Fabio Chiusi „Black Mirror. Czy to już się dzieje”

Fabio Chiusi „Black Mirror. Czy to już się dzieje”:

Podsumowanie spraw poruszany w głośnym serialu Netflixa. Technologia, która wkręca nas w imadło (o ile jej na to pozwalamy).
Cytaty:

Kiedy do technologicznej sieci podłączony jest twój mózg, twój umysł, jedynym sposobem na przejście w tryb offline, na odłączenie się od jej administratora, jest śmierć.

… w ciszy i poczuciu osamotnienia ludzie stają się niebezpieczni. Nie tylko uświadamiają sobie swoją sytuację, ale zaczynają ją porównywać z sytuacją uprzywilejowanych elit. Snują plany rewolucji.

… łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec Facebooka.

Ludzie przekształcili się w brandy, wygładzone za pomocą domyślnie ustawionych filtrów, ulepszone cyfrową magiczną różdżką, od której znikają oznaki zmęczenia i starości, która dorzuca parę nieistniejących okularów, króliczy nos i uszy, kwietny wianek albo królewską koronę. Ochoczo eksponujemy nadmiar szczęścia, zaklinamy los, obnosimy się z naszymi marzeniami, narzekamy na czym świat stoi i promujemy naszą własną osobę.

„Sugestia wzajemnej sympatii – pisze – inicjuje wzajemną sympatię. Kiedy powiemy dwóm osobom, że będą dobrym matchem”, czyli dobrą parą, „będą się zachowywali tak, jakby w zasadzie już nim byli. Choćby teoretycznie zupełnie do siebie nie pasowali.

… nie istnieje wystarczająco zaawansowana sztuczna inteligencja, która po całej serii próbnych partnerów byłaby w stanie popchnąć nas w ramiona ultimate compatible other, idealnej drugiej połówki, najlepszej i danej na zawsze.

„Nie opierając się na żadnym naukowym źródle, twórcy algorytmu zwyczajnie postanowili zeswatać ze sobą pary o najbardziej podobnych odpowiedziach, otwarcie ignorując stare powiedzenie, zgodnie z którym to przeciwieństwa się przyciągają”.

Jest w nas też przekonanie, że przecież nie mamy nic do stracenia, zwłaszcza kiedy jesteśmy samotni i pogrążeni w rozpaczy. A strony randkowe w Internecie tylko się mnożą. Internetowy rynek randkowy na tę chwilę wart jest 1,383 miliarda dolarów, a przewiduje się, że w roku 2022 będzie obejmował prawie 400 milionów użytkowników na całym świecie.

Już dziś, jak powiedział Mark Zuckerberg na konferencji F8 w 2018 roku, jedno małżeństwo na trzy rodzi się online.

Rudder, założyciel strony OkCupid, pisze w swojej książce Dataclysm: „Dziś wieczorem jakieś trzydzieści tysięcy par uda się na swoją pierwszą randkę dzięki stronie OkCupid. Mniej więcej trzy tysiące z nich zdoła przekształcić tę znajomość w długi związek. Dwieście stanie na ślubnym kobiercu i wiele z nich, oczywiście, będzie mieć ze sobą dzieci”. Gdyby nie „widzimisię naszego kodu HTML – podsumowuje – nigdy nie przyszłyby na świat”.

Wszelkie współczesne ambicje przejawiające się w próbach stworzenia miłosnego algorytmu opierają się wyłącznie na kombinacji preferencji wyrażonych przez jednego i drugiego partnera potencjalnej pary, ich odpowiedziach na pytania w kwestionariuszu i tym, czy dali kciuk w górę przy danych profilach. W ten sposób zakładamy, że każdy z nas od zawsze dokładnie wie, czego szuka w miłości i czego od niej oczekuje, chociaż przecież to właśnie nieprzewidywalność zakochania sprawia, że staje się ono tak wstrząsającym i wyjątkowym doświadczeniem. Pożądanie, które pojawia się nagle w stosunku do osoby znanej nam od lat i niewzbudzającej wcześniej naszego zainteresowania, oszałamiający efekt odnalezienia nowego, nieznanego dotąd kanonu piękna, zakazany owoc zdrady w pozornie szczęśliwym związku – wciąż pozostają dla nauki całkowicie niezrozumiałe. Miłość istnieje dzięki miłosnej chemii, właśnie dlatego, że ta ostatnia jest niekompletna i niepoznawalna.

– Moim zasadniczym celem jest życie na czas nieokreślony – oznajmia na wiecu wyznawców Kościoła Wiecznego Życia, którego główny dogmat zrzesza chrześcijan, buddystów, żydów, ateistów, humanistów i hinduistów, jednomyślnych entuzjastów idei fizycznej nieśmiertelności. Manifest Istvana jest czysto polityczny, nie stanowi osobistej filozofii życia. Wszyscy powinniśmy żyć wiecznie i pewnego dnia, dzięki nauce i technologii, zdołamy to osiągnąć. Śmierć nie jest bowiem niczym naturalnym, śmierć to tylko pewien etap ludzkiego rozwoju, który należy przezwyciężyć. – Śmierć nie jest naszym przeznaczeniem – objaśnia spokojnym tonem.

… odwiedza giganta kriogeniki, