Konrad Oprzędek „Polak sprzeda zmysły”

Konrad Oprzędek „Polak sprzeda zmysły”:

Rzeczy wystawione na sprzedaż w sieci. Losy przedmiotów i oferentów.
Cytaty:

Pierwszy był Krzysztof Kąkolewski. Z drobnych ogłoszeń prasowych
odczytał historie Polaków i zebrał je w książce Trzy złote za słowo
(1964). Pół wieku później postanowiłem skorzystać z jego pomysłu,
żeby sprawdzić, czym dzisiaj żyją Polacy. Bo najprawdopodobniej
nie ma formy twórczości, która byłaby bliższa życiu niż „literatura
z ogłoszeń”.
Konrad Oprzędek

… zrobiła w internecie casting na dawcę spermy. Zgłosiło się ponad dwudziestu samców. „Hej, jaki sposób przekazania plemników wchodzi w grę?” – odpisał Tomasz, lat czterdzieści trzy. „Naturalny” – uspokoiła go Katarzyna. „To jestem na tak. Mam wartościowe nasienie, które odstąpię nieodpłatnie”. Nie odstąpił. Gdy poprosiła go o przesłanie aktualnych badań na HIV, zwymyślał ją od dziwek.

Wieczorami, gdy światła w sypialni rodziców gasną, Justyna loguje się na wirtualnym targu. Prowadzi tam kramik z używanymi majtkami. Ogłasza: Idealne dla fanów kobiecego zapaszku! Do wyboru, do koloru: szafirowe, beżowe, amarantowe. Tylko czterdzieści złotych za sztukę!

W tygodniu przyjmuje tylko dwa zamówienia. Z majtkowego interesu finansuje dojazdy na uczelnię. Pissing, proszę księdza – Teraz ten kraj pachnie cipką – Justyna może żartować w ten sposób, bo należy do pokolenia Polaków, któremu ojczyzna wreszcie odsłoniła zmysłowe ciało. Wcześniej przez dwieście lat Polska była zapłakaną Matką. Pozostawała w żałobie po utraconej wolności, więc jej twarz przysłaniał czarny welon, a resztę ciała – kir. Wiosną nie wiosnę Polacy widzieli, tylko udręczoną ojczyznę.

Bieda nie znikła, ale nabrała kolorów. Ksiądz zaczął ostrzegać: – Zmysły są jak lejce, za które pociąga diabeł!

… kobieta żyje, dopóki się ją zauważa. Dopóki działa ludziom na zmysły. Później staje się niewidzialna i umiera.

Zadała więc sobie pytanie, co może spieniężyć. Odpowiedź przyszła od razu: złoty deszczyk. W szczytowym okresie sprzedawała dwadzieścia pojemniczków miesięcznie. Teraz, pół roku od otwarcia kramiku, schodzi ich średnio piętnaście. A że klienci chcą kupować deszczyk jedynie w zestawie z nagimi zdjęciami handlarki, jej przychód sięga ośmiuset złotych. Nieźle jak na kogoś, kto tylko robi herbatę. Patrycja: – Prawda, oszukuję, bo zamiast swoich sików wysyłam im odpowiednio rozcieńczoną sagę. Ale co poradzę, że faceci są tacy głupi. Jak jara ich moja herbatka za dwie i pół dychy, to służę uprzejmie. Dorzucam im jeszcze zdjęcia nagiej Rosjanki, które znajduję w internecie. Na biednych nie trafiło. Niektórzy rozpoznają po smaku lub zapachu, że zamiast upragnionego moczu dostają herbatę. Wysyłają do Patrycji maile pełne wyzwisk. Kobieta wie, że nie zgłoszą się na policję, więc spokojnie kasuje listy.

Siedziałaś dzisiaj po godz. 14 w czytelni na Rajskiej. Miałaś niebieskie rajstopy i kremowy sweterek. Rozmawialiśmy o Różewiczu. Później wyszedłem na chwilę, a gdy wróciłem, ciebie już nie było. Wierzę, że wszystko, co najlepsze w życiu, dzieje się przez przypadek. Mam nadzieję, że przypadkowo trafisz na te słowa i napiszesz do mnie.

– Gdy wchodzę do windy, od razu rozpoznaję, kto ma etat na twarzy – mówi. – Ktoś taki częściej się uśmiecha i zagaduje, bo jest przekonany, że warto się z obcym skumplować. A nuż nowa znajomość okaże się trwała. A my, śmieciówkarze, chowamy się przed obcymi w smartfonach. Nasze pokolenie zastało świat murowany, a zostawi tekturowy. Bo nie dajemy wiary, że możemy zrobić coś w miarę trwałego.

Wcześniej pocieszałam się, że okej, nie mam dzieci ani etatu, ale i nie muszę wstawać o szóstej rano, żeby dwie godziny później podbić kartę w zakładzie. Łudziłam się, że żyję na swoich zasadach, czyli pracuję, jak chcę, i mam z tego radochę. Teraz widzę, że to prowadzi donikąd. Do szczęścia brakuje mi stałych dochodów na poziomie trzech tysięcy złotych. Umiałabym z tego odłożyć na emeryturę i na wypadek, gdyby zdrowie kiedyś nawaliło.

Jednego dnia idzie do roboty o ósmej rano, następnego – o trzeciej po południu, a czasem zostaje w domu. Raz pracuje kilkanaście godzin bez przerwy, innym razem wystarczą dwie. Co będzie jutro, dowie się dzisiaj wieczorem. Ile kasy zarobił w tym miesiącu, okaże się, gdy dostanie przelew. Przestał czekać na kolejne pory roku i święta. Gdy etatowcy odliczają miesiące do wakacji, Bożego Narodzenia i Wielkanocy, jemu czas zlewa się w mętny glut.

– Mamo, jestem prekariuszką! – krzyknęłam, gdy znowu zapytała, kiedy dostanę etat. – Jezus Maria, a czy to nie jakaś sekta aby?! Najpierw się zaśmiałam, potem próbowałam jej tłumaczyć, że prekariat to ludzie, dla których etat jest staroświecki jak piosenki Krzysztofa Krawczyka i którzy wolą „elastyczne formy zatrudnienia”. W końcu złapałam się za głowę i pomyślałam: „Co ja pieprzę?!”. Chyba rzeczywiście wsiąkłam w sektę.

Teraz najbardziej nudzą się ludzie, którzy są zajęci od rana do wieczora. Niech pan spojrzy na mnie. Biegam po bibliotekach, płodzę referaty i pracę doktorską, ale z każdym rokiem tracę wiarę, że to ma sens. Nikt tego nie czyta ani nie słucha, bo każdy jest zajęty pisaniem i mówieniem. To się teraz robi, żeby dostać tytuł naukowy, a nie po to, żeby ugniatać po swojemu rzeczywistość. W takich warunkach człowiek przestaje marzyć, że zrobi coś ważnego. A wtedy zaczyna się nuda.

Porzucił religię rodziców, która sprowadza się do jednego przykazania: „Żyj tak, żeby starczyło ci do pierwszego”. Opłaciło się. W ciągu kilkunastu lat zdobył wszystko, co sobie wymarzył jako chłopak: stołek kierownika zespołu, pensję równą prawie trzem średnim krajowym, mieszkanie i kilka tych gadżetów, które trzeba ciągle wymieniać, żeby nie czuć upływu czasu (smartfon, tablet, konsola do gier). Nowa religia okazała się idealnie skrojona pod chłopięce marzenia.

… choć byli trybikami w geesie, doczekali rewolucji. Po osiemdziesiątym dziewiątym wywieźli szefów na taczkach. – Zazdroszczę starym, że przeżyli moment, gdy wszystko jebnęło. Mówili, że przez chwilę mieli poczucie, jakby do zakopconego pokoju nagle wleciało świeże powietrze. Mimo że potem gees splajtował, a oni wylądowali na zasiłku, osiemdziesiąty dziewiąty wspominają z sentymentem.

A może człowiek nie musi się piąć przez całe życie: zarabiać coraz więcej, spełniać coraz nowszych marzeń, robić coraz ważniejszych rzeczy? Może w którymś momencie powinien wypuścić z siebie powietrze i odetchnąć z ulgą? – Musimy się piąć, inaczej zanudzimy się na śmierć.

– Moje narodziny nie zrobiły na świecie żadnego wrażenia. Bóg nas tu wstawił i tylko On wie – po co. Mamy być w życiu robotni, a pytania zostawić Bogu.

„Życie to nie obóz koncentracyjny, żeby biegać jak z motorkiem w dupie. Tam i z powrotem. Bez zadawania pytań”. Odpisał: „Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo łączę się ze sklepu, w którym sprzedaję. Mam dziś duży ruch i latam jak z motorkiem w dupie”.

Cholernie się nudzę na bezrobociu. Nuda to takie coś, że siedzisz i patrzysz, jak ci peleton odjeżdża.

Młodość to poczucie, że możesz jeszcze zostać tym i tamtym, zrobić coś wielkiego, mieć, co zechcesz. Później furtki się zamykają i już do końca życia musisz być sobą.

Wkrótce na seksczacie stworzyła postać o imieniu Świeża Jagódka („świeża, bo dopiero uczyłam się świntuszenia”). Stała się siedemnastką, która bardziej niż współczesną licealistkę przypominała staroświecką pannę na wydaniu – chciała, ale się bała. Gdy nabrała doświadczenia, zaczęła logować się jako Czarna Wdowa…

Facebook. Stworzyła na nim Klaudię, czyli piękną dziewczynę z gęstymi włosami („moje wyglądają, jakbym miała chorobę popromienną”) i jędrnym biustem („u mnie grawitacja zrobiła swoje”). Zdjęcie piersiastej brunetki ukradła z internetu.

odkąd pamiętam, mieszkałem w wielkiej płycie na Ursynowie, między meblościankami z czasów głębokiego Gierka, które zostały mi po mamie – ubolewa. – Do takiego mieszkania mogę zaprosić kwiaciarkę z bazaru, od biedy sprzedawczynię z mięsnego, ale ekspedientka z galerii handlowej już nie przyjdzie.

Post zatytułował „Mój nowy dom”. – To, co ludzie napisali mi na forum, przeniosłem do kajetu – wyznaje, po czym czyta z namaszczeniem: „bryła trochę za bardzo postmodernistyczna”, „wykończenie elegancko minimalistyczne”, „ryzykowna gra kubicznych form”. – Bełkocik – wtrącam. – Oszalał pan! Do mnie nikt nigdy tak nie mówił. Elektryk całe życie słyszy: „Uważasz pan, że to da się naprawić?”, „Zrób pan tak, żeby nie spierdolić”. A tu nagle: „ryzykowna gra kubicznych form”. Wystarczy, że człowiek ma taki dom, a już ludzie do niego inaczej podchodzą.

Szukam mężczyzny, który wczoraj o 14.36 wsiadł do autobusu 184 na rondzie Grzegórzeckim. Miał okulary i czarną marynarkę. Fajny. Kobieta, lat 32. W czwartek o 17. jechałeś na rowerze koło kładki Bernatka. Odezwij się. Poszukiwany pan w niebieskiej koszulce, który na parkingu przy Galerii Kazimierz posłał mi uśmiech. Na ogłoszenia, które zamieściła Karolina na krakowskim portalu, odpowiedziało: siedmiu mężczyzn w czarnych marynarkach, trzech jadących rowerem koło kładki Bernatka, czterech posyłających uśmiechy na parkingu. Wszyscy przypominali sobie Karolinę.

Jeśli w ten sposób przeanalizowałaby resztę maili od anonimowego przyjaciela, zorientowałaby się, że buduje on swoją postać również z wypowiedzi innych pisarzy: Jerzego Pilcha, Szczepana Twardocha i Michała Witkowskiego.

Na początku Agnieszka i jej mąż przyklejali sobie na lodówce czułe słówka: „Tak ładnie wyglądałaś, gdy spałaś”, „Wrócę wieczorem. Będę tęskniła”. Potem słówka zrobiły się chłodne: „Wynieś śmieci!”, „Jak zwykle się nie wyspałem, bo chrapałaś!”. Na końcu drzwi lodówki zamilkły.

Starzenie się to nie tylko zmarchy na czole, ale i myśli w stylu: „Jak to miało być fajnie, a jak jest słabo”.

Po sześciu latach złapaliśmy się na tym, że Tomek jada na mieście, a ja u mamy – dodaje Iza. – Że do domu wracamy jak najpóźniej, by na siebie nie patrzeć, a potem mało się odzywamy. W końcu usiedliśmy razem i umówiliśmy się, że musimy odświeżyć związek. Czyli zmienić mieszkanie i umeblować je na nowo. Będziemy to robić co kilka lat. – Wkładanie naczyń do nowej zmywarki będzie tak samo powtarzalne i nudne jak do starej – marudzę. – No tak – przyznaje Iza. – Ale urządzanie mieszkania zajmie nam ponad rok. W tym czasie będziemy dużo rozmawiać i na nowo nauczymy się być ze sobą. Będziemy to już umieli, gdy nowa zmywarka nam się znudzi.

– A kto to jest ta Polska? – pytam. – Od dwudziestu lat nie mogę się tego dowiedzieć – ubolewa. – Jak jeździłem z warzywami po skupach, pytałem, kto ustala te głodowe ceny, ale wszyscy wzruszali ramionami. Gdy pytam paniusię z opieki społecznej, kto zarządził, że człowiekowi do życia wystarczy pięć stów miesięcznie, zaczyna się mieszać w zeznaniach. No kto? Politycy, urzędniki, prawniki, agenty?

– Moja mama sama chowała mnie i dwóch braci – wspomina. – Było jej bardzo ciężko, zwłaszcza gdy przychodził czas zimowy. Nieraz marzliśmy. Spaliśmy w ubraniach i kurtkach, żeby było cieplej. Marzyłam wtedy o komórce pełnej węgla. Teraz każdego wieczoru, gdy się położę, marzę o takiej scenie: za oknem śnieg, a moje dzieci biegają w samych koszulkach po cieplutkim domu. Tak wyobrażam sobie szczęście.

Przeglądając portale z ogłoszeniami, znalazłem wielu młodych Adasiów Miauczyńskich. Szukają pigułek, suplementów i innych preparatów, które traktują jak podpórki, bez których życie mogłoby im się zawalić.

Mariusz od dziecka był okrągły. Gdy na wakacje jechał do wujostwa na wieś, słyszał: „Widać, że masz apetyt”. Nie czuł się wtedy upokorzony, przeciwnie, miał wrażenie, jakby ktoś z podziwem poklepywał go po plecach. Bo w Polsce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych człowiek z nadwagą był uważany za okaz zdrowia. Dobrze, jeśli kobieta była „przy kości”, mężczyzna – „słusznej postury”, a dziecko – „papuśne”. Mądrość ludowa głosiła: „Lepiej teraz wydać na jedzenie niż później na lekarstwa”, czyli jak sobie pojesz, będziesz zdrowy. Do dzisiaj szczupły człowiek według starszych Polaków wygląda na chorego. Najpewniej na raka.

Ludzie widzą grubego i myślą, że zaniedbany, musi się bardziej pocić, śmierdzi. Pewnie żywi się taniochą z Biedry, czyli ma słabą pracę. A jak robota dziadowska, to i z wykształceniem coś nie bardzo. No i jak z takim można się dogadać? Na pewno nie ogląda tych filmów co fitelita, nie czyta, tylko słucha jakiegoś „oj-da-nana”. Jego żona pewnie ma na imię Jagna, jest ze wsi i karmi kury.

Sprzedam za 250 zł używany bagnet… Słowo „używany” ma podbić cenę przedmiotu. Michał zakłada, że Polacy, którzy przeczytają to ogłoszenie, wyobrażą sobie ślady krwi Rosjan lub Niemców na bagnecie, a wtedy będą gotowi więcej za niego zapłacić. – W Polsce nie brakuje czubków, którym krew wroga robi dobrze – śmieje się dwudziestodziewięcioletni wuefista z Lublina. – Pomyślałem, że każdy z nich chciałby mieć taki bagnet w domu. W wolnych chwilach brałby go do rąk i wyświetlał w głowie film, że sam tego ruska czy szwaba dźga.

Szabla po dziadku, cena do negocjacji… Po wrzuceniu tego ogłoszenia do sieci Grzegorz dostał wiadomość: „Co z pana za patriota! Pana dziadek nie przewraca się teraz w grobie?”. Odpowiedział: „Nie mam z dziadkiem kontaktu. Ale jestem pewien, że szabla nie będzie mu już potrzebna”.

Okazja! Krzyż z pierwszej połowy XX wieku tanio sprzedam… …Egzemplarz wykonany w Hiszpanii i niespotykany na rynku. Luksusowy towar w niskiej cenie! Tylko 600 zł. – Lombard, słucham – telefon odbiera mężczyzna o głosie Tadeusza Konwickiego. – Jak to, lombard? – nie dowierzam. – Przecież ja w sprawie krzyża… – I co, myślał pan, że dzwoni do kościoła? Przepraszam, że zawiodłem. – Ale krzyż w lombardzie? – Jeśli chce mnie pan opierdolić, to zaraz się rozłączę.

Wołała do męża: „Możesz pić, ile wlezie, ale na miłość boską, nie pod krzyżem!”. Lecz ojciec Moniki w Boga wierzył jedynie na trzeźwo, po kielichu stawał się ateistą – siadał w fotelu pod krzyżem i osuszał kolejne flaszki wódki. Gdy żona próbowała mu w tym przeszkodzić, lał ją bez opamiętania. Błagała wtedy Boga, żeby na to nie patrzył, a jeśli już musi, to żeby wybaczył jej mężowi. Bo on dobry człowiek, tylko pijany.

Patrzcie go, szczęścia mu się zachciało! Dawniej nikt o szczęściu nie myślał, a żyć się dało. Każdy słuchał się papieża i wiedział, jak żyć: w rodzinie i kościele. Jakby szło wymyślić lepszy sposób na życie, to ludzie już dawno by to zrobili. Ale się nie da!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *