Nieobliczalny Rybiński

 

Słuchałem tego niepoliczalne razy. Bo tak: w latach 1983-85 perwersyjnie nawiedzaliśmy pięterko kawiarni przy ówczesnym hotelu „Poznań”. Jak go za Gierka budowano, to wiele daczy na obrzeżach miasta powstało z tego, co rzekomo zbywało na budowie tego kultowego hotelu. Za Jaruzela czasów jednak hotel stał i prosperował. Nakręcono tam nawet teledysk do utworu „Kawiarenki” z Jarocką. Rak, ubolewamy. A my – za dwadzieścia złotych – dwie kawy. Dla damy i dla mnie. Tam się gadało, tam się nawiązywało kontakty. A w tle leciała w kółko ta sama taśma kasetowa z utworem „Nie liczę godzin ni lat…” Tam i z powrotem. I mnie to się wtedy zrymowało. Ja nie będę liczył godzin ni lat, moje życie będzie się toczyć od kulminacji do kulminacji. Takie się to wtedy wydawało proste.
Ale ćwierć wieku później… Jestem, zupełnym przypadkiem, na balu jakichś mistrzów sportu, czy coś. W hotelu Poznań, który teraz nazywa się już inaczej. I część artystyczną wypełnia – Andrzej Rybińki. Ale zamiast śpiewać, on prowadzi dość długi wywód na temat, że krytycy błędnie rozumieli pewne wersety z jego tekstów. Że nie dokładnie zacytowali wers albo tytuł. Boże, człowieku, nie ględź! Dawaj to „Nie liczę…”. Bo ja właśnie, niestety, zacząłem liczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *