Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Ach, Arbat, moj Arbat…

 

Media zapodają: 76-ta  rocznica urodzin Włodzimierz Wysockiego. Jakoś nie umiałem się z nim skumać. Wolałem Okudżawę. I jak pewna panienka z Ukrainy (Odessitka!) nawiedziła mnie w moim skromnym pokoiku gdzieś ta koło roku 1987, to ja jej – zachwycony – puszczałem Okudżawę. I przy tym Okudżawie miało dojść… Ale wówczas ona przejęła inicjatywę. Jej tekst: „Daj mnie, diełat majo!” będę pamiętał aż do zdechu.

Ci od korzeni

Przy okazji filmu o Hannah Arendt przypominają postać i dzieło. Jeden z portali prawicowych przekonuje, że wszyscy wzrastaliśmy na dziełach Arendt. Pewnie, sam pamiętam jako „Korzenie totalitaryzmu” piłowałem – bo to ciężka lektura – z zapamiętaniem z podziemnego wydawnictwa w latach 80-tych. Szło opornie, bo odwołań do naszej kultury jest tam multum. I teraz czytam, że dzieła Arendt są na powszechnym wyposażeniu umysłowym. I żeby unaocznić skalę jej popularności autor prawicowego portalu pisze: „Chyba nie ma dziś polityka liczącego się w naszym kraju, który ich nie zna.” No tak, to chyba żyjemy w innych „naszych krajach”. Bo według mnie nasi „liczący się politycy” nie tylko nie czytali „Korzeni totalitaryzmu”, ale nawet nie przekartkowali „Przygód Koziołka Matołka”.

Był jakiś proces sądowy, w którym orzeczono, że prof. Ryszard Legutko musi przeprosić młodych ludzi, których nazwał „rozwydrzonymi smarkaczami”. I w porządku. I tu rzucił się Rejtanem Bronisław Wildstein, który wyjaśnia, że profesor nie powinien przepraszać. O to jednak mniejsza. Ale ten sam Wildstein za chwilę zapodaje, że Legutko jest „być może największym współczesnym filozofem polskim”. I tu załamka. Wildstein ocenia, kto jest większym, a kto mnijszym filozofem? Jakiś superarbiter? To niech od razu powie, kto „większy” – Fichte czy Hegel? Kotarbiński czy Tatarkiewicz? W świecie filozoficznym badaczom zaparło dech. Bo niech Wildtstein wskaże paluszkiem na tego i powie: „Największy!”, już cała, reszta obraca się w pył.
A przecież bywało inaczej, bywało normalnie. Jakaś impreza organizowana przez „Wprost” na Mokotowie. Jest jedzenie, wódeczność. I chodzą kelnerzy, którzy częstują z małych kieliszeczków spirytusem. Każdy rozsądny dziękuje. Nie. A Bronek odwrotnie. Łapie się za kieliszeczek – chlup i chlup. Mówię mu: „- Bronek, powoli, wiesz, jaka to ma moc?” On na to: „Ja komunę obaliłem, to i spirytusowi dam radę”. Po czym dał mordą w stół. Wynieśli go.
Następnego dnia okazało się, że został prezesem Polskiego Radia i telewizji.

Jarosławskiego Arsena Lupin zatrzymano

Polsat się pyta, co z tymi dzieciakami z showbizu? Po awanturze z Austinem Bieberem na Florydzie. Cóż, nie on pierwszy, nie ostatni. A Drew Barrymore, a były Kevin? Po pierwsze – sukces przychodzi za szybko. Nie nadąża za nim ani talent, ani charakter. Po drugie – rodzina idzie precz. Zastępują ja menedżerowie. A ci dbają tylko o gażę, garderobę i dobry hotel. Więc dookoła pełno ludzi, ale emocjonalnie robi się pusto. Co gorsza do orszaku gwiazdy dołącza chamara cwaniaczków, którzy chętnie podczepią się pod jej forsę i nazwisko. W tej sytuacji dzieciak reaguje tak, jak by nagle dostał ogromne kieszonkowe i mógł wreszcie pójść do cukierni i kupić cukierki, jakie tylko chce. I wiadomo, jakie kupuje…

Falami docierają echa ze stron ojczystych. „Mieszkaniec Jarosławia zawiadomił policję, że ktoś ukradł mu z piwnicy węgiel i drewno. Przybyli na miejsce funkcjonariusze szybko odzyskali opał. Znajdował się w sąsiedniej piwnicy.” Oczywiście, złodziej pospolity wywiózłby skradziony węgiel do jakiejś dziupli i tam go zadekował. Ale prawdziwy profesjonalista postępuje inaczej: ukrywa towar tuż pod nosem poszukiwaczy. Pewien, że ich zmyli. Niestety, ta żelazna reguła, jak wiele innych żelaznych reguł, zawodzi w moim rodzinnym mieście. Jarosławskiego Arsena Lupin zatrzymano. Na koniec oficer prasowy komendy podaje to, co mógłby już sobie doprawdy darować, bo staje się nudne. Że, mianowicie, pechowy złodziej „w chwili zatrzymania miał 3 promile alkoholu w organizmie.”

Ideologia gender wdziera się już do subkultur młodzieżowych. Dowód? Rymowanka: „Hokus pokus, czary mary, twoja stara, to twój stary”

Gadu-gadu

Czytam po latach kawałkami „Pięknych dwudziestoletnich”. Hłasko przesiedział się w niemieckim więzieniu. Ja nie siedziałem (wszystko przede mną), ale byłem w wojsku i potwierdzam prawdziwość poniższej obserwacji:
„W więzieniu istnieje pewna hierarchia ważności rozmów. Tematem numer jeden jest, rzecz jasna, niewinność każdego z więźniów i bolesna omyłka organów wymiaru sprawiedliwości. Tematem numer dwa jest nikczemność i przewrotność kobiet; dalej sport, najważniejsze decyzje życiowe , wspomnienia z wojny; głupota aktualnego kanclerza czy też prezydenta, zagadnienie istnienia Boga i lamenty nad złym wyżywieniem; przy czym ten ostatni problem staje się problemem  numer dwa – to znaczy przed przewrotnością kobiet – w piątek, kiedy to człowiekowi dają kawałek ryby z jakąś piekielną mazią. W sobotę jest już normalne koryto i pierwotna hierarchia rozmów zostaje przywrócona.”

Have you ever seen…?

 

Coraz mniej się słucha, coraz więcej się przypomina. Ot, kliknąłem w Youtube’a i wyskoczył stary kawałek o deszczu. Wykrzyczany przez Creedence, Clearwater Revival. Nazywaliśmy ich „Kredensami”, jak The Beatles „Bitelsami”. Słuchałem tego ładnych parą lat wstecz na festiwalu rockowym w duńskim Roskilde. Z którego pamiętam błoto jakie teraz można oglądać tylko na Woodstocku w Kostrzynie. I jedno jeszcze. Dla panów nie było siusialni, do jakich przywykliśmy. Tylko na poboczu drogi ustawiano coś na kształt blaszanych koryt. Facet szedł droga, rozmawiał, nagle przepraszał towarzystwo, odchodził dwa kroki w bok, siusiał, po czym wracał do rozmowy. Wcześniej nie widziałem podobnego deszczu.

Jak ryba na haczyk

Załatwialiśmy z Dorotą mało ważną sprawę w Sądzie Rejonowym w miasteczku Kościan. Na korytarzu nawet sporo ludzi, najwięcej mężczyzn o zmiętych twarzach, ubranych w co popadnie, choć na dworze -10. Twarze zaczerwienione nie tylko od mrozu. Wyglądali, jak by przyszli tu w jednej i tej samej sprawie. Z ciekawości zerknąłem dyskretnie na jedną i drugą wokandę. Przeczucie mnie nie zawiodło: niemal wszyscy – pozwani z racji niepłacenia alimentów.

W Kościele rewia osobliwości. Jan Paweł II polecił swemu wiernemu sekretarzowi, by ten po jego śmierci spalił notatki osobiste. A sekretarz – nie! Więcej – wydał je w formie ksiązki, bo on wie lepiej. I jeszcze tłumaczy na konferencji prasowej, że „co miało być zniszczone, zostało zniszczone”. Czyli były jakieś pisma osobiste papieża, które jego sekretarz – też na własną rękę – uznał za bardziej lub mniej kompromitujące dla pryncypała. I te spalił, o czym otwarcie mówi. Jakieś wioski?

Chwilę temu pisałem tu o Kłobucku. Teraz czytam: „Policjanci z Kłobucka zatrzymali 18-letniego rowerzystę, który mając w organizmie przeszło 2 promile alkoholu, spowodował kolizję z oznakowanym radiowozem.” Nasuwa się pytanie, czy w Kłobucku w ogóle da się wytrzymać bez promili w krwiobiegu?

W kinie nad „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego. Przed nim nikt nie pokazał tak przekonująco fizjologii alkoholizmu. Tego żygania przed ołtarzem (pijany ksiądz), tego szczania do szafy (pisarz), albo lania w spodnie podczas gali (reżyser). I ta kataryna izb wytrzeźwień, monopolowych, melin, AA, znów monopolowych… Aż się w kinie robi duszno od tego. Tylko chyłkiem gdzieś z boku przemyka refleksja, iż ci ludzie nadziali się na alkohol jak ryba na haczyk, bo ten alkohol obiecywał, że coś ważnego im w życiu załatwi. A że obiecywał, lecz nie załatwił, no to właśnie mamy film.

Wysyłam to mailem do pewnego świętego, który zapiski plasuje w witrynie. Sam biegnę do telewizji, bo TVN Biznes i Świat (medialna nowość!) pyta, jak to się stało, że paru polskich Żydków z Nalewek zorganizowało Ameryce Hollywood?

Westerplatte

 

Ostatni dzień sierpnia ’39. Narasta atmosfera zagrożenia. W radiu niemieckim agresywne marsze. W polskim piosenka „Na pierwszy znak…”

Efekty pirotechniczne robią wrażenie do dziś. Widz odczuwa realne zagrożenie wybuchem, odłamkami, zwałami ziemi, które tryskają w górę jak fontanny. Dziś to wszystko robią komputery. Ale w 1963 to były autentyczne ładunki wybuchowe. Dziś nikt nie namówiłby aktora, żeby bomba – nawet pozorowana – wybuchała tak blisko niego.

Radio nadaje z Warszawy, że Westerplatte się broni i „naczelny wódz pozdrawia załogę”. Gdy oni czekają na wsparcie…

Niemcy robią zmasowane bombardowania lotnicze. I to najnowszymi samolotami. Obrońcy jeszcze takich nie widzieli.

Panika wybucha na wartowni, kiedy ktoś w trakcie zmasowanego ataku krzyczy, że Niemcy puścili gaz. Przed wojną powtarzano, że na linii frontu gaz bojowy będzie realnym zagrożeniem. Jak podczas poprzedniej wojny. Podczas tej jednak gaz używany był gdzie indziej.

Umierający żołnierz prosi, by podać mu karabin. Chce umierać z bronią w ręku.

Podczas kolejnych ataków widać coraz wyraźniej, że mamy do czynienia z wojną na wyniszczenie, ze żołnierze broniąc się bez szans na utrzymanie posterunku stają na granicy zbiorowego samobójstwa. Ale zwolennicy oporu tłumaczą, że Westerplatte wiąże znaczne siły niemieckie. Tylko z czasem okazuje się, że Wybrzeże jest już w całości odcięte i żadna pomoc nie przyjdzie.

Jeden z żołnierzy biega w krzaki za potrzebą. „To nie ze strachu, panie plutonowy, to te konserwy”.

Niemiecki oficer pyta Sucharskiego, czy warto było tak długo się bronić. Sucharski nie odpowiada. To mocny koniec filmu.

Za Stalinu, za rodinu, na boj…

http://www.youtube.com/watch?v=HmGVg7Nw1XM

 
A propos Lenina. Tajemnicą jest dla mnie popularność w Polsce Chóru Aleksandrowa. Jak go pokazywali w telewizji PRL-owskiej, to – pamiętam – zęby zaczynały boleć od razu. A oni przyjeżdżają tu do nas z całym tym armijnym sztafażem, śpiewają te swoje „Katiusze” i zapełniają największe sale. Trochę to bliskie sytuacji hipotetycznej, kiedy to do Polski na tourne wpadłby zespół Wehrmachtu. I zaśpiewał, powiedzmy: „Die Strassen frei fur grauen Batallionnen, SA marschiert…”
A jak Chór Aleksandrowa śpiewa „Czerwone maki”, to już głupieję zupełnie.

Leninowską drogą

Temperatura opadła nieco poniżej zera, ale opadła złośliwie. Bo wcześniej spadł deszcz i w związku z tym samochód pokrył się pancerzem z lodu. Skrobałem cholerę równo pół godziny (łamiąc skrobaczkę), a i to widoczność miałem jak Grigorij w „Rudym”. Ale moje kłopoty to pikuś przy tych wszystkich pociągach, które godzinami stoją w polu. Lata mijają, a powiedzonko z czasów gierkowskich pozostaje aktualne: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery.” Jak minister Bieńkowska zareagowała na to stwierdzeniem: „Sorry, ale taki mamy klimat”, to Internet natychmiast podsunął jej kwestię palacza z „Misia”: „Jak jest zima, to musi być zimno, pani kierowniczko.”
Akurat wypadła 90-ta rocznica śmierci Lenina. Od kiedy pamiętam, zawsze świętowano jakieś rocznice leninowskie. Przy ognisku zaś śpiewaliśmy:
„Dziś w telewizji nie wystąpi zespół Novi,
Bo cały program poświecony Leninowi…
A kiedy nie chce ci się rano podnieść dupska,
Przypomnij sobie jak walczyła Nadia Krupska…
A w Poroninie żyje jeszcze taki baca,
Co Leninowi kwaśnym mlekiem leczył kaca…
Że dzisiaj wszyscy nasi chłopcy są morowi,
To wielkie dzieło zawdzięczamy Leninowi…
Itd. na bieżąco komponowało się rymowanki.
Ale na akademiach trzeba było recytować: „Na małej stacji w wiosce Poronin, gdy pociąg stanął wśród zgrzytu szyn…” Pamiętam to do dziś w całości.
Stwierdzam przedziwną karierę słówka „razem” w telenowelach. „Oni są ze sobą razem już trzy lata.” „Oni siedzieli w pokoju i się razem całowali.” „On z nią razem się kochają”. „Chodź, usiądziemy i razem porozmawiamy.” All together!
I kolejny przymus umysłowy, który się zastraszająco upowszechnia: rysowanie „stanu ogólnego”. Jak w Internecie pojawi dowolna informacja o tym, że coś w Polsce nie działa, jak powinno, natychmiast pod spodem wyskakuje setka wpisów ze „stanem ogólnym”. Dyskutanci nie podają jak konkretną sytuację naprawić, jakie są możliwości, alternatywy, kto się powinien tym zająć, tylko kreślą „stan ogólny” ojczyzny. Że przy „okrągłym stole” nastąpiła zdrada, że narodowy majątek rozkradli, że esbecy się uwłaszczyli, że Mazowiecki był Żydem, a Wałęsa „Bolkiem”, że rosyjska okupacja trwa, a w Smoleńsku był zamach. Komuś, kto to wypisuje, bynajmniej nie przeszkadza, że przed nim i po nim są setki bardzo podobnych wpisów.
Na zajęciach z gatunków dziennikarskich ćwiczenia z artykułu publicystycznego. Należy wybrać drobny problem, rozłożyć go na czynniki pierwsze, rozdzielić na poszczególne akapity, rozpisać na głosy itd. Młody człowiek ma napisać o transferze jakiegoś zawodnika z drużyny do drużyny. I nagle zaczyna czytać coś, co zupełnie nie trzyma się tematu. Pytam: „- O czym pan mówi?” „- Bo ja bym chciał dać szerszą wizję polskiej piłki…”  Co na to „Miś”? „- Od koncepcji to ja tu jestem, rozumiesz?!”