Miesięczne archiwum: wrzesień 2014

Znalazłem Jezusa (w Świebodzinie)

Miasteczko przeurocze jesiennym, niedzielnym porankiem. Ten facet, co się na świebodzińskim rynku (naturalnie im. Jana Pawła) dosiadł do tej pani, ująłby to może: „To ty jesteś ta dziewczyna, która do mnie na ulicę wychodziła”:

Czas tu w ogóle biegnie na opak. Na przykład przedsiębiorstwa, których nie ma od ćwierci wieku, ciągle się reklamują:

A witryny miejscowych posłów zapraszają na marsze, które odbyły się prawie dwa lata temu:

Z frontonu największego kościoła w mieście błogosławi Chrystus, ale wygląda jak by się właśnie poddawał zabiegowi akupunktury:

Zapewne ma to jakiś związek z gołębiami. Ale z kolei na pobliskich balkonach też są gołębie (?), ale sztuczne. Niewiele z tego rozumiem:

No, i wreszcie za znakiem drogowym (fot. z Internetu):

spotkałem Jezusa. Ale i tu paradoks! Boże, gdyby Bruno Schulz poznał Świebodzin, na pewno porzuciłby dla niego swój macierzysty Drohobycz. W Świebodzinie przynajmniej nie musiałby niczego zmyślać. Opisywałby po prostu to, co widzi. Nawet już nie te magnesy na lodówkę, bo to drobiazg:

Ale na pewno nie przeszedłby obojętnie obok oksymoronu (zjawiska wewnętrznie sprzecznego, jak „czarny śnieg”), jakim jest masowa sprzedaż miniaturek największego Chrystusa na Ziemi. Budować coś największego, żeby żyć ze sprzedaży największego w wersji najmniejszej? Tu trzeba było mieć wyobraźnię!:

Jak sobie to uświadomi przeciętny pielgrzym, to rozumie, że na trzeźwo tego nie zgłębi. Ale tu – kolejny paradoks! – zastrzeżenie, które zostało naniesione na tablicę u stóp kolosa:

I jeszcze prośba o wsparcie. Mówię do Doroty, żeby wrzuciła „symboliczną złotówkę”. Zajrzała do torebki i mówi, że nie ma przy sobie „symbolicznych złotówek”. Tylko zwykłe. I nie wrzuciliśmy nic:

Bojowy chrzest

Ale były chrzciny! W nastrojowym kościółku drewnianym w Chludowie pod Poznaniem do trzódki Pana dołączył Jan Józef, którego narodzinom sekundowaliśmy w czerwcu. Dorota była za matkę chrzestną, ale cóż ta biedna dziecina temu winna?:

Poza rodziną i gośćmi dopisała nawet jesień w swej najlepszej wersji:

A nawet lokalny kotek, którego nie spłoszyła huczna uroczystość. Przysłowie: „And a cat may look at the queen.”:

Koniec odsłuchiwania „Opowieści z piwiarni” Jaroslava Haska.
Dużo by mówić, więc tylko jeden cytat. Szwejka zamknęli w domu wariatów. I tu rozmawiał z pewnym militarystą z Tyrolu, fanatycznym zwolenniku cesarza. Tyrolczyka jednakowoż  zamknięto za zidiocenie:
„Całymi godzinami robił Szwejkowi wykłady o tym, że powinno się stworzyć Gross Oesterreich, połknąć Serbię, Czarnogórę i potem razem z Niemcami dotrzeć przez Carogród do Azji Mniejszej aż po Zatokę Perską i na Daleki Wschód. To ciekawe, że jeżeli poglądy takie ma cesarz Wilhelm i jego przyboczny austriacki cesarz Karol I, to nazywa się to „polityką imperialistyczną”. A jeżeli wygłasza je ubogi tyrolski wariat, uważane są za wygłupy. Gdy o tym rozmyślam, dochodzę do wniosku, że koniec końców lepiej byłoby zamknąć w domu wariatów Wilhelma i Karola I, a politykę imperialistyczna zostawić Hugonowi Wernerowi z tyrolskiej winiarni. Na pewno kosztowałoby to o kilka milionów istnień ludzkich mniej.”

Allan Holdsworth porusza się między jazzem i rockiem. Ale porusza się szybko. Palcami przebiera jak John Abercrombie. W dodatku ta gitara bywa podbarwiana elektronicznie i już nie wiadomo, czy to czasem nie na klawiszach. Ale jak gra na motywach „Norwegian Wood”, to wszystko jest O.K. „Isn’t too good, norwegian wood?”
„None Too Soon” (1996, dla mnie dziś):

Marsylski kontrakt / The Marseille Contract

 

Anthony Quinn amerykański policjant, szef amerykańskiej służby na okręg paryski. Już z brzuszkiem, romans z mężatką, popija, nie znosi swego gabinetu.
Zamawia zabójstwo dilera narkotykowego u swojego przyjaciela, który się przestawił na ten sposób zarabiania na życie (Michael Caine).
No, i sfery policyjne przeplatają się z mafijnymi. Jak to w „czarnym” filmie policyjnym.

– Jesteś jak otwarta księga.
– Nie mów, jak się skończy.

Rozmowa z zawodowym zabójcą (o czym rozmówcy nie wiedzą):
– Które z zagrożeń dla ludzkości uważa pan za najpoważniejsze?
– Przeludnienie.

Wszyscy palą. Nawet wokalistka na dancingu, w trakcie śpiewania.

Marsylski kontrakt / The Marseille Contract, reż. Robert Parrish, 1974 filmweb

Leje dzień cały. Nuda bez początku i końca

No, to zaległości. Przegląd prasy z Pałuk. „Goniec Pałucki” o dzikim wysypisku w Żninie: „Widok sterty śmieci (…) oraz innych odpadów wręcz zapierają dech w piersiach.” Mnie dech w piersiach zapiera – ja wiem? – zachód słońca w górach. Ale przecież różne rzeczy mogą się podobać.
W Krotoszynie (tym pałuckim) był festyn. Podczas festynu – występy. W ich ramach pewna miejscowa panna przebrała się i śpiewała jako Conchita Wurst. Bardzo się spodobało. Ma zaproszenia na kolejne festyny.
Ale we wsiach Ochodza i Gołąbki jeszcze większa sensacja. Otóż odbyły się tam dożynki. „… korowód wyruszył z Ochoczy. Prowadziło go dwóch mężczyzn na rowerach ucharakteryzowanych na prezydenta Ameryki i jego syna z transparentem >>Ameryka<< i flagą USA.” Ksiądz proboszcz jechał zaś na kombajnie. Jako człowiek z zewnątrz nie chwytam związku między wsią Ochodz, Ameryką i prezydentem Obamą. Nie szkodzi, nie muszę. Ale ten „syn prezydenta”! Sprawdziłem w Wikipedii: Obama ma tylko dwie córki. Czyżby mieszkańcy wsi Ochodz wpadli na trop syna prezydenta Ameryki z nieprawego łoża? I dlaczego natychmiast nie zainteresowała się tym CIA, wolna prasa, tabloidy? Doprawdy, niepojęte!
W Żninie, podaje tygodnik „Pałuki”, spotkał się ze swymi czytelnikami Marcin Kydryński, który ucieszył się, że publiczność „spędziła z nim zachód słońca”. W „Chłopaki nie płaczą” syn gangstera, Bolec, ogólnie mało kumaty, też mówił, że chciałby „spędzić z dziewczyną romantyczną kolację przy świecach.”

Wczoraj portal naTemat.pl z pytaniem o związek między technologią na rynku obrazu i popularnością aktora. Mówię same oczywistości, ale trudno mi coś odkrywczego wymyślić. Jeden z takich banałów: „Od lat osiemdziesiątych oglądaliśmy kasety wideo z filmami między innymi z Alem Pacino, były niesłychanie zdarte, zdeformowane, używane po tysiąc razy i pożyczane z domu do domu. To czyniło z takiego filmu i bohatera pewien rarytas, coś niezwykłego, a tym samym powstało przekonanie, że jest to postać wyjątkowa.”

Jesienne chmury znów pędzi wiatr…

Jak się siedzi martwym bykiem w fotelu (bo trzeba), to zupełnie nie wiadomo, jak wygląda świat dokoła. Piszę na wszelki wypadek, gdy ktoś czasem nie napisał tego przede mną.

Powtarzam po raz kolejny: telewizja pragnie, bym komentował tylko sprawy fundamentalne. Wczoraj TVN zwróciła się w sprawie pani Daniel Watts, która miała – zawiniona lub nie – awanturę z policją. I –  czy to pomoże jej w karierze? Cóż, jak to nie pomoże, to ja już nie wiem, co …

Z przemiłymi dzieciakami z sąsiedztwa w kinie. Boże, filmy oglądam codziennie, a w kinie nie byłem, nie wiem od kiedy. Tak się przestawiłem na oglądanie z komputera, że w ciemnościach szukałbym długopisu, żeby robić notatki.
W kinie (w m multipleksie na obrzeżach miasta) byłem tak dawno, że pomyliłem wyjazd i całe towarzystwo – chciało czy nie – musiało obejrzeć, jak wygląda zachód słońca w  Puszczykowie.

Zaległe drobiazgi. Podczas wyjazdów spotykamy mnóstwo zespołów. Często jest to: Zespół Szkół Zawodowych, Zespół Pałacowo-Parkowy, Zespół Muzealny. W Solinie spotkaliśmy nowy zespół:

W moim rodzimym Jarosławiu dominikanie (Boże, do iluż mszy ja tam służyłem!) reklamują Matkę Boską z głównego ołtarza podobizną z tymi złotymi koronami (ze składek), o których już kilka razy pisałem. Kiedy Matka Boska przez 300 lat, a i przez 25 lat „wolnej” Polski, nosiła korony zwykłe, z mosiądzu, jakoś nie śpieszyli się z bilbordami. A teraz – proszę:

W wieczornym tle – sanktuarium. Ciekawe, ile takich numerów ono już widziało:

„Bezinteresowne piękno?” Proszę bardzo! Na frontonie kamienicy lew z Gniezna:

I łabędź z Bydgoszczy:

Chris Potter „Song For Anyone”.
Klawisze (a może skrzypce – w brzmieniu trudno to odróżnić) tworzą tło dla umiarkowanego saksofonu. Mogłoby to być tło dla jakiejś niemęczącej akcji w kinie.  A w tle i gitara i solo na kontrabasie (melodyjka z westernu). Nawet flet, co przydaje pasteli. I solo na tubie. Czyni to wrażenie kompletności, dźwiękowej pełni, których brakuje zwykłym jazzowym tercetom. Nastrój, nastrój ponad wszystko!:

Sławek Jaskułke Trio (tytuł trudno odczytać)
Bardzo intensywny fortepian, mocny, rytmiczny. Razem z perkusją tworzy niemal rockową atmosferę. Saksofonowi się udziela – ostry, samodzielny, rozwibrowany, poszukujący:

Kitaro – tym razem bardzo melodyjny. Nawet za bardzo. Rdzeń utworu jednego i drugiego – nie licząc wszystkich tych pobocznych plumkań – nadawałby się na lokalny festiwal piosenki. Motywy japońskie, ale nienatrętne. Dla słuchacza japońskiego trąci to pewnie ichniejszą odmianą Cepelii, ale widza zachodniego przynajmniej nie terroryzuje. Daj poczucie obcowanie ze Wschodem z bezpiecznej odległości. Ciągle na takich płytach dobrze miewa się okaryna lub elektronika, która ją imituje. Daje złudzenie rozległych przestrzeni, kołysania, bujania w przestworzach:

Progres 4/7

Mimo usilnych prób nie jestem ciągle w stanie uporać się z natłokiem wrażeń artystycznych. W Muzeum w Bydgoszczy zobaczyłem instalację, którą tworzyło połączenie maszyny do pisania i kosy (Jarosław Kozłowski „Ostre przedmioty”). Sam, niestety, wielokrotnie używałem maszyny (później komputera) jako narzędzia mordu, głównie na polskiej sztuce filmowej. No, i ten Niemen: „A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija, tak jak nożem.”:

Inny problem otworzyła praca Jerzego Grabowskiego „Struktura wtrętów – progres 4/7”. Tytuł sugeruje, że artysta ma na składzie całe mnóstwo „wtrętów” w ramach jednego tylko „progresu”. A mnie z miejsca chwyta ciekawość, jak wobec tego wygląda „progres 4/8”. No, bo ten „4/7” wygląda tak:

