Miesięczne archiwum: Maj 2020

Jadziem, panie Zielonka…

Puszcza Zielonka – na północ od Poznania.:

Pobliskie Pobiedziska, które żyją historią – od piastowskich wojów po Gary’ego Coopera. A orzeł na pomniku to arcydzieło metaloplastyki.:

Na jałowym biegu „Żbik” w dówch częściach:

Zagraniczny turysta zamawia w restauracji „Słoneczna” (była taka w moim mieście, jak w dziesiatkach innych): „Pieczeń i fasolka!” Znaczy: ma gust! Światowiec!

Odsłuchane w samochodzie. Artur Conan Doyle „Sherlock Holmes i rytuał rodu Musgrave’ów”:

Lokaj okazuje się sprytniejszy od swojego pana. Niestety, przedobrzył.

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”

Tadeusz Łomnicki.
Cytaty:

Profesor Barbara Lasocka, historyk teatru, uważa, że Łomnicki grat w Królu Learze własny dramat: człowieka, który zatracił siebie. Mówił podczas konferencji: – Władca wybudował – nie wiadomo jak, prawdopodobnie ciężką ręką – swoje królestwo. Ten świat wartości się rozpada. I co się wydobywa na powierzchnię?

W Krakowie, pod koniec wojny, stanął nago przed wojskową komisją rekrutacyjną. Popatrzyli. – Idź pan do domu – powiedzieli – i bez pana wygramy tę wojnę.

W USA, po wspólnym występie z Andrzejem Łapickim, ktoś żartuje na przyjęciu: – Ten Łapicki to panisko, a z ciebie, Tadziu, pokraka…

Na scenie „szedł na całość”: wprowadzał się w stan najwyższej emocji i dzięki temu uzyskiwał efekt – opowiada Antoni Libera, reżyser. – Grał w swoistym transie. Efekt na ogół był wspaniały.

Próbował rolę. – Trzeba było okazywać zachwyt, inaczej zamykał się w sobie, wściekły był, trzaskał drzwiami. Potem się nauczyłam, że jeśli chcę mu na jakiś drobiazg zwrócić uwagę, to muszę go najpierw przez dwadzieścia minut chwalić. Szukał bezgranicznej akceptacji.

Powiedział, że partia chce dać Łomnickiemu szansę, tylko niech on pozwoli się wybrać do wojewódzkich władz partyjnych. Pozwolił. (Partia potrzebowała nazwisk – mówi Andrzej Wajda – a Łomnicki to było wielkie nazwisko. Największe). W roku 1970 mianowano go rektorem warszawskiej PWST. W grudniu 1971 roku zasiadł w prezydium VI Zjazdu PZPR. W przedostatnim dniu obrad powiedział z trybuny, że współczesnego tematu w sztuce trzeba „jeszcze pilniej” szukać w twórczości krajów socjalistycznych; że artystom bliska jest „idea dialogu z klasą robotniczą”;

Aktor ma tylko jedno życie i jeśli nie otrzyma szansy, to nic po nim nie zostanie – mówi Erwin Axer. – Partia kupiła go, a on uznał, że cena, jaką płaci za możność działania, nie jest za wysoka. Jednocześnie był w roli tego dostojnika partyjnego zabawny, grał go serio – nie serio. W pierwszych dniach w KC rozdawał autografy.

Opowiedział Andrzejowi Wajdzie, jak „fantastycznie” przemawiał w KW i jakie zebrał „brawka”. I jaki wściekły był sekretarz Kępa, któremu prawie nie klaskali. Wajda do dziś nie wie, czy pod tą opowieścią kryła się autoironia, czy satysfakcja Łomnickiego.

Lubił powtarzać: „Nie macie pojęcia, jak Gierek mnie kocha”. Wiedział, że naraża się na śmieszność.

Od jego wybuchów sekretarka dostaje spazmów.

Na widowni puste fotele. Albo wycieczki szkolne i robotnicy – z wykupionymi przez zakład pracy karnetami. Nie słuchają, szeleszczą papierkami po cukierkach. Wychodzi Łomnicki – nie poznają, że to Pan Wołodyjowski. Zaczyna grać cichym, coraz cichszym głosem, a z wycieczką dzieje się coś dziwnego – słucha.

Najgłośniej krzyczeli przeciwko Łomnickiemu bardzo średni aktorzy – mówi Dorota Stalińska. – Jeszcze niedawno byli w podstawowej organizacji partyjnej, teraz tworzyli trzon Solidarności. Niedawno Łomnicki załatwiał im mieszkania, pożyczki, samochody, dobre pensje – i nikt się wtedy nie brzydził jego członkostwem w KC. Teraz te lizusy i włazidupy zmieniły czerwony obrus na zielony, zwołały zebranie i wbiły mu nóż w plecy.

Jest starym Krappem (z Ostatniej taśmy Krappa Becketta w reżyserii Libery, 1985). Samotnie przesłuchuje taśmę sprzed trzydziestu lat. Jaki młody ma głos na taśmie. Więc takie było jego życie? Alkohol, jakieś kobiety, romans, który miał szansę stać się wielką miłością, „słabnąca pogoń za szczęściem”… Przez czterysta wieczorów Krapp opowiada swoje życie. Po każdym spektaklu schodzi ze sceny zlany potem i na miękkich nogach. Nie z powodu zastawki, lecz emocji.

Zatem akt IV, scena 6. Oszalały Lear mówi: „Więc jakieś życie świta przede mną. Dalej, łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem”, i wybiega ze sceny. Kordelia stoi w prawej kulisie. Lear opada na fotel, w którym za chwilę ma wjechać na scenę jako chory ojciec, a Kordelia ma za nim wbiec z krzykiem: „Lekarza!”. Ale Lear unosi się lekko i upada twarzą na ziemię. I tak, jak chciał Szekspir, Kordelia wybiega z krzykiem: „Lekarza!”.

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”:

Gustaw Holoubek
Cytaty:

„Człowiek powołuje do życia iluzję, żeby oderwać się od rzeczywistości” – pisał w autobiograficznej książce. Teatr wziął się z ludzkiej tęsknoty za inną egzystencją; z marzenia, by uciec przed potocznością, w świat idealny…

Do kogo jest podobny? – zastanawiała się przed laty Maria Czanerle, autorka książki o aktorze. Jego postać jest jak znak zapytania – pisała. Plecy tworzą łuk z pochyłością głowy. Ręce zwisają jak u debiutanta. Oczy stanowią punkty magiczne. Przychodził w latach sześćdziesiątych

Zbigniew Zapasiewicz ogląda Trąd… kilkakrotnie. – Gustaw wniósł sposób grania, który był nam obcy. Nas uczono, że rola to jest gorset, który aktor ma na siebie nałożyć. Ma się do niej dostosować wyglądem, sposobem poruszania, ma zagubić siebie, nie dopuszczać nadmiernie własnej indywidualności. Holoubek wprowadził aktorstwo osobiste, osobowościowe, referował rolę poprzez siebie, wykorzystywał ją do tego, żeby od siebie powiedzieć coś o świecie. To powodowało u widzów wrażenie, że on się zachowuje zupełnie prywatnie. Dla nas było niepojęte, że tak można grać.

… w tamtym czasie uderzyła go w warszawskich teatrach sztuczność, deklamacja, emfaza, brak prawdy w grze aktorów. Ich rutyna, zdawkowość, kokietowanie widowni. – Mój bunt polegał na tym – wspomina – żeby powiedzieć Warszawce, że tak się nie gra.

Mowa jest głównym środkiem wyrazu w teatrze i nie zastąpią jej żadne eksperymenty – powtarza Holoubek. Dejmek formułuje swój lapidarny program: aktorzy muszą się uczyć istotnie mówić, a publiczność – istotnie słuchać. Gdy reżyseruje Elektrę w Dramatycznym (1973), przemawia wściekły: – Czy tu jest dyrektor, który mógłby zwrócić uwagę aktorowi Holoubkowi, że po polsku nie ma słowa rypaczka tylko rybaczka i nie szółwiem, ale żółwiem!

Mówił przez dwadzieścia dwie minuty. Halina Mikołajska powiedziała, że nie zdziwiłaby się, gdyby pod koniec Improwizacji lewitował. Po każdym przedstawieniu był chudszy o parę kilogramów. Opowiadał potem, że na premierze, by pohamować wzruszenie, wyobraził sobie zamknięty pokój z jednym tylko słuchaczem – i do niego mówił. Czuł się niesiony na skrzydłach. Ten jedyny raz w swej karierze zatracił granicę między własną grą a uczuciami widzów; występował w ich imieniu, za nich mówił. Nie udźwignąłby tej roli – wyznał – gdyby nie dotknął go anioł.

Gustaw Holoubek: – Nie miałem nigdy poczucia, że służę reżimowi. Pełniłem te funkcje, żeby reżim powstrzymywać od głupoty i szkodliwości wobec naszego środowiska.

Zbigniew Zapasiewicz: – Inteligenci przychodzili do teatru, bo się bawili tym, że teatr opowiada o sprawach, o których oni wiedzą, ale nie mogą przeczytać w gazetach. Bo jeśli ktoś wystawia Ryszarda III, to przecież to jest o Stalinie… My, aktorzy, zostaliśmy przez społeczeństwo za wysoko wywindowani. Pytano nas o istnienie lub nieistnienie Boga, a my – jako ci namaszczeni – mieliśmy o tym rozstrzygać. Byliśmy szczęśliwi, że mamy świetną pracę i publiczność; ciągle jeździliśmy z teatrem za granicę. Wiedzieliśmy, że moralnie nie sprzeniewierzamy się niczemu. W latach siedemdziesiątych niewielu było takich ludzi jak Halina Mikołajska, którzy snuli refleksję, czemu to wszystko służy. Dopiero tąpnięcie stanu wojennego spowodowało, że myśmy otrzeźwieli; zorientowaliśmy się, że władza pozwalała teatrowi na tak wiele, żeby nas zmanipulować i wciągnąć.

To właśnie ci, którzy nas oskarżają o uległość wobec władzy, wprowadzali w Polsce komunizm. Gdy oni – wśród nich Brandys – robili socrealizm, my rozpaczaliśmy. Potem przerobili się na liberałów, wystąpili z partii i zaczęli działać w odwrotnym kierunku. Ale to wcale nie zdjęło z nich odpowiedzialności za to, co dotychczas uczynili.

Opowiada Jadwiga Jankowska-Cieślak: – U nas sytuacja była jasna, ponieważ Gustaw zawsze mówił, że w teatrze nie ma demokracji. Mimo to znaleźli się koledzy, którzy do tej pory niewiele zdziałali na scenie, i powiedzieli: „Koniec z Holoubkami, Zapasiewiczami, Fronczewskimi!”. Teraz oni będą grali Hamletów. Zostali wyśmiani.

Wzywa go sekretarz partii w komitecie wojewódzkim. – Otrzymywał pan przywileje od Polski Ludowej, a teraz pan ją zdradza? – Te przywileje to talon na samochód marki Lada. Gdybym żył w demokratycznym kraju, miałbym parę willi ma Lazurowym Wybrzeżu.

Był też chyba zawiedziony, że – wraz z upływem czasu – miłość społeczeństwa do teatru i aktorów tak szybko wygasła. Społeczeństwo się zmęczyło, teatr stracił na znaczeniu, wszedł w jałowy bieg. Można było społeczeństwu albo śpiewać, albo je rozśmieszać, nie można było z nim rozmawiać na najwyższych poziomach.

Po 1989 roku wraz z kilkoma kolegami znów wszedł do polityki. Dla dobra Polski, ale – wydaje mi się – również dlatego, żeby przestać mówić tylko cudzymi słowami, jak to się dzieje na scenie, i zacząć wreszcie mówić własnymi… Była to ich największa porażka. Nie przypuszczali, że właśnie tam, w Sejmie i Senacie Rzeczypospolitej, kompletnie nikt nie będzie ich słuchał. Holoubek i Szczepkowski zostali senatorami, Łapicki – posłem w pierwszej kadencji parlamentu. Po latach Holoubek przyznał, że ich skuteczność była nikła;

Konwicki: – Chcieliśmy we wszystkim wziąć udział… Życie było pełne błędów. A jednak w latach PRL żyło się w pewnym wyżu moralnym. Ciągle trzeba było podejmować jakieś ważne moralnie decyzje. Teraz rozterką jest, czy ukraść osiemdziesiąt czy sto milionów. Nasze rozterki były o parę pięter wyżej. Jak się zachować… podpisać protest czy uciec przez okno… Chodziło wtedy o sprawy, które człowieka mimo woli podnosiły, prostowały. I nie mieliśmy takich apetytów. Nikt się nie rzucał do budowania willi.