Stanisław Goszczurny „Długi prosi o karę śmierci”

Stanisław Goszczurny „Długi prosi o karę śmierci”

Pisarz z Wybrzeża, działacz kulturalny, zawsze po właściwej stronie. Mawiano: Goszczurny to taki Misiorny literatury polskiej.
Włamywacze, nastolatki. Głupsze toto niż średnia na Orunii, na Grabówku czy we Wrzeszczu w kilkanaście lat po wojnie.
Ale najciekawsze jak zwykle mieści się w szczelinach fabuły. Rzecz została przeczytana i zostanie sprowadzona do postaci omówienia na odradzającej się witrynie MOrd, która grupuje koneserów PRL-owskiej literatury kryminalnej – https://www.klubmord.com.
Cytaty:

Miałem kolesia, wiesz, taki jeden z Oruni. Trzymaliśmy się zawsze razem. (…) Wiesz… Jeden pilnował, a drugi robił, co trzeba… I tak jakoś leciało. Ale kiedyś nas nakryli. Taki głupi wypadek. Podawałem mu z kiosku trochę towaru i wtedy musiał przestać uważać, bo odbierał paczkę. No i na to wlazł glina. Przyskrzynił nas obu. Nie było jak pryskać.

Wśród tych ludzi bywali także młodzi, którzy wchodzili tu krokiem pewnym, jakim stały bywalec wkracza do znajomej knajpy. Większość z nich nawet nie rzucała okiem na ogłoszenia. Siadali po prostu na krzesłach rozstawionych pod ścianami, zapalali papierosy. Było im tu ciepło i zacisznie. Można było posiedzieć, nie mając grosza, jak długo się chciało, bo dopóki urząd był czynny, nikt ich nie wypraszał. Na ogół zresztą nie czekali, aż urzędnicy opuszczą biurka i rada narodowa zamknie podwoje. Zbierali się grupkami, znali się doskonale między sobą, umawiali na dalszy ciąg dnia. Czasem robili po cichu składkę na butelkę…

Wystawał w sklepiku na rogu, gdzie można było na stojąco wypić piwo. Wieczorami zaglądał do Domu Kultury, gdzie było rojno, gwarno i ciepło, a co najważniejsze: można było spotkać kolegów.

Rozpoczynały się gadki, zdarzało się wino, palili papierosy i tak jakoś czas mijał.

Kelnerka czytająca gazetę obok bufetu spojrzała na nich z urazą i niechętnie podniosła się z miejsca. – Co podać? – zapytała nie bawiąc się w zbyteczne grzeczności.

– Rusz się, Burek, gości mamy. Andrzej przyszedł. – Przecież widzę – niechętnie odparł leżący. – Przyszedł do ciebie, mnie dupy nie zawracajcie – i podsunął sobie książkę pod nos. – On zawsze taki – roześmiał się Rysiek. – Nie przejmujcie się, ze wsi przyszedł, jeszcze nie zna towarzyskich obowiązków. Ale jak wyciągniecie pół litra, to wstanie, nawet zagrychy poszuka. – I po drugie poleci – rzucił Burek nie odrywając oczu od książki. – Nie mam dziś pół litra – oświadczył Andrzej. – Będzie innym razem, nawet litr.

Kawiarnia była niewielka, mocno zadymiona i szczelnie nabita gośćmi. Przy okrągłych stolikach ze szklanymi blatami siedziały młode dziewczyny, przeważnie w towarzystwie mężczyzn stawiających im wino i wiśniówkę. Zapach kawy z ekspresu mieszał się z tytoniowym dymem, a gwar głosów zagłuszał dźwięki fortepianu, na którym starszy, skromnie ubrany mężczyzna wygrywał niemodne szlagiery.

– Robota lubi głupich, a my nie głupi. – Nic wam nie powiedzą, jak zobaczą, że jesteście po kielichu? – interesował się Andrzej. Teraz Burek się roześmiał. – Kto? Na nocnej zmianie? Wlezie się gdzieś w kąt i prześpi do rana. Albo wcale nie pójdziemy i też będzie dobrze!

… niecierpliwie czekała na pierwszą wypłatę, obliczając, co za to kupi. Mężowi zapowiedziała, że sama z nim pójdzie do biura, żeby nie zdążył po drodze przepić tego, co zarobił. I właśnie dziś stary znów rozpoczął swoje kolejne pijaństwo. Z roboty przyszedł zaczerwieniony, z błyszczącymi oczami. Ale matka nic nie powiedziała. Była rada, że w ogóle wrócił po pracy.

Kiedy już kelner komuś zbyt pijanemu nie chciał podać więcej alkoholu, przypominał sobie o zasadzie obowiązującej tu od dawna i mówił: – Nie podam samej wódki. Jedna wódka, jedno danie! – Dobra – odpowiadał nie speszony bywalec baru. – Daj pan dużą wódkę i małe piwo, to też zakąska, nie? – kelner szedł w stronę bufetu wykonać zamówienie, bo wiedział, że z tymi gośćmi lepiej nie zadzierać.

To co dać? – kelner stał wyczekująco. – Ćwiartkę – zarządził Andrzej i zaraz się poprawił – albo nie, daj pan pół litra, po co dwa razy chodzić. I śledzika na zakąskę. W śmietanie.

… właśnie nadszedł kelner. Postawił butelkę, podsunął im talerzyki ze śledziami, od razu nalał do kieliszków. Kręcił się, choć już nic tu nie miał do roboty. Andrzej nie patrząc na niego powiedział: – Sobie też!

Józek sięgnął po rachunek. Przeraziła go jego wysokość. – Coś pan? – wykrzyknął do kelnera – datę urodzenia pan tu wypisał czy jak? – Płacić, bo zamykamy – kelner już sprzątał naczynia, nie patrząc na gości.

Po wyjściu z baru skręcili do pobliskiej bramy i kiwając się na wszystkie strony długo załatwiali swą potrzebę fizjologiczną

Miał na sobie podniszczone ubranie z końcami rękawów obszytymi tasiemką, żeby się nie strzępiły.

Nie bój się, jak zrobimy tę babę, to starczy na trzech. Będziesz miał tyle forsy jak nigdy w życiu. Józek pomyślał, że to może nie być znów tak wiele. Ostatecznie w życiu nie miewał zawrotnych sum.

Myślę, że ciągle jeszcze nie doceniamy możliwości takich właśnie młodych ludzi zamieszanych w przestępstwa. Czasem uwierzyć trudno, na jakie wpadają pomysły i jak potrafią zagmatwać sprawę. Pamiętajcie, że to najpilniejsi czytelnicy literatury kryminalnej.

Taksówka stała w pobliżu lokalu. Józek otworzył drzwiczki i nie zważając na dziewczęta zaczął się pakować do środka. Ale kierowca oświadczył: – Pijanych nie wiozę, proszę wysiąść! – Jakich pijanych, kto pijany? – Józek od razu się najeżył. – Nie wiozę – stanowczo powtórzył taksówkarz. – Nieraz miałem wóz zarzygany i nie miał kto posprzątać. – Panie! – groźnie zaczął Józek, unosząc się na siedzeniu, ale Andrzej siłą go posadził, a sam zwrócił się do kierowcy. – Dwie stówy do Gdańska – powiedział krótko. – A, to co innego – taksówkarz od razu zmienił ton i włączył silnik.

2 komentarze do “Stanisław Goszczurny „Długi prosi o karę śmierci”

  1. Aż sprawdziłem kto to był Misiorny. I widzę, że istotnie to taki Goszczurny. Pytanie tylko czy to Goszczurny nie był czasem Misiornym literatury polskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *