Miesięczne archiwum: Październik 2014

Las trzebavas

Dorota ma kaprys – zawieź mnie tam, gdzie codziennie łazisz. Jedziemy – tylko do miejsc, gdzie jeszcze nie siadają resory. „- Łe, tylko las i pola… Co ty w tym widzisz? – Nic. Tylko las i pola. – A co słyszysz? – Choćby powieść Bernarda Miniera. Z MP3. – A co? To tej MP3 nie masz w domu?”
Tłumaczyć, że w domu mam wprawdzie MP3, ale nie mam pól i lasów, przekracza mnie.

Red. Andrzej Niczyperowicz (Głos Wielkopolski) sumuje podstawowe pytania pojawiające się w polskich pieśniach narodowych:
Kiedy ranne wstają zorze?
Co nam obca przemoc wzięła?
Hej, kto Polak?
Góralu, czy ci nie żal?

I przypomina dowcip, który liczy sobie od 33. do 34. lat:
Małżeństwo świętuje piątą rocznicę ślubu.
– Muszę ci kochanie coś wyznać – mówi mąż – jestem daltonistą.
– I ja chciałabym coś wyznać – mówi żona – nie jestem z Rzeszowa, jestem z Mozambiku…

Fronda.pl, od której uzależniam się coraz bardziej, podaje formularze dla ewentualnych klientów MAKRO, oburzonych lansowaniem tam gadżetów związanych z halloween. Komentujący posuwają się dalej. Proponują objąć bojkotem także rolników uprawiających dynie. I za to ich (redaktorów Frondy) kocham.

Dla równowagi: kampania w sprawie Niesiołowskiego, który nazwał prawicowych dziennikarzy „śmieciami”. Podrzuciłbym mu jeszcze z tuzin podobnych określeń. Skąd je znam? Ano stąd, że ćwierć wieku temu Stefan Niesiołowski obrzucał nimi dziennikarzy lewicowych i liberalnych. Był wtedy prominentnym działaczem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jedno co wydaje mi się w jego poglądach politycznych stałe, to nazywanie przeciwników „śmieciami”.

O książce w radiu Emaus. Rozmawia ze mną przemiły redaktor, młodszy ode mnie o pokolenie, o imieniu Sławek. Na koniec prosi, bym mu wpisał dedykację. Kuszony przez demona piszę coś w rodzaju: Dla Sławka Borewicza… –  i żeby to sobie sprawdził na portalach o kinie. Pewnie nie będzie mu się chciało…

Na Rynku dla TV publicznej i radia RMF o kulturze w Poznaniu. Bla, bla, bla… Miałem na koniec powiedzieć: Przepraszam, bo my tu gadu-gadu, a osiołki kopulują…,  ale zapomniałem.
Kolega redaktor z RMF mówi, że kiedy zaczepi kogoś na ulicy prosząc o skomentowanie wyniku meczu reprezentacji albo o dwa słowa o pogodzie, słyszy coraz częściej: Przepraszam, ale nie udzielam wywiadów.

Niewłaściwy człowiek / The Wrong Man

 

„Proces” Kafki w wersji pop.

Henry Fonda – kontrabasista w orkiestrze dancingowej.
Zostaje wzięty za bandytę napadającego na sklep, bo jest do niego ogromnie podobny. Ostre przesłuchanie na posterunku. Zwolna staje się podejrzanym. Mimo iż miała to być „czysta formalność”. Jak w filmie z Polańskim. Podobny – jak włamywacza – charakter pisma (drukowanego). Pisząc robi ten sam błąd.
Aresztowany, „proszę oddać krawat”, degradacja. Zwykła, bezduszna procedura policyjna staje się dla człowieka niewinnego nie do zniesienia. Ciągnie się to i ciągnie.

Udowodnienie własnej niewinności jest o wiele trudniejsze niż udowodnienie winy na podstawie poszlak. Świadkowie się wyprowadzili, nikt niczego nie pamięta.
Żona popada w obłęd o charakterze paranoi.
On na sali sądowej ukradkiem odmawia różaniec. Ostatnia instancja.
Zwraca uwagę na fakt, że nikt nie słucha uważnie świadków. Każdy myślami jest gdzie indziej, gada, bazgrze coś. Może zostać skazany przez błąd, rutynę, przypadek i nieuwagę.

Niewłaściwy człowiek / The Wrong Man, reż. Alfred Hitchcock, 1956 filmweb

Cukierek albo psikus

Na zajęciach pytam z głupia frant, co to jest horyzont. Do czegoś mi to akurat potrzebne. Jedna pani deklaruje, że wie, ale zaraz się wycofuje. Inna jest pewna, że widziała kiedyś horyzont nad morzem. Pytam, w którym miejscu. Okazuje się, że w różnych: w Łebie, w Kołobrzegu… Inni w ogóle nie mają zdania. Najwidoczniej nie widzieli. Proszę więc: gdyby ktoś do przyszłego tygodnia zobaczył horyzont (obojętnie gdzie), będzie łaskaw mnie powiadomić. Też chętnie pójdę sobie popatrzeć. Zwłaszcza, jeżeli będzie za darmo.

Telewizja. Z „Rozmów w toku”: „Niestety, mężczyźni, którzy są bliscy jej ideału, nie są nią zainteresowani”.

Czytam, że Gazeta Polska zamierza dołączyć do kolejnego numeru reprodukcję obrazu „Hołd ruski” przedstawiającego bojarów składających na Kremlu hołd polskim panom:

Uważam, że to przypomnienie tryumfu sprzed 400. laty jest jak najbardziej na miejscu. I nie wolno dawać podszeptu tym gasicielom uczuć patriotycznych, którzy pytają: zdobyliśmy Kreml przed 400. laty i co z tego?
Należy im spokojnie, bez emocji tłumaczyć „co z tego”. Otóż dzięki temu zwycięstwu niebawem dokonaliśmy (wespół z Niemcami i Austrią) rozbioru Rosji na 123 lata. Następnie pokonaliśmy Niemcy i Rosję podczas II wojny. A wreszcie w czasach tzw. PRL-u Rosja znalazła się w orbicie naszych wpływów i stała się dla nas państwem półkolonialnym. Do tego właśnie potrzebne było nam zwycięstwo przed 400 laty!
Porównać je można tylko z sukcesem w bitwie pod Grunwaldem. Tam najpierw pokonaliśmy niemiecki zakon Krzyżaków, potem na 123 lata dokonaliśmy rozbioru Niemiec…

Wkrótce do naszych drzwi zastukają dzieci z podświetloną dynią i poproszą o łakocie. Fronda.pl radzi, jak się zachować: „Patrząc w oczy takiego dziecka warto zapytać go o jego wiarę: czy chodzi do kościoła, czy przyjmuje Komunię św., kiedy ostatni raz był u spowiedzi. W zależności od odpowiedzi i zachowań można kontynuować z pytaniami natury duchowej: czy dziecko wie, co to jest opętanie; czy widział kiedyś, jak zachowuje się człowiek opętany; czy chciałby mieć co nocy koszmary i skończyć w domu wariatów”. To bardzo słuszne podejście! Gdyby te biedne dzieci wiedziały, ilu ich rówieśników skończyło w domach wariatów tylko dlatego, że poprosiły jakiegoś gorliwego katolika o łakocie…

W lokalnej telewizji WTK o tej mojej nieszczęsnej książce i o polskim filmie. Temat – jak ogród o rozwidlających się ścieżkach. Film to dzieło zbiorowe, a wiec tłum postaci. Każda ciągnie za sobą jakąś legendę. Każda po tym występie, jaki oglądamy czegoś widowiskowego dokona, a może wpadnie pod pociąg, a może nie wyrobi zakrętu na łysych oponach, a może rzuci aktorstwo, a może rzuci się z okna. Te wszystkie rzeczy zdarzyły się głównym postaciom najbardziej znanej polskiej sceny filmowej, tej z knajpy w „Popiele i diamencie”.

Sławomir Kulpowicz „World Symphony”. Pianista od lat 70. błąkał się po świecie nasłuchując muzyki z rozmaitych zakątków. I zacierał granice między klasyczną kompozycją, improwizacją jazzową, muzyką etno. Ta płyta wyraźnie o tym zaświadcza. Startuje od smyczków, a potem już są odgłosy. W słuchającym rodzi się pytanie o granice muzyki. Bo my tu sobie słuchamy pohukiwań, a w uszach wydającego je z siebie czarnoskórego ze środka Afryki to najpiękniejsza symfonia. Mahler i Beethoven w jednym. Tak więc to, co nas zachwyca, to głównie tradycja, konwencja, przyzwyczajenie. W dżungli roztkliwialiby się nad jakimś umba-umba:

Jarek Śmietana Quintet „Live at Jazz Jamboree”. Gra z nimi amerykański trębacz Eddie Henderson. Skład szeroki, muzyka zamaszysta, bogata, pełna. Śmietana nie narzuca się ze swoimi popisami gitarowymi. Publiczność reaguje umiarkowanie: słychać, że to jednak pewna powaga Sali Kongresowej. Spokój, pewność, że się potrafi: na jednakowym poziomie w studiu i na żywo:

Józef Skrzek „Ojciec chrzestny Dominika”. W latach 80. słuchałem tego w nieskończoność. Długie suity z mnóstwem nakładek, demonstrujących możliwości sprzętu i wyobraźnię dźwiękową artysty. Z czasem przestało to już tak mocno kokietować. Dzisiaj najlepiej brzmią te śląskie aluzje, te piosenki z dziecinnego pokoju, wplecione w te posuwiste suity. A instrumentami dzisiaj się już nikt nie popisuje:

Gang Olsena / Olsen-Banden

 

O kolejnych rządach po ’89 roku mawiano u nas: napadli na nas gangsterzy, ale pocieszamy się – to gang Olsena.

Wszystko tu jest przysłowiowe. Świetny plan i pechowe wykonanie. Oni farsowi, policja też. Sprawa kradzieży drogocennej statuetki Lorelei z wystawy. Widz za każdym razem jest ciekawy, na czym polega pomysł kradzieży, bo to układanka z wyjątkowo zaskakujących elementów.

„Klawo jak cholera”.
„Nigdy nic nikomu nie pożyczam. Dlatego mam tylu przyjaciół”.

Spora część historii to pościgi i ucieczki. Ten, kto bezładnie ucieka, zawsze bywa śmieszny.

Gang Olsena / Olsen-Banden,  reż. Erik Balling, 1968 filmweb

Sunrise, sunset…

Dnia zaczyna brakować na tradycyjne obchody. No, bo kiedy parkowałem samochód pod lasem:

A już po chwili:

Po dłuższej chwili:

Po jeszcze dłuższej chwili, w znanej alejce:

I kiedy wreszcie, kiedy wracałem do samochodu:

Dziś św. Judy Tadeusza. Z ogromnym zaciekawieniem czytam, wstawiennictwo jakich to 12. świętych dziennik „Fakt” poleca swoim czytelnikom. Wiadomo, że „Fakt” jest w sprawach świętych niekwestionowanym ekspertem. Poza tym „Fakt” zapowiada 12., ale publikuje 14. Pewnie dwóch – jak to jest przyjęte – w promocji.
I tak: św. Józef jest najskuteczniejszy w kwestii poszukiwania pracy.
Św. Kajetan (nie wiem, kto zacz) najskuteczniej pomaga wyjść z biedy.
Św. Jadwiga Trzebnicka jest najskuteczniejsza w kwestii otrzymania podwyżki. Pielgrzymowaliśmy z Dorotą niedawno do jej sanktuarium w Trzebnicy, ale nie okazaliśmy się godni.
Św. Dominik (ale – jak rozumiem nie założyciel dominikanów, lecz młodzieniaszek A Savio) pomaga nabyć większej pokory. Koniecznie musze go polecić Dorocie. Podobnie jak św. Stanisława, który „pomaga stać się mądrzejszym”. Choć nie jestem pewien, czy jego wstawiennictwo wystarczy…
Św. Antoni pomaga znaleźć – wiadomo. Ale „Fakt” dodaje, że ów święty pomaga też znaleźć  odpowiednią „drugą połówkę”. Dla mnie za późno. Chyba, że chodzi o sytuację, gdybym na przykład niósł ze sklepu dwie połówki i jedną zgubił…
Św. Peregryn (nie znam człowieka) pomaga chorym na raka. Do niego to się wszyscy będziemy modlić wcześniej czy później.
Biorąc jednak pod uwagę całokształt moich spraw, sądzę, że jednak najpilniej powinienem modlić się do św. Judy Tadeusza. W ikonografii przedstawiają go z konterfektem Jezusa, bo podobno był jego krewnym. Ma więc najlepsze dojścia – po linii rodzinnej. I dlatego jest patronem ludzi, którzy znaleźli się w sytuacji beznadziejnej. Święty Judo…

W naszym kraju ciągle jest problem z ustawieniem barierek i rozciągnięciem paskowanej taśmy. Na przykład w wypadku protestów widzów w kwestii obłożenia TV Trwam karą pieniężną przez Krajową Radę. Rada robi swoje, a przeciwnicy protestują (za taśmą, albo i nie) – i wszystko w porządku. A tu histeria, że ktoś w ogóle protestuje. Niech protestuje do oporu, ma prawo. Dopóki nie rzuca kamieniami w okna. Ja bym im jeszcze przyniósł herbaty w termosie.
A Internet może się wyzłośliwiać przeciw decyzji Rady, jak i przeciw pikietującym. I też – co z tego? Najwyżej obie strony jeszcze raz przedstawią swoje racje. Będzie weselej. A nawet już jest. O pikiecie internauci piszą: „Gdyby to się odbyło koło cmentarza, to większości nie opłacałoby się wracać do domu”; „A poznańskie osiołki kopulują…” itd.

Na Uniwersytecie Warszawskim konferencja „Porne graphos. Pornografia w perspektywie nauk społecznych i humanistycznych”. Fronda.pl: „Trudno nie odnieść wrażenia, że jej celem jest po prostu promocja pornografii”. Pełna zgoda. Tylko Fronda jak zwykle zatrzymuje się w pół kroku. Należy generalnie zakwestionować konferencje na temat patologii i zjawisk negatywnych. Nie – dla konferencji o alkoholizmie, bo szerzą alkoholizm; nie – dla konferencji o bezrobociu, bo promują bezrobocie itd.

Kathleen Battle & Wynton Marsalis „Baroque Duet” (1992). Słuchałem tego już tyle razy… Ta pani wyprawia z głosem cuda. Ma się wrażenie, że czasem kpi sobie z tych arii, że bawi się, przedrzeźnia ten barok. Że traktuje go jako pretekst do całkiem współczesnej, jazzowej zabawy wokalnej. Za to Marsalis gra grzecznie. Czysta, jasna trąbka, wszystko jak stoi w nutach. Aż dziw, że to on:

Michał Urbaniak „Atma” (1974). Trochę mylący tytuł, bo podprowadza pod Szymanowskiego, ale więcej ma wspólnego z kapelą góralską niż z „Harnasiami”. Tym Państwo Urbaniakowie zamierzali zanęcić producentów amerykańskich. Więc do góralszczyzny dodali jeszcze nieco rytmów latynoskich i eksperymentów Urszuli z głosem naturalnym i przetworzonym. Trzeba przyznać – postarali się:

W żółtych płomieniach liści

Rankiem słońce nisko zawieszone daje po oczach, co budzi mocniej niż kawa:

Z liści wydobywa te słynne „żółte płomienie”:

A ja skaczę między kałużami. Myślałby kto – Kałużyński!:

Potencjalna żona do rolnika z kultowego programu telewizyjnego: „- Na pewno idzie się w tobie zakochać.”

Wczoraj pisałem tu o kradzieży roweru w Jarosławiu. To wszystko pomyłka i to z mojej winy! Bo ja, idiota, nieuważnie przeczytałem tytuł notatki. A brzmi on: „Tuż po okradzeniu piwnicy nagrał go osiedlowy monitoring”. Więc to „monitoring” ukradł, a potem nagrał faceta na rowerze. Szanownego pana w czerwonych rękawiczkach z serca przepraszam. Nic mnie nie usprawiedliwia.

W poznańskim Radiu Merkury odpowiadam na pytanie o kompulsywne natręctwa w filmie. Najwięcej o Miauczyńskim, bohaterze kilku filmów Koterskiego. Miauczyński pielęgnuje małe paranoje, żeby nie ulec tej największej. I tymi paranojami odgradzają się od innych. Bo co inni gorsi od trądu. Mówię coś koło tego: „Bliźni dookoła modlą się o jedno – żeby Pan Bóg spuścił wszystko złe na sąsiada: >>Żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara, żeby mu spalili sklep, żeby dostał cegłą w łeb, żeby miał aidsa i raka, oto modlitwa Polaka<<. W tej sytuacji wykonawszy dowolną czynność w siedmiu częściach Adaś na przemian klnie i wzywa imienia Pana Boga. Nigdy nie wiadomo, co bardziej pomoże”.

Tomasz Stańko z zespołem „Balladyna”. Muzyka niedograna, zaczątkowa. Wrażenie, że słucha się przymiarki. Łomoty, popiskiwania, szelesty, szmery.  Jak się jakiś instrument wyrwie z solówką, to zaraz zacicha. Jak by wszystko miało się dopiero stać, wydarzyć. Słuchałem tego przez słuchawki siedząc niedaleko barku w kawiarni. Stukały opłukiwane filiżanki, szumiał ekspres do kawy, w tle gwar rozmów. Pogłem podkręcić głos, a zrezygnowałem. To murmurando zrobiło się tylko bogatsze.
To któraś z kolei płyta Stańki z zespołem na przestrzeni ostatnich lat. Za każdym razem zadaję sobie pytanie: jak oni te płyty rozróżniają?

Jazz Ptaszyna ma w sobie coś z elegancji. Na początku on sam podaje temat, najczęściej dość prosty. Ma się wrażenie, że za chwilę zabrzmi kolejna piosenka Alibabek, dla których pisał. Potem grzeczne solówki i finalna repryza. Wiele w tym stylu i równowagi. Ta muzyka nie atakuje, nawet zbytnio nie absorbuje. Ona uprzyjemnia. Ptaszyn Wróblewski Quartet „Real Jazz”:

Włoska robota / The Italian Job

 

Marc Wahlberg, Charlize Theron i Jason Statham, naturalnie.
Donald Sutherland posiwiały i Edward Norton, którego czas się nie ima.

Heist movie – film o napadzie. Jak napad trwa 20 minut, to wiadomo, że  nie o niego w filmie chodzi. Więc: napad w napadzie.
Gwarancja sukcesu: detaliczne planowanie plus zwariowane pomysły.
Reszta to szachy – zwycięży ten, kto przewidzi więcej ruchów przeciwnika.
Oczywiście, policja jest tu całkiem nieobecna.

„- Ufaj człowiekowi, ale nie diabłu, który w nim tkwi”.
„- Z zasady nie zadzieram z naturą, teściową, ani z Ukraińcami”.
„- If I’m in, I’m in”.

Po udanym rabunku złota lecą Pink Floyd: „Money – it’s gas…”

Wahlberg bardzo się stara, żeby widz go polubił. Za bardzo. Inni podobnie – twardzi i nieustępliwi w robocie. Po godzinach – sentymentalne dzieciaki.

Jak często, przeciętne ujęcie trwa trzy-pięć sekund. To mówi wiele o adresatach.

W napisach końcowych uwzględniona jest „Hairdresser of Mr. Wahlberg”.

Włoska robota / The Italian Job, reż. F. Gary Gray, 2003 filmweb

Bicycle rice

Jesień w lasach w normie:

Kałuże: dolne strefy stanów średnich. W Szreniawie ubyło trzy:

Wszyscy rzucili się na dziennikarkę Ewę Stankiewicz, która spekuluje, że śmierć rodziny dziennikarskiej w wybuchu gazu w Katowicach to mógł być efekt działania rosyjskich służb specjalnych. Chciały w ten sposób postraszyć i zmobilizować innych prorosyjskich „agentów wpływu” do jeszcze wydajniejszej pracy nad lansowaniem polityki Putina. I zaczęło się to, co mnie zawsze denerwuje – „przemawianie do rozumu”. Że to pomysł księżycowy, naciągany, że co ma rosyjski wywiad do jakiegoś dziennikarza ze Śląska itd. Autorzy internetowych postów idą, jak zwykle, na skróty i mnożą wobec dziennikarki epitety, których nie ma sensu powtarzać, bo i tak wszyscy się ich domyślają.
Moim zdaniem – nie tędy droga! Nie wolno odwodzić podobnych osób i instytucji od ich stylu myślenia. Także wówczas, gdy się z nimi nie zgadzamy. Wręcz przeciwnie! Należy ich utwierdzać i umacniać w przekonaniu, że racja jest po ich stronie. A tylko ludzie ogłupieni, w głupocie zatwardziali, zawistni, zazdrośni itd. nie chcą przyjąć do wiadomości ich przesłania. Dlaczego tak? Bo oni są solą naszego życia. Bez nich codzienna, medialna pożywka miałaby konsystencję papki i smak kartonu.
No, bo załóżmy, że np. ks. Rydzyk pewnego dnia przejąłby się krytyką medialną i upodobniłby swoje radio do – powiedzmy – czegoś na kształt Jedynki, Trójki czy Dwójki. Zresztą obojętnie czego. I co? Z grona tych kilku milionów ludzi, którzy myślą jak on, nie ubyłoby ani jednego. Oni tacy są i tak myślą: czy mają swoje radio, czy nie. A taki facet jak ja straciłby w życiu mnóstwo frajdy, jaką nieustannie daje mi słuchanie tej stacji. Są w eterze dziesiątki innych, ale żadne radio nie jest w stanie zastąpić tego jednego, jedynego.
„- Leonie, zmiany nie są dobre” – pada w jednym z moich ulubionych filmów pod adresem pewnego Zawodowca. Otóż to!

Dziś w galerii Malta Dorota na całkiem pobieżne zakupy poświęciła 2,5 godziny (ja sobie czytam książkę w kawiarni). Kiedy szliśmy już do samochodu dojrzała jednak tę jedną, jedyną bluzkę, o której śniła w bezsenne noce. Są sobie przeznaczone. Podobna okazja już się nie powtórzy! Więc jeszcze tylko do tego jednego sklepu!!!
Wystarczyło jej jednak tylko jedno spojrzenie w moim kierunku i natychmiast wycofała się z tego zamiaru.

W Poznaniu, na Jeżycach, zapaliło się mieszkanie na parterze kamienicy. Zaprószenie ognia. Wyglądało groźnie, ale nikt nie ucierpiał. Na witrynie „Głosu Wielkopolskiego” anonimowy komentator skwitował to wierszem. Utwór odnosi się raczej do wypadku w Katowicach, ale jego przesłanie wydaje się bardziej uniwersalne:

To nie gaz Was zabił, to Polska zrobiła
Gdy sąsiadów z eksmisją na bruk zaprowadziła
Kiedy pracy, ni nadziei nie dała desperatom
Oni w niebo ulecieli i Was skazali na to

To ojczyzna, zarządzana przez marnych amatorów
Którzy trwają przy korycie bez sensu, dla pozoru
Odebrała nam ojczyzna i złamała serce
Tego bólu, wiem to dobrze, będzie teraz więcej….

Można to samo napisać prozą, ale jak się zrymuje, to rzecz nabiera dostojeństwa. Proza?! Żadnego porównania!

W moim rodzimym mieście bezprawia dzień jak co dzień. Przestępstwa są coraz bardziej wyrafinowane. Oto pewien złodziej w piwnicy bloku na os. Armii Krajowej wyszarpnął skobel i ukradł rower. Po czym wsiadł na niego i odjechał. Główną ulicą. Rozumował słusznie. Jak ktoś jedzie na rowerze, to zachodzi domniemanie, że jedzie na swoim. I tę jego brawurową jazdę zdjęła osiedlowa kamera. Bo, żeby pomyśleć o monitoringu, o którym zawiadamiają liczne ogłoszenia, taki sprytny to on jednak nie był:

Gdyby Państwo go zauważyli (te czerwone rękawiczki!), jak jedzie na swoim świeżym nabytku ulicą waszego miasta, podaję numer komendy w Jarosławiu: 16 624 03 22. Ostrzegam: jedzie (jak widać) tak pewnie, że teraz to już może być wszędzie!

„Anything Goes! The David Brubeck Quartet Plays Cole Porter”. Weteran jazzu działa pedagogicznie. Jakby grał i mówił: zobaczcie, jakie to fajne, jak przyjemnie zrobione, jak miło do tego złożyć dłonie na fortepianie. I jak przy tym można się bawić. Tak podaje np. „Love For Sale”. Jazz często ceni się za pasję. Brubecka należałoby cenić raczej za spokój.
Nie udało mi się ustalić związku tych pięknych nóg z jazzem. Przypomniał mi się tylko Tuwim: „Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą…”
Wikipedia: „Brubeck zmarł na zawał serca w drodze do swojego kardiologa”. Każdy z nas kiedyś nie zdąży do jakiegoś kardiologa…:

Ten biedny, zapomniany Bernard…

Plus trzy, wiatr, ponuro i Trzebaw. Taki, zda się, zwyczajny. Zieleni się rzepa…:

Kałuże na drodze co dzień większe:

Ale już w miejscu, gdzie przyjezdne panienki z Bułgarii pertraktowały na poboczu, element funeralny, który podprowadza przechodnia pod Halloween. Gdybym tylko miał przy sobie lampion, zaraz bym zapalił. W hołdzie dla nieznanego (i niedoszłego zapewne) klienta:

A jeszcze dalej – ekspozycja ogrodowa. A w niej cały świat. No, bo porównajmy. Tak wygląda Londyn:

A tak Trzebaw:

Tak prezentował się do 11.09. Nowy Jork:

A tak Trzebaw:

Tak pyszni się Taj Mahal, a tak odpowiada mu Trzebaw:

Niewiele dalej, w Poznaniu, dzień jak co dzień. Witryna „Głosu Wielkopolskiego”: „Galeria Dębiec została otwarta! >>Pierwsze otwarcie drzwi<< zaplanowano w sobotę o godzinie 11. Mimo to pierwsi klienci pojawili się pod nową galerią… po godzinie 7. Nie obyło się bez przekleństw i wyzwisk”.

W pewnych sprawach pozostaję nieodwołalnie spóźniony. Bo na Fronda.pl czytam modlitwę o  „szczęśliwy wybór i łaskę dobrej, wiernej, roztropnej i świętej żony”. Niestety nie poznałem tej modlitwy na czas. A zawiera ona np. takie wezwanie: „Uproś jej mądrość życia, szerokość serca, pobożność, aby promieniowała dobrocią” itd. A ja, niestety, nie modliłem się na czas. Wracam do domu i kto mi otwiera drzwi? Dorota!

Ferdek Kiepski:
– Panie prezesie, jak sie patrze na te Polske…
Prezes Kozłowski:
– Co z tą Polską?

Gazeta Wyborcza piórem Tomasza Piątka oburza się, że pani doktor Wanda Połtawska arogancko potraktowała dziennikarkę „Niedzieli”, która robiła z nią wywiad:
– Jak Pani Doktor odebrała kanonizację Jana Pawła II?
– To, jak pani zadaje pytanie, jest stałym sposobem działania dziennikarzy. Dziesiątki z nich zadawały i zadają mi takie samo bezsensowne pytanie. „Jak pani odebrała kanonizację?”. Co to w ogóle znaczy „odebrać kanonizację?”. Nie wiem.

Czytałem ten wywiad przed lekturą Gazety Wyborczej i uczucia miałem mieszane. Bo, moim zdaniem, doktor Połtawska ma rację i jej nie ma. Ma rację, bo pytanie dziennikarki jest tak sztampowe, że aż idiotyczne. Przypomina mi anegdotę, którą przytaczał Jerzy Gruza. Dziennikarz pyta pewnego PRL-owskiego ministra, czy wymiana handlowa z ZSRR jest dla nas korzystna. Minister nie odpowiedział od razu, długo się namyślał, a wreszcie mówi: „- Tak. Zdecydowanie tak!” W tym stylu powinna odpowiedzieć pani doktor.
Ale też  nie ma ona racji, gdy krytykuje pytania jakiejś Bogu ducha winnej pojedynczej dziennikarki, zamiast zwrócić się do mediów katolickich i duchowieństwa in corpore z apelem: Ludzie, przestańcie pieprzyć! Czyli ględzić bezmyślnymi kalkami. A te dotyczą np. „podziękowania za kanonizację Jana Pawła II”.
Pytam: komu i za co konkretnie dziękować? I nie rozwijam tego tematu, bo bym zanudził. A jest czym.
Tylko przykład. Latem byliśmy z Dorotą w opactwie benedyktyńskim w wielkopolskim Lubiniu. Od razu dodam, że nie pojechaliśmy tam ze względu na opactwo, lecz na muzeum Tercetu Egzotycznego. Dla nas to jednak większa atrakcja, co wiele o nas mówi. Jednak w miejscowym kościele natknęliśmy się na sarkofag sługi bożego Bernarda z Wąbrzeźna:

Zmarł w opinii świętości w roku 1603 i od tego mniej więcej czasu toczy się jego proces beatyfikacyjny. W kościele ulotki, które upraszają zarówno o modlitwę w intencji beatyfikacji jak i o datki na ten cel. Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego biedaka nie chcą ogłosić błogosławionym od tego czasu? Czyżby po – powiedzmy – 300. latach wypłynęło na jego temat coś kompromitującego? I co to znaczy – modlić się w tej sprawie? O świecenie? Kogo? Po co te datki? Na przejrzenie kościelnego IPN-u? Za 400 lat wstecz? W czasach, kiedy słowo pisane obejmowało 100 stron na rok za całą okolicę, a zachowało się 20?
Czy i tu nie należałoby ponowić apel: Ludzie, przestańcie pieprzyć! Powiedzcie, o co chodzi!
Oczywiście, ja tylko udaję, że jestem taki głupi i nie wiem, o co chodzi. Proszę mi wierzyć – ja tylko udaję.

Ojciec i syn, Henryk i Robert Majewscy „Continuation” (1987). Ten sposób gry, to brzmienie kojarzy mi się z czymś ogromnie odległym. To autosugestia. Na tej zasadzie piosenki rockandrollowe z lat 60. wydają się strasznie stare, bo od dawna nikt tak już nie gra. W tym sensie przedwojenne tanga to byłby już całkowity Biskupin. Henryk Majewski to weteran rodzimego  jazzu, jeszcze z czasów katakumbowych.
Jazzowe combo gra w żywym rytmie, improwizacje następują planowo i rotacyjnie. Trąbka (raz jeden Majewski, raz drugi) przypomina jazzowe ilustracje do filmów z lat 60. Ten klimacik, który z oddalenia czasowego wydaje się zamglony i nostalgiczny:

Jan Garbarek „Officium Novum” (2010). W 15 lat po pierwszym „Offcium”, gdzie towarzyszyły mu pieśni, motety i śpiewy liturgiczne doby renesansu.
Ten jego świdrujący do trzewi saksofon sopranowy! Pogłos jak w katedrze. Jak gra bardziej słodko, przypomina Kenny’ego G.
W tle markowane chóry śpiewające ni to nieszpory, ni to utwory gregoriańskie. Czasem zacichające, czasem oddalające się murmurando. Niekiedy odzywają się cerkiewne „Gospodi, pamiłuj!”. Ale też są kompozycje Avo Parta na przykład.
Jakieś omówienie internetowe diagnozuje: „a sense of distant mystery and a profound, powerful melancholy”. Zgadza się co do joty. Zwłaszcza ta “potężna melancholia”:

Deszczowa piosenka / Singin’ In The Rain

 

Gene Kelly (już nieco wiekowy, te zakola…), Debbie Reynolds

Czasy prób z filmem dźwiękowym. „- To się nie przyjmie. – O samochodach też tak mówili.”
Satyra na Hollywood. Choć i tak pogodna. U nas też by się taka przydała.

Sprawozdawczyni radiowa o gwieździe i jej mężu: “- Pobrali się dwa miesiące temu, a wciąż są szczęśliwi jak nowożeńcy…”

Gwiazdor opowiada, jak to zawsze w życiu kierował się „poczuciem godności”, co ilustruja sceny, pokazujące, jakim to był żałosnym wycirusem.

Producenci ukrywają przed publicznością, że gwiazda nie dość, że idiotka, to jeszcze ma nieprzyjemny, piskliwy głos i mówi za nią dublerka. Nie pozwalają jej mówić publicznie. Ona się buntuje: „- Jestem głupia, czy co? Co jest nie tak z moim głosem?”

„- Kręcicie nowy film? – Po co? Puśćcie stary i zmieńcie tytuł”.
Ewolucja taneczne imponują do dziś. Który aktor by tak dziś potrafił?
Scena miłosna w niemym filmie. On, całując jej dłoń: „- Ty żmijo…”
Sekwencja z mikrofonem instalowanym w rozmaitych miejscach – oparte na autentycznych przygodach z wczesnym dźwiękiem. Do dziś widzom umyka kwestia postsynchronów.

Słynna sekwencja tańca Geene’a Kelly’ego w deszczu na ulicy. Od słów: „- Dziś w Kalifornii pada mocniej niż zwykle”.

Deszczowa piosenka / Singin’ In The Rain, reż. Gene Kelly & Stanley Donnen, 1952 filmweb