Odetchnąłem, kiedy wyszliśmy z Muzeum. Za dużo wrażeń jak na jeden raz na moją biedną głowę. Dorota ciągnęła jednak do następnego Muzeum:

Tłumaczyła, że skoro pieniędzy nie mamy za wiele w domu, to sobie chociaż popatrzymy na nie w muzeum.
Wolałem nie robić sobie apetytu. Lepiej popatrzeć na te mosty nad kanałami, gdzie zakochani przypinają kłódki na znak miłości. Ciekawe, ile takich próbowano potem przepiłować…:

W miejscach publicznych ciągle zaskakujące komunikaty. Oto szyld z Bydgoszczy:

A to tablica wmurowana w ścianę kościoła na rynku w Kcyni. Sugeruje ona, że tablice takie wmurowywano w odcinkach (poprzedniej nie znalazłem). Trochę, jak dawniej powieści w gazetach. A może są też tablice pośrednie, typu: „ciąg dalszy zostanie wmurowany…”?:

I, by ten wyjazd podsumować optymistycznie, kawałek naszego ulubionego „bezinteresownego piękna”. Rzucik na ścianie w bocznej uliczce:

Jak to się nam gospodarka specjalizuje. Furgonetka przede mną nosi napis: „Objazdowy serwis tapicerstwa medycznego”.

W Radiu M. pewna pani z Krakowa oferuje bezpłatnie: żakiet w dobrym stanie oraz sto pustaków.

Miło zharmonizowany saksofon z fortepianem. Układ jest czytelny i respektowany. Na początku saksofonista (Ptaszyn) podaje temat, on jest rozwijany w kolejnych improwizacjach. I wraca na koniec. Taki zespół mógłby grać publiczności do rozmówek przy małej czarnej w jakiejś piwnicy artystycznej. W każdym razie wymagania wobec słuchaczy niewygórowane. Na ludzką miarę. Jan Ptaszyn Wróblewski „Jazz Trio”:

Rod Stewart bardzo kulturalnie sprowadza wszystkich do parteru. Równy rytm, ta sama aranżacja, ten sam sposób śpiewania. Obojętnie, czy to Elvis, czy Stevie Wander, czy jakiś przebój dyskotekowy. Jeden ogólny dancing. A że kawałki są wolne, to raczej dancing w Iwoniczu Zdroju. Byliśmy tydzień temu z kawałkiem. Składanka „Soulbook” (2009):

Saksofonista Kenny Garrett cały cały czas w klimatach bopowych i pochodnych. Łamane frazy, saksofon często wypada z tonacji (tak przynajmniej mnie to brzmi). Czasem kawałki utrzymane są w rytmie samby (bliżej dancingu) i brzmi to trochę jak z Santany. Miło,  nieinwazyjnie zagrane „I Say a Little Prayer”. I na to wszystko jakiej potworne murmurando ze świdrującym saksofonem. To miało być śmieszne?
Płyta „Pushing The Word Away”, nominowana do tegorocznej Grammy:

Opiekacze do cytryn

Wróciłem właśnie z telewizji nadającej na regiony. Było o Festiwalu w Gdyni. Pan prezenter na koniec prosi o jedno (!) zdanie. Co miałem powiedzieć? Powiedziałem: „Zostańcie z Bogiem, dobrzy ludzie!”

Kilka dni temu jadę za samochodem wiozącym młodą parę. W miejscu tablicy rejestracyjnej napis: Game over.

Ale wróćmy do Bydgoszczy („Do Bydgoszczy będę jeździł!”), bo z nadmiaru wrażeń artystycznych trudno się otrząsnąć. Nabyliśmy je w oddziale Muzeum poświęconym sztuce współczesnej.
Mnie, jako krytyka filmowego zainteresowała praca Doroty Podlaskiej „Płaczę w kinie”. Scena bardzo filmowa. Tylko, kto tu za chwilę będzie płakał? Zdradzana żona, facet, który dostanie w papę, czy ta zdzira w łóżku, której żona powyrywa kudły?:

Kawałek dalej wisiały ekscesy antykatolickie („Bogurodzica”) malarza Edwarda Dwurnika. Kiedyś w gabinecie miałem jego obraz wizerunkiem Poznania. On to maluje, jak by łączył technikę Nikifora ze zdjęciem lotniczym. Obraz Poznania był niewiele mniejszy od „Bitwy pod Grunwaldem”:

Znowuż tryptyk instalacyjny Antoniego Berdyszaka. Każda część to coś w rodzaju opiekacza, w którym na rożnie okręcały się fikuśnie cytryny. To ma jakiś związek ze słynnym wierszem Goethego „Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa”. Na razie nie ustaliłem, jaki:

„Tragarz z Kapadocji” Zofii Kulik został przedstawiony dokładnie i w kilkudziesięciu takich zbliżeniach, gdyby ktoś był miłośnikiem:

I już jeden z wielu aktów Nowosielskiego (przerwa w malowaniu ikon). O pewnych paniach mawiało się, że mają sylwetkę „jak z Nowosielskiego”. I nie był to komplement:

Z kolejnego ambalażu Tadeusza Kantora wynika, że rzeczy jednego rodzaju miał w domu z pewnością za dużo. Parasoli:

Malarz Aleksander Kobzdej ostatnie lata życia (zbyt krótkiego) poświęcił malarstwu szczelinowemu i miał zapewne nadzieję, że zostanie najsłynniejszym polskim malarzem szczelin. To kolejna jego praca w tym nurcie – „Szczelina w czarno-niebieskim”:

Obawiam się jednak, że publiczność do szczelin Kobzdeja nie dorosła i dalej będzie mu pamiętać ten jeden, jedyny obraz z roku 1950:

Porwał mnie też malarz Kajetan Sosnowski. Z powodu, że nie zastygał przy utrwalonej formule, lecz rozwijał się nieustannie. Kiedy miał „okres czerwony”, jego obraz wyglądał tak:

A kiedy miał „okres zielony”, jego obraz przedstawiał się tak:

Trzeba przyznać: żadnego podobieństwa!
Natomiast Artysta Ryszard Winiarski poszedł na łatwiznę. Jego koledzy cieniowali rzeczywistość, starali się wydobyć z niej wszelkie możliwe niuanse. A ten tylko: czarne-białe, czarne-białe. Naprawdę, to robota dla najmniej wymagającego widza:

Koniec odsłuchiwania tomu felietonów na tematy czeskie: Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj” (Wydawnictwo Pern). Do wynotowania byłoby mnóstwo, bo Szczygieł pisze całostkami, paradoksami, anegdotą, nie zamula narracji, a wręcz przeciwnie. Ale tylko dwa kawałki, z tym, że ten drugi jest brzydki, koprofagiczny, nie dla każdego. Ale – po pierwsze oddaje w pewnym stopniu czeskie widzenie świata, a po drugie dociekliwość Szczygła. Ostatecznie to on pierwszy dał w ogólnopolskiej gazecie doniosły tekst o rodzimym onanizmie:

Ja pieszczę wspomnienie znad pisuaru (na stacji metra Plac Republiki w Pradze). Gdy
podniosłem wzrok na ścianę, na wyblakłej, niebieskiej naklejce, przyklejonej tu jeszcze w
ubiegłym wieku, widniał napis: PIELĘGNUJCIE PRZYPADKOWĄ ŻYCZLIWOŚĆ I PIĘKNE CZYNY POZBAWIONE SENSU.

I pasaż o zbuntowanym poecie i performerze, Egonie Bondym:

Pierwsze wiersze Bondy’ego są więc o tym – jak sam mówił – że ZSRR to faszystowski
reżim. Gdy wszyscy pisali: „Z ust do ust leci / Imię, co jak słońce nam świeci / Imię, co słońcem się zaczyna / Imię Towarzysza Stalina” lub: „W krainie socjalizmu nikt się nie martwi / oto jest linia naszej partii”, Egon Bondy pisał tak: „Z delikatną ostrożnością pierdzę, żebym się nie zesrał”.
Potem krytycy określili to jako sposób manifestacyjnego oderwania się od kultury oficjalnej, naznaczonej konformizmem.
Nurt fekalizmu, do którego należy także Bondy, przybliżyć mogę tak:
„W tekstach dojrzeć można naturalną reakcję zdrowego rozumu na obowiązkowe
nauczanie w szkole oficjalnej, państwowej doktryny marksizmu-leninizmu. Podstawowe tezy fekalizmu (primo: Wszystko jest gówno warte, ergo secundo: Na wszystko się mogę wysrać, ergo tertio: Wszyscy mi mogą wylizać dupę), mogą brzmieć w swojej jawnie koprofagicznej formie jako wtórne i niezbyt innowacyjne. Ale w konkretnym okresie historycznym, kiedy były rozumiane jako antyteza rewolucyjnego optymistycznego światopoglądu partii rządzącej, mogły być zakwalifikowane w swojej antyspołecznej, antypaństwowej wymowie i kontrrewolucyjnej konsekwencji jako czyn zagrażający państwu i sprzyjający jego demontażowi.
Fekalizm eliminuje przemiany rewolucyjne i rozwój oraz własność środków produkcji,
skupia się zaś na rozwoju stosunków międzyludzkich, które można zilustrować
fekalistycznym obrotem srania. I tak epokę monarchii charakteryzowano jako stan, gdzie
jeden srał na wszystkich, jednak rewolucja przyniosła zmianę: teraz wszyscy srali na jednego.
Aż doszło do stanu współczesnego, kiedy wszyscy srają na wszystko. Z tego wywodzi się
pesymistyczna prognoza, w której nie brakuje marksistowskiego wyczucia ekonomii, ale
która stoi w przeciwieństwie do oficjalnie deklarowanej optymistycznej wizji komunizmu. Po zwycięstwie socjalizmu na czarnym horyzoncie spotykają się dwie ostatnie żyjące ludzkie istoty. Jedna z nich zwraca się do drugiej z prośbą: „Nie pożyczyłbyś mi gówna, żebym mógł się wysrać?””

Jeszcze raz przepraszam.

Teoria chaosu / Chaos

Heist movie, film o napadzie na bank.
Jason Statham. Ponury glina. Dziennikarka: „- Można na słówko? – Nawet na dwa. Obciągnij mi.”

Muzyka: Trevor Jones.

Teoria chaosu w trakcie rozszyfrowywania mechanizmów napadu na bank, z którego – pozornie – nic nie zniknęło. Początkowe, oderwane fakty nie pasują do siebie, dopóki nie pojawi się algorytm, wzór.

„- Prześpij się. Jutro też będą bandyci.”

„Naginać, nie łamać.”

„Trzeba zostawić miejsce na błędy. Wszystkiego nie da się przewidzieć.”

„Kupujesz jedno, dostajesz drugie.”

Teoria chaosu / Chaos, reż. Tony Giglio, 2005 filmweb

Śmierć w Wenecji

Skoczyliśmy z głupia frant na Pałuki, bo po tygodniu szastania się po mieście i plaszczenia tyłka w fotelu można dostać amby. Pogoda bajeczna – indiańskie lato.
Niestety, wyjazd udany średnio, bo na taki sam pomysł wpadły tłumy. Chcieliśmy się na Lednicy przeprawić na wyspę, gdzie, być może, Mieszko włączył nas do ówczesnej unii europejskiej. Ale po pierwsze trzeba byłoby strasznie długo czekać na wolne miejsca na promie, a po drugie jedno z nas nie spełniało warunków postawionych w punkcie siódmym regulaminu:

Musiało nam wystarczyć to, że Dorota zrobiła sobie zdjęcie z ulubioną rzeźbą prasłowiańską (Dorota z lewej):

A ja obejrzałem sobie poczet wybitnych gości, którzy nawiedzali to miejsce. Nie wszystkich znałem. Na przykład ten facet, którego bytnością Lednica chlubi się od roku 1976 do dziś. Twarz niby znajoma, ale…:

Poza tym na Lednicy niewiele nowego (zresztą od tysiąca lat). Woje i toi-toje:

W Gnieźnie mieliśmy niewiele więcej szczęścia. Do jednego lokalu nie chcieli mnie wpuścić. Widocznie oglądali „Misia”:

Drugi miał na ekspozycji interesujące pastisze haseł z lat 50., ale był zamknięty:



Może dlatego, że Gniezno żyje już Wielkanocą. Na balkonach pojawiły się pierwsze pisanki:

W Biskupinie przed Muzeum nad wiadomym jeziorem ścisk był taki (festyn archeologiczny), że po bilety trzeba by było stać co najmniej godzinę. A nie było koników. Cóż, mieszkańcom Poznania, Gniezna, Bydgoszczy i okolic tak obrzydła cywilizacja, że drzwiami i oknami pchali się do zagrody sprzed trzech tysięcy lat. Nie bacząc na ostrzeżenia, że pod prasłowiańską chałupą może ich rozjechać pociąg:

Potem Wenecja. Ale żadnej gondoli, mandolinistów, nad jeziorem samotny wędkarz kiwa się (choć nie było wiatru) nad pustymi podbierakami. Dwie stare ciuchcie wąskotorowe, bo muzeum. Śmierć z nudów:

Bardziej obiecująco było w pobliskim miasteczku z Dzikiego Zachodu:

Lekko nie pasowało mi tylko, że na budynku z napisem „Sheriff” był też napis Coca-cola”. No, i te amerykańskie nieuki musiały strzelić ortografa na szyldzie usług fotograficznych:

Ta nieustanna ucieczka w przeszłość skłoniła Dorotę do zrobienia następnego zdjęcia. Podobno bardzo do siebie pasujemy:

W Bydgoszczy nastroje wcale nie lepsze. Panie z mojego ulubionego wyznania religijnego oczekiwały przy stelażu z literaturą na osoby ciekawe przyszłości własnej i świata, ale – zdaje się – czekały na próżno:

Może dlatego, iż obrały posterunek pod (byłym?) hotelem Savoy. Owszem, hotel mocno podupadł, co widać po szyldzie. Czy to jednak znaczy, że powinien przechodniom przywodzić na myśl koniec świata, sąd itd.?:

Generalnie jednak Bydgoszcz nasyciła nas sztuką. Pierwszą zapowiedzią tych przeżyć była rzeźba zbiorowa przed tymże Savoyem. Przedstawiała grupę kamiennych głów z głazami umieszczonymi na tychże głowach. Pomyślałem: Stoneheads. Pomyślałem: to zapewne odpowiedź Bydgoszczy na Stonehenge pod Salisbury:

Cdn.

King’s Singers śpiewają Beatlesów. Rozpisane na głosy, na chórki. Można i tak. Pytanie: co by było, gdyby Beatlesi śpiewali te same melodie w tej samej manierze w roku 1962, 63? Zamiast się wydzierać jak w „Twist and Shout”?
Kiedy jacyś nasi nowi Novi Singers zamiast tłuc Szopena zaśpiewają „Białego misia” i „Żółty jesienny liść”?
Słucham (po raz stutysięczny) w piosence „Back to The USSR”, jak bitels śpiewa do rosyjskiej dziewczyny: „Take me to your daddy’s farm”. Czyżby oni naprawdę nie słyszeli, jak działa instytucja kołchozu?:

Jak ktoś ma tak rozbudowane nazwisko, to pseudonim musi mieć krótszy. Więc nie: Brian Peter George St. John le Baptiste de la Salle Eno. Lecz: Brian Eno. Twórca nurtu ambient. Zamiast utworu harmonicznego – plamy dźwięku. Płyną poza czasem. Na płycie „Small Craft on a Milk Sea” (2010) też. Dochodzi do tego, że muzyka jest niezauważalna jak szum windy:

Rod Stewart „The Best of The Great American Songbook”. Piosenkarz zapewne nagrywa kolejne tomy amerykańskiego śpiewnika. To działalność chwalebna, ale odrobinę jałowa. Bo wszystkie te pamiętne piosenki w jego wykonaniu posiadają to samo poprawne wykonanie, stosowną, wystylizowaną aranżację. A tymczasem ich siła polegała na tym, że swego czasu wykonywali je artyści nowi, często niedouczeni, niewprawni. Piosenki były chropowate, ale przebojowe, nowe, rewolucyjne. A tu zostały zaaranżowane po jeden strychulec, na elegancki dancing. Straciły całą odrębność. Ot, miłe melodyjki, jedna za drugą. Poprawne, ale trudno rozróżnialne. I to mają być kawałki, które rozbudzały wyobraźnię słuchaczy na całym świecie?: