Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”:

Gustaw Holoubek
Cytaty:

„Człowiek powołuje do życia iluzję, żeby oderwać się od rzeczywistości” – pisał w autobiograficznej książce. Teatr wziął się z ludzkiej tęsknoty za inną egzystencją; z marzenia, by uciec przed potocznością, w świat idealny…

Do kogo jest podobny? – zastanawiała się przed laty Maria Czanerle, autorka książki o aktorze. Jego postać jest jak znak zapytania – pisała. Plecy tworzą łuk z pochyłością głowy. Ręce zwisają jak u debiutanta. Oczy stanowią punkty magiczne. Przychodził w latach sześćdziesiątych

Zbigniew Zapasiewicz ogląda Trąd… kilkakrotnie. – Gustaw wniósł sposób grania, który był nam obcy. Nas uczono, że rola to jest gorset, który aktor ma na siebie nałożyć. Ma się do niej dostosować wyglądem, sposobem poruszania, ma zagubić siebie, nie dopuszczać nadmiernie własnej indywidualności. Holoubek wprowadził aktorstwo osobiste, osobowościowe, referował rolę poprzez siebie, wykorzystywał ją do tego, żeby od siebie powiedzieć coś o świecie. To powodowało u widzów wrażenie, że on się zachowuje zupełnie prywatnie. Dla nas było niepojęte, że tak można grać.

… w tamtym czasie uderzyła go w warszawskich teatrach sztuczność, deklamacja, emfaza, brak prawdy w grze aktorów. Ich rutyna, zdawkowość, kokietowanie widowni. – Mój bunt polegał na tym – wspomina – żeby powiedzieć Warszawce, że tak się nie gra.

Mowa jest głównym środkiem wyrazu w teatrze i nie zastąpią jej żadne eksperymenty – powtarza Holoubek. Dejmek formułuje swój lapidarny program: aktorzy muszą się uczyć istotnie mówić, a publiczność – istotnie słuchać. Gdy reżyseruje Elektrę w Dramatycznym (1973), przemawia wściekły: – Czy tu jest dyrektor, który mógłby zwrócić uwagę aktorowi Holoubkowi, że po polsku nie ma słowa rypaczka tylko rybaczka i nie szółwiem, ale żółwiem!

Mówił przez dwadzieścia dwie minuty. Halina Mikołajska powiedziała, że nie zdziwiłaby się, gdyby pod koniec Improwizacji lewitował. Po każdym przedstawieniu był chudszy o parę kilogramów. Opowiadał potem, że na premierze, by pohamować wzruszenie, wyobraził sobie zamknięty pokój z jednym tylko słuchaczem – i do niego mówił. Czuł się niesiony na skrzydłach. Ten jedyny raz w swej karierze zatracił granicę między własną grą a uczuciami widzów; występował w ich imieniu, za nich mówił. Nie udźwignąłby tej roli – wyznał – gdyby nie dotknął go anioł.

Gustaw Holoubek: – Nie miałem nigdy poczucia, że służę reżimowi. Pełniłem te funkcje, żeby reżim powstrzymywać od głupoty i szkodliwości wobec naszego środowiska.

Zbigniew Zapasiewicz: – Inteligenci przychodzili do teatru, bo się bawili tym, że teatr opowiada o sprawach, o których oni wiedzą, ale nie mogą przeczytać w gazetach. Bo jeśli ktoś wystawia Ryszarda III, to przecież to jest o Stalinie… My, aktorzy, zostaliśmy przez społeczeństwo za wysoko wywindowani. Pytano nas o istnienie lub nieistnienie Boga, a my – jako ci namaszczeni – mieliśmy o tym rozstrzygać. Byliśmy szczęśliwi, że mamy świetną pracę i publiczność; ciągle jeździliśmy z teatrem za granicę. Wiedzieliśmy, że moralnie nie sprzeniewierzamy się niczemu. W latach siedemdziesiątych niewielu było takich ludzi jak Halina Mikołajska, którzy snuli refleksję, czemu to wszystko służy. Dopiero tąpnięcie stanu wojennego spowodowało, że myśmy otrzeźwieli; zorientowaliśmy się, że władza pozwalała teatrowi na tak wiele, żeby nas zmanipulować i wciągnąć.

To właśnie ci, którzy nas oskarżają o uległość wobec władzy, wprowadzali w Polsce komunizm. Gdy oni – wśród nich Brandys – robili socrealizm, my rozpaczaliśmy. Potem przerobili się na liberałów, wystąpili z partii i zaczęli działać w odwrotnym kierunku. Ale to wcale nie zdjęło z nich odpowiedzialności za to, co dotychczas uczynili.

Opowiada Jadwiga Jankowska-Cieślak: – U nas sytuacja była jasna, ponieważ Gustaw zawsze mówił, że w teatrze nie ma demokracji. Mimo to znaleźli się koledzy, którzy do tej pory niewiele zdziałali na scenie, i powiedzieli: „Koniec z Holoubkami, Zapasiewiczami, Fronczewskimi!”. Teraz oni będą grali Hamletów. Zostali wyśmiani.

Wzywa go sekretarz partii w komitecie wojewódzkim. – Otrzymywał pan przywileje od Polski Ludowej, a teraz pan ją zdradza? – Te przywileje to talon na samochód marki Lada. Gdybym żył w demokratycznym kraju, miałbym parę willi ma Lazurowym Wybrzeżu.

Był też chyba zawiedziony, że – wraz z upływem czasu – miłość społeczeństwa do teatru i aktorów tak szybko wygasła. Społeczeństwo się zmęczyło, teatr stracił na znaczeniu, wszedł w jałowy bieg. Można było społeczeństwu albo śpiewać, albo je rozśmieszać, nie można było z nim rozmawiać na najwyższych poziomach.

Po 1989 roku wraz z kilkoma kolegami znów wszedł do polityki. Dla dobra Polski, ale – wydaje mi się – również dlatego, żeby przestać mówić tylko cudzymi słowami, jak to się dzieje na scenie, i zacząć wreszcie mówić własnymi… Była to ich największa porażka. Nie przypuszczali, że właśnie tam, w Sejmie i Senacie Rzeczypospolitej, kompletnie nikt nie będzie ich słuchał. Holoubek i Szczepkowski zostali senatorami, Łapicki – posłem w pierwszej kadencji parlamentu. Po latach Holoubek przyznał, że ich skuteczność była nikła;

Konwicki: – Chcieliśmy we wszystkim wziąć udział… Życie było pełne błędów. A jednak w latach PRL żyło się w pewnym wyżu moralnym. Ciągle trzeba było podejmować jakieś ważne moralnie decyzje. Teraz rozterką jest, czy ukraść osiemdziesiąt czy sto milionów. Nasze rozterki były o parę pięter wyżej. Jak się zachować… podpisać protest czy uciec przez okno… Chodziło wtedy o sprawy, które człowieka mimo woli podnosiły, prostowały. I nie mieliśmy takich apetytów. Nikt się nie rzucał do budowania willi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *