Azyl / The Zookeeper’s Wife

Azyl / The Zookeeper’s Wife, reż. Niki Caro 2017

Rozmawialiśmy o tym z Romkiem Rogowieckim na antenie radia RDC mniej więcej tak:

– Wiesiek, rozmawiamy dziś przy okazji filmu „Azyl” w reżyserii Niki’ego Caro. Film wyprodukowali Amerykanie, choć temat jest jak najbardziej polski.

– Romek, to historia – niestety – polska, mówię „niestety”, bo dotyczy strasznych czasów. I – niestety- a tym razem owo „niestety” mówię bardzo mocno: nie myśmy tę historię przenieśli na ekran. Ale żeby było po kolei – film, nakręcony na podstawie książki autorstwa pisarki amerykańskiej Diane Ackerman – jest oczywiście amerykański, choć na przykład wojenną Warszawę udaje w nim czeska Praga. Ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Jest to okupacyjna historia państwa Antoniny i Jana Żabińskich, przedwojennego dyrektorostwa warszawskiego ZOO, którzy umieli się odnaleźć w warunkach okupacyjnych. To znaczy żadnymi dyrektorami być już nie mogli, ale już hodowcami świń na terenie tegoż ZOO, jak najbardziej.

– Ale dzięki temu de facto kierował wszystkim, co się działo w ogrodzie zoologicznym.

– I bardzo sprytnie wykorzystali to w celu wiekopomnym i szlachetnym. Przede wszystkim ukrywali Żydów, którzy uciekli z getta, albo wręcz ich stamtąd przemycali. Uratowali w ten sposób co najmniej trzysta osób. Przechowując je, gdzie się tylko dało. Jak zabrakło miejsc na strychu i w szafach, umieszczali ich wybiegach dla lisów czy bażantów.

– Tuż przed oczami niemieckich żołnierzy, którzy chadzali do zoo na randki.

– Tylko żaden się nie spodziewał, że czyściciel klatek może być zbiegłym z getta Żydem. Ale ile śmiertelnego strachu kosztowało to i państwa Żabińskich i ich podopiecznych tylko oni wiedzieli. W każdym razie w latach 60-tych odebrali medale „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. W filmie wszystko to wypada czarno-biało: jak Polacy, to hurtem wspaniali, jak Niemcy to odwrotnie, jak Żydzi to wyłącznie poszkodowani. Cóż, my byśmy to wycieniowali. Byśmy!

– Cóż w filmie jest to uproszczona i upiększona wersja naszej historii. Tak ja widzi Hollywood klasy B. Ale od razu powstaje pytanie: dlaczego musieli to nakręcić Amerykanie?

– Romek, Amerykanie mogli to nakręcić, nie musieli, a myśmy powinni byli. A czemu nie nakręciliśmy, skoro temat leżał na ulicy? Bo – poza wszystkim – nasi rodzice czy dziadkowie to przeżyli, to jest nasza narodowa własność – to jedno. A drugie – i to już całkiem co innego – umieć o tym opowiedzieć. I to tak, by widownia chciała to obejrzeć. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Stare porzekadło głosi: co z tego, że chodzą wśród nas setki Hamletów. To jest bez żadnego znaczenia. Hamlet nabiera znaczenia wtedy, kiedy trafi na swojego Szekspira, który go opisze. W sposób genialny i tym samym pokaże światu, jaka to interesująca postać.

– A tymczasem my mamy Hamletów, ale brakuje nam Szekspirów.

– Otóż to. No bo zobaczmy. Pierwszy duży film o getcie, „Ulicę graniczną” nakręcił Aleksander Ford w 1948 roku. Ale to już w chwili powstania – a kręcił ją w studiach w czeskim Barrandovie – była łopatologiczna ramota, niezdolna porwać publiczności, która dramat holocaustu miała na świeżo w pamięci. Dalej – słowacki film na pokrewny temat, „Sklep przy głównej ulicy”, z naszą aktorką Idą Kamińską, która za rolę starej Żydówki dostała Oscara jest u nas kompletnie zapomniany. O tym polskim przecież Oscarze rzadko kto się zająknie.

– Ale o siedmiu Oscarach dla „Listy Schindlera” pamiętamy.

– Tak, ale to były Oscary dla artysty, który opowiadał o zagładzie krakowskiego getta i jego – częściowego – wybawcy, którego Steven Spielberg nawiasem mówiąc mocno podkolorował. Na plus, oczywiście, bo taki pasował mu do fabuły. I znowu – my mieliśmy Hamleta, ale Szekspirem, który opowiedział jego historię był Amerykanin. Podobnie było z Pawłem Pawlikowskim, tym od „Idy”, która zgarnęła wszelkie możliwe nagrody.

– Ale to przecież polski reżyser.

– Polski. Z tym, że studia filmowe odbywał w Anglii. Tam się uczył rzemiosła, czyli sztuki opowiadania kamerą. Pracował też w tamtejszym reżymie producenckim. A z Polski wziął historię i aktorów. I naszą historię. Z tym, że opowiedział ją tak, że była zrozumiała na całym globie.

– Jaki wniosek?

– Powtarzam: Hamletów mamy w Polsce pod dostatkiem. Szukajmy więc Szekspirów, którzy tak o nich opowiedzą, żeby świat chciał słuchać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *