Po pauzie…

Po pauzie spowodowanej pociskami niegodziwego losu zapodajemy, co bieżące.

Tragedia w Kamieniu Pomorskim. Pijany i naćpany wjechał w przechodniów beemwicą. Pozabijał ludzi. Bo – poza wszystkim – to BMW. Gdybym ja tak – nie daj Bóg! – wjechał swoim citroenem, to tylko by wstali, otrzepali się i poszli dalej.

W Kalwarii Pacławskiej, jakieś 30 kilometrów w bok od Przemyśla, w dwóch kapliczkach, rozsianych po okolicznych wzgórzach, ktoś podpalił jeden obraz, a drugi wystawił z ramy. „Policja prowadzi czynności.” Tekst na ten temat we Frondzie.pl nosi tytuł: „Walka o dusze Polaków nasila się. Szatan szaleje i atakuje wizerunki Królowej Polski!”
Cóż, pewnie tak. Ci z Frondy o szatanie wiedzą zapewne znacznie więcej niż ja.
Ale i ja wiem swoje. Kalwaria Pacławska to moje ukochane miejsce na Ziemi. Bywałem tam niepoliczalną ilość razy. Sypiałem po stodołach, w chałupach, na trawie, pod namiotem, jak popadło. Bywały tam setki tysięcy pobożnych pielgrzymów z promienia tak mniej więcej 50 kilometrów. Przed wojną, kiedy granica przebiegała znacznie dalej (a i pobożność była większa),  tych pielgrzymów było dwa razy więcej. I kto był pierwszy raz, obowiązkowo chodził na kolanach po drobno siekanych kamieniach trzy razy wokół domku Marii Magdaleny. Ból nie do opisania.
Dla mnóstwa ludzi wyjście „na Kalwarię” to był najważniejszy epizod w roku. Byli specjaliści od „kompanii” (grupy pielgrzymów), od dróżek, od kaplic, od przechodzenia przez rzeczkę Wiar itd. Oni tym żyli, pomiędzy „Kalwariami” spotykali się, omawiali „jak było na ostatniej Kalwarii”, powtarzali wspomnienia. Sam słyszałem, trwało to godzinami. Dzisiaj zakładaliby fanpejdże albo kluby…
Bo tu nie chodziło wyłącznie o odpust. To był też np. zarobek. Przed wojną Żydzi rozstawiali swoje kramy wzdłuż głównej ulicy wioski i sprzedawali święte obrazy itd. Ale ukraść Żydowi nie było grzechem. Więc kawalerka wiejska (zapomniana formacja) działała w ten sposób, że kilku zachodziło rząd straganów od tyłu, jednocześnie podpalało je, a wtedy cała ludzka hurma rzucała się i kradła, co popadnie.
Kwestia osobna – już za moich czasów – to były doroczne porachunki. Jak chłopak miał coś do wyrównania z innym, to się umawiali „na Kalwarię”. Bo tam musieli się spotkać. Szli w ustronne miejsce na – jak byśmy dziś powiedzieli – ustawkę. I otoczeni wianuszkiem kibiców sprawiali sobie omłot. Sam widziałem.
Ostatni raz byliśmy tam z Dorotą pół roku temu. Dorota zupełnie nie rozumie, po co ja ciągnę do tej pipidówy, ale trudno – związała się z wariatem, to ma.
Tak więc, że się tak wyrażę, sacrum mieszało się z profanum. A jak teraz czytam o zniszczonym obrazie, jak sobie przypomnę te zaszłości, to nie myślę o szatanie. Myślę raczej o jakimś miejscowym, który nadużył. Coś mu się porąbało i podpalił malowidło. Następnego dnia już tego całkiem nie pamiętał.
Ale „policja przemyska prowadzi czynności”. A jest ona sławna na cały świat z przenikliwości, drobiazgowości i skuteczności. Więc tego satanistę z pewnością wytropi.
A ja bym jeszcze do Kalwarii wrócił, bo to ogród o rozwidlających się ścieżkach…

Jedno przemyślenie nt. „Po pauzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *