Na falach eteru

W centrum Poznania – Pegazy. Ale aż trzy?! Zaczęło się?:

c1

I coś rzucone na tynk.:

c2

Ten blog może mieć swój radiowy ekwiwalent. Pod takim samym tytułem. Może, choć nie musi. W Radiu Merkury nagraliśmy dziś trzy pilotażowe pigułki.:

c3

W wersji optymalnej krótki kawałek miałby lecieć co rano w każdy dzień roboczy. Pierwszy ma polecieć w poniedziałek rano. Daję go, bo może być pierwszy i ostatni.:

Radio Merkury, poniedziałek 11 lipca 2016

Poza tym kolejny felieton do audycji muzycznej. Jutro jedziemy z Dorotą do Doliny Charlotty pod Słupskiem na koncert Susie Quatro. Więc felieton o wkładzie tej wybitnej sopranistki w kulturę polską.:

Glam rock

Wiadomość jest taka, że naszą biedną i znękaną – licznymi przegranymi powstaniami oraz planem Balcerowicza – ojczyznę nawiedziła Susie Quatro, światowej klasy sopranistka, która dla widowni 60+ produkowała się pod Słupskiem w Dolinie Charlotty. Charlotta to po francusku Karolina, Karola, Karolka. I ten amiteatr pod Słupskiem powinno się nazywać Doły Karolki, bo skąd pod Słupskiem Dolina Charlotty? Ale czy w Dołach Karolki mógłby się zakochać Carlos Santana? A w Dolinie Charlotte się zakochał. Ten problem występuje zresztą co krok. Czy Państwo chcieliby się kopnąć na weekend do dolnośląskiego miasteczka Ząbkowice Śląskie? Przypuszczam, że wątpię. Ale jak się okaże, że Ząbkowice to primo voto Frankenstein? I że cały piar miasta opiera się na legendzie o Frankensteinie, no – to kto wie. Inna sprawa, że tak koło 18.00 na ulicach Ząbkowić Śląskich co drugi przechodzeń przypomina owoc eksperymentu doktora Frankensteina. Bo chroniczne bezrobocie, a monopolowych po pięć na każdym rogu.

Ale ta Susie, Susie Quatro… Więc ja tam byłem, miodu i wina nie piłem, bo prowadziłem. Ale jak posłuchałem, to mnie się od razu wszystko cofnęło. I mam od tego od razu straszne zbiegowisko w głowie. Bo Susie Quatro i cały ten glam rock był aktualny, kiedy ja miałem 10, najwyżej 15 lat.

W moim rodzinnym mieście Jarosław na Podkarpaciu, w centralnym miejscu, stała drewniana tablica, gdzie pinezką przypinano ogłoszenia typu „Miłośników tańca zapraszamy na zabawę taneczną do Radawy, Zapałowa czy Szówska. Bufet obficie zaopatrzony”. Ale na to nikt szanujący się nie zwracał uwagi. Co innego, gdy na tablicy pojawiało się ogłoszenie składające się z dwóch zaledwie słów: „Disco Tuczempy”. I już. Tam pielgrzymowali koneserzy. Bo discomani z Tuczemp nie bawili się w Donnę Summer, w zespół The Rubbets i inne półśrodki. W Tuczempach leciała na przemian Susie Quatro i Gary Glitter. Boże, ta stodoła w Tuczempach, przysposobiona naprędce na dyskotekę, miała akustykę jak La Scala. Jak tam Susie Quatro wymiatała na basie, jak perkusja załomotała w kawałku „Can The Can”, to myśleliśmy: kto wie, może ta stodoła uniesie się i polecimy do samego Radymna?!

