Radio Merkury, Bigbit

Drodzy Państwo,
w tle lecą sobie szacowni klasycy rocka, a my w Radiu Satysfakcja sączymy temat rodzimego bigbitu, żeby się rymowało. I tu uwag kilkoro.

Najważniejsze – dobrze się zareklamować. Jeżeli Czerwone Gitary nagłaśniały się sloganem: „Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce”, to  zespół Polanie drukował na plakatach: „Prosimy o niełamanie krzeseł”. Czasem popularności pomagał przypadek. Urszula Sipińska zaśpiewała frazę „Zapomniałem twoje oczy” i polonistki wpadły w szał. Bo przecież powinno być: zapomniałem kogo? czego? Twoich oczu. Ale – jak to brzmi: Zapomniałem twoich oczu, leżą na szafce?! Oczywiście autorka tekstu zastosowała tak zwaną elipsę, czyli opuszczenie oczywistego elementu zdania, które powinno było brzmieć: „Zapomniałam, jak – wyglądają – twoje oczy”. Ale kiedy rozszalałe polonistki ochłonęły, piosenkę o oczach śpiewała cała Polska. Urszuli Sipińskiej, którą niech mi wolno będzie z tego miejsca pozdrowić, podobno, podkreślam – podobno, bo sam tej wersji nie słyszałem, trafiła się też niechcący piosenka o kapuście. W słynnym songu zaczynającym się od słów: „Wiem, pamiętam, ty lubiłeś poziomki…” była podobno (!) fraza: „Nasza ścieżka pod sosnami taka pusta”. Tej takapustej nie ma już w wersjach, które gramy do dziś. Jest: „Nasza ścieżka pod sosnami stoi pusta”. To się zdarzało raz i drugi. Krzysztof Cugowski śpiewał w pierwszej wersji „Pieśni niepokornej”, że  – cytuję – „tylko niektórzy podjąć ją umią”. Dopiero jak mu zwrócili uwagę, śpiewał jak Pan Bóg przykazał: „Tylko niektórzy ją podejmują…”

Niezręczności w tekstach miały prawo się zdarzać, bo bigbit i ówczesna piosenka przyciągały ludzi najrozmaitszych zawodów. „Cesarz to ma klawe życie” śpiewał (tak to nazwijmy) Tadeusz Chyła, który z zawodu był malarzem. Anna German kształciła się na geologa. Marek Grechuta z zawodu był architektem. Z piosenką łączyło go tylko to, że jako temat pracy magisterskiej wybrał projektowanie estrady, czyli – jak to nazywano –  „obiektu widowiskowego”. Maryla Rodowicz na estradę trafiła wprost z bieżni – studiowała na Akademii Wychowania Fizycznego. Halina Kunicka ukończyła prawo. Jerzy Wasowski z Kabaretu Starszych Panów, a także kompozytor niezapomnianego songu „Po ten kwiat czerwony”, to dyplomowany inżynier, a w kwestii komponowania – całkowity samouk. Pamiętają państwo „Kormorany” Piotra Szczepanika? Ten szlagier skomponował Jerzy Woy-Wojciechowski, praktykujący lekarz. A rockandrolla „Serwus, panie chief”? Wyszedł spod pióra Jana Tomaszewskiego, absolwenta Wydziału Łączności Politechniki Gdańskiej.

Kiedy zachodziła obawa, że talenty kompozytorów nie wystarczą, by spopularyzować piosenkę, do nagrania wprowadzano najdziwniejsze instrumenty. Zespół parodystyczny Tahiti Tropicale Granda Banda wspierał się dźwiękami tuby, instrumentu z grupy „aerofonów ustnikowych”, używanym dotąd tylko w orkiestrze symfonicznej. Gwiazda polskiego bluesa, zespół Breakout, wykorzystywał sporadycznie marakasy. Jest to osadzona na trzonku kula, wypełniona kamykami, która podkreśla rytm w sambie czy rumbie. Na marakasach bluesmanom z Breakuotu przygrywał ich ówczesny menedżer, duchowy ojciec polskiego big beatu – Franciszek Walicki. W nagraniach z lat 60 słyszymy też swojską fujarkę – często wykorzystywała ją grupa NO TO CO. Do bigbitowego repertuaru trafił nawet bajan, czyli rosyjska odmiana harmonii. W pierwszej polskiej piosence country „Powiedz stary, gdzieś ty był” Krzysztofa Klenczona ów rosyjski bajan tworzy atmosferę Dzikiego Zachodu. Odnotowano także próby wprowadzenia do raczkującego polskiego rocka średniowiecznej liry korbowej oraz drumli – przez zespół o nazwie, nomen omen, Drumlersi. Jednak Drumlersi rozpadli się zaledwie po roku działalności, a reszta muzyków wróciła do gitar.

A teraz o bigbicie z zupełnie innej beczki. Mianowicie o zjawisku pod nazwą Niebiesko-Czarni Na początku lat 60. Niebiesko-Czarni tworzyli cały kombajn rozrywkowy. Ledwo mieścili się w sporym autobusie, którym poruszali się po kraju. Sekcja techniczna, instrumentaliści, pięciu wokalistów i Danuta Szade, której rolą było wyłącznie tańczenie twista na estradzie. To pierwsza polska, znana z nazwiska, „go-go girl”. Niebiesko-Czarni wdrożyli jeszcze jeden wynalazek: pierwszą polską gitarę basową, która grała dzięki trzem strunom wyjętym z pianina i jednej strunie z wiolonczeli. Kolejnym eksperymentem były pojedynki wokalistów: Ada Rusowicz kontra Helena Majdaniec, Wojciech Korda kontra Krzysztof Klenczon czy Wojciech Korda kontra Juliusz Wydrzycki (późniejszy Czesław Niemen). Występ takiej czeredy obejrzał przypadkiem w sopockim klubie Non Stop Bruno Coquatrix,  szef paryskiej „Olimpii”, jednej z najważniejszych scen w ówczesnej Europie. Zajrzał na Festiwal w Sopocie, po kwadransie przekonał się, że jesteśmy ze dwadzieścia za Zachodem, wyszedł z amfiteatru i wpadł do klubu niedaleko molo i zobaczył Niebiesko-Czarnych. I od razu, że chce ich widzieć w Olimpii. A była to sala, w której wówczas koncertowali Beatlesi, Marlena Dietrich, Edith Piaf i Yves Montand. Niebiesko-Czarni zagrali tam w grudniu 1963 roku. Wystąpili w przedziwnym gronie. Śpiewali z nimi Dionne Warwick, ale także rock’n’rollowcy z Madagaskaru i Wietnamu. „Oto Polska w godzinie twista! – zapowiadał francuski konferansjer. – Oto Michaj Burano, książę Cyganów, huragan na estradzie. Oto Helena Majdaniec, najpiękniejsza z brunetek”. A Burano i Majdaniec wymieniali za kulisami koleżeńskie uwagi z ówczesnymi największymi: Sylvie Vartan, Johnnym Hollydayem i Gilbertem Becaud. Garderobę dzielili z niewidomym czternastolatkiem który skromnie siedział w kącie i całymi dniami cichutko pogrywał na harmonijce ustnej. Nazywał się Stevie Wander. Z festiwalu mocnego uderzenia w Rennes Niebiesko-Czarni przywieźli główne trofeum – „Srebrnego Gronostaja”. I to za co?! Nie za wiązankę mdłych rock and rolli, które wykonywały setki podobnych zespołów na całym świecie. Główne trofeum zdobyli za piosenki: „Głęboka studzienka”, „Hej, tam w dolinie”, „Hej, bystra woda”. Publiczność, słysząc tę góralszczyznę, poderwała się z miejsc. A dziennikarze muzyczni, którym wydawało się, że słyszeli już wszystko, opuścili nawet przytulne miejsce przy barku i przyłączyli się do zabawy. W 1967 Niebiesko-Czarni roku zameldowali się w słynnej rozgłośni „Station of Stars”, w Polsce znanej jako „Radio Luxemburg”. I – zostali przyjęci. Jako pierwsi muzycy zza żelaznej kurtyny dali wywiad na żywo, przeplatany własnymi piosenkami. Do zdobycia została im tylko Ameryka. I tu im się też poszczęściło: jako pierwszy zespół rockowy z Polski wystąpili w amerykańskiej telewizji NBC w słynnym programie „Danny Sullivan and Gang”. To wszystko działo się pół wieku temu. Ale jaki polski zespół powtórzył ten sukces?

Wiesław Kot

radiomerkury

2 przemyślenia nt. „Radio Merkury, Bigbit

  1. Gdyby Sipińska zaśpiewała „Zapomniałem twoje oczy” (…..niałem) to przede wszystkim oburzeni byliby strażnicy moralności i przeciwnicy gender (którzy wtedy też istnieli, chociaż używali innych terminów). Miłośnicy lekkoatletyki przypomnieliby sobie kontrowersje dotyczące płci pewnej polskiej biegaczki. Po kilku latach komuś mogłby się skojarzyć „Get Back” The Beatles za słowami o pewnej pani, która okazała się mężczyzną. A propos – film „Eight Days a Week – The Touring Years” na DVD nie będzie zawierał koncertu na stadionie Shea; za to w kinie tytuł ten jest razem z koncertem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *