Idąc cmentarną aleją…

Między świętami, a mnie czas mija tak, że dzień zaczynam podniesieniem klapy komputera, a kończę jej przyklepaniem. A jak się obudzę o trzeciej w nocy – jak dziś – to z tego samego komputera słucham audiobooka. Dziś: „Kieszeń pełna żyta” Agaty Christie, dopóki na powrót nie zasnąłem.
Ale nie ku temu prowadzę. Dorota mówi: „Rusz się z tego fotela. Pogadaj z ludźmi… Co ty wiesz o życiu, jak tak siedzisz tylko, gapisz się i stukasz.” Fakt, wiem pewnie niewiele. Ale potrzeby kontaktu z ludźmi nie czuję. Dlaczego? Bo mam ich pełno dookoła. Oglądam film za filmem, czytam fabułę za fabułą. A tam tłumy postaci. A każda ciągnie za sobą jakiś problem, dramat, historię. Szczęście albo beznadzieję. W realnym życiu to się jakoś rozkłada w czasie, nie wszystko dane jest naraz. A w filmie i literaturze – kondensacja. A że to wszystko zmyślone? Co z tego, skoro tak bardzo podobne do tego, co za oknem.

Poza tym – ja już to parę razy słyszałem. Zygmunt Kałużyński pisał o krytykach filmowych, że ich nie bawią szczególnie imprezy. „Nawet rzadko się urzynają…” Z jakiego powodu? Ano stąd, że życie filmowe dostarcza im tylu emocji, iż nie trzeba ich już podkręcać.

To samo w bardzo dawnej rozmowie z Jerzym Waldorffem. Walczył o te Stare Powązki, a ja go spytałem,  czy mu nie nudno tak godzinami spacerować po cmentarzu. Zdziwił się. I powiada, że on się tam czuje jak w najbliższym, w dodatku doskonałym towarzystwie. Tu baron spoczywa, tam hrabia. A on ich wszystkich znał z życiorysu, z twarzy, z obyczaju. Więc  chodząc alejkami po prostu spotykał dobrych znajomych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *