Jacek Fedorowicz „Ja jako wykopalisko”

Jacek Fedorowicz „Ja jako wykopalisko”:

Wspomnienia (niewydane wcześniej) z roku 1972 + plus uaktualniające komentarze. W pewnym momencie konferansjer Fedorowicz wspomina Kańczugę. To rzut beretem od mojego Jarosławia. Nomen omen Kańczuga to dziura.
Cytaty:

„Klienta przed goleniem należy namydlić” – powtarzał Janek Rocki, pierwszy grafik nowo powstałego (wczesne lata sześćdziesiąte) tygodnika „itd”. On sam mydlił biegle.

Stwarzało to bardzo przydatny stan mobilizacji. Podobny stan daje konieczność pisania na tradycyjnej maszynie, od razu na czysto. Mobilizacja i jedziemy. Pierwszy dubel. A komputer? Pisanie na komputerze to koszmar wynikający z demobilizującej łatwości poprawek. Jeden klik, pół akapitu znika, kolejne kliki, przeskakuje z tego miejsca na inne, ta łatwość kusi, więc się pisze byle jak, byle co, przecież jak będzie źle, to zaraz poprawię, potem oczywiście nie jestem w stanie poprawić, bo po kilkunastu korektach już sam nie rozumiem tego bełkotu, który w efekcie powstał na ekranie komputera.

… ani razu nie widziałem na zajęciach z rysunku arkusza papieru przypiętego czterema pineskami. Nasza ówczesna nędza zaopatrzeniowa była wprost niewiarygodna. Papier wisiał na ogół na dwóch pineskach, najwyżej trzech. Jeżeli ktoś miał akurat cztery pineski, musiał zlitować się nad kimś, kto nie miał ani jednej.

Kobieta zgniótł mi rękę w stalowym uścisku i powiedział: – Delegacja z terenu? Dawajcie chodźcie. Działaczka poszedł przodem, prowadząc mnie do kasy. Należy nadmienić, że „dawajcie” nie było wezwaniem do dania delegacji. „Dawajcie” było uniwersalnym słowem posiłkowym, różniącym się jednak od innych słów posiłkowych tym, że umieszczane było w miejscach zupełnie zbytecznych, na ogół przed każdym czasownikiem, który i tak dałby sobie radę bez posiłków. „Dawajcie chodźcie”, „dawajcie wejdźcie”, „dawajcie weźcie” czy „dawajcie dajcie”.

Całe zastępy redaktorów różnych szczebli, prawdopodobnie w dbałości o bezpieczeństwo własne (nie potępiam, wybaczam), tak kroiły i uładzały teksty, aby te, po dojściu przed oblicze cenzora, tego już prawdziwego, czyli pracownika Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (tak to się nazywało) – nie wymagały już żadnych poprawek. Podejrzewam, że redaktorzy wiedzieli lub też domyślali się istnienia jakiejś czarnej listy, na którą wciągani są redaktorzy nie dość czujni, przedkładający Urzędowi Kontroli teksty, o których sami przecież powinni wiedzieć, że się nie nadają do publikacji. Jak to? Instynkt klasowy nie podpowiedział redaktorowi, że to pójść nie powinno? Redaktor chciał puścić takie bezeceństwo? Redaktor po prostu nie nadaje się na redaktora. Do widzenia.

Generalna zasada, że im mniejszy zasięg, tym więcej wolno powiedzieć, była stosowana z żelazną konsekwencją. To, czego nie wolno było w telewizji, przechodziło jakoś w „Trójce”, zupełnie swobodnie zaś mogło siać zgorszenie w kameralnym programie kabaretowym. „Społeczna szkodliwość czynu” była znikoma. A gdy coś było już bardzo nieprawomyślne, a cenzor życzliwy (wielu takich było!), rozmowa z autorem wyglądała tak, że cenzor w rozmowie w cztery oczy radził: – Wie pan, niech pan to przeleci, tak szybko, bez nacisku, żeby publiczność się nie zaśmiała. Bo jak będzie śmiech, to ja to, niestety, będę musiał wykreślić.

… udając rozmowę telefoniczną, umawiał się z jakąś dziewczyną w nowo powstałym klubie w domu akademickim „Mewa”. Dlaczego to był kontr-akcent polityczny? Ano dlatego, że sam fakt umawiania się z dziewczyną w klubie w celu pogadania o pogodzie, zamiast na akcji żniwnej w celu przedyskutowania aktualnych problemów społecznych, był wielkim wyłomem w ówczesnej obyczajowości oficjalnej.

No i potem to zebranie. – „Kontrasty” poświęcały za mało uwagi twórczości młodych poetów! krzyczeli młodzi poeci, których nazwisk nie pamiętam, ale nie ma zebrania organizacyjnego jakiegokolwiek nowego pisma, na którym nie byłoby sporej grupy młodych poetów mających pretensję o to, że się ich dyskryminuje. Dotyczy to również pism takich jak: „Pszczelarstwo”, „Głos Działkowca” i „Stoczniowiec”.

Na ogół wszyscy wspominają stare dobre czasy, okraszając to westchnieniem, ech, teraz to już nie to, co kiedyś. Może mam inny rodzaj pamięci, ale ja prawie codziennie wzdycham: ech, jak to dobrze, że to już nie to, co kiedyś, i nie daj, Panie Boże, żeby wróciło.

Kobiela i Cybulski w papachach i walonkach jadą pociągiem. – Wy kuda? – We Władiwastok. – A skolka eta kiłamietrow? – Piat’ tysiczi. A wy? – W Pariż. – A skolka eta kiłamietrow? – Diesat’ tysiczy. – Kakaja głusz!

Są ludzie, których bardzo głęboko obchodzi i dotyka, jak są postrzegani. Zbyszek, kiedy czytał o sobie niepochlebną recenzję, natychmiast na nią odpisywał. Sążniste artykuły pisał, starając się bronić, po napisaniu nigdy ich nie wysyłał, ale pisał, to pokazuje, jak bardzo go obchodziło.

… ogromne tomy Przepisów Państwowych, które regulują nasze życie codzienne, są tak pomyślane, aby każdy z nas był przestępcą. Nie ma w Polsce obywatela, który by nie złamał jakichś przepisów, wyłączyć z tego można jedynie niemowlęta, i to nie wszystkie. I nie na pewno. Niedawno przeczytałem w „Życiu Warszawy”, że wszyscy spędzający urlop w Sopocie weszli w kolizję z przepisami, bo przebywali w strefie nadgranicznej bez zezwolenia. Jest taki przepis i nikt go dotychczas nie uchylił.

Wiele razy potem spotkałem się za granicą z ocenianiem człowieka wedle stanu jego konta i częściowo usprawiedliwiam oceniających. Przyzwyczajeni są do tego, że kto nie jest pijakiem, próżniakiem albo półgłówkiem, ma pieniądze. Ktoś, kto nie ma zupełnie pieniędzy, widocznie nic nie jest wart. I długo im trzeba tłumaczyć, że ma się pieniądze, tylko w innym kolorze i z innym szlaczkiem, a gdyby się nawet takich nie miało, to nie znaczy, że jest się do niczego, tylko że to taka specyfika położenia geograficznego. Wtedy, podczas pierwszej podróży, zorientowałem się także, że jeśli się już nie ma pieniędzy, to przynajmniej należy jakoś wyglądać, i to możliwie jak najporządniej – odwrotnie niż w owych latach w Polsce.

Właśnie w „To-Tu” w latach późniejszych zadebiutował nikomu wówczas nieznany, odkryty przez Wowa szczupły młodzieniec, który pracował jako stroiciel fortepianów, a nazywał się Czesław Wydrzycki i pięknie śpiewał ballady meksykańskie. Też jeszcze nie wiedział, że wkrótce zostanie Czesławem Niemenem.

..różniliśmy się zdecydowanie od zawodowych estradowców, stawki dochodziły czasem do złotych dwustu za występ, co dziś byłoby bezprawiem, bo człowiek bez tak zwanych uprawnień ma stawkę maksymalną 175 złotych. Jest to notabene stawka, która przysługiwała Piotrowi Szczepanikowi przez kilka lat jego największej popularności, wtedy, kiedy jego nazwisko na plakacie potrafiło napełnić kasę państwową dziesiątkami tysięcy złotych.

Ponadto nie było w ogóle niczego, co kojarzyło mi się dotychczas z pojęciem teatr czy estrada. Pierwszy występ w miejscowości Kańczuga odbywał się na scenie, która w swym centralnym punkcie miała dziurę metrowej średnicy. W kolejnych salkach nie było nigdy żadnych garderób, kurtyny, a jeśli chodzi o warunki pozaestradowo-bytowe, to szczytem luksusu był stareńki zapuszczony hotel w Nisku, gdzie w pokoju mieszkaliśmy we dwóch z Szewczykiem.

„Wagabunda” to był dla każdego angażowanego przełom w finansach. Tuż po przystąpieniu Bobka do „Wagabundy” spotkaliśmy go z Hanką na Monte Cassino w Sopocie, był szczęśliwy jak dziecko: – Onassis jestem! Onassis! – krzyczał do nas i pokazywał kieszenie pełne pieniędzy, po czym zaciągnął nas do Grand Hotelu na wystawny obiad. Nie robił tego, żeby się puszyć i imponować, po prostu rozpierała go radość, że wreszcie nie tylko sława i zaszczyty, ale i pieniądze. Ostatecznie za główną rolę w Ze zowatym szczęściu z najwyższym trudem kupił używanego fiata 600. A w „Wagabundzie” dorobił się bmw.

… doszedłem do wniosku, że w przyszłości muszę pracować w telewizji, no bo na zdrowy rozum: jestem trochę aktorem, trochę plastykiem, trochę autorem, w żadnym z tych zawodów nie mogę liczyć na oszałamiające sukcesy, a gdzie mogę to wszystko połączyć do kupy? Tylko w telewizji. Zaatakowałem telewizję, celując w jeden z jej słabszych punktów, to jest studio gdańskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *