Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Otwórzcie drzwi genderowi!

Eska Rock pyta o tego Scorsese, który w ramach objazdowej tury lansuje stare polskie kino i co ja na to?  A ja na to, że cudownie, tylko do tego trzeba mieć czas, wyczucie i cierpliwość. Oraz smak. Niech się paru takich za oceanem znajdzie. Ależ też – żadnych złudzeń!  Paru. Bo ile osób jest w stanie docenić szkatułkową narrację „Rękopisu znalezionego w Saragossie”? Ilu patrzących doceni, że „Faraon” sfilmowany został w trzech cudownych kolorach: błękit nieba, złoto piasków i spalony brąz skóry egipskich żołnierzy? Ilu wczuje się w ponury determinizm „Bazy ludzi umarłych”? I rolę femme fatale w baraku dla kierowców drzewnych? To są niuanse dla tych, którzy mają czas, wyczucie, wiedzę i parę innych przymiotów. A formułka „For the happy few”,  oczywiście, ze Stedhala.

A propos Saragossy – wspomnienie sprzed lat. Jeździliśmy samochodem po Europie. Tu i tam. Wypadło na Barcelonę. Więc zobaczyliśmy „tańczące domki” , zrobiliśmy sobie zdjęcie na tle La Sagrada Familia (ciągle w remoncie),  a poza tym pizza i basen. Ciut mnie to znużyło. Mówię: „- Skoczmy do Saragossy. To ledwie 200 kilometrów… A wiecie, Saragossa, to >>Pamiętnik…<<,  pomniki Goyi i różne atrakcje….”  Na co usłyszałem lodowaty głos kobiety, który wówczas była moją żoną: „ – Saragossę masz w domu! Idziemy na basen!”.

Z frontu gender. Tu zaznaczam – jestem jak pani poseł Beata Kempa. Gdyby nie gender, nie miałbym nic do powiedzenia.
Ksiądz Tadeusz i liczni propagatorzy przypominają słowa światłego papieża Benedykta, że gender jest bardziej szkodliwa niż ideologia komunizmu i faszyzmu. Razem wzięta. Pełna zgoda. Tylko problem – ta ideologia zagnieździła na zachodnich uniwersytetach w latach 60-tych minionego wieku. U nas – dekadę później. I jak w tej sytuacji – sytuacji zagrożenia większego niż komunizm i faszyzm razem wziętych – nasz umiłowany Ojciec Święty mógł zapowiadać, że >>Duch Twój odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi<<!? I nie wyjaśnił, że komuna to małe mikki, że prawdziwym niebezpieczeństwem jest pełzający – gender. A powinien był wówczas grzmieć śmiało i po nazwiskach: „Gender!!!, Wymiećcie gender!!!” Tłumy by klaskały jednakowo.

„Szkodliwa, niebezpieczna i niepożądana” – tak radni z miejscowości Łapy w Białostockiem  wypowiedzieli się o gender. Przyjęli stanowisko w sprawie obrony dzieci przed tą „ideologią”. One Łapy zainteresowały mnie z dwóch powodów. Po pierwsze odpór ideologii gender należy dawać w każdej, nawet drobnej i oddalonej miejscowości. Więc jak zaistnieje opór radnych w Jaworze koło Kłodzka, a potem w Łapach na Białostocczyźnie, to tak, jak by „echo grało”. Że oto w najdalszych zakątkach naszej ojczyny brzmi wspólny chór wymierzony w gender.
Ale ja też pamiętam Łapy z zupełnego kontekstu. Że za Gierka był tu kombinat cukrowniczy. Chwalebny – telewizja się tym nasładzała. A jak tam teraz z przetwórstwem cukru w Łapach? Prosperuje? Jak jeździłem po Polsce to raz po raz natykałem się na kilometry furmanek, które,  dniem i nocą, czekały na przyjęcie buraków w skupie. Te rzędy furmanek, przemarznięte konie, przestępujące z kopyta na kopyto, ci woźnice, okutani w byle jakie szmaty i ta para, która unosiła się z ich oddechów. Całymi kilometrami. Byłem tam. Widziałem to.
No, ale chłopstwo się prześpi na koźle, pies z nim. Nie wniosą niczego poza toną buraków. A gender? Gender jest przyszłościowe!

Gimi, gimi

 

Znowu zasłyszane, bo na świeżynki brak czasu. Jeszcze jedni „drudzy Bitelsi”, którzy okazali się zaledwie sezonową atrakcją. Bay City Rollers. Silnie eksponowany na potańcówkach i prywatkach w dobie środkowego Eda. Jeszcze teraz brzmią jak pozytywka babuni. „Give a Little Love, Take, a Little Love…

Kaziu, daj spokój…

 

Czy Państwo zauważyli, że od tej ideologii nie była wolna jedna z najpopularniejszych komedii PRL-u, mianowicie „Miś”. A jak wygląda matka dzieciom, którą przynoszą do kiosku Ruchu (tego z mięsem), po użyciu szamponu „Samson”? Toż to czysty gender! No tak, ale film nosi znamiona kultowego. I cichcem wsącza tę jadowitą ideologię ogłupiałej młodzieży.

Nessun maggior dolore

Nec locus ubi Troia fuit – Nie ma śladu po miejscu, gdzie była Troja. Ale archeolog niemiecki Schlimann zlokalizował mityczną Troję. Moja śp. koleżanka Mariola pojechała na miejsce. I pokazali jej jakieś podmurówki ciągnące się tak 500 metrów w tę stronę i 500 metrów w tamtą. I do niej w jednej sekundzie dotarło, że wszystko to wzniosłe i wspaniałe, o czym czytała u Homera. Te pojedynki bogów i herosów rozegrały się tak mniej więcej na powierzchni boiska szkolnego… I dostała ataku śmiechu.
Podobno, kiedy Henry Kissinger po raz pierwszy zobaczył Jordan, powiedział: „Mój Boże, co tez propaganda może zrobić z jednej małej rzeczki…”

Nessun maggior dolore che ricordarsi del tempo felice nella miseria – Nic tak nie boli jak chwile szczęścia wspominać w niedoli. Lata 80-te i kultowe spektakle Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu. Zaliczaliśmy je po 10, 20 razy. Nigdy się nie nudziły. W jednej z takich absurdalnych plątanin na scenie pojawia się posługacz w poplamionym kitlu który sunie na kolanach na ukos przez scenę (dookoła rozgrywają się inne sprawy). A on na czworaka jedzie na szmacie i mówi tylko jedno słowo: „Kiedyś!”, „Och, kiedyś…”, „Kiedyś tak, kiedyś tak…” A teraz posuwa na szmacie. To ilustracja tego, o czym mówi to włoskie powiedzonko.

Novissima verba – ostatnie słowa (umierającego). Jest na ten temat osobna książka. Z zasady się wydaje, że ktoś trzyma na ten moment coś szczególnie cennego, co podsumuje jego życie. Ale ponieważ godzina śmierci jest nam nieznana, ostatnimi słowami bywają prośby o podanie naleśników. Albo informacja, że wypróżnienie było udane.

Pół żartem, pół serio

Czytam, że na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej nastąpił groźny wyciek gazu. Przy tym skrzyżowaniu przemieszkałem ze dwa lata, jak obszył. Zawsze coś się tam działo. Mawiałem wówczas: wolę być słupem ogłoszeniowym na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej niż wojewodą mazowieckim.

Z frontu gender. Ksiądz prof. Dariusz Oko jest słuchany – ostatnio w sejmie – ale słuchany zbyt mało. Tym razem pragnę przypomnieć jego jakże ważkie słowa o politykach i pisarzynach, którzy stają w opozycji wobec gender. Od razu zaznaczam – nie dotyczy to mnie. Ja jestem za tym, by o o gender mówić nieustannie. Wciąż i wciąż. Rano gender, wieczorem gender, na dobranoc gender. W Warszawie i w Pcimiu. I nieraz rzeczywistość jest już bliska temu ideałowi. Ale są tacy publicyści którzy nie rozumieją wagi zagadnienia albo celowo ją pomniejszają. I piszą teksty pod hasłem: „Ach, dajcie już spokój z tym gender. Jest tyle innych ważniejszych spraw.” Źle czynią, albo są zbałamuceni. Ale ksiądz Oko ich zdemaskował. To „urodzeni mordercy” – tylko boją się kary. Inaczej mordowaliby na prawo i lewo. Posłuchajmy: „Proszę zauważyć, że przecież w Polsce, pośród polityków i dziennikarzy, największymi propagatorami genderyzmu są ci, którzy słyną też z największej nienawiści do Kościoła. O duchownych mówią z podobną pogardą i nienawiścią, jak naziści o Izraelitach. Właściwie w ich wypowiedziach brakuje tylko wezwania do mordowania księży jak Żydów, to byłaby logiczna konsekwencja ich słów, skoro jesteśmy tak parszywi, jak mówią. Gdyby w ich wypowiedziach słowo „księża” zmienić na „Żydzi” to mielibyśmy do czynienia z oczywistymi wypowiedziami antysemickimi. W normalnym państwie tacy ludzie już dawno siedzieliby w więzieniach za sianie nienawiści do mniejszości religijnej, a u nas są protagonistami genderyzmu”.

I jeszcze gender (nigdy dość!). Filmik ze studniówki budowlanki w Ostrzeszowie. Spojrzałem, pomyślałem, że to taniocha. Ale z perwersyjną przyjemnością obejrzałem całość. Chłopcy przygotowali układy. Każdy wyszedł gruboskórnie, ale zawsze tak bywa, jak się chłopy przebierają za baby. Ale oni tańczyli, miało to jakiś progres, jakąś kulminację. No i musieli poćwiczyć. Kobiety piszczały, klaskały. Nie było żadnej oślizłości, jak wówczas, gdy pewien kapłan kazał sobie zlizywać umowny sos z kolan.
Ale niezależnie od tych podejrzanych parodii ja będę obstawał, aby odpowiedzialne czynniki mówiły jak najwięcej o gender. I tylko o gender.

 

Brzemię niejasnej winy

Duch Józefa K. z powieści Franza Kafki „Proces” raz po raz daje znać o sobie i właśnie objawił się w Poznaniu. Jak wiadomo – od niedawna pisma sądowe odbieramy nie na poczcie, lecz w innej sieci, która do tego celu wykorzystuje rozmaite instytucje jako to: kioski czy kwiaciarnie. W grodzie Przemysława taką podajnią dokumentów został m.in. sklep o wysoce znaczącej nazwie „Małpka Express”. Pewien obywatel dostał awizo i udał się do „Małpki”. Grzecznie okazał dowód i odebrał pismo stwierdzające, że jest oskarżony i ma się stawić. Co pokornie przyjął do wiadomości, a samo pismo przekazał adwokatowi. A ten do niego, że przecież on się nie tak nazywa jak stoi w wezwaniu. A w ogóle to owszem, jest oskarżony, ale o coś zupełnie innego. Po prostu „Małpka Express” pomyliła pozwy. A klient sądowy nie dbał o detale. Jak Józef K. przyjął do wiadomości, że jest oskarżony i już. Już sąd lepiej wie, co on takiego zmalował. Nad każdym z nas wisi takie brzemię niejasnej winy. Cechą naszych czasów jest to, że o kwalifikacjach i rozmiarach winy dowiadujemy się nie w sądzie czy w kościele, ale w sklepie „Małpka Express”.

Żałuję, ale obowiązki nie pozwolą wyjechać do Lichenia, gdzie odbywać się będzie Wielka Litania. Tam Solidarni 2010 będą „modlić się o wolną Polskę”. Bo u nas w Poznaniu po staremu. Okupacja.

Z frontu gender. Wczoraj ks. Rydzyk apelował na antenie, by pogadanki, wykłady i debaty na temat gender odbywały się „w każdym mieście, miasteczku, w każdej wsi”. A dzisiaj pani poseł  Beata Kempa, założycielka zespołu parlamentarnego „Stop ideologii gender”, wyruszyła w Polskę z cyklem prelekcji ostrzegających przed tą zarazą. Na inaugurację krucjaty wybrała – zapewne nieprzypadkiem – miasteczko Przeworsk w Podkarpackiem. To 14 kilometrów od mego macierzystego Jarosławia. Z wioseczki pod Przeworskiem pochodził mój tato. Bywałem tam setki razy, ostatni raz latem zeszłego roku. Z grubsza wiem, czym tam ludzie żyją. Gdybym miał spisać listę spraw, które trapią mieszkańców Przeworska, to kwestii gender raczej nie umieściłbym w dziesiątce spraw najważniejszych. Prawdę mówiąc gender w ogóle by się nie załapał na taka listę. Jedyny przejaw gender, jaki tam spotkałem to fakt, że Dorota wysiadła z samochodu, by zwiedzić kościół O.O. Bernardynów  i nie mogła trafić z powrotem. Jeżeli to nie jest przejaw gender, to ja już nie wiem…

Woń mirry

  • Miniaturzysta – malarz miniatur, zawód taki. Powiedziałbym też, że to taki ktoś, kto wszystkich dookoła przykrawa do najmniejszych rozmiarów, aby samemu poczuć się odrobinę większym.
  • Mirra – wonna gumożywica z kory balsamowców. Dosypywano ja do kadzidła. Uwielbiam, jak wiejski kościółek pachnie mirrą w letni poranek. A do tego zapach lilii z ołtarza…
  • Missing link – u nas: brakujące ogniwo.
  • Muleta – u nas mówi się: płachta na byka. Ale to ta sama czerwona szmatka, którą matador drażni zwierzę.
  • Multa docet fames – Głód uczy wielu rzeczy. U nas się powiada: Bieda dokuczy, bieda nauczy. Jakoś się nie powtarza, że szczęście, dobra passa i powodzenie nauczyło kogoś czegokolwiek. Reklama nauczyciela który zaprasza na kursy angielskiego: „Ja was nauczę!”
  • Multum, non multa – czyli jedną rzecz a gruntownie, a nie dziesięć po łebkach.

 

Samozmażnik – to ja.

To już siedem lat jak odeszła pani Krystyna Feldman. Było to na tydzień przed jej śmiercią. Miałem jakąś robótkę w porannym programie telewizyjnym w Warszawie, a w tym samym programie miało być spotkanie z panią Krystyną. Jakoś tak się złożyło, że z hotelu do telewizji jechaliśmy jedną taksówką. Był zimowy świt, ponuro. Ale zapamiętałem, że pani Krystyna – jak na damę przystało – starała się podtrzymywać rozmowę: zarówno z taksówkarzem, jak i ze mną. Mogliśmy siedzieć milcząc, na co wskazywałaby sytuacja. Ale ta wielka dama rozumiała bardziej niż my, iż skoro sytuacja sprawiła, że spędzamy kęs czasu razem, należy współtowarzyszy bawić rozmową. Potem w telewizji poprosili mnie, bym zadał pani Krystynie jedno pytanie. Zapytałem, czy pamięta minimalną rólkę z filmu dla młodzieży „I ty zostaniesz Indianinem”. Pokazano tam dwie kolejki sklepowe. W pierwszej kupujący stali po prowiant: wszyscy estetycznie ubrani, uśmiechnięci, życzliwi. Pani sprzedawczyni z wdziękiem podawała towar. I druga kolejka – po wódkę. Tu sami mężczyźni. Ubrani niechlujnie, aroganccy i zwadliwi. Odpowiednio do nich – sprzedawczyni. Wściekła, mrukliwa, skrajnie nieprzyjemna. Butelek swym klientom  nie podawała, lecz rzucała z pogardą. W jej postawie wyrażała się cała antyalkoholowa propaganda państwa ludowego. A tą – jakże wyrazistą – sprzedawczynią była właśnie Krystyna Feldman.
Miała gołębie serce i odwrotną urodę. I jak tu się dziwić, kiedy w Internecie parę miesięcy temu wybuchła dyskusja, kto ma zagrać w filmie śp. Prezydentową Kaczyńską? Pierwsza kandydatura była oczywista: Anna Grodzka. „Bo nikt tak nie odda wszystkich niuansów kobiecości”. A druga kandydatura? Oczywiście Krystyna Feldman. A cóż ona, biedaczka, winna?

Tak wypadło, że dziś Światowy Dzień Trędowatych. U nas „trędowaty” ma dodatkowe znaczenie – w spadku po powieści Mniszkówny. Za PRL-u przepisywano ja ręcznie i sprzedawano na bazarach. Jak wreszcie wyszła drukiem na początku lat 70-tych, to pani bibliotekarka wręczała mi ją na krótki termin, w drodze wyróżnienia, jak skarb największy. Przeczytałem ze trzy strony, znudziło mnie. Bo akurat był opis parku, a tam staw: tafle, łabędzie, nenufary. Wszystko ach i och. Pomyślałem: co mnie to obchodzi? Potem nie wracałem do tego nigdy i pewnie już nie wrócę.
A dzisiaj na dziewczyny też się mówi per „trendowata” – jak nie robi nic innego, tylko małpuje najnowsze trendy.

Z frontu gender. W radiu Tok FM Tomasz Wołek odczytał fragmenty zeszłowiecznego polskiego dziełka teologicznego, którego autor omawia zgubne skutki niektórych praktyk seksualnych, np. samogwałtu:  „Samozmażnik powoli zmierza do utraty wszelkich zdolności moralnych. Przybiera powierzchowność głupowatą, lubieżną, zakłopotaną, smutną, zniewieściałą. Staje się leniwym i niezdolnym do żadnej pracy umysłowej. Przytomności umysłu zupełnie brak mu, w towarzystwie jest nieśmiały, niespokojny i pomieszany. Dusza jego osłabiona, padnie ze znużenia przy najmniejszym wysiłku. Pamięć jego rozprzęga się coraz bardziej, nie może pojąć najprostszych rzeczy, ani związać najzwyczajniejszych wyobrażeń”. Jakbym był w moim wieku jeszcze zdolny do samogwałtu, pomyłabym, że to dokładnie o mnie.

Zając, który po nas zostanie

 

Zmarł reżyser Bohdan Poręba. Jego zasługi niech wspominają inni, bardziej godni. Ja przywołam paradoks. Ten mianowicie, że Poręba został przez Bareję sportretowany w „Misiu” jako reżyser Zagajny. To ten, który kręci film o upadku elit sanacyjnych. A jak kot przebrany za zająca wskakuje na drzewo, tłumaczy: „Prastara grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera.”
Jak bym kiedyś zgłupiał do tego stopnia, że by mi się wydawało, iż ludzie zapamiętają mnie z jakiejś książki, recenzji itp., a nie z jednego z wielu idiotyzmów, których się dopuściłem, to przypomnijcie mi reżysera Zagajnego i zająca na gruszy.