Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Zmiana kalibru

Dzień przyniósł temperatury minusowe, więc rano pierwsze w tym sezonie skrobanie szyb. Potem las. Jako że powietrze było ostre, zamiast słuchać audiobooka włączyłem ostrą muzyczkę. Jimie Hendrix. Tu pierwsze kałuże pod szkłem:

A tu „All Along The Watchtower”.
Tu bezlistne drzewa na chłodzie:

A tu „Hey, Joe.
Poza tym – po czym jeszcze poznać nadejście pierwszych mrozów? Do tej pory w czas zwykłych chłodów na poboczach można było zaobserwować tylko skromne dwusetki, jak ta:

Dzisiaj, kiedy powiało zimą, na poboczu zaobserwowałem już grubszy kaliber:

Radio M. świętuje dziś w Toruniu 23. rocznicę powstania. Z tej okazji na witrynie wywiad z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim:
– Ten monopol władzy i mediów przełamało jako pierwsze w skali ogólnopolskiej Radio Maryja. Wyobraża sobie Ksiądz Profesor Polskę bez Radia Maryja?
– Byłby to krajobraz ponury i nieciekawy.
Zgadzam się w całej rozciągłości. Dziś jadąc do lasu i z powrotem skakałem po stacjach przez jakieś 40 minut. I nie znalazłem nic ciekawszego ponad wypowiedź pewnego pielgrzyma w Radiu M.:
– Bo chodzi o to, proszę ojca, by w zdrowym duchu było zdrowe ciało.

No i kwitujemy jeszcze prasowe pożegnanie z J-23:

Georg Philipp Telemann „Kantaty”. Olga Pasiecznik i Ewa Mikulska. Śpiewy nostalgiczne, nieskończenie smutne, melancholijne. Śpiewaczki wędrują po górnych registrach. Towarzyszą im w tych podróżach ruchliwe – jak to w orkiestrze barokowej – skrzypce. Jedno „A”, „O” czy inna samogłoska wyśpiewywana bywa kilkunastoma nutami. Lekkie jak pianka:

Dymitr Szostakowicz „Symfonia nr 5”. Słucham i czytam „Przewodnik koncertowy”, żeby z grubsza rozumieć, czego słucham. Monumentalizm kompozycji chwytam sam. Również niezwykle rozbudowaną orkiestrę. Niuansów przekształcania głównego tematu – już nie. Z „Przewodnika”: „Temat główny pojawia się teraz w rogach”. I jeszcze, że pierwotny tytuł Symfonii (1937) brzmiał podobno: „Praktyczna odpowiedź artysty sowieckiego na sprawiedliwą krytykę”:

Po co babcię denerwować, Niech się babcia cieszy…

Wieczorem jadę do Polsatu wspominać Klossa. Podobno z Ewą Szykulską.

Nie mogę się ruszyć z domu. Życie zastępcze, czyli skakanie po witrynach:
W Poznaniu druga tura wyborów. Jarosław Gowin poparł urzędującego prezydenta. Czytelnik Głosu Wielkopolskiego: „Na adres mojej babci, nieżyjącej od 14 lat, przyszedł list podpisany przez Jarosława Gowina. Namawia w nim do poparcia Ryszarda Grobelnego w drugiej turze wyborów prezydenckich. Oburza mnie to, bo to nękanie nieboszczyków”.
W liście Gowin pisze, iż autem obecnego prezydenta jest to, że „kocha Poznań”. Sondaże pokazują, że jest to miłość nieodwzajemniona…

A propos. Internet: „Dzięki BOGU i bracią KACZYŃSKIM część tego umęczonego Narodu ocknęła się i usiłuje postawić ten kraj na nogi i godnie żyć nie koniecznie by żyło się lepiej wybranym z PO!”

Fronda. pl: „Już 13 440 osób podpisało list poparcia i podziękowania za „odważną i bezkompromisową postawę” abp. Gądeckiego, broniącego >>nienaruszalnych i fundamentalnych zasad moralnych<< podczas Synodu Biskupów w Rzymie”. Rzeczywiście, dzielna postawa arcybiskupa  (czy jego życie naprawdę było zagrożone?) w naszym katolickim kraju uzyskała rekordowe poparcie.

Katolicki portal PCh24.pl: „W Polsce mamy ok. 35 tys. osób konsekrowanych, a to oznacza, że co tysięczny Polak i Polka jest osobą konsekrowaną. Prowadzone przez nich szpitale, domy opieki społecznej, szkoły i przedszkola, różnorakie dzieła charytatywne, służą społeczeństwu i poszczególnym rodzinom”.
Nie chcę się zanadto napinać, ale to jakiś obłęd z tym konsekrowaniem. Kapłaństwo to taki sam sakrament jak małżeństwo. Ani lepszy, ani gorszy. Ale ksiądz jest „konsekrowany”, a „mąż” czy „żona” już nie. Dlaczego? A z tym poświęceniem dla chorych? A jak salowa, która materialnie żyje gorzej niż siostra zakonna – a w dodatku ma męża i wychowuje dzieci – a do tego „służy chorym”, to co? To kiedy ona ma swój dzień? Dzień Posługi Salowej Konsekrowanej?

WPolityce.pl. Internetowy sposób na zdemaskowanie fałszerstw wyborczych: „Panie Premierze , zróbcie analizę miejsc gdzie było najwięcej nieważnych głosów i wyniki PSL . Dodatkowo w tych miejscach zażądajcie ponownego przeliczenia głosów z grafologami”. Grafolodzy, którzy badają autentyczność krzyżyków…

Nie: „Zaplanowane na 2017 r. Muzeum Polskiej Wódki ma zamiar oddziaływać nie tylko na wzrok, ale również na smak i zapach. To jedyne muzeum na świecie, które jeszcze przed powstaniem ma tyle filii”.

Fakt: „Na tegorocznych targach Sacralia w Poznaniu nowością nie są już podgrzewane konfesjonały. Teraz hitem jest podgrzewana… bielizna dla księży. Kalesony i koszulki ze specjalnym ogrzewaniem mają ochronić księży przed chłodem w kościołach, na pogrzebach czy podczas chodzenia po kolędzie. Bielizna utrzymuje ciepło nawet w temperaturze -15 st. C”.

Bronisław Cieślak w odpowiedzi na pytanie, czy jego serial jest „kultowy”: „- Kultowa to jest Matka Boska Częstochowska”.

Geomatic vs Lagowski „Cosmochemistry”. Geomatic to holenderska grupa z nurtu „cyber-tronic”, ale nie tylko, bo inni muzykoznawcy szeregują ją z kolejnymi przymiotnikami. W każdym razie to nie tylko elektronika, ale i awangarda elektroniki. Brzmi bardzo elektrycznie. Do tego doprawiono te wszystkie echa i pogłosy, które sugeruję, że słuchamy przestrzeni międzygwiezdnej. Problem jednak w tym, że tam nie ma powietrza, więc i dźwięk nie ma się w czym rozchodzić. Ale – nie przynudzajmy. Słuchajmy:

Rinaldo Alessandrini „1600. Concerto italiano”. Bardzo przyjemny moment. Dyrygent i harfista skrzyknął klasyczny skład kwartetu skrzypcowego i postanowił dac zbiorczą ilustrację tego, co w europejskiej (bo jakiej?) wiolinistyce działo się w okolicach roku 1600. Tu wszystko się zaczęło. Kwartet smyczkowy się zaczął i symfonia się zaczęła. Orkiestra daje tzw. przegląd możliwości:

Śmierć w Wenecji / Death in Venice

 

Dirk Bogarde

III i V Symfonia Gustawa Mahlera.

Profesor Gustaw von Aschenbach z Monachium witany z atencją w hotelu na Lido. Przybył, by odzyskać równowagę duchową.
Przywozi z sobą nawet fotografie rodzinne, które rozstawia na meblach i całuje w przystępie czułości.
W Wenecji jest właśnie początek sezonu. A hotel Grand gromadzi najbardziej wytworne międzynarodowe towarzystwo.
Profesor zagubiony, wycofany, zniecierpliwiony ludźmi, którzy go otaczają.
Okazuje się, że jest poważnie chory na serce. Konieczny jest spokój.
Porównuje swoje życie do klepsydry, w której ubywa piasku, ale to jest trudno zauważalne dla ludzkiego oka.

W hotelowej kawiarni wyławia Tadzia, chłopca o delikatnej, dziewczęcej urodzie w mundurku marynarskim. Okazuje się – z Polski. W tym języku toczy się rozmowa przy ich stole. Powłóczyste spojrzenia zaczynają wysyłać sobie nawzajem coraz częściej.
Wątek homoseksualny, ale też próba odmłodzenia się w towarzystwie chłopca. Wyrafinowana kultura pożąda nieskomplikowanej natury.

W mieście według niepotwierdzonych doniesień panuje zaraza. Zaułki dezynfekowane są wapnem.
Okazuje się, że miasto jest zagrożone azjatycką cholerą. Trwa utajniana przed turystami epidemia.

Kompozytor umiera nie osiągnąwszy odmłodzenia.

Śmierć w Wenecji / Death in Venice, reż. Luchino Visconti, 1971 filmweb

J-23 skończył nadawać

Na drogach wiatr i pustka. Z towarzystwa tylko wierzby:

I dal:

W miejscowości Konarzewo, jak w setkach podobnych, pejzaż postindustrialny:

I tabliczki – pamiątki z czasów, kiedy ten postindustrial był jeszcze industrialem:

O 7.30 obudził mnie telefon (pracowałem do 2.00). Dzwonią z Polsatu i pytają, czy mogę potwierdzić, iż Stanisław Mikulski nie żyje. Oczywiście, nie mogłem potwierdzić. Za chwilę dzwoni TVN z potwierdzoną wiadomością oraz że właśnie jestem na wizji (przez telefon). Więc ja trochę ogłuszony, bo jak umiera Kloss, to jest to data, mówię z grubsza co i jak. A potem ogoliłem się, wsiadłem w samochód i już po sznurku: TVN, Polsat, TVPInfo. Już jechałem do lasu jak dopadła mnie jeszcze jakaś gazeta. Pytają mnie dziennikarze, ludzie młodsi ode mnie o jedno, a nawet dwa pokolenia. Dla nich to jest jeszcze jeden news, nieledwie ciekawostka. A dla mnie ta wiadomość jest jak requiem. Dla dzieciństwa, młodości…
Internet: „J 23 został wyeliminowany- na szczęście mamy Antoniego”.

Koniec odsłuchiwania powieści „Pochłaniacz” Katarzyny Bondy:

Napisane nienajgorzej. Mnóstwo wątków, dygresji, ale poprowadzone zostało to przejrzyście. Autorka panuje.
Atut: pokazanie w przekroju czasowym przestępczego podziemia od początku lat 90. do teraz. Policjanci stają się gangsterami, gangsterzy biznesmenami itd. Sędziowie i prokuratorzy raz są po jednej, raz po drugiej stronie. Zależy, jak im wygodnie. Granice miedzy tymi światami bardzo płynne.
Praca profilerki, zbyt mało doceniana. Tworzy obraz zabójcy, dopasowuje do podejrzanych.
Sporo informacji operacyjnych, np. o roli zapachu jako poszlaki (tu: psi nos).
O strukturze i genezie piramidy finansowej.
Nieco o światku twórców disco polo.
Najsłabsze: o alkoholiczne, sposobach leczenia, o AA. Jak z podręcznika.
O księdzu, który z ambony mówi, który dostojnik kościelny proponował mu seks i w zamian za co i zostaje w stanie kapłańskim, choć na podrzędnej parafii. No, tak dobrze to jeszcze u nas nie jest.
Jak rozmawiają policjanci, od razu słychać, że dialog pisze kobieta: faceci się tak nie przekomarzają. A już zwłaszcza gliny.
No i ofiara morderstwa, piosenkarz z Wybrzeża, nie musi się nazywać Janek Wiśniewski. Nawet jeżeli „padł”.

Tangerin Dream & Brian May „Starmus – Sonic Universe” (2013) 2CD. Po staremu – wszyscy zdrowi. Tangerine gra tymi rozlewnymi plamami dźwiękowymi. Taktuje to nienachalny rytm. Dokłada się gitarzysta Queen, ale raczej nie jako rockman. Gra długie, pogłosowe solówki, wtapia się w te syntezatory, nie zaburza nastroju. Na koniec daje tylko „We Will Rock You”. Ale nie szkodzi:

Niemen „Mourner’s Rapsody” (1974). Próba wejścia dzięki angielskim tekstom na zachodni rynek. Jazz-rock. Pełna ekspresja, Niemen wyciąga z gardła wszystko, co możliwe. Pomagają nieźli instrumentaliści: John Ambercrombie, Michał Urbaniak. Sam też na klawiszach. Śpiewa nawet Norwida po angielsku. Największe szanse miał podobno wówczas, gdy przymierzano jako wokalistę dla Blood Sweat & Tears. Ale i z tego nic nie wyszło:

Rzymskie wakacje / Roman Holiday

 

Gregory Peck, Audrey Hepburn

Film startuje od widoków Rzymu: Placu Św. Piotra, Koloseum, Forum Romanum, ukazanych w słońcu, jak z pocztówki. Napisy początkowe upewniają widza dodatkowo, iż „wszystkie zdjęcia wykonane były w Rzymie”.

Księżniczka Anna, następczyni tronu z jednego z najznakomitszych krajów Europy (nigdy nie dowiemy się jakiego) z wizytą w Rzymie.

Rzym pokazany jest organicznie, z jego klimatem, mieszkańcami: staruszkiem-kamienicznikiem, taksówkarzem, fotografem prasowym, sprzątaczką, fryzjerem, sprzedawcą kwiatów. Wszyscy przedstawieni w krótkich, często farsowych scenkach. Nie szkodzi, że powielają obiegowe informacje o mieszkańcach Wiecznego Miasta – to przecież tylko bohaterowie lekkiej komedii. A zwykła rzymska ulica z jej mieszkańcami to cała sekwencja.

Scena najbardziej znana – przy Ustach Prawdy – kłamca, który włoży w nie rękę, straci ja na zawsze. Kłamią oboje, ale w dobrej wierze – wychodzą z próby cało.

Kochankowie, którzy przed sobą udają kogoś innego:  „Królowa Krystyna”, „Pod dachami Paryża”,  „Nieoczekiwana zmiana miejsc”, „Ich noce”.

Rzymskie wakacje / Roman Holiday, reż. William Wyler, 1953 filmweb

I ja pobiegłem w tę mgłę

Na to wszystko jeszcze tylko mgły brakowało. No to jest mgła:

Mówię do Doroty, żeby dała coś do jedzenia. A ona, że jak skończy oglądać turecką telenowelę. Przeraziłem się. Przecież tureckie telenowele nie kończą się nigdy.

Czytam, że ukazała się książka Mariusza Soleckiego „Literackie portrety żołnierzy wyklętych”. Autor pokazuje w niej kilka postaci „wyjątkowo odrażających”, jak mówi w wywiadzie. To Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, Jerzy Andrzejewski, Witold Zalewski. Oni są winni temu, że bojowców z AK, NSZ mieliśmy za bandytów, w najlepszym razie za ludzi przegranych. Konwickiego przeczytałem wszystko, Ścibora czy Zalewskiego prawie wszystko. W tej „odrażającej” literaturze jest to jednak trochę bardziej wycieniowane.
A poza tym – czemu autor nie wspomina o Różewiczu („Do piachu”)? Jak jechać, to po całości.

Jacek Kleyff („Rozmowa”):

… Mamy już ponad pół wieku spokoju, a nawet dwadzieścia lat wolnej Polski. Natomiast laureat literackiej nagrody Nike, niejaki poeta Rymkiewicz pisze, że tak długo ten kraj nie będzie wolny, aż krwią na nowo nie spłynie, bo w 1989 roku w Polsce trzeba było zacząć od wieszania komunistów jako fundamentu nowej wolności. Mnie to pachnie wczesnym hitleryzmem, jego uczniowie zaś w pieśni masowej dodają do tego: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”. Bo musi być ofiara. O co tu chodzi?

Mała dygresja, było bardzo śmiesznie, bo wpuścili na mównicę wiekowego obywatela, który mówił: „Jeste poeto. Nazywa się Stanisła Rysza Dobrowolskie. Powie wierszyk. Warszawski wróbel, grudka szara, przysiadł na tretuarze / A wiesz, miła, na Łazienkoskej już azfaldy kładom / I dlatego wstyd mie, wstyd, za tych z Radomia, z Lublina, z Ursusa…” – tu się zająkiwał i zaczynał od nowa to samo. „Jeste poeto…” – i tak dwa razy do końca. Widzę, jak się Józef Kępa, pierwszy sekretarz KW PZPR, i inne aparatczyki z kwaśnymi minami wychylają i patrzą w bok na niego, i w końcu ktoś go odciąga od mikrofonu.

Jan Dismas Zelenka „Missa Sanctissimae Trinitatis”. Na dworze Augusta II J.S.Bach odpowiadał za oprawę muzyczną nabożeństw protestanckich, a Helenka (+1745) – katolickich. Mszy skomponował sporo. Ta (1736) brzmi niespokojnie, jest pełna porywów. Muzyka burzy się i pieni. Rozmach, inwencja, poryw. Bach bywał – na moje ucho – znacznie bardziej zrównoważony:

Apocalyptica „World’s Collide” (2007). No i Apocalyptica nie gra Metalliki na czworo skrzypiec albo i nie. Samodzielna płyta. Jak zwykle ciężkie brzmienia, ale do czasu. Bo za chwilę odzywa się tu pogodna wokaliza albo solówka, która nadawałaby się na refren przeboju. Tyle, że zatopiona jest w ciężkim graniu. Zawsze mnie zdumiewało, jak łatwo ten ciężki rock adoptuje melodyjki, które dzieciaki mogłyby śpiewać w przedszkolu.
W każdym razie znawcy nazywają to „neoclassical metal” – cokolwiek to znaczy:

Manhattan

 

Pierwsze kadry – masywne, potężne, zwaliste bloki Manhattanu przy dźwiękach „Błękitnej rapsodii” Gershwina. Tak też film się kończy. Rama. A pobrzmiewa tu jeszcze standard „Lady Be Good” i inne znaczące kompozycje jazzowe.
Narracja zaczyna się deklaracją zza kadru: „Uwielbiał Nowy Jork. Idealizował go aż do przesady”.

Ike, Isaac,  42-letni nowojorski intelektualista o korzeniach żydowskich (po dwóch rozwodach), scenarzysta telewizyjny,  w związku z siedemnastolatką. Jego była żona (Meryl Streep) zamierza opisać ich małżeństwo i rozwód w książce. Porzuciła go dla kobiety.
Przymierza się do napisania opowiadania o neurotycznych mieszkańcach Manhattanu, którzy pogrążają się w drobnych paranojach, żeby nie oszaleć od tych naprawdę wielkich.

Skoncentrowana neuroza, niepewność siebie, obawa, by nie wydać się zapóźnionym w kręgu nowojorskich intelektualistów.

„- Ludzie powinni być sobie dozgonnie wierni. Jak gołębie albo katolicy”.
„- Mózg jest najbardziej przecenianym ludzkim organem”.
„- Masz samoocenę nieco gorszą niż Franz Kafka”.
„- Coś jest ze mną nie tak. Żaden mój związek nie trwał dłużej niż związek Hitlera z Ewą Braun”.

Manhattan, reż. Woody Allen, 1979 filmweb

Hard rain’s gonna fall

Jak nie pada, można sobie od biedy wyobrazić, że się chadza po szkockich wrzosowiskach:

Ale jak pada, to już trudno sobie wyobrazić cokolwiek:

Dla TVPInfo o „07 zgłoś się”. Po ciemku, na ulicy, w deszczu. Ale porucznik Borewicz też tak pracował.

Najnowszy coming out. Dziennikarz Marcin Dzierżanowski wyznał mediom, że jest gejem, ale za to katolickim. Zetknąłem się swego czasu z tym miłym, młodym człowiekiem. Mnie posadzili na stołku zastępcy naczelnego, a on był bodaj szefem działu krajowego (kluczowego) we Wprost. Obowiązkowy, punktualny, przygotowany, kompetentny. Dopytywałem go tylko, czy  Kapela Feliksa Dzierżanowskiego, radiowa zmora mojego dzieciństwa, to rodzina. Twierdził, że nie. Ale można to gejowi wierzyć?
A poza tym jego gejostwo mniej mnie obchodzi niż to czy lubi kiszone ogórki albo wakacje w Ciechocinku.

Głos na prawicowym portalu Polityce: „Nie mamy znikad pomocy. Z jednej strony sowieci, z drugiej Niemiec, Obama gdzieś zajęty nie wiadomo czym, Regana nie ma, Taczer umarła. Jesteśmy sami!!!!!!!!! Boże ratuj”.

Reżyser Peter Greenaway jedzie na Krym pokazywać swoje filmy. Cóż, ostatnie bywały tak dziwaczne („Pillow Book”), że nikt nie chciał dawać forsy na nowe. Może Rosjanie sypną. Kiedyś robiłem z nim wywiad. Pamiętam w Warszawie, w Bristolu. Mówię coś w ten deseń, że robi filmy z głowy, z wyobraźni. A on wskazuje za okno i pyta: „- A ta cała wasza Warszawa to niby skąd? Przecież tu nie został kamień na kamieniu”. Cóż, przynajmniej wiedział, gdzie jest.

Jacek Kleyff („Rozmowa”):

Niemniej w tym samym czasie dla większości młodych ludzi ze wsi pobór do wojska to był awans. A tym bardziej dla przyszłych pałkarzy z Golędzinowa, czyli formacji matki późniejszego ZOMO, gdzie też szło się obowiązkowo z przydziałowego poboru, tyle że tam dawali jeszcze lepsze jedzenie i wyższy żołd. Dla nich my byliśmy miastowymi „studencikami, kurwa”. Większość chłopaków spoza miast szła do wojska, bo tam codziennie dawali gorącą zupę. Więc jak kazali im bić tych maminsynków, to proszę bardzo, z przyjemnością. No i rozsądź teraz.

Gierek powiedział, że są trzy rodzaje kultury: pierwsza – popierana, czyli chóry, zespoły tańca, festiwal w Opolu, druga – zakazana, czyli drugi obieg, a więc Sacharow, Sołżenicyn, też nasi: Kisielewski, Miazga Andrzejewskiego, a także młodzi dysydenci, pojawił się właśnie Barańczak… Niektórzy byli na pograniczu, jak Teatr Ósmego Dnia, kiedy wystawiał Jednym tchem Barańczaka. A trzecia, pośrodku, jest kultura tolerowana: taka, że nie popularyzujemy jej przed masową publicznością, ale wy tam studenci, wicie, rozumicie, róbcie se tam te, he he he, te swoje kabarety.

Więc jeżeli ktoś mówi, że „Wyborcza” zmonopolizowała opinię, to jedynie bezwiednie przyznaje, że jest najlepsza. Bo jest też „Rzeczpospolita”, jest „Uważam Rze”, gdzie jest pan Ziemkiewicz ze swoją obsesją, że jeśli niemal w każdej publikacji nie użyje kilkakrotnie słów „Michnik” oraz „Gazeta Wyborcza”, to chyba moczu nie będzie mógł oddać.

Tangerine Dream „Kafka. The Castle” (2013). To jest jakiś pomysł: soundtrack do powieści. Przełożyć „Zamek” na syntezatory? Czemu nie? Można przekładać wszystko na wszystko. Czy ta muzyka jest mroczniejsza niż inne dokonania Tangerine? Nie bardzo. Rozlane, szerokie plamy dźwięku, rozciągnięte akordy. Coś mi się wydaje, że ta muzyka do innych arcydzieł też by pasowała:

Aaron Novik „Secrets of Secrets” (2012). Dla mnie – o jeden most za daleko. Judaistyczna medytacja rozpisana na kilkanaście instrumentów, co w żaden sposób się nie zbiega w całość. Ani to jazz, ani folk, ani klezmerstwo, choć echa tego wszystkiego da się wychwycić. I jak to się ma do rozważań nad Torą czy Talmudem? Muszę więcej ćwiczyć:

Intryga rodzinna / The Family Plot

 

Kryminał niegroźny, farsowy. Zakończony perskim okiem do kamery.
Nieudany aktor, nieudane medium w centrum intrygi kryminalnej.
Przeświadczenie: blondynka wyjdzie cało nawet z najniebezpieczniejszej sytuacji, pod warunkiem, że jest dostatecznie głupia.

Gdzie mądry człowiek ukryje liść? W lesie.
Gdzie mądry człowiek ukryje brylant? W żyrandolu.

Hitchcock jako cień interesanta na szybie w drzwiach biura.

„- Masz dwie stówy?
– Przecież mnie znasz…”

Zjazd drogą nad przepaścią z popsutym hamulcem. Ale większym zagrożeniem kobieta, która – przerażona – dusi kierowcę jego własnym krawatem.

Intryga rodzinna / The Family Plot, reż. Alfred Hitchcock, 1976 filmweb

Z drzewem do lasu

Jest prawie zero. A jak na dworze jest prawie zero, to niby wszystko takie jak zwykle, ale jednak nie jest już tak przyjemnie:

Nawet krasnalom:

Dwie wiadomości z moich stron. Pierwsza: w Jarosławiu wygrało PiS.
Druga: „W Pawłosiowie koło Jarosławia /rzut beretem od mojego domu rodzinnego/ przestępcy założyli profesjonalną uprawę konopi indyjskich”. Tu następuje uściślenie dla mieszkańców mojego miasta: „Z nich wytwarzana jest marihuana”. I szczegóły: „Rośliny miały specjalistyczne oświetlenie, wentylację, każda donica z sadzonką osobne nawadnianie. Prąd pochodził z własnych agregatów”. Mnie najbardziej zaimponowała informacja, że „grupa wywoziła znaczne ilości narkotyków za granicę, m.in. do Holandii”. Na litość boską! Z drzewem do lasu?!

Bezinteresowne piękno. Na eleganckim, snobistycznym Górnym Mokotowie nikt nie wystawi ordynarnej tabliczki „Nie deptać trawników”, lecz:

I jeszcze. W warszawskim pensjonacie, w którym się zatrzymaliśmy, wprawdzie nie było wi-fi, ale tego, co przeżyliśmy w dziedzinie sztuki, nikt nam nie odbierze:

Jacek Kleyff (z książki „Rozmowa”):

Używki są sprawą losu i jestem zwolennikiem tej samej teorii co Witkacy, którą trafnie sformułował też Janek Kelus, że każdy człowiek powinien nosić w kieszonce cyjanek potasu, żeby codziennie rano wiedzieć, dlaczego go nie zażywa. Ludzie by żyli bardziej świadomie.

/o pomocy robotnikom po wydarzeniach w Radomiu ’76/ Trafiłem do człowieka, którego wyrzucono z milicji, bo odmówił bicia strajkujących. Pojechaliśmy tam z Bożeną, moją drugą żoną, w Wigilię. Oni się tam popili i zaczęli nadawać po chamsku na Żydów. Zdenerwowałem się: komu ja pomagam? Może trzeba było mieć więcej wyrozumiałości, ale ja wtedy postanowiłem, że trzeba to przerwać.

I słynna późniejsza opowieść Kelusa, jak już za Gierka przyjechało dwóch Niemców, Zielonych, a Zieloni byli finansowani przez Kremel, i u niego w domu zaczęli mówić, że ten Związek Radziecki to równo bogactwo dzieli i że Breżniew jest dość fajny. Na to Janek tym pożytecznym idiotom, naiwnym entuzjastom, Zielonym, niewiedzącym, że są marionetkami, mówi, że ta wycieczka do Polski też jest fundowana przez Kremel. Wyjmuje paczkę biełomorkanałów, takich ruskich papierosów, na niej jest mapka z trasą Kanału Białomorskiego, pokazuje im: „Widzicie? Ten kanał to był taki podłużny obóz koncentracyjny, tam minimum pół miliona ludzi przy niewolniczej robocie stalinowce wykończyli. Jak ja teraz tym cię częstuję – mówi Janek Kelus – drogi Hansie, to jest trochę tak, jakbym cię częstował: masz, zapal auschwitza z filtrem”. Niemiecki aktywista Zielony sfioletowiał, wyjechał i raczej do Zielonych się już nie nadawał.

Symfonie Haydna lubiłem od zawsze. Zdaje się dlatego, że nie stawiają poprzeczki zbyt wysoko. Ładny, miły temacik, obrobiony w kilku wersjach. A tu jeszcze to wybijanie rytmu przez wahadło zegara. Dziwne, bo sekundy wybija szybciej niż u mnie zegar na ścianie. Cóż, to tylko sugestia na użytek ówczesnego słuchacza.
Czytam, że jak symfonia spopularyzowała się w połowie XVIII wieku, to od razu napisano ich kilka tysięcy. I dziwić się tu kompozytorom disco polo:

Acoustic Alchemy „This Way” (2007). Dla mnie – bomba. Relaks w stanie czystym. Muzycy sfotografowani na tylnej okładce mają rozmyte twarze. Może i słusznie. To nie twórczość, raczej dostawa zamówionego towaru. Mało gitar, sporo smyczków, blachy. Do tego pokwikujący moog. Brzmi to jak morskie fale – bez początku i końca: