Miesięczne archiwum: październik 2014

Las trzebavas

Dorota ma kaprys – zawieź mnie tam, gdzie codziennie łazisz. Jedziemy – tylko do miejsc, gdzie jeszcze nie siadają resory. „- Łe, tylko las i pola… Co ty w tym widzisz? – Nic. Tylko las i pola. – A co słyszysz? – Choćby powieść Bernarda Miniera. Z MP3. – A co? To tej MP3 nie masz w domu?”
Tłumaczyć, że w domu mam wprawdzie MP3, ale nie mam pól i lasów, przekracza mnie.

Red. Andrzej Niczyperowicz (Głos Wielkopolski) sumuje podstawowe pytania pojawiające się w polskich pieśniach narodowych:
Kiedy ranne wstają zorze?
Co nam obca przemoc wzięła?
Hej, kto Polak?
Góralu, czy ci nie żal?

I przypomina dowcip, który liczy sobie od 33. do 34. lat:
Małżeństwo świętuje piątą rocznicę ślubu.
– Muszę ci kochanie coś wyznać – mówi mąż – jestem daltonistą.
– I ja chciałabym coś wyznać – mówi żona – nie jestem z Rzeszowa, jestem z Mozambiku…

Fronda.pl, od której uzależniam się coraz bardziej, podaje formularze dla ewentualnych klientów MAKRO, oburzonych lansowaniem tam gadżetów związanych z halloween. Komentujący posuwają się dalej. Proponują objąć bojkotem także rolników uprawiających dynie. I za to ich (redaktorów Frondy) kocham.

Dla równowagi: kampania w sprawie Niesiołowskiego, który nazwał prawicowych dziennikarzy „śmieciami”. Podrzuciłbym mu jeszcze z tuzin podobnych określeń. Skąd je znam? Ano stąd, że ćwierć wieku temu Stefan Niesiołowski obrzucał nimi dziennikarzy lewicowych i liberalnych. Był wtedy prominentnym działaczem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jedno co wydaje mi się w jego poglądach politycznych stałe, to nazywanie przeciwników „śmieciami”.

O książce w radiu Emaus. Rozmawia ze mną przemiły redaktor, młodszy ode mnie o pokolenie, o imieniu Sławek. Na koniec prosi, bym mu wpisał dedykację. Kuszony przez demona piszę coś w rodzaju: Dla Sławka Borewicza… –  i żeby to sobie sprawdził na portalach o kinie. Pewnie nie będzie mu się chciało…

Na Rynku dla TV publicznej i radia RMF o kulturze w Poznaniu. Bla, bla, bla… Miałem na koniec powiedzieć: Przepraszam, bo my tu gadu-gadu, a osiołki kopulują…,  ale zapomniałem.
Kolega redaktor z RMF mówi, że kiedy zaczepi kogoś na ulicy prosząc o skomentowanie wyniku meczu reprezentacji albo o dwa słowa o pogodzie, słyszy coraz częściej: Przepraszam, ale nie udzielam wywiadów.

Niewłaściwy człowiek / The Wrong Man

 

„Proces” Kafki w wersji pop.

Henry Fonda – kontrabasista w orkiestrze dancingowej.
Zostaje wzięty za bandytę napadającego na sklep, bo jest do niego ogromnie podobny. Ostre przesłuchanie na posterunku. Zwolna staje się podejrzanym. Mimo iż miała to być „czysta formalność”. Jak w filmie z Polańskim. Podobny – jak włamywacza – charakter pisma (drukowanego). Pisząc robi ten sam błąd.
Aresztowany, „proszę oddać krawat”, degradacja. Zwykła, bezduszna procedura policyjna staje się dla człowieka niewinnego nie do zniesienia. Ciągnie się to i ciągnie.

Udowodnienie własnej niewinności jest o wiele trudniejsze niż udowodnienie winy na podstawie poszlak. Świadkowie się wyprowadzili, nikt niczego nie pamięta.
Żona popada w obłęd o charakterze paranoi.
On na sali sądowej ukradkiem odmawia różaniec. Ostatnia instancja.
Zwraca uwagę na fakt, że nikt nie słucha uważnie świadków. Każdy myślami jest gdzie indziej, gada, bazgrze coś. Może zostać skazany przez błąd, rutynę, przypadek i nieuwagę.

Niewłaściwy człowiek / The Wrong Man, reż. Alfred Hitchcock, 1956 filmweb

Cukierek albo psikus

Na zajęciach pytam z głupia frant, co to jest horyzont. Do czegoś mi to akurat potrzebne. Jedna pani deklaruje, że wie, ale zaraz się wycofuje. Inna jest pewna, że widziała kiedyś horyzont nad morzem. Pytam, w którym miejscu. Okazuje się, że w różnych: w Łebie, w Kołobrzegu… Inni w ogóle nie mają zdania. Najwidoczniej nie widzieli. Proszę więc: gdyby ktoś do przyszłego tygodnia zobaczył horyzont (obojętnie gdzie), będzie łaskaw mnie powiadomić. Też chętnie pójdę sobie popatrzeć. Zwłaszcza, jeżeli będzie za darmo.

Telewizja. Z „Rozmów w toku”: „Niestety, mężczyźni, którzy są bliscy jej ideału, nie są nią zainteresowani”.

Czytam, że Gazeta Polska zamierza dołączyć do kolejnego numeru reprodukcję obrazu „Hołd ruski” przedstawiającego bojarów składających na Kremlu hołd polskim panom:

Uważam, że to przypomnienie tryumfu sprzed 400. laty jest jak najbardziej na miejscu. I nie wolno dawać podszeptu tym gasicielom uczuć patriotycznych, którzy pytają: zdobyliśmy Kreml przed 400. laty i co z tego?
Należy im spokojnie, bez emocji tłumaczyć „co z tego”. Otóż dzięki temu zwycięstwu niebawem dokonaliśmy (wespół z Niemcami i Austrią) rozbioru Rosji na 123 lata. Następnie pokonaliśmy Niemcy i Rosję podczas II wojny. A wreszcie w czasach tzw. PRL-u Rosja znalazła się w orbicie naszych wpływów i stała się dla nas państwem półkolonialnym. Do tego właśnie potrzebne było nam zwycięstwo przed 400 laty!
Porównać je można tylko z sukcesem w bitwie pod Grunwaldem. Tam najpierw pokonaliśmy niemiecki zakon Krzyżaków, potem na 123 lata dokonaliśmy rozbioru Niemiec…

Wkrótce do naszych drzwi zastukają dzieci z podświetloną dynią i poproszą o łakocie. Fronda.pl radzi, jak się zachować: „Patrząc w oczy takiego dziecka warto zapytać go o jego wiarę: czy chodzi do kościoła, czy przyjmuje Komunię św., kiedy ostatni raz był u spowiedzi. W zależności od odpowiedzi i zachowań można kontynuować z pytaniami natury duchowej: czy dziecko wie, co to jest opętanie; czy widział kiedyś, jak zachowuje się człowiek opętany; czy chciałby mieć co nocy koszmary i skończyć w domu wariatów”. To bardzo słuszne podejście! Gdyby te biedne dzieci wiedziały, ilu ich rówieśników skończyło w domach wariatów tylko dlatego, że poprosiły jakiegoś gorliwego katolika o łakocie…

W lokalnej telewizji WTK o tej mojej nieszczęsnej książce i o polskim filmie. Temat – jak ogród o rozwidlających się ścieżkach. Film to dzieło zbiorowe, a wiec tłum postaci. Każda ciągnie za sobą jakąś legendę. Każda po tym występie, jaki oglądamy czegoś widowiskowego dokona, a może wpadnie pod pociąg, a może nie wyrobi zakrętu na łysych oponach, a może rzuci aktorstwo, a może rzuci się z okna. Te wszystkie rzeczy zdarzyły się głównym postaciom najbardziej znanej polskiej sceny filmowej, tej z knajpy w „Popiele i diamencie”.

Sławomir Kulpowicz „World Symphony”. Pianista od lat 70. błąkał się po świecie nasłuchując muzyki z rozmaitych zakątków. I zacierał granice między klasyczną kompozycją, improwizacją jazzową, muzyką etno. Ta płyta wyraźnie o tym zaświadcza. Startuje od smyczków, a potem już są odgłosy. W słuchającym rodzi się pytanie o granice muzyki. Bo my tu sobie słuchamy pohukiwań, a w uszach wydającego je z siebie czarnoskórego ze środka Afryki to najpiękniejsza symfonia. Mahler i Beethoven w jednym. Tak więc to, co nas zachwyca, to głównie tradycja, konwencja, przyzwyczajenie. W dżungli roztkliwialiby się nad jakimś umba-umba:

Jarek Śmietana Quintet „Live at Jazz Jamboree”. Gra z nimi amerykański trębacz Eddie Henderson. Skład szeroki, muzyka zamaszysta, bogata, pełna. Śmietana nie narzuca się ze swoimi popisami gitarowymi. Publiczność reaguje umiarkowanie: słychać, że to jednak pewna powaga Sali Kongresowej. Spokój, pewność, że się potrafi: na jednakowym poziomie w studiu i na żywo:

Józef Skrzek „Ojciec chrzestny Dominika”. W latach 80. słuchałem tego w nieskończoność. Długie suity z mnóstwem nakładek, demonstrujących możliwości sprzętu i wyobraźnię dźwiękową artysty. Z czasem przestało to już tak mocno kokietować. Dzisiaj najlepiej brzmią te śląskie aluzje, te piosenki z dziecinnego pokoju, wplecione w te posuwiste suity. A instrumentami dzisiaj się już nikt nie popisuje:

Gang Olsena / Olsen-Banden

 

O kolejnych rządach po ’89 roku mawiano u nas: napadli na nas gangsterzy, ale pocieszamy się – to gang Olsena.

Wszystko tu jest przysłowiowe. Świetny plan i pechowe wykonanie. Oni farsowi, policja też. Sprawa kradzieży drogocennej statuetki Lorelei z wystawy. Widz za każdym razem jest ciekawy, na czym polega pomysł kradzieży, bo to układanka z wyjątkowo zaskakujących elementów.

„Klawo jak cholera”.
„Nigdy nic nikomu nie pożyczam. Dlatego mam tylu przyjaciół”.

Spora część historii to pościgi i ucieczki. Ten, kto bezładnie ucieka, zawsze bywa śmieszny.

Gang Olsena / Olsen-Banden,  reż. Erik Balling, 1968 filmweb

Sunrise, sunset…

Dnia zaczyna brakować na tradycyjne obchody. No, bo kiedy parkowałem samochód pod lasem:

A już po chwili:

Po dłuższej chwili:

Po jeszcze dłuższej chwili, w znanej alejce:

I kiedy wreszcie, kiedy wracałem do samochodu:

Dziś św. Judy Tadeusza. Z ogromnym zaciekawieniem czytam, wstawiennictwo jakich to 12. świętych dziennik „Fakt” poleca swoim czytelnikom. Wiadomo, że „Fakt” jest w sprawach świętych niekwestionowanym ekspertem. Poza tym „Fakt” zapowiada 12., ale publikuje 14. Pewnie dwóch – jak to jest przyjęte – w promocji.
I tak: św. Józef jest najskuteczniejszy w kwestii poszukiwania pracy.
Św. Kajetan (nie wiem, kto zacz) najskuteczniej pomaga wyjść z biedy.
Św. Jadwiga Trzebnicka jest najskuteczniejsza w kwestii otrzymania podwyżki. Pielgrzymowaliśmy z Dorotą niedawno do jej sanktuarium w Trzebnicy, ale nie okazaliśmy się godni.
Św. Dominik (ale – jak rozumiem nie założyciel dominikanów, lecz młodzieniaszek A Savio) pomaga nabyć większej pokory. Koniecznie musze go polecić Dorocie. Podobnie jak św. Stanisława, który „pomaga stać się mądrzejszym”. Choć nie jestem pewien, czy jego wstawiennictwo wystarczy…
Św. Antoni pomaga znaleźć – wiadomo. Ale „Fakt” dodaje, że ów święty pomaga też znaleźć  odpowiednią „drugą połówkę”. Dla mnie za późno. Chyba, że chodzi o sytuację, gdybym na przykład niósł ze sklepu dwie połówki i jedną zgubił…
Św. Peregryn (nie znam człowieka) pomaga chorym na raka. Do niego to się wszyscy będziemy modlić wcześniej czy później.
Biorąc jednak pod uwagę całokształt moich spraw, sądzę, że jednak najpilniej powinienem modlić się do św. Judy Tadeusza. W ikonografii przedstawiają go z konterfektem Jezusa, bo podobno był jego krewnym. Ma więc najlepsze dojścia – po linii rodzinnej. I dlatego jest patronem ludzi, którzy znaleźli się w sytuacji beznadziejnej. Święty Judo…

W naszym kraju ciągle jest problem z ustawieniem barierek i rozciągnięciem paskowanej taśmy. Na przykład w wypadku protestów widzów w kwestii obłożenia TV Trwam karą pieniężną przez Krajową Radę. Rada robi swoje, a przeciwnicy protestują (za taśmą, albo i nie) – i wszystko w porządku. A tu histeria, że ktoś w ogóle protestuje. Niech protestuje do oporu, ma prawo. Dopóki nie rzuca kamieniami w okna. Ja bym im jeszcze przyniósł herbaty w termosie.
A Internet może się wyzłośliwiać przeciw decyzji Rady, jak i przeciw pikietującym. I też – co z tego? Najwyżej obie strony jeszcze raz przedstawią swoje racje. Będzie weselej. A nawet już jest. O pikiecie internauci piszą: „Gdyby to się odbyło koło cmentarza, to większości nie opłacałoby się wracać do domu”; „A poznańskie osiołki kopulują…” itd.

Na Uniwersytecie Warszawskim konferencja „Porne graphos. Pornografia w perspektywie nauk społecznych i humanistycznych”. Fronda.pl: „Trudno nie odnieść wrażenia, że jej celem jest po prostu promocja pornografii”. Pełna zgoda. Tylko Fronda jak zwykle zatrzymuje się w pół kroku. Należy generalnie zakwestionować konferencje na temat patologii i zjawisk negatywnych. Nie – dla konferencji o alkoholizmie, bo szerzą alkoholizm; nie – dla konferencji o bezrobociu, bo promują bezrobocie itd.

Kathleen Battle & Wynton Marsalis „Baroque Duet” (1992). Słuchałem tego już tyle razy… Ta pani wyprawia z głosem cuda. Ma się wrażenie, że czasem kpi sobie z tych arii, że bawi się, przedrzeźnia ten barok. Że traktuje go jako pretekst do całkiem współczesnej, jazzowej zabawy wokalnej. Za to Marsalis gra grzecznie. Czysta, jasna trąbka, wszystko jak stoi w nutach. Aż dziw, że to on:

Michał Urbaniak „Atma” (1974). Trochę mylący tytuł, bo podprowadza pod Szymanowskiego, ale więcej ma wspólnego z kapelą góralską niż z „Harnasiami”. Tym Państwo Urbaniakowie zamierzali zanęcić producentów amerykańskich. Więc do góralszczyzny dodali jeszcze nieco rytmów latynoskich i eksperymentów Urszuli z głosem naturalnym i przetworzonym. Trzeba przyznać – postarali się:

W żółtych płomieniach liści

Rankiem słońce nisko zawieszone daje po oczach, co budzi mocniej niż kawa:

Z liści wydobywa te słynne „żółte płomienie”:

A ja skaczę między kałużami. Myślałby kto – Kałużyński!:

Potencjalna żona do rolnika z kultowego programu telewizyjnego: „- Na pewno idzie się w tobie zakochać.”

Wczoraj pisałem tu o kradzieży roweru w Jarosławiu. To wszystko pomyłka i to z mojej winy! Bo ja, idiota, nieuważnie przeczytałem tytuł notatki. A brzmi on: „Tuż po okradzeniu piwnicy nagrał go osiedlowy monitoring”. Więc to „monitoring” ukradł, a potem nagrał faceta na rowerze. Szanownego pana w czerwonych rękawiczkach z serca przepraszam. Nic mnie nie usprawiedliwia.

W poznańskim Radiu Merkury odpowiadam na pytanie o kompulsywne natręctwa w filmie. Najwięcej o Miauczyńskim, bohaterze kilku filmów Koterskiego. Miauczyński pielęgnuje małe paranoje, żeby nie ulec tej największej. I tymi paranojami odgradzają się od innych. Bo co inni gorsi od trądu. Mówię coś koło tego: „Bliźni dookoła modlą się o jedno – żeby Pan Bóg spuścił wszystko złe na sąsiada: >>Żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara, żeby mu spalili sklep, żeby dostał cegłą w łeb, żeby miał aidsa i raka, oto modlitwa Polaka<<. W tej sytuacji wykonawszy dowolną czynność w siedmiu częściach Adaś na przemian klnie i wzywa imienia Pana Boga. Nigdy nie wiadomo, co bardziej pomoże”.

Tomasz Stańko z zespołem „Balladyna”. Muzyka niedograna, zaczątkowa. Wrażenie, że słucha się przymiarki. Łomoty, popiskiwania, szelesty, szmery.  Jak się jakiś instrument wyrwie z solówką, to zaraz zacicha. Jak by wszystko miało się dopiero stać, wydarzyć. Słuchałem tego przez słuchawki siedząc niedaleko barku w kawiarni. Stukały opłukiwane filiżanki, szumiał ekspres do kawy, w tle gwar rozmów. Pogłem podkręcić głos, a zrezygnowałem. To murmurando zrobiło się tylko bogatsze.
To któraś z kolei płyta Stańki z zespołem na przestrzeni ostatnich lat. Za każdym razem zadaję sobie pytanie: jak oni te płyty rozróżniają?

Jazz Ptaszyna ma w sobie coś z elegancji. Na początku on sam podaje temat, najczęściej dość prosty. Ma się wrażenie, że za chwilę zabrzmi kolejna piosenka Alibabek, dla których pisał. Potem grzeczne solówki i finalna repryza. Wiele w tym stylu i równowagi. Ta muzyka nie atakuje, nawet zbytnio nie absorbuje. Ona uprzyjemnia. Ptaszyn Wróblewski Quartet „Real Jazz”: