demis Roussos, bożyszcze demoludów z czasów, kiedy Sopot transmitowano od Kamczatki po Berlin. Parę lat temu w Kieleckiem zauważyłem informację, że jakaś lokalna firma robi tam coś w rodzaju wyjazdu integracyjnego dla pracowników. Atrakcja wieczoru: Demis Roussos.

Na Pomorzu szaber powiódł się i tym razem. Oto bezcenne dzieła sztuki, które (za bezcen) pozyskałem z lokalnego antykwariatu do swojego gabinetu. Trzeba się spieszyć na ścianach wolnych zostało już bardzo niewiele centymetrów kwadratowych.:

Moje strony rodzinne znów trafiły do ogólnopolskich mediów. Choć, szczerze mówiąc, nie widzę specjalnych powodów. Zaczęło się palić w Radymnie (10 km od Jarosławia). Co z tego, że kierowca samochodu strażackiego miał przeszło dwa promile, skoro następny kontrolowany strażak już tylko promil.
Poza tym po staremu. Nowy burmistrz mojego miasta nazwiskiem Paluch („Może pan ma brata, panie Paluch?”) zdobył władzę lansując się hasłem: „Oddłużę Jarosław!”. Po czym okazało się, że zalega ZUS-owi 20 tysięcy. No, ale przynajmniej człowiek coś wie o długach.

„Przewodnik Katolicki” poprosił o recenzję z „Hiszpanki”. Bo Wielkopolska, powstanie itd. Napisałem.:

Hiszpanka – poznańska i światowa

Ten film aż się prosił na ekran! Powstanie warszawskie (klęska plus otwarcie Warszawy radzieckim, którzy na ruinach mogli instalować, co chcieli) było filmowane dziesiątki razy. I końca temu nie widać.
Porządnie przeprowadzone, metodyczne i zwycięskie powstanie wielkopolskie jakoś filmowców nie nęciło. Do czasu! Bo mamy Hiszpankę w reżyserii Łukasza Barczyka. Wprawdzie powstanie robi tu ledwie za tło sensacyjnej fabułki, ale robi to z wdziękiem. Na szczęście!

Duch wielkopolski
Hiszpanka to nie filmowy Matejko. Nie urodził się po poznańsku masywny, po wielkopolsku dociążony obraz martyrologiczny. Z serii: jak to „najwyższym wysiłkiem, w nieludzkich warunkach i w walce z przeważającymi siłami wroga” wybiliśmy się na niepodległość. Wyszedłby zakalec, nuda i podręcznik! Zwłaszcza młodzież jest uczulona na takie „górne C”. Powstał film-bibelot, film-ważka, film-kaprys. Który jednak naszemu zrywowi niczego nie ujmuje.
Pełna treść artykułu w Przewodniku Katolickim 3/2015, na stronie dostępna od 04.02.2015

Ale to pierwszy krok. Chyba porzucę „media mętnego nurtu”. Następny tekst – dla „Naszego Dziennika”!

The Organ Concertos, op.7

George Frideric Handel „The Organ Concertos, op.7” (2CD). Organy: Simon Preston, dyrygent: Trevor Pinnock. Organy, ale odarte z kościelnej, przytłaczającej powagi. Czasem klawiatury dialogują z sobą np. imitując kukułkę i robią wokół tego zabawę. Najczęściej organy dialogują jednak z orkiestra smyczkową. To przydaje ich brzmieniu lekkości. Wrażenie ogólne: pogoda, ulotność, niefrasobliwość. I zaraz nasuwa się pytanie: gdzie sobie te muzykę wyobrazić? Bo organy to świątynia z jej atmosferą, a smyczki to sala koncertowa. A tu – przedziwne splątanie.:

Alla Venetiana

Paul O’Dette „Alla Venetiana”. Historyczna gitara solo. Solówki szybkie jak u rockmanów-rekordowców. W połowie XV wieku lutnia staje najbardziej popularnym instrumentem europejskim na najbliższe 150 lat. I tu zgromadzono dowody. Ówcześni kompozytorzy, którzy pisali na lutnię dla muzyków-amatorów. Szczególnie popularną w Wenecji, stąd nazwa stylu „alla Venetiana”. Ten styl dla takiego laika jak ja oznacza godzinę miłego pobrzękiwania w struny. Niedaleko od tego do współczesnego chilloutu. Ale czyż wtedy lutnia to nie był taki chill na użytek dożów?:

Wypłata do świtu

Pomorze jak Pomorze. Jeszcze ściele się przed nami zimowa droga:

Jeszcze okruch piękna – zwieńczenie fasady w Gryficach:

Ale już czas powiedzieć pa pa.:

Nareszcie doczytałem „Błyskawiczną wypłatę”, najnowszą powieść Ryszarda Ćwirleja.:

Wprawdzie liczy sobie 500 stron, ale to page turner, więc łyka się samo. Nawet się nie zdziwiłem, kiedy zerknąłem na zegarek i była czwarta rano. Jak zwykle u Ćwirleja poznańska milicja kryminalna we wczesnych latach 80. Akurat studiowałem wtedy w Poznaniu, więc doceniam precyzję detalu historycznego. Choć miałbym ochotę się przyczepić. Oto dyrektor ważnego poznańskiego oddziału PKO przychodzi rano do roboty: „Usiadł za biurkiem, rozłożył na blacie >>Gazetę Poznańską<< i już miał zacząć czytać artykuł wstępny…”. No nie, nikt przy zdrowych zmysłach w roku 1982 nie czytywał artykułów wstępnych, bo to było rytualne bla, bla, bla. Zwłaszcza w ogranie Komitetu Wojewódzkiego. Gazetę (zwłaszcza Poznańską) zaczynało się czytać od ostatniej strony.
Mamy skłonność patrzeć na tamte czasy jak na „ciemną noc stanu wojennego”, a tu jest całkiem odwrotnie. Ludzie narzekają (puste półki, kartki itd.), ale w sumie żyje im się w tym świecie jak u Pana Boga za piecem. PRL to ich ojczyzna, miejsce znane, oswojone i zapewne nie zamieniliby go na żadne inne, nawet za dopłatą. W powieści raz po raz pojawia się ktoś (cieć, sprzedawca), który godzinami patrzy na przeciwległą ścianę i jest mu z tym dobrze. A takich typów – każdy z rodowodem – pojawia się tu coś koło setki. Dla nich rok 1990, a z nim reforma Balceowicza, prywatyzacja itd. to musiała być apokalipsa.
Sporo aluzji, nawiązań. Do „Misia”: „Alkoholu nie pije nigdy w pracy, a po pracy tylko nieraz, jak na przykład na balu sylwestrowym i wcale nie jest prawdą, że się tam upił…”
Do „Rozmów kontrolowanych” – z tym „sednem tarczy”.
Do „Psów” – z: „- Zabiję ich wszystkich!”
Do „Czterech pancernych”, do „Czterdziestolatka” itd.
Drobiazgi. Milicjant wita się z sąsiadkami: „- Niech będzie dzień dobry szanownym sąsiadkom…”.
Zasada barmana oszukującego przy rozlewaniu alkoholu: „Małą łyżeczką, ale stale”.
„… śledztwo w sprawie handlu żywym towarem, czyli nielegalnej sprzedaży trzody chlewnej kradzionej z Państwowych Gospodarstw Rolnych…”
„… u mnie w mieszkaniu pusto jak po przejściu Armii Czerwonej”.
„- Karolek do domu! Zaraz tak wpierdol dostaniesz, że ci się odechce przeklinać!”
Monolog ciecia: „- O, pan władza znowu do nas w odwiedziny. A jużem myślał, że to jakieś łachudry wlazły tu, żeby jabola obalić. Gnam ja tych gnoi, ale i tak co się człowiek placami obróci, zaraz wlezą. A jak się nie upilnuje, to jeszcze naszczają skurwysyny”.
„- O ja cię pierdolę… Przepraszam, to nie do was. – Łe, nie ma o czym gadać, obywatelu poruczniku. Każdemu może się zdarzyć, jak jest na wkurwieniu…”.
Cinkciarze, którym ktoś odstrzelił szefa: „I dlatego teraz siedzieli tu jak uczniowie Chrystusa w wieczerniku – pełni niepokoju czekali na to, co może się wydarzyć”.
Naradę kończy sentencja: „- Dzisiaj, panowie, skończył się u nas komunizm”.
Wiekowa prostytutka narzeka na brak klientów, bo wszyscy oglądają Mundial: „- Wiara w domu woli siedzieć przed telewizorami, zamiast oddać się kulturze i rozrywce”.

Najciekawiej, jak często bywa – na Fronda.pl. Rankiem główna wiadomość to wypowiedź Maryli Rodowicz, iż w dzieciństwie chciała być zakonnicą. Tyle że nie z motywów religijnych. Po prostu podobały się jej te „długie, tajemnicze kostiumy”. Usłużni internauci natychmiast podpowiadają, że taki strój nazywa się habit. Podpowiedź może być na rzeczy, bo inny czytelnik pyta, czy Maryla nie jest czasem ciocią Mieczysława Fogga. Cóż, najważniejsze, że mamy kolejną dyskusję na tematy religijne.
Kawałek dalej portal zachęca do bojkotu rosyjskich towarów. Trudno je rozpoznać, bo w rękach rosyjskich pozostają polskie marki, jako to: Soplica, Żubrówka, Bols, Absolwent… Jakoś trudno mi sobie wyobrazić ten bojkot.

The Sweetest Illusion

Basia „The Sweetest Illusion” (1994). Tym razem ładne melodie, wypoczynkowe. Mniej zwrotów w kierunku folku różnych narodów, co bywało. Choć piosenkę „Yearning” kończy subtelnie podśpiewując „Szła dzieweczka do laseczka”. I jeszcze polskie frazy w „An Olive Tree”. Basia najczęściej śpiewa w duecie z sobą samą, a właściwie w duecie z sobą tworzącą chórek towarzyszący. Ale – jako, że piosenki monotonne – wkrada się znużenie.:

Wonderful World

Eva Cassidy, “Wonderful World” (2004). Songi z repertuaru amerykańskiego. Śpiewane z gitarą i nienachalnym podkładem. Głos Evy jak zwykle przeszywający, fenomenalny. Nie do pomylenia z żadnym innym. Nawet jak śpiewa coś tak zbanalizowanego jak „Wonderful World” Armstronga. W sieci płyta bywa umieszczana w kategorii „easy listening”. No, nie calkiem to „easy”.: