Miesięczne archiwum: Marzec 2017

Błazenki i ukwiały

Jeszcze pod wrażeniem koncertu fortepianowego jazzowego duetu Wojciech Niedziela – Piotr Matusik (mistrz i uczeń) w sali Aula Nova poznańskiej Akademii Muzycznej. Potężne, masywne nasycone brzmienie. Zaczęli od standardu „Someone To Watch Over Me”, ale go nie poznałem.:

I radio – bez początku i końca.:

Czytam: „Adam Bielan właśnie udzielił „Super Expressowi” wywiadu na temat kulisów organizacji podróży na Wyspy. Jedno z pierwszych zadanych mu pytań dotyczyło tego, czy prezes PiS mówi po angielsku. /…/ Postanowił więc w ośmieszający sposób wykorzystać wizerunek premier Wielkiej Brytanii. – Theresa May nie mówi po polsku, więc potrzebny był tłumacz – stwierdził polityk”. Mam nadzieję, że pani premier jeszcze teraz czerwieni się ze wstydu, iż nie zna języka, w którym można by się porozumieć z posłem Jarosławem Kaczyńskim.

Nowa porcja prasy od Świadków. W Przebudźcie się! Kolejny tekst o cudownym Bożym stworzonku: „Jak to w prawdziwym partnerstwie bywa, błazenki i ukwiały świetnie się uzupełniają. Dla błazenka związek ten jest nie tylko wygodny, ale wręcz niezbędny do życia…” Jak bym czytał o Dorocie i o mnie. Tylko kto tu jest ukwiałem, a kto błazenkiem..? Chociaż obawiam się, że błazenkiem to raczej ja…

Azyl / The Zookeeper’s Wife

Azyl / The Zookeeper’s Wife, reż. Niki Caro 2017

Rozmawialiśmy o tym z Romkiem Rogowieckim na antenie radia RDC mniej więcej tak:

– Wiesiek, rozmawiamy dziś przy okazji filmu „Azyl” w reżyserii Niki’ego Caro. Film wyprodukowali Amerykanie, choć temat jest jak najbardziej polski.

– Romek, to historia – niestety – polska, mówię „niestety”, bo dotyczy strasznych czasów. I – niestety- a tym razem owo „niestety” mówię bardzo mocno: nie myśmy tę historię przenieśli na ekran. Ale żeby było po kolei – film, nakręcony na podstawie książki autorstwa pisarki amerykańskiej Diane Ackerman – jest oczywiście amerykański, choć na przykład wojenną Warszawę udaje w nim czeska Praga. Ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Jest to okupacyjna historia państwa Antoniny i Jana Żabińskich, przedwojennego dyrektorostwa warszawskiego ZOO, którzy umieli się odnaleźć w warunkach okupacyjnych. To znaczy żadnymi dyrektorami być już nie mogli, ale już hodowcami świń na terenie tegoż ZOO, jak najbardziej.

– Ale dzięki temu de facto kierował wszystkim, co się działo w ogrodzie zoologicznym.

– I bardzo sprytnie wykorzystali to w celu wiekopomnym i szlachetnym. Przede wszystkim ukrywali Żydów, którzy uciekli z getta, albo wręcz ich stamtąd przemycali. Uratowali w ten sposób co najmniej trzysta osób. Przechowując je, gdzie się tylko dało. Jak zabrakło miejsc na strychu i w szafach, umieszczali ich wybiegach dla lisów czy bażantów.

– Tuż przed oczami niemieckich żołnierzy, którzy chadzali do zoo na randki.

– Tylko żaden się nie spodziewał, że czyściciel klatek może być zbiegłym z getta Żydem. Ale ile śmiertelnego strachu kosztowało to i państwa Żabińskich i ich podopiecznych tylko oni wiedzieli. W każdym razie w latach 60-tych odebrali medale „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. W filmie wszystko to wypada czarno-biało: jak Polacy, to hurtem wspaniali, jak Niemcy to odwrotnie, jak Żydzi to wyłącznie poszkodowani. Cóż, my byśmy to wycieniowali. Byśmy!

– Cóż w filmie jest to uproszczona i upiększona wersja naszej historii. Tak ja widzi Hollywood klasy B. Ale od razu powstaje pytanie: dlaczego musieli to nakręcić Amerykanie?

– Romek, Amerykanie mogli to nakręcić, nie musieli, a myśmy powinni byli. A czemu nie nakręciliśmy, skoro temat leżał na ulicy? Bo – poza wszystkim – nasi rodzice czy dziadkowie to przeżyli, to jest nasza narodowa własność – to jedno. A drugie – i to już całkiem co innego – umieć o tym opowiedzieć. I to tak, by widownia chciała to obejrzeć. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Stare porzekadło głosi: co z tego, że chodzą wśród nas setki Hamletów. To jest bez żadnego znaczenia. Hamlet nabiera znaczenia wtedy, kiedy trafi na swojego Szekspira, który go opisze. W sposób genialny i tym samym pokaże światu, jaka to interesująca postać.

– A tymczasem my mamy Hamletów, ale brakuje nam Szekspirów.

– Otóż to. No bo zobaczmy. Pierwszy duży film o getcie, „Ulicę graniczną” nakręcił Aleksander Ford w 1948 roku. Ale to już w chwili powstania – a kręcił ją w studiach w czeskim Barrandovie – była łopatologiczna ramota, niezdolna porwać publiczności, która dramat holocaustu miała na świeżo w pamięci. Dalej – słowacki film na pokrewny temat, „Sklep przy głównej ulicy”, z naszą aktorką Idą Kamińską, która za rolę starej Żydówki dostała Oscara jest u nas kompletnie zapomniany. O tym polskim przecież Oscarze rzadko kto się zająknie.

– Ale o siedmiu Oscarach dla „Listy Schindlera” pamiętamy.

– Tak, ale to były Oscary dla artysty, który opowiadał o zagładzie krakowskiego getta i jego – częściowego – wybawcy, którego Steven Spielberg nawiasem mówiąc mocno podkolorował. Na plus, oczywiście, bo taki pasował mu do fabuły. I znowu – my mieliśmy Hamleta, ale Szekspirem, który opowiedział jego historię był Amerykanin. Podobnie było z Pawłem Pawlikowskim, tym od „Idy”, która zgarnęła wszelkie możliwe nagrody.

– Ale to przecież polski reżyser.

– Polski. Z tym, że studia filmowe odbywał w Anglii. Tam się uczył rzemiosła, czyli sztuki opowiadania kamerą. Pracował też w tamtejszym reżymie producenckim. A z Polski wziął historię i aktorów. I naszą historię. Z tym, że opowiedział ją tak, że była zrozumiała na całym globie.

– Jaki wniosek?

– Powtarzam: Hamletów mamy w Polsce pod dostatkiem. Szukajmy więc Szekspirów, którzy tak o nich opowiedzą, żeby świat chciał słuchać.

Radio Merkury, piątek 31 marca 2017

Mili Państwo,
Witam 31 marca w Dniu Budyniu. Świętują, według alfabetu: bananowy, czekoladowy, malinowy, śmietankowy, toffi, truskawkowy, waniliowy i wiśniowy. O budyniach – metysach, mulatach, kreolach, budyniach zambos nie wspominam.

Dziś też Światowy dzień Backupu, a jak światowy to: World Backup Day. Przypominam: backup jest to wykonanie kopii zapasowej naszych danych komputerowych, aby w razie awarii lub kradzieży naszego sprzętu odzyskać najcenniejsze informacje. W znaczeniu rozszerzonym backup to także chowanie zaskórniaków na czarną godzinę przed czujnym okiem współmałżonka.

Kryminalna Wielkopolska. Walka o pierwsze miejsce w nieustającym konkursie pod hasłem „Najgłupsza wpadka” jest zacięta. Właśnie włączyli się do gry dwaj obywatele Kościana, którzy opędzlowali z papierosów kiosk w centrum miasta. Następnie, żeby daleko nie chodzić, rozłożyli skradziony towar przed kioskiem i zaczęli dzielić łup: sztanga marlboro dla ciebie, sztanga dla mnie. I tak zastał ich przejeżdżający akurat patrol policji. Panowie rabusie zareagowali jak zawodowcy: na widok radiowozu porzucili towar i w nogi. A że Kościan to nie takie znowu wielkie miasto, więc grozi im do dziesięciu lat więzienia. Bo na razie – pamiętajmy: to zawodowcy – nie przyznają się do winy. Jak pójdą na współpracę i się przyznają, dostaną najwyżej piątkę.

Cóż, jak to miło, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Dziennik Poznański. Pismo polityczne rok 1931. Cytuję: „Na ul. św. Marcina zaczepiony został wczoraj p. Wincenty Mendlik z Bracholina przez dwóch osobników, którzy oświadczyli, że zgubili dolary. P. Mendlik pokazał im swoje pieniądze, które mu nieznani osobnicy skradli w kwocie 450 zł”. Czytam dalej: „Kowalski Jan z Woźnik wybrał się ze swoim znajomym na birbandkę. Po zwiedzeniu kilku restauracji, gdy obydwom z czupryny porządnie się kurzyło, stwierdził wspomniany Kowalski, że w portfelu jego brak 580 zł, o czem doniósł niezwłocznie policji, która po przeprowadzeniu rewizji jeszcze 400 zł znalazła w kieszeni znajomego. Znajomy ów tłumaczył się, że pieniądze podniósł z ziemi, lecz zapomniał oddać Kowalskiemu”.

Drodzy Państwo, zaniechaliśmy na chwilę lektury wielkopolskich podań o pracę. Nie, żeby nam to było potrzebne, wszak teraz to pracodawcy szukają chętnych, ale kto wie, co przed nami. Podciągamy się więc w temacie, cytuję: „Uważam, że jestem osobą interpersonalną”; „Mogę Państwa zapewnić, iż chęć podjęcia pracy jest tak silna, że chciałabym dostać odpowiedź”; „Jestem dyspozycyjna w stosunku do pracy na zmiany w ilości godzin nieograniczonych”; „Dowiedziałem się, że jeden z waszych pracowników został zwolniony, a drugi złamał rękę. Proszę, dajcie mi szansę”; „Przedstawiłem swoje dokonania. Jak Państwo widzicie mam duże doświadczenie w kręceniu własnym interesem”.

Cóż, jak powiadał Benjamin Franklin: „Kieruj swoim interesem, bo inaczej on tobą pokieruje.”

To tyle o biznesie na dziś –
Wiesław Kot

Pani poseł skompromitowana

Wahnięcie pogody. Opady niby przejściowe, ale z lasu wróciłem mokry jak szczur.:

No, ale w radiu to już na sucho.:

Odsłuchane: Jerzy Jesionowski „Poszukiwany Albert Peryt”. Sensacja z działalności komórki wywiadu AK w Warszawie w czasie wojny. Londyn poszukuje polskiego naukowca od rozbijania atomu, który z racji pochodzenia dostał się do getta. Literatura wagonowa, ale sporo tu informacji o codziennym funkcjonowaniu ówczesnej Warszawy.:

Pani poseł Pawłowicz została ostatecznie skompromitowana. I to – nie przez krajowe lewactwo, lecz przez Jeana-Claude’a Juncker, szefa Komisji Europejskiej. W dodatku jakoś tak mimochodem właściwie. Sama o tym do niego napisała: „Pana zachowania, będące wynikiem Pana choroby alkoholowej, są nie do zaakceptowania w świetle przyjętych norm kulturowych. Kompromitują nie tylko Pana osobiście, nie tylko ważny urząd, który Pan piastuje w Unii Europejskiej, ale kompromitują i obrażają też obywateli państw członkowskich Unii, których Pan na swym urzędzie reprezentuje na zewnątrz. /…/ Kompromituje Pan też mnie – posła na Sejm RP i obywatela Polski, państwa członkowskiego Unii Europejskiej”. Juncker jak Juncker, ale pani poseł może się po tej kompromitacji już nie podnieść.

Radio Merkury, czwartek 30 marca 2017

Mili Państwo,
Bo nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale w trójkącie Stęszw-Mosina-Komorniki, czyli w Wielkopolskim Parku Narodowym ptaki śpiewają na całego. A jak w pole wyjeżdżają traktory zaprzężone do pługa – jak powiada klasyk: Traktory zdobędą wiosnę – to mobilizują się nawet skowronki. I wszystko pięknie słychać, o ile nasze F-16 nie odbywają akurat lotów ćwiczebnych, oczywiście.

Ale na okoliczności przyrody uczmy się patrzeć przyszłościowo, bo one rzutują na przyszłość. Jak w przysłowiach. Przysłowiom – tradycyjnie – mało, że mówią jak jest. Przysłowia z miejsca zapewniają nas, jak będzie: „Gdy w marcu mgły bywają, w lecie burze przeszkadzają”; „Marzec, czy słoneczny, czy płaczliwy, listopada obraz żywy”; „Marca obraz wierny, to miesiąc październy”. No więc, jeżeli w październiku odezwą się skowronki, od razu Państwu przypomnę: E tam, już w marcu mówiłem, że zaświergoczą.

I tu się nasuwa obrazek przecudnej urody, który wyłowiłem z tomika poetyckiego Krystyny Pydy pod tytułem „Coś nie tak” z zeszłego roku. Pani Krystyna pisze pod Lublinem, też o wiośnie, a wiosna wygląda tu tak, cytuję:

„Wyjechał rolnik/ konikiem w pole/ Zaprzągł go do pługa/ i orze rolę/ a za nim wrony/ spacerują i dziobami robaki wynajdują/ Kiedy je zaorał/ brony przypina/ które ciągnie biedna szkapina/ Zmęczony pod gruszą/ na miedzy siada/ a tymczasem konik siano zajada”. Boże, jeszcze tylko Chełmońskiego brakuje, żeby to namalował. Cóż, zdecydowanie rozważam przeprowadzkę w Lubelskie.

No tak, ale nie wszędzie rozpościera się wiosenna sielanka. O czym najlepiej wiedzą funkcjonariusze w trakcie czynności operacyjnych na kierunku narkotyki. Z tym, że jak tropią, to już wytropią. Bo na przykład w takim Jastrowiu wytropili producenta, który na plantację marihuany wynajął i zaadoptował całą willę. I do końca łudził się, że nikt w Jastrowiu się o tym nie dowie. Wiadomo, Jastrowie to miasto biznesu, każdy zalatany od świtu, kto by się tam dziwił, po co bezrobotnemu cała willa i skąd na to ma? To nie Manhattan, gdzie każdy każdemu zagląda w gary. A znowu w Lesznie policjanci wytopili, iż pewien kierowca, zatrzymany do rutynowej kontroli, transportuje narkotyki w – cytuję – „własnej bieliźnie”. Cóż, wpadł na własne życzenie. Gdyby transportował narkotyki w cudzej bieliźnie, gliny nigdy by go z narkotykami nie złapały.

To zupełnie jak w „Dzienniku Poznańskim: piśmie politycznym” z roku 1931, czytam: „Sąd okręgowy rozpatrywał dziś sprawę dwóch notorycznych złodziei: 13 razy karanego Głowackiego i Kardasza, również posiadającego bogatą przeszłość kryminalną. Akt oskarżenia zarzuca im kradzież z jednego ze sklepów galanteryjnych 75 torebek damskich i 14 brzytew. Obaj oskarżeni nie przyznali się na rozprawie do winy, twierdząc, że towary kupili na własny użytek”.

Ale żeby nie kończyć kroniką policyjną, lecz morałem, zacytujmy poetę: „Strzeż się popełnienia morderstwa. Prowadzi ono do kradzieży, a stąd tylko jeden krok do kłamstwa”.

Pod czym podpisał się Julian Tuwim i
Wiesław Kot

Franciszek – be

W fotelu, na wykładach… A jeszcze wczoraj.:

Odsłuchane. Powieść, którą już dawno chciałem przeczytać, a czasu brakowało. Szczepan Twardoch „Morfina”. O facecie, który II wojnę widzi na marginesie, bo lubi sobie pożyć. A ta nasza wojskowo-patriotyczna tromtadracja jemu – ćpunowi ostatecznie – wydaje się dęta i groteskowa. Na to jednak trzeba specyficznego rodzaju trzeźwości.:

Tomek Piątek opisał w Wyborczej i w kilku wywiadach środowisko stowarzyszenia Polonia Christiania, którego portal raz po raz cytuję. W dobrej wierze, jako głos tzw. ultra katolików. A to – jak się okazuje – mutacja sekty dawno potępionej przez macierzystych dla niej brazylijskich biskupów. Tylko dlaczego nasi biskupi jakoś w tej kwestii nabrali wody w usta?

A tu Fronda nawołuje – na razie ostrożnie – do wypowiadania posłuszeństwa Franciszkowi, a wierności poglądom amerykańskiego kardynała Leo Burke.

Ciekaw jestem, ile procent naszych zdeklarowanych katolików takie rzeczy jeszcze interesują?

Dusza w uszach

Michał Kulenty „Dusza w uszach” 2016. Saksofon z orkiestrą. Niezwykle to muzykalne, pomysłowe brzmieniowo, wysmakowane. Niepowtarzalne, niepodobne do niczego. Choć Kulentego nazywają „polskim Garbarkiem”. Choć Garbarek z pochodzenia też Polak.: