Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Biblia w kwestii e-maili

Jak dzwonią do drzwi Świadkowie, to pewne, że czeka mnie uczta duchowa. Tym razem „Strażnica” poświęcona niedoli rozwodników. I rady, jak kontaktować się z byłą (-łym), gdy zachodzi taka konieczność. Każda rada odsyła do cytatu z Biblii. Przykładowo. „Mów krótko i na temat, Rzymian 12:18.” W porządku. Ale niekiedy były małżonek bywa „nieprzejednany”. W takiej sytuacji „Strażnica” zaleca nie kontaktować się osobiście. „Kontaktujcie się przez e-mail (Przysłów 17:14)”. Zżerała mnie ciekawość, co Księga Przysłów mówi o poczcie elektronicznej. Sprawdziłem: „Kłótnię zaczynać to dać upust wodzie, nim spór wybuchnie – uciekaj!”. No tak – napisz, co masz do napisania i zawracaj sobie głowy odpowiedzią!

W sklepach z żywnością dla zwierząt pojawiły się kalendarze na nadchodzący adwent. Na każdy dzień proponują inna potrawę, aby zwierzak miał urozmaicone menu, gdy będzie czekał na narodziny Dzieciątka. Świetnie! Jest pewność, że przynajmniej jedna osoba w domu będzie adwent przeżywać. Reklama: „Spraw radość Twojemu kotkowi, podając mu wyśmienite przysmaki i w ten sposób umilając adwentowe oczekiwanie”. Albo to kot gorszy? Angielskie przysłowie: „And cat may look at the king”

W „Głosie Wielkopolskim” czytam tysiączne idiotyczne wspomnienie. „Dokładnie 8 lat temu odeszła Emilia Waśniowska, ceniona poznańska poetka (…). Przegrała walkę z ciężką chorobą”. Hmm, „przegrała”… Więc była jakaś gra, były jakieś reguły, zasady, trzeba było się postarać. A ona – najwidoczniej – się nie postarała. Nie chciało się. Leniwa widać była, a może sobie zlekceważyła, może odpuściła. W każdym razie: nie popisała się w tej rozgrywce. Więc „przegrała” i już. Luzerka, patałach. Cóż, jak się nie walczy, to człowiek sam sobie winien…

Przechlapane Święta: „W diecezji warszawsko-praskiej ruszyła akcja „Stop dla gender”: – Moglibyśmy w pełni cieszyć się tymi świętami, gdyby nie widmo ideologii gender – mówią przedstawiciele ruchów diecezji warszawsko-praskiej.” („Nasz Dziennik”) No tak, gender w Warszawie to horror, ale gender w Betlejem to dopiero zgroza.

„Bill Gates: Dałem jeden procent podatku na fundację dożywiającą dzieci. Teraz dzieci muszą się leczyć z otyłości.” („Gazeta Polska Codziennie”)

„Błękitne szerokie okna”

 

Czytam stary wiersz Józefa Czechowicza i przypomina mi się interpretacja Grechuty. A także jak kiedyś na ulicy wioski, w której mieszkałem, spotykam sąsiada, który był już mocno wdrożony. I zamiast dać jakąś pospolitą aluzję do tego faktu, pojechałem Grechutą:  „Dziwnie się srebrzysz, aniele mój, w tęczowym piórze…”

„Wśród drzew schylonych o północy
wśród jasnych widów złego mroku
coś się przemienia w naszej mocy
ktoś się porusza z naszym krokiem
kiedy tak idziesz w szumnej szacie
a wiatr ją targa i rozwiewa
nie bój się , ty nie idziesz sama
chodzą wraz z tobą wszystkie drzewa
ziemia jak echo minionych dni
grające w borze
a nasze cienie wśród martwych dni
wieszają zorze
dziwnie się srebrzysz aniele mój
w tęczowym piórze
nade mną góry wieżyce miast
nade mną
błękitne szerokie okna
i jasne smugi od lamp
i twoja postać , jasna postać
taką cię znam
taką cię znam”

Człowiek, który wiedział za dużo

 

Częste u Hitchcocka: zwykli ludzie wplatani w aferę szpiegowską. Angielskie małżeństwo na zimowych wczasach w Szwajcarii. Zastrzelono ich przyjaciela, tajnego agenta. Ten przed śmiercią przekazuje ważną wiadomość. Ale terroryści porywają córkę Anglików, by szantażem zmusić ich do milczenia.

Historia miała potencjał. Hitchcock nakręcił ja jeszcze raz w 1954 z Doris Day i Jamesem Stewartem. Z tym, że Anglicy byli na wakacjach w Maroku.

„- Dlaczego go nie lubisz? – Przesadza z brylantyną”.

Peter Lorre (kilka lat przed „Sokołem maltańskim”) jako etatowy opryszek. Te hipnotyczne oczy szaleńca!

W sytuacji tragicznej element komiczny. Ojciec porwanej córeczki i jego przyjaciel idą tropem dziecka. Wchodzą do kaplicy, w której wyznawcy Słońca śpiewają nabożne pieśni. Aby się porozumieć obaj wygłaszają swoje uwagi jako teksty „śpiewanych” przez siebie utworów.

No i klamra. Zaczyna się od strzału matki podczas zawodów i matka strzela do porywacza córki w finale.

Przeoczyłem Hitchcocka? Nie, tu się nie pokazał.

Człowiek, który wiedział za dużo, reż. Alfred Hitchcock, 1934

Esbecka prowokacja („Ja byłem w muzea…”)

Natknąłem się na nią w krakowskim Muzeum Narodowym. To praca Jarosława Modzelewskiego „Zabijanie świni”. Obraz przekonujący, namalowany starannie, z wielką dbałością o detale, kolorystycznie wycieniowany. Tylko, gdzie ta prowokacja? Oczywiście w dacie. Bo obraz pochodzi z roku 1983, kiedy to mięso było na kartki, a i to go ciągle brakowało. Więc namalować taki obraz znaczyło – pokazać go głodnym mieszkańcom miast i wsi, wkurzyć ich, a w konsekwencji wyciągnąć na ulice i napuścić na nich ZOMO. Oto do czego prowadziło pokazywanie świni na płótnie!

Przypadek?

Przysłowie powiada: „Koniom i zakochanym inaczej pachnie siano”. Oto dowód: „Nasz Dziennik” podał sensacyjną informację: „Ruszyły prace remontowe przy murach okalających dawne opactwo benedyktynek w Jarosławiu”. W którym mieszkałem do matury. Dalej biegną informacje historyczne: „W latach 1615-1650 powstawał tu ufundowany przez Annę ze Stenbergu z Kostków księżną Ostrogską klasztor, który stał się w tamtych czasach ważnym ośrodkiem kulturalnym i religijnym, oraz kompleks obronny otoczony murem z 9 basztami warownymi, który miał strzec opactwo przed częstymi najazdami Tatarów i Kozaków.” Nota bene, po polsku: strzec opactwa.
Wszystko fajnie, tylko okolic klasztoru całe moje pokolenie nie kojarzyło jakoś z siostrami benedyktynkami. A wręcz przeciwnie. Ustronne te okolice były idealnym miejscem na randki i pierwsze wtajemniczenia damsko-męskie. O pierwszych łykach wina owocowego, o zaciąganiu się pierwszymi „sportami” nie wspomnę. Tysiące par zapamiętało ów zacny klasztor z tego właśnie powodu. I ja tam byłem…
A baszty? Pamięta się jedną. Tę, w której młody, obiecujący plastyk nazwiskiem Jaś Tarapacki obwiesił się na własnym pasku. „- To gdzie się dziś widzimy? – U Jasia Tarapackiego”.

Czytanie prasy katolickiej ze wszech miar popłaca. Oto setki razy przechodziłem obok kościółka na Żydowskiej w Poznaniu i nie byłem świadom. Aż tu czytam w piśmie „ChiT. Chrystus i Ty” (17/2013) artykuł pióra Henryka Bejdy „To jest Ciało moje” zbierający dowody na obecność Chrystusa w konsekrowanej hostii. Nie bajania ludowe, legendy, lecz twarde dowody. Oto jeden z nich, który został upamiętniony wzniesieniem kościółka. Obok niego przechodziłem wielokrotnie itd.:
„W 1399 roku grupa tamtejszych /poznańskich/ żydów namówiła pewną chrześcijańską dziewczynę, aby wykradła z jednego z kościołów trzy Hostie (według innej wersji jedną). Niegodziwcy włożyli Hostie do swoich ksiąg, zapłacili Krystynie, a następnie Zanieśli Ciało Pana do piwnicy kamienicy u zbiegu ulic Żydowskiej i Kramarskiej . Po dotarciu na miejsce położyli je na stole i – chcąc sprawdzić, ile prawdy jest w twierdzeniach o realnej obecności w konsekrowanym chlebie – z furią zaczęli dźgać je nożami. Ku ich wielkiemu przerażeniu z Hostii zaczęła… tryskać krew. Widząc krew świętokradcy wpadli w popłoch. Nie chcąc mieć kłopotów „z miastem” usiłowali zakopać Hostie. (…)”
A dzisiaj antykościelne stacje TVN i Polsat ulokowały swoje studia filialne nieopodal tego właśnie kościółka. Przypadek?