W moim rodzinnym Jarosławiu gdzieś tak za środkowego Eda, pod miastem wybudowano duże zakłady dziewiarskie. Nowoczesne, licencyjne, zmontowane przez Japończyków. Wszystko w terenie, na którym nie było źdźbła tradycji tkalniczych. Pracownice interesowało za to – i to bardzo, bardzo – jak tu wynieść z zakładu jak najwięcej włóczki. Ciężko było. Bo „kontrol” zaimportowano z Zachodu. Żadnego tam prostego obmacywania czy buszowania po torbach, jak to przyjęte było po portierniach. O, nie. Tu przed każdą przechodzącą osobą zapalało się losowo jedno z trzech światełek. Jak zielone – proszę dalej, jak żółte – pobieżne obszukano, jak czerwone – gruntowna kontrola. W praktyce wyglądało to tak, że jak nad damą zapalało się światełko czerwone, to ona tonem wyniosłych i obrażonym oświadczała, że właśnie bardzo spieszy się na autobus. A w ogóle to oni ją mogą centralnie pocałować. Ale ważniejsze przebiegało w tle. Bo tłum wychodzących pracownic, co to oczekiwał na swoje światełko, od razu chwytał sytuację. Że mianowicie państwo portierstwo są chwilowo zajęci na boku. I ten tłum niewieści ruszał w stronę drzwi. Światełka  migotały, jak oszalałe (zachodni konstruktorzy nie przewidzieli, że ich wynalazek będzie stosowany w Jarosławiu), ale pieprzyć tę dyskotekę. Ani portierstwo się obejrzało, jak hol stał pusty. W rezultacie, po jednej takiej zmianie na rynek wtórny wypływała ni stąd ni zowąd tona włóczki Ale czy Państwu się zdaje, że biedna drużyna portierska zostawała z niczym? Skąd! Drużyna, której ta tona przeciekła przez bramkę, robiła bowiem obchód obiektu. I zbierała drugie tyle włóczki wyrzucanej z okien, po to, by można ją było odzyskać po zmroku. Gdyby nie ta tona, zebrana w polu  z rozrzutu z okien, fabryka musiałaby stanąć. I nie stanęła, dopóki śpiewała Susie Quatro. Bo potem jak najbardziej.

Do tej Susie nie zbliżył się u nas nikt. No, może Maryla. Ale ona była zrobiona z czego innego. To była Malgośka z Saskiej Kępy, ciocia Klocia w łaszkach-fatałaszkach, gdy śpiewała „Tak bym chciała damą być”, no i trochę była wciągnięta w tę naszą przaśną, słowiańską mitologię, że „gadu gadu nocą, baju baju w dzień”, że tylko „do pociągu byle jakiego” i wprost przed siebie. Poza tym Maryla była z . To  Koczita Bautista, Helena Vondrackova, nie Tatiana Miansarowa, nie Ałła Pugaczowa, lecz Maryla była „Madonną RWPG”.
Legenda głosiła, że jak Maryla miała przyjechać do Poznania, to zakochany w niej premierowicz Jaroszewicz miał latać nad miastem samolotem sportowym i zrzucać z niego kwiaty. A Daniel Olbrychski jej ówczesny, a już właściwie były, mężczyzna wspomina, jak chodził gryząc pięści z upokorzenia – on, Andrzej Kmicic! – dookoła hotelu Merkury i zaglądał przez szybę. A tak przy stoliku jego Maryla flirtowała z Andrzejem Jaroszewiczem. Hańba! A jak ta Maryla – co sama wspomina w książce – po zakrapianym bankiecie w Bristolu usiadła za kółkiem i kilka przecznic dalej milicja odebrała jej prawko za prowadzenie pod wpływem, to prawko wróciło do niej już następnego dnia. Na osobistą interwencję wiceministra kultury, którego brat był szefem drogówki.

No, ale rzućmy to wszystko na tło. Więc wracam do mojego miasta Jarosław, Podkarpacie. „Wierzcie mi, ja kocham swoje miasto, miasto, gdzie nie byłem już od lat…” Za czasów młodości mojej i Susie Quatro po ulicach mojego miasta przechodziły na przemian: pochody i procesje. Procesje i pochody. Zresztą i w jednych, i w drugich chadzali ci sami ludzie. Od lat. Jeden z wielkich przebojów Susie Quatro i Chrisa Normana nosi tytuł „Stumblin’”. W przekładzie wolnym, choć dokładnym, znaczy to: Miotamy się. Otóż to!
Tu można dać Stumblin’

Z Romkiem Rogowieckim nagrywamy dla Radia Dla Ciebie kawałek o filmie. Tu rekonstrukcja.:

– Na rozkładzie mamy film „Zagubieni” czeskiego reżysera Petra Zelenki. Wiesiek, pytanie zasadnicze: Czy to jest czeski film?
– W sensie: czeski film, nikt nic nie wie, nikto ne je doma. Otóż „Zagubieni”, czyli „Ztraceni v Mnichově” to jest jak najbardziej czeski film i tylko się z tego cieszyć.
– Ale podobno główną rolę w tym filmie gra papuga…
– … ale jaka papuga! To 90-letnia pełna papuga, która była własnością francuskiego premiera Edouarda Daladiera, tego samego, który podpisał układ monachijski w 1938 roku, na mocy którego to układu część Czech przyłączono do Rzeszy. Ta papuga w dodatku jest wyjątkowo łebska,  nasłuchała się swego czasu zakulisowych rozmów ówczesnych polityków, może je powtórzyć i wywołać dyplomatyczny skandal. Ale wszystko skręca w bok, bo porwał ją pewien dziennikarz, który akurat przechodzi kryzys wieku średniego i robi z ptaka trochę inny użytek. Uczy tę papugę mówić po czesku, trochę ją pociągnie sprayem, żeby była bardziej kolorowa, zabierze do telewizji, na randkę…
– No nie, to jednak czeski film…
– Najbardziej czeski z czeskich, bo Petr Zelenka idzie po śladach Bohumila Hrabala, sam mi o tym mówił. To się ciągnie od „Guzikowców”, od „Roku diabła”, od „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” No, ale ty z rzeczy czeskich przyswajasz pewnie tylko piwo  „Crny Kozel” i Karela Gotta.
– Tak: Gott mit uns! I jeszcze Helenę Vondrackową! Z Jizim Kornem!
– A tu, u Zelenki,  są, Romek, kawałki jak u klasyków. Wszyscy pamiętamy jak w „Pociągach pod specjalnym nadzorem” – Ostře sledované vlaky – młody aspirant kolejowy Miloš Hrma podczas nocnych dyżurów na stacji Kostomłoty stawiał pieczątki z hakenkreuzem na tyłku miejscowej telegrafistki. Wszyscy też pamiętają najlepszą scenę łóżkową czeskiego filmu z „Miłości blondynki” – Lásky jedné plavovlásky – co polega na tym, że matka przenosi syna z łóżka tytułowej blondynki, żeby go nie zbałamuciła,  do tego łoża które dzieli z jego ojcem. I kiedy we troje kotłują się w strasznej ciasnocie i niewygodzie w tych piernatach, robi mu piekielną awanturę o tę blondynkę, prosim te…
– Ale tu, w filmie „Zagubieni” podobno jest jeszcze gorzej. I ci tytułowi „zagubieni” są raczej widzowie. Nie dość, że wszystko kręci się wokół jakiejś idiotycznej papugi, to jeszcze film pokazuje, jak się kręci ten właśnie film, który się kręci. A na to wszystko jeszcze występuje tam konwencja typu: film w filmie. Ja rozumiem, że to wszystko dzieje się w Czechach, ale czy nie za dużo tego dobrego?
– A czy widział kto kiedy za dużo czeskiego filmu w czeskim filmie? Romek, tam to wszystko wisi to w powietrzu! Niedawno wracamy z żoną do Polski i nocleg mamy zamówiony w Czeskich Budziejowicach. Podjeżdżamy, a nasz motel ciemny i zamknięty na głucho. Mamy rezerwację, więc dzwonimy na podany numer. Odzywa się panienka, która tłumaczy, że mieliśmy być jedynymi gośćmi tej nocy, jej się znudziło czekać, zamknęła obiekt, ale zostawiła klucz. I ona nas teraz telefonicznie na ten klucz naprowadzi. Naprowadza nas po czesku, wtrącając pojedyncze angielskie słowa. Szukamy tego klucza w całkowitych ciemnościach. W końcu ustaliliśmy, że jest w doniczce trzeciego kwiatka. Macam te kwiatki, ale klucza nie ma. I wtedy zdarza się cud. Panience przypomniało się angielskie słowo „plastic”, znaczy: klucz nie w zwykłym kwiatku, lecz w plastykowym. Był klucz, byliśmy uratowani na ziemi czeskiej, w Budejovicach. A wiesz Romek jak po czesku będzie płyta kompaktowa?
– Nie wiem i mało mnie to obchodzi.
– A powinno. Bo płyta kompaktowa to po czesku „kompaktní desečka”. No, to puść coś teraz z tej deseczki…

W „Przewodniku Katolickim” tekst o renesansie kina niemego. Tu wersja internetowa.:

przewodnikkatolicki

„Chodzi o to, żeby przeżyć coś, przeżyć, wie pan?” – tak tłumaczył inż. Mamoń z Rejsu Jankowi Himilsbachowi, po co się chodzi do kina. Okazuje się, że można mnóstwo „przeżyć” nawet na filmach sprzed stu lat, w dodatku niemych.

Iść do kina czy na film – to fałszywy dylemat. Bo wprawdzie przede wszystkim ciekawi jesteśmy tego, co pokażą na ekranie, ale nie tylko. Chcemy także odczuć tę niepowtarzalną magię, gdy na sali gasną światła, a my przenosimy się w zupełnie nowy, odrębny świat, do którego ktoś uchylił właśnie drzwi. Przekraczamy horyzont własnego „ja”, zaczynamy życie zwielokrotnione. W dodatku w gronie osób w pewien sposób pokrewnych, bo one też wybrały ten film, a nie inny. A po filmie nie można zaraz, ot tak, ostygnąć. Trzeba go przegadać w gronie znajomych, rozgryźć, przeżuć, przetrawić. Moi studenci przechwalają się, że oglądają filmy ze smartfonów. Na przerwie, w tramwaju, stojąc w korkach, a nawet czekając na zmianę świateł na skrzyżowaniu. Owszem, takie oglądanie jest możliwe, z tym że do smartfonu bardziej pasują, powiedzmy, Szybcy i wściekli niż Siódma pieczęć czy Tron we krwi.
Na podobnej zasadzie co do kina chadzamy na koncerty. Bo po cóż mielibyśmy się fatygować do filharmonii, gdzie orkiestra gra ledwie poprawnie, skoro w domu możemy odtworzyć na sprzęcie najwyższej klasy symfonie dyrygowane przez Claudio Abbado czy Herberta von Karajana. Ale to przecież nie to samo, co przetrawiać muzykę, wymieniając uwagi podczas przerwy, w trakcie niespiesznego spaceru po foyer z lampką wina w dłoni.

Hazard i sentyment
A skoro film w kinie, to może w tym starym, z piosenki Mieczysława Fogga:
„Małe kino,/ czy pamiętasz małe, nieme kino?/ Na ekranie Rudolf Valentino,/ a w zacisznej loży ty i ja…/ Na ekranie/ on ją kocha i umiera dla niej./ My wierzymy, bośmy zakochani,/
dla nas to jest prawda, a nie gra”.
Okazuje się, że takie sentymentalne powroty – projekcje niemych filmów, z muzyką na żywo – cieszą się coraz większym wzięciem. Silnym impulsem była tu moda na cyfrowe odnawianie starych, zniszczonych kopii. Także i to, że kino regularnie składa hołd własnym pierwocinom. Przed czterema laty pięć Oscarów zgarnął francuski film Artysta (reż. Michel Hazanavicius), czarno-biały i niemy, pomyślany jako hołd dla dawnych mistrzów. Niedawno z uwagą konsumowaliśmy serial o Eugeniuszu Bodo, a za chwilę na ekrany wejdzie Śmietanka towarzyska Woody’ego Allena o Hollywood lat 20. Poza tym – przyjemnie jest zapatrzeć się na film z dialogami czytanymi i z muzyką w dobie rozpanoszonego gadulstwa, jakie wylewa się z setek telewizyjnych seriali. Tak nawiasem, Kościół od wieków ewangelizuje poprzez swego rodzaju niemy film, jakim są freski i obrazy. A czym jak nie stopklatką są poszczególne stacje Drogi krzyżowej? Znamy jej fabułę z bardzo mocnym, tragicznym zakończeniem. A przecież po drodze tyle wspaniałych epizodów, tyle interesujących postaci drugiego planu, jak Weronika czy Szymon z Cyreny!
Na seanse „rekonstrukcyjne”, przesycone mgiełką nostalgii, zapraszają więc coraz częściej rozmaite przeglądy, festiwale, pokazy dla koneserów. Organizują je zarówno w muzeach, jak i w budynkach warszawskiej Giełdy. Stare filmy migają często na ścianach klubów młodzieżowych w trakcie „technoparties”. Każdy pokaz staje się osobnym spektaklem. Maszyneria nie warczy jak w dawnym kinie (taper musiał ją zagłuszać mocnymi akordami), nie ma przerw w seansie na klejenie rwącej się taśmy, nie grozi pożar od łatwopalnego celuloidu (dawniej w kinie dyżurował strażak). No i film niemy ogląda się z nieporównanie większą uwagą – przecież tu wszystkie treści łowimy wzrokiem. Na ekranie rozgrywa się akcja, którą rozumiemy tylko częściowo – do momentu aż pojawi się napis. Tak więc widz trwa zawieszony między domniemaniem i wyjaśnieniem. Więc: hazard i sentyment.

Film zagrany wstecznie
Oprawę muzyczną do starych filmów dają na żywo muzycy z najróżniejszych parafii. Są w tym gronie jazzmani, jak Henryk Miśkiewicz, Urszula Dudziak czy zespół Jazzpospolita, muzycy grający folk, jak Maria Pomianowska, eksperymentatorzy, jak zespół Horny Trees, grający podkład na instrumentach drewnianych. Zdarzają się didżeje, którzy na żywo samplują muzykę rozmaitych gatunków. Grywają nawet kapele punkowe, jak choćby Pustki. Jeżeli film należy do kina żydowskiego, jak Natan Mędrzec (1922 r.), muzycznie oprawią go krakowscy klezmerzy z zespołu Kroke. Niekiedy angażuje się dla dźwiękowej ilustracji dzieła całe składy symfoniczne. Muzykę do niemego filmu Mania. Pracownica fabryki papierosów (1918 r.) z młodziutką Polą Negri skomponował Jerzy Maksymiuk i wykonywał ją na żywo z Orkiestrą Leopoldinum. Najczęściej jednak koncertują – jak przed stu laty – taperzy, czyli wynajęci do tego zadania, wyspecjalizowani pianiści. Marcin Dymiter, przykładowo, pięknie oprawia Światła wielkiego miasta (1931 r.) Charliego Chaplina, a zawodowy taper Andrzej Waśniewski mistrzowsko podkłada fortepian pod burleski Bustera Keatona.
Zdarzają się w tym zakresie i przypadki szczególne. Oto w 1997 r., w jednym z belgijskich archiwów przypadkiem odnaleziono polski film, którego wszystkie kopie miały ulec zniszczeniu w czasie wojennej zawieruchy: Mocnego człowieka w reżyserii Henryka Szaro z roku 1929. Jeden z ostatnich polskich filmów niemych opowiadał historię niespełnionego pisarza, chorobliwie pożądającego sławy i kroczącego do niej po trupach. Rzecz oparta na szeleszczącej papierem powieści Stanisława Przybyszewskiego z czasów, kiedy był już tylko zaawansowanym alkoholikiem. Za to film – zjawisko! Można go śmiało postawić obok najlepszych okazów niemieckiego impresjonizmu, jak Gabinet doktora Caligari czy Nosferatu – symfonia grozy. Zainteresował się nim Maciej Maleńczuk i z dwójką równie kontrowersyjnych jak on rockmanów stworzył dla tej historii podkład muzyczny. I, oczywiście, przygrywał z kolegami do filmu podczas seansów w warszawskim kinie „Iluzjon”. A przede wszystkim podczas uroczystego pokazu w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie – reżyser dzieła, Henryk Szaro, był polskim Żydem, którego hitlerowcy rozstrzelali w getcie warszawskim.
Przywykliśmy do tego, iż muzykę komponuje się do obrazów, które dopiero powstają. A tymczasem zachodzą procesy odwrotne: kompozytorzy piszą ilustracje muzyczne do filmów starych i niemych. Także kompozytorzy polscy. Abel Korzeniowski, uczeń Krzysztofa Pendereckiego, skomponował podkład muzyczny do arcydzieła awangardy, filmu Metropolis Fritza Langa z roku 1927, i wykonał go, dyrygując wielką orkiestrą, stuosobowym chórem i solistkami operowymi. Z kolei lubelski kompozytor Rafał Rozmus skomponował ilustrację do takich szacownych zabytków jak Dama Pikowa (1916 r.) czy Buster i milion krów (1925 r.). A Krzesimir Dębski ma już za sobą ilustracje muzyczne do szesnastu filmów Charliego Chaplina, na które zamówienie złożyła macierzysta wytwórnia słynnego komika, Limelights, prowadzona teraz przez jego wnuczkę.

Rewolucje, które się nie odbyły
Tak więc panuje moda na odtwarzanie kina niemego w takim kształcie i atmosferze, w jakiej ono powstawało. A przecież. Całe to kinowe retro ma także swój rewers. Bowiem do wielu pomysłów z dawnych lat kino jakoś nie wraca. Nie wraca się na przykład do amerykańskiego zwyczaju, zgodnie z którym zakochane pary po obejrzeniu romansu odwiedzały pana operatora w jego kabinie. A on za 10 centów wycinał z taśmy filmowej kilka klatek i panienka wkładała je między stronice sztambucha obok zasuszonych kwiatków od zakochanego. Nie słychać o powrocie pomysłu z Australii. Tam dzielono widownię kinową przezroczystą taflą: z jednej strony siedzieli konsumenci alkoholu, a z drugiej widzowie, którym alkohol do odbierania dzieła filmowego nie był potrzebny. Bywało, że trzeźwa część widowni wolała się gapić na rozrabiających pijaków, bo to było ciekawsze niż akcja na ekranie. Nie wracamy do wynalazku z Chin. Tam w upały projekcje filmowe przerywano, by posługacze mogli rzucić widzom ręczniki zanurzane w lodowatej wodzie. Widz ręcznikiem obwiązywał rozgrzaną szyję i oglądał dalej. Nie przyjął się melanż kina z gabinetem kosmetycznym. W latach 20. nowojorskie kino „Capitol” zatrudniało brygadę pedikiurzystów, którzy podczas seansu pielęgnowali paznokcie widzów. Niestety, w trakcie filmów akcji widzowie zaczynali nerwowo przebierać nogami, co skutkowało skaleczeniami, awanturami, przerywaniem projekcji. Nowojorskie kina wprowadziły w latach 20. minionego wieku seanse dla niewidomych. Taki „widz” siadał w fotelu, do którego podłączono słuchawkę. A przez nią wykwalifikowany narrator barwnie opisywał to, co akurat pełnosprawni widzowie oglądali na ekranie. Widzowie niewidomi jednak zbyt silnie ulegali własnej imaginacji. Wyobrażali sobie rzeczy daleko bardziej przerażające niż to, co pokazywano na ekranie. I krzyczeli z emocji. Próby ich uciszania nie skutkowały. Seanse przerywano. Nowojorskie kino „Stand” w 1914 r. zaproponowało widzom, że w trakcie seansu będzie za nich odbierać telefony. Trzeba było tylko zorientować biletera, w jakim mniej więcej sektorze siedzi „wydzwaniany” widz. Bileter odbierał wiadomość i w trakcie seansu wykrzykiwał ją we wskazanym kierunku. Tym samym jednak wiadomość stawała się publiczna. Pół biedy, gdy zawierała pozdrowienia od cioci. Gorzej, gdy wspólnik podawał szczegóły ważnego kontraktu. Eksperyment z telefonami w kinie nie wytrzymał nawet jednego sezonu. Bywały tez problemy w kwestii szatni. W kinach w Teksasie próbowano zaszczepić pożyteczny zwyczaj deponowania broni palnej u biletera. Nie chwyciło. Nie tylko na Dzikim Zachodzie. Kroniki podają, że zostawiania broni nie można się było doprosić w takim Beverly Hills w Kalifornii jeszcze w roku 1946. Nigdzie na świecie – i to aż do dziś – nie przyjął się zwyczaj kupowania biletów do kina z automatu. I to mimo iż nowojorskie automaty biletowe już 80 lat temu wydawały bilon, zawinięty nawet w gustowną serwetkę.
Kino odrzuciło też wszystkie – poza kolorem i dźwiękiem – wynalazki, które miały dać widzowi silniejszą iluzję rzeczywistości. Zaniechano eksperymentów z „kinem wstrząsowym”. Podczas projekcji filmów o kataklizmach (trzęsienie ziemi itp.) mechanizmy zainstalowane pod fotelami potrząsały siedziskiem. Przed seansem uspokajano widzów informacją, że na sali czuwa lekarz. Z tym że ten lekarz miewał za dużo roboty: występowały liczne stany przedzawałowe. Zaniechano również kina zapachowego. Jeszcze w 1906 r. pomysłowy kiniarz z Pensylwanii, pokazując kronikę wystawy róż, rozwiesił w sali pasma waty, skropionej stosowną perfumą. A dmuchawa rozsnuwała ten zapach po sali. Później dodawano coraz to nowe zapachy, ale kiepsko było z odpowiednią sekwencją: nie nadążano z wietrzeniem. Kiedy na ekranie pokazywano salon, śmierdziało jeszcze stajnią z poprzedniej sceny. Nie przyjęła się cinerama, czyli okrągły ekran, który biegł dookoła sali i widz mógł sobie wybrać, który segment akcji chce oglądać. Zazwyczaj takich wyborów dokonują za niego reżyser z operatorem i montażystą. Tu – pełna dowolność. Ale widzowie jej nie chcieli, bo zawsze było im przykro, że jak gapią się na jeden fragment sceny, to ucieka im jednocześnie dziesięć innych fragmentów. Żal! No, i kina trójwymiarowego, które w sensie technologicznym było gotowe – nie uwierzą Państwo – już około roku 1915. Wtedy widzom pokazano po raz pierwszy w trzech wymiarach w Nowym Jorku wodospad Niagara. Uciekali z kina, przerażeni, że tyle wody zwali się na nich. W rezultacie trzeci wymiar w kinie poszedł w odstawkę na sto lat, a i dziś w tej technologii nie nakręcono niczego ciekawego.
Nie szkodzi. Literatura liczy sobie trzy tysiące lat. Kino sto trzydzieści. Wszystko przed nim!
Film niemy. Pięć klejnotów

Gabinet doktora Caligari, reż. Robert Wiene, 1920
Historia oszalałego hipnotyzera w obłąkańczych, ekspresyjnych dekoracjach

Brzdąc, reż. Charlie Chaplin, 1921
Charlie opiekuje się podrzutkiem. Po latach podrzutek zajeżdża limuzyną.

Szejk, reż. George Melford, 1921
Rudolf Valentino jako „mężczyzna fatalny”.

Nosferatu. Symfonia grozy, reż. Friedrich Wilhelm Murnau, 1922
Suma wszystkich strachów plus lęk przed niewiadomym

Cud nad Wisłą, reż. Ryszard Bolesławski, 1921
Wielka historia i „nasza dziarska Jadzia Smosarska”

 

Na forach trwa dyskusja o fenomenie 500+. „Mój sąsiad, który ma już siódemkę dzieci faktycznie chce lepszej żywności. Z bełtów przerzucił się na prawdziwą polską i to nie jakieś byle 0,5. Codziennie wieczorem chwiejnym krokiem wychodzi z nory i puszki wrzuca do metali a butelki do szkła. Taka zdolna bestia”.

Minister Waszczykowski w sejmie mówi mętnie, za to powołuje się na „Gwiezdne wojny”. Internet: „Kończ Waszcz, wstydu oszczędź!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *