Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Zachodni wiatr spienione goni fale

Jesienny, piastowski Szczecin. Przy Wałach Chrobrego (szkoda, że to tylko 500 metrów) uroczy bar śniadaniowy o nazwie nostalgicznej, przywołującej moje najlepsze lata (późny Gierek):

Rybarex (nazwa Rybex była już pewnie zajęta przez jakąś hurtownię) prócz pożywnych śniadań całkiem bezinteresownie zaoferował również przepisy: z pogranicza kulinariów i sztuki wystroju:

A także zaproponował dzieła sztuki (do kupienia w pobliskim sklepie). Te ziemniaki w misce muszą cudownie wyglądać na meblościance ze Swarzędza:

Były i inne lokale. Przed jednym z nich fantazyjne konie i od razu dorobiona do nich (w komplecie?) tabliczka ostrzegawcza. Spotykam takie coraz częściej. Widocznie to już weszło rodakom w krew: dotknąć, pomacać, wleźć na coś, co się podoba. Full contact:

Pobliski kiosk. A tu – co się rzadko zdarza – pełny parytet: „Wyborcza” reklamowana łeb w łeb z „Naszym Dziennikiem”:

Dziwnów. Nad morzem posezonowy smuteczek. Puste bulwary:

Śpią tak rojne do niedawna sklepy:

Drzemią lokale, w których jeszcze nie tak dawno trudno było o wolne krzesło:

Kolejka ustawiała się do dykty, obok której dyżurowała pani pobierająca drobne za włożenie twarzy w wycięty owal:

Nostalgiczne są mewy:

Melancholijny jest piasek:

W Trzęsaczu po sezonie nawet drzewa usychają ze zgrozy:

Ciągnęła mnie Dorota do tego Trzęsacza! Na darmo jej tłumaczyłem, że ja w trzęsaczu byłem już parę razy. Następnego dnia rano. Pojechaliśmy, a tu jeden smutek i ruina (na drugim planie):

Na szczęście nie wszyscy się poddali. Dzięki temu mogłem zrobić najpilniejsze zakupy w ostatnim czynnym stoisku:

Mogłem pokrzepić duszę widokiem strażnicy wojsk ochrony pogranicza. Wprawdzie nie zagrabują już pewnie plaży jak w latach 50., żeby wykryć ślady szpiega, którego przerzucono łodzią podwodną. Ale miło się przekonać, że czuwają, by ktoś nie przedostał się nielegalnie kajakiem na Bornholm:

Miło w ostatnim sklepie zobaczyć tę samą wywieszką, którą oglądałem już w tylu sklepach:

Miło też zawiesić oko na najnowszej architekturze. Przypomina trochę Akropol, a trochę dworek szlachecki. Ale żeby taki okaz był jeszcze ładniejszy niż Akropol i dworek w jednym, został dodatkowo podświetlony na fioletowo. To dopiero daje pełny efekt:

Lektury. Ciągle Jerzy Dobrowolski („Wspomnienia moich pamiętników”):

Porwali Aldo Moro, wojna w Indochinach, posiedzenie Rady Bezpieczeństwa, amerykański uczony odkrył skuteczny środek przeciwko chorobie raka, pół świata wyleciało w powietrze – a my twardo – Pierwszy sekretarz polskiej itd. odwiedził województwo bielskobialskie.
Ewentualnie pierwszeństwo może mieć tylko wiadomość typu: Głuchoniemy elektrotechnik z Kijowa objechał na specjalnie przygotowanym rowerze republikę kazachską. (1979)

(kwiecień ’85)
Autorzy tekstów piosenek wojskowych wykryli pewną prawidłowość. Otóż jeżeli pryszczaty, niedomyty, spocony, tępy, niewykształcony, prymitywny, ogłupiony, podpity, niechlujny i brzydko pachnący młody człowiek w mundurze szeregowca Ludowego Wojska Polskiego pojawi się, najlepiej grupowo, w dowolnej części naszej ojczyzny, to piękne, pachnące, pełne wdzięku, mądre, nadobne panny i dziewczęta tracą rozum ciągnąc sznurem za mundurem. Zakochują się bez pamięci. Płaczą, biegną za wojskiem, zrywają kwiaty, rzucają kwiaty, kucają, odmawiają jedzenia, śnią na jawie, trą udami, rzucają się na wznak, krzyczą, powiewają chustkami, podchodzą pod druty, rozbierają się i – co ciekawe – nie zakochują się na ogół w pojedynczym Janie czy Stachu, lecz zasadniczo w całych jednostkach. A chłopaki, przyzwyczajeni do adoracji, świadomi swoich wdzięków i przewagi, niezależni i swobodni, rozkochują, odjeżdżają, zostawiają, pędzą do dalszych zadań. A tam nowe dziewczęta, serca złamane. Ech, dobrze w wojsku być.

Wietrzenie garderoby

Znowu w rozjazdach, więc zanim się w drodze dopcham do jakiegoś Wi-Fi, zaległości. Żeby cisza nie dzwoniła w uszach.

Koniec odsłuchiwania powieści „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” Jonasa Jonassona:

Rzecz nieodparcie kojarzy się z Forrestem Gumpem, bo pomysł całkiem podobny. Pewien szwedzki stulatek miał dość życia w domu opieki i w dzień swoich setnych urodzin, bez żadnego planu, wyskoczył w bamboszach przez okno. To pociągnęło za sobą serię zdarzeń, z których każde było bardziej absurdalne od poprzedniego. Może dlatego, że napotykał na swej drodze podobne do siebie nieprzewidywalne oryginały?
W dygresjach jego wspomnienia o tym, jak wpływał na losy świata spotykając się z Franco, Trumanem, Stalinem, Johnsonem, Mao, Kim Ir Senem i podobnej rangi przywódcami.
Wszystko niechcący i przez przypadek.
Allan Karlsson to przy tym człowiek dość ograniczony, by nie rzec: głupi. Ale uprzejmy, nieagresywny, bez wymagań i pretensji. Raczej poddaje się sugestiom innych niż cokolwiek narzuca. A jednak to ci inni dają się manipulować.
Wniosek? Ten sam, za który krytykowano Forresta: wystarczy być odpowiednio głupim i w nic się nie mieszać, by decydująco wpłynąć na losy świata.
W naszej literaturze głosił to Nikodem Dyzma i Kosiński w „Wystarczy być”.
Artur Barciś czyta to kapitalnie. Dokładnie, jak by wchodził w tryb rozumowania swojego bohatera-półgłowka.
Jest i film. O ile czas pozwoli, trzeba będzie zobaczyć.

Miasteczko Wołów niedaleko Wrocławia. Mnie dotąd znane tylko z tego napadu na bank w 1962 roku, kiedy to piątka amatorów zgarnęła 12 milionów. Był o tym film „Hazardziści” z Franciszkiem Trzeciakiem. I – jakiś komiks z kapitanem Żbikiem. Wpadli i w życiu, i w filmie – przez niefrasobliwość kobiet, które nie wytrzymały i zaczęły płacić banknotami o zastrzeżonych numerach.
Dziś Wołów reklamuje się postumentem z gromadą wołów. W wieczornym świetle wyglądały przejmująco:

I nazwa miasta sążnistymi literami. Ostatecznie mówiło się: „Napiszę ci to wołami”:

I jeszcze przejaw bezinteresownego piękna w postaci tablicy na klepsydry przed kościołem w Świebodzinie. Skojarzył mi się tekst, który dziesiątki razy słyszałem w amerykańskim kinie policyjnym: „Nobody will die, today”:

Jesień raz deszczowa, raz umiarkowana. Doceniło to dziś nas dwóch: samotny traktorzysta, który orał zagon pod lasem i samotny włóczęga z nadmiarem kilogramów, czyli ja:

Jeszcze Jerzy Dobrowolski. Jak proponował nową wersję znanego tytułu oraz jak rezerwował pokój w hotelu:

„O człowieku, który się kurwom nie kłaniał”

Mówię nazwisko. Nie ma – mówi panienka. Musi być, miałem potwierdzenie – mówię nazwisko. Wertuje panienka, grzeczna panienka, papiery panienka, księgę panienka. Nie ma. Przykro panience, przykro mnie. Nie ma. Niech pani jeszcze raz sprawdzi. Sprawdza panienka: nie ma panienka. Na pewno? Na pewno. Wtrąca się koleżanka panienki – a tutaj, Mariola, w te nowe zobacz. Patrzy Mariola, w te nowe Mariola, nazwisko? – pyta. Mówię nazwisko. Jest nazwisko. Tak – mówi Mariola, grzeczna Mariola – jest na pana nazwisko. Mówi nazwisko. No, widzi pani. A z taką pewnością twierdziła pani, że nie ma. Bo nie było. U mnie nie było. Przecież pan widział, że sprawdzałam. Dopiero u koleżanki w tych nowych było, bo u mnie w tych starych na pewno nie było. Przecież widział pan, że trzy razy sprawdzałam. No tak, przekonała mnie.
Rezerwacja w hotelu to oczywiście małe miki. Gorzej, gdy inna Mariola np. zamienia matkom noworodki w szpitalu lub podaje ze skutkiem śmiertelnym niewłaściwe lekarstwo. A przecież nie na tych drobnych przykładach zasadza się wszechobecne zjawisko „Mariola”. Mariole obu płci są wszędzie i skutecznie rozkładają resztki państwowej konstrukcji. „Żywię głębokie przekonanie” (żeby powtórzyć ulubiony kiedyś, a modny do dziś zwrot tow. Edwarda Gierka), że konsekwentna działalność Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wraz z wychowanymi przez nią Mariolami, doprowadzi do tego, że jeszcze trochę i to się wywali wszystko.

Płyta nazywa się „A Budda Lounge Tribute to The Beatles” i jest na rozluźnienie. Polega na tym, że najpierw odzywa się mnóstwo brzęczyków, które mają sugerować atmosferę Wschodu. A potem już sobie biegnie znana melodyjka, zagrana równo, nuta po nucie. Jak z katarynki. Proszę: i wschodnio, i przewidywalnie:

Kwiat jazzu pod dyrekcją Quincy Jonesa interpretuje (?) kompozytorów Blancharda i Telemana. Co daje nastrój relaksu i pogody. O zawartości „cukru w cukrze”, czyli jazzu i poważnej w tym przedsięwzięciu, nie mnie sądzić:

88 minut / 88

 

Jeden aktor, a jakie napięcie!

Al Pacino w jednej ze swych ról facetów starszych, nieco wypchniętych na margines, mało zdyscyplinowanych, lubiących popić i zabawić się jak za dawnych dobrych czasów. „Duch ochoczy, ale ciało mdłe.”
Czarne, bujne włosy i broda. No, nie! Musiałby je sobie w tym wieku farbować. Na planie też ktoś musiał o tym pomyśleć, bo Pacino po ok. 40 minutach zaczyna ujawniać siwe kosmyki.

Tu – psycholog kryminalny, opiniujący seryjnego mordercę. Po zatrzymaniu rzekomo winnego na podstawie jego orzeczeń, zaczyna się seria identycznych zbrodni. On sam dostaje od mordercy 88 minut życia. Ten jest przed nim zawsze o kilka ruchów. I jeszcze grzebią mu w życiorysie. Słowem – przyśpieszony upadek znanego psychiatry.

Na wizerunku pojawiają się rysy. Czy ekspert sądowy ma być przekonujący, czy raczej dbać o prawdę?
Czas ucieka, mordercą może się okazać każdy, więc podejrzewa każdego. „Paranoja jako normalny stan umysłu.”

Asystentka na uczelni. Słuchawka telefoniczna w uchu na stałe. Cokolwiek robi, nieustannie prowadzi rozmowy. Dzięki temu robi dwa razy więcej. Sam Pacino też z reguły prowadzi dwie rozmowy jednocześnie.

88 minut / 88, reż. John Avnet, 2007 filmweb

Above Trzebaw

Dzień jak co dzień. Najpierw 10 kilometrów polami, lasami, bezdrożami. Jesień w lasach trudno jeszcze poznać po liściach. Najłatwiej po tym, że F-16 nadlatujące znad lotniska w Pokrzywnie, są głośniejsze niż ptaki. A jeszcze miesiąc temu było odwrotnie.
No, i dzisiejsze niebo nad Trzebawiem, które pozwolę sobie zademonstrować razy pięć:

Nie cichnie sprawa interwencji poznańskiej radnej z PiS-u w sprawie pary osłów z naszego zoo, kopulującej na oczach dzieci. Matki były oburzone i domagały się interwencji. Podjęła ją u dyrektora instytucji radna Lidia Dudziak. Na razie z sukcesem: parę, która jest razem od 10 lat, rozdzielono siatką. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten idiotyczny Internet. „Trzeba osłom dać ślub kościelny, wtedy wszystko będzie w porządku”… I takie tam.

Dla odmiany w moich stronach, w wiosce Dobra koło Sieniawy (jak ktoś mówił: „Dobra”, zamiast „Dobrze”, poprawiało się go: „>>Dobra<< to jest za Sieniawą.”) doszło do zuchwałej kradzieży. Otóż mieszkaniec tych okolic ukradł sieczkarnię. Była warta 500 złotych i – jak podaje policja – może teraz posiedzieć do 10 lat. Gadanina! Na pewno nie wlepią mu 10 lat, tylko siedem, a po pięciu wyjdzie za dobre sprawowanie. A swoją drogą to chyba była najdroższa sieczkarnia na Podkarpaciu.

Wczoraj czytałem „Wspomnienia moich pamiętników” satyryka i aktora Jerzego Dobrowolskiego:

Bardzo zdolny, ale się zapił. Miało to – jak przypuszczam – swoje podglebie. Otóż Dobrowolski za bardzo brał sobie do serca całą tę PRL-owską propagandę. Nigdy, a już zwłaszcza w latach 80. nikt nie przywiązywał najmniejszej wagi do tego, co mili w „Dzienniku” albo co piszą w gazetach. Wiadomo było, ze to jest po nic i ludzie nie zawracali sobie tym głowy. Ale nie Dobrowolski. On się zafiksował na tej mieszaninie kłamstwa i zidiocenia i pisał (naturalnie tylko do zeszytu) diatryby przeciw „zniewoleniu, manipulacji itp.”. Sam się nakręcał. Niewykluczone, że właśnie to go zjadło.
Ale ja przytaczam znośniejsze próbki.

Pan w radio zawsze mówi: „Niestety, nasza audycja zbliża się powoli do końca, ale wrócimy jeszcze niejednokrotnie do tego interesującego tematu, który wymaga oddzielnego omówienia”. Potem już nigdy nie wracają do tego interesującego tematu, który wymaga oddzielnego omówienia, natomiast puszczają jakieś inne audycje, które niestety również zbliżają się powoli do końca.

Pamiętam, dawniej, gdy pan w radio podawał czas, to regulowałem zegarek. Obecnie nie ma dnia, żeby pan spiker z rozkoszną dezynwolturą dwa, trzy razy nie podał rano fałszywej godziny. A co mu tam? Zwykle myli się o 60 minut. Jest godzina 6,18 – mówi. Potem muzyka i albo mówi bez komentarza: Jest godzina 7,28, albo serdecznie przeprasza i mówi: Nie 6, 18 oczywiście, tylko 7,18 – co jest nieprawdą również, bo upłynęło już 5 minut. O te swoje 60 minut myli się swobodnie do tyłu lub do przodu, jak mu się tam spojrzało. A parę dni temu przeszedł już samego siebie. Powiedział: Jest 6,40, a po chwili: przepraszam, nie 6,40, ale 15 po siódmej. I tak ze wszystkim. Szkoda czasu i atramentu.

„Nasza Księgarnia” i Wydawnictwa Szkolne uporały się nareszcie z brakiem podręczników szkolnych i polskiego, historii, rachunków, geografii i innych, wydając zbiorczo podręcznik „Zbiór przemówień Edwarda Gierka – dla klas V”.

Najnowsza płyta Leonarda Cohena „Popular Problems”. Brzmi jak ta sprzed dziesięciu lat, zwłaszcza wtedy, gdy gardłowemu basowi Cohena towarzyszy damski chórek. Na całym krążku nastrój stabilny. Kawałki podobne. Brak tu takiego przeboju jak „In My Secret Life”. No, może „Almost Like The Blues” jest blisko.
A, jako że wszystko toczy się bardzo wolno: „I’m slowing down the tune / I never liked it fast / You want to get there soon / I want to get there last”. I kawałek dalej: “It’s not because I’m old / It’s not the life I led / I always liked it slow”.

Akt oskarżenia / The Panadine Case

 

Dramat sądowy.

Młody Gregory Peck w roli wziętego adwokata. Ma bronić kobietę oskarżoną o otrucie własnego, niewidomego męża. Ona była biedna, mąż bogaty. Kobieta to silna osobowość. Zaczyna na adwokata działać hipnotycznie. Żona robi się zazdrosna, przyjaciele szepczą po kątach.
Żona widzi, co się dzieje i życzy mu, żeby wygrał. Wówczas ona wyjdzie, zrobi kolejny numer i w ten sposób skompromituje się w oczach adwokata. Jeżeli ją powieszą, to adwokat będzie się w niej kochał do końca życia.

Femme fatale – okazuje się, że manipuluje wszystkimi.

Policja przyszła aresztować pewną arystokratkę z powodu otrucia przez nią męża. Ta w tej sytuacji prosi, by mogła uprzedzić kamerdynera, że nie będzie na kolacji. Prosi też, by kamerdyner w jej imieniu przeprosił kucharza.

Amatorska znawczyni męskiej psychiki: „Mężczyźni, którzy zbyt długo dobrze się prowadzą, marzą o wytarzaniu się w błocie.”

Hitchcock jako pasażer na stacyjce kolejowej: z cygarem i kontrabasem.

Prawnicy w tych peruczkach w brytyjskim sądzie wyglądają nieodparcie śmiesznie. Ale jednocześnie występuje przed sądem z rękami w kieszeniach.

Akt oskarżenia / The Panadine Case, reż. Alfred Hitchcock, 1947 filmweb

Zmierzch opactwa

Dzisiejsze wywody pozwolę sobie rozgrodzić zdjęciami byłego opactwa cysterskiego w Lubiążu (powyżej Wrocławia). Opactwo jest ogromne – fotografie nie oddadzą skali jego rozmiarów. Puste, zdewastowane, pozamykane, niszczejące. Cóż, cystersi budowali je w czasach, kiedy zakon był ekonomiczną i kościelną potęgą. Dziś, jeżeli nawet któreś z dawnych opactw, obliczonych na tysiące zakonników, jest jeszcze w gestii zakonu, to zasiedla je jeden braciszek. Najczęściej mocno wiekowy:

Nareszcie! Głos dała Marysia z Gorzowa. W temacie alkoholu, ale dobre i to:  „Jestem bardzo wrażliwą osobą w sferze duchowej. Przejawia się to wówczas, gdy ktoś przy mnie pije alkohol, bo wtedy jest mi ogromnie smutno.” Znam tę nierównowagę z własnego życia. Jeden pije i jest mu wesoło, a drugie nie pije i jest mu smutno. Przykładowo: prowadzę, więc nie piję i jest mi smutno. Normalne. Ale mój smutek – całkiem jak u Marysi – powiększa się, bo  Dorota kupiła sobie piwo na stacji. Popadam w depresję.
Z tym, że Marysia ma jeszcze gorzej: „Nie znoszę widoku alkoholu”. Boże, jak ta dziewczyna musi cierpieć w marketach, na stacjach benzynowych, w zwykłych spożywczakach, przechodząc obok bilbordów z piwem, oglądając reklamy w telewizji. Żeby tylko reklamy! Pierwszy lepszy film anglosaski: drink tu, drink tam. Wstrząśnięty, nie mieszany! Wreszcie – jak musi cierpieć w kościele i to na każdej mszy. A już jak słyszy Ewangelię o Kanie Galilejskiej!  Jedna gehenna.
I nie uważam za dowcipne wpisy internetowe typu: „Alkohol nie jest do patrzenia. Alkohol jest do picia. Ta dzisiejsza młodzież…”
Z tymi wpisami to zresztą jakaś epidemia. Biskup Hoser zawiesił właśnie dwóch księży za praktyki homoseksualne. Internet, zamiast wyrazić solidarność z pasterzem, wypisuje: „Mam nadzieję, że zawiesił ich za jaja.” I podobne. To ma być dowcipne?
I  Lubiąż:

W Radiu M. nareszcie oferta dla mnie. W czasie audycji „Mogę, chcę pomóc” pada oferta oddania (za darmo, oczywiście) maszynki do mięsa (starego typu, oczywiście) i książeczek z serii „Tygrys”. Tylko te „tygrysy” nie są w najlepszym stanie, bo oferentka znalazła je właśnie w starej walizce w szopie. Cóż, pewnie mają tyle lat co ja. Jak bym tak długo leżał w szopie, to pewnie wyglądałbym jeszcze gorzej niż wyglądam (o ile to możliwe). A „tygrysy” to legenda mojego dzieciństwa. Nie, żebym chciał to teraz znowu czytać – tak dalece się nie uwsteczniłem. Ale po prostu wziąć taki tomik do ręki…
I Lubiąż:

Jeszcze o literaturze. 20 lat temu zmarł Zbigniew Nienacki. „Fakt” przypomina: „Na jego książkach wychowały się trzy pokolenia czytelników.” No właśnie! Ja też czytałem wszystko, co napisał. Ale powiedzieć, że „wychowałem się na Nienackim”? Wychować się na czymś to – jak rozumiem – nie tylko poznawać coś przez czas dłuższy i w sporej ilości. To na swój sposób przesiąknąć tym czymś, przyjąć to za swoje, identyfikować się z tym, pozwolić, by to coś stało się na trwałe znaczącą cechą mojej osobowości. Mówimy: Wychowałem się na tym, a w domyśle tkwi – do dzisiaj z tego czerpię, chętnie do tego wracam, to mnie ukształtowało. A ja czytałem Nienackiego mnóstwo i z przyjemnością, ale „się na nim nie wychowałem”. Podobnie jak na Hannie Ożogowskiej, Karolu Mayu i na setce innych autorów, których czytywałem bez umiaru i bardzo mi się podobali. Po prostu przyjąłem ich do wiadomości, a potem wyrosłem z nich. Jak wcześniej przyjąłem do wdzięcznej wiadomości wierszyk o kotku i płotku, co nie znaczy, że mnie na całe życie ukształtował i „się na nim wychowałem”.  Po prostu poszedłem dalej. Co nie znaczy, że zdanie: „Na jego książkach wychowały się trzy pokolenia czytelników” nie jest prawdziwe. Obawiam się, że w pewnym sensie – jest. To znaczy: trzy pokolenia rodaków czytały w młodości Nienackiego i w życiu poza jego krąg myślowy nie wyszły. Ostatecznie połowa dorosłych Polaków nie czyta niczego.
I Lubiąż:

Bobo Stenson & Palle Danielsson „Live in Geneve 2014”
Dawno nie słyszałem – co naprawdę nic nie znaczy – tak miękkiego i delikatnego fortepianu. Kontrabas tylko wzmacnia ten nastrój. Bardzo blisko tej muzyce do ciszy. A Stenson należy – jak czytam – do wąskiego grona najczęściej nagradzanych pianistów jazzowych świata. Koncertuje od 1966 roku:

Nikomu ani słowa / Don’t Say a Word

 

Film oparty na aktorstwie i osobowości Michaela Douglasa. Wersja: prosty człowiek zmobilizowany do najwyższego wysiłku w sytuacji ostatecznej.

Bandyci denerwują się przed napadem na bank. Jeden z nich nawija bezmyślnie o jakiejś drużynie sportowej. Jak ci z klasyka Tarantino o jedzeniu.
Jak często: jeden mózg (Sean Bean), reszta posłuszne tępaki. Porywają córkę psychiatry, by ten wymusił od pacjentki ważny dla nich numer.

Porywacz daje psychiatrze polecenie: „Jedź rowerem” (w tłumaczeniu). Przez chwilę mnie to dziwi. Oczywiście chodzi o rovera.

Biedny psychiatra jest w defensywie (porywacze mają wszystkie atuty) do momentu, kiedy decyduje się postawić i zmienić reguły gry. Fajne, tylko było już sto razy.

Nikomu ani słowa / Don’t Say a Word, reż. Gary Fleder, 2001 filmweb

Mania wielkości

Najnowsze doniesienia z życia lasu:

Poza tym.
Na Dolnym Śląsku to po prostu wisi w powietrzu: nic, co nie jest wielkie, nie może być wielkie. W miejscowości Pławna Dolna „żyje i tworzy” malarz wielu talentów Dariusz Miliński, który zorganizował tam swego rodzaju przedsiębiorstwo artystyczne. Nie mnie sądzić, czy jest to twórczość doniosła, ale na pewno jest wielka. Jak wielki potrafi być jeleń na wzgórzu:

Albo też jeden, drugi czy trzeci Liczyrzepa:

Ewentualnie żołnierz epoki napoleońskiej:

Czy też gród trojański z wiadomym koniem. Niestety, konia wprowadzili do środka, więc jest już za późno:

Jeżeli dzieło nie jest wielkie, to jest co najmniej ciekawe, jak te postacie w złocie:

Mogą wzbudzać zainteresowanie do tego stopnia, że gospodarz zdecydował umieścić ostrzeżenie:

Poza tym rozmaitości. Pinokio w trakcie obróbki:

I łódź podwodna, przy pomocy której – podobno – w XIX wieku szukano siedziby Ducha Gór w głębi  Wielkiego Stawu pod Śnieżką:

A nad wszystkim unosi się księżyc. Też wielki:

Bohaterowie Telemarku / The Heroes of Telemark

 

Kino eksploatowało i eksploatuje II wojnę do szczętu.

Norweska „ciężka woda”, półprodukt w drodze do budowy bomby atomowej. Kto zbuduje bombę atomową pierwszy: Niemcy czy alianci?

Drobiazgi. Domek zagubiony w zaśnieżonych górach Norwegii. Konspiratorzy stukają do drzwi (oszklonych, a na zewnątrz musi być minus 20). Ale, żeby twarze pukających były lepiej widoczne, tych szybek nie ma tam wcale.
Norweski ruch oporu dokonuje napadu na niemiecką fabrykę w mundurach angielskich, żeby hitlerowcy nie brali odwetu na zakładnikach. Ale w takich mundurach to oni mogliby iść na paradę albo na letni poligon, a nie na akcję w nocy w trakcie norweskiej zimy.

Brakuje tu sprężystości intrygi jak w powieściach Alistaire’a MacLeana, w takich „Tylko dla orłów”, choć widać, że twórcy się wzorują. Jest operacja, zdrajca wewnątrz ekipy, kolejne nieudane podejścia. Poza tym: zima, góry, mróz. To piętrzy przeszkody. Najczęściej harcerskie: jak przejść przez płot, oszukać wartowników itd.

Kirk Douglas jako naukowiec i komandos jednocześnie. Daje radę.

Orkiestra gra cały czas, jak podczas przedstawienia operowego.

Bohaterowie Telemarku / The Heroes of Telemark, reż. Anthony Mann, 1965 filmweb

Podejście do płota

Bo zaś w Lubomierzu jest rozległe byłe opactwo z pięknym,  barokowym wystrojem. W nim rzeźby jak ta:

Ale nikt się tam takimi rzeźbami nie interesuje, za to wzięcie mają takie postumenty jak ten:

Wszystko dlatego, że pół wieku temu na głównej uliczce miasteczka nakręcono parę scenek. Ściśle mówiąc nie była to nawet cała uliczka, tylko jej lewa strona, ta z podcieniami. Z kościołem, który stojąc na wyniosłości zamyka perspektywę:

Dziś placyk nieopodal nosi imię aktora:

Ten aktor, jeden z najbardziej zdolnych i pamiętanych naszych komików, zmarł w ciężkiej depresji. W domu miał telewizor odwrócony ekranem do ściany. Wyrzucał sobie, że za mało interesował się własnym synem, który zginął w wypadku. Jeździł tylko z jednego planu filmowego na drugi, pilnował kariery i nie było go, gdy potrzebowało go własne dziecko. Kiedy zmarł, na pogrzeb w podwarszawskiej miejscowości przyszły tłumy. Ale z filmu tylko dwie czy trzy osoby. Przecież ministrowie i inni ważni ludzie nie będą chodzić za trumną jakiegoś komedianta. Co innego, kiedy umiera tragik w typie Holoubka. To taki skromny przyczynek do kreślenia naszego profilu narodowego. Zamiast pomników takiemu najwyżej ludowy artysta może wyrzeźbić figurę z drzewa lipowego:

Miasteczko usilnie lansuje się tym filmem, gdzie może. I założyło sobie nawet muzeum. W którym jednakowoż rzeczy związanych z filmem nie ma prawie wcale. Poza – rzekomo – koszulami które sąsiedzi w trakcie kłótni mieli podrzeć. I garnkami, które mieli tłuc:

No, i w muzeum mieszka sobie kotek. Może nawet potomek tego, na którym Witia miał „wierzchem jechać”. Warto przypomnieć, że na targu sprzedawał go Ryszard Kotys. Który teraz po kilka razy dziennie odstawia swoje stałe numery jako Paździoch w znanym serialu:

Blackmore’s Night: „Autumn Sky” (2010)
Ritchie Blackmore (Deep Purple) i jego żona Candice Night wypuszczają takie albumy średnio raz do roku.
Jak zwykle – mieszanka gatunkowa. Trochę pozoracji na średniowiecze, ale takie bardziej z Tolkiena. Trochę z folkloru z folkloru irlandzkiego czy szkockiego, co taki słuchacz jak ja może rozpoznać tylko intuicyjnie. Ale wykonane jest to tak, jak by interpretował to Mike Oldfield. I rytmizuje to mocna perkusja i ostra rockowa gitara. Ale nastrój – powiedzmy – truwerski podkreślają gitary akustyczne, harfy, nawet kobzy (zapewne imitowane elektronicznie). Są i flety. I miłe melodie, takie na dyskotekę dla czterdziestolatków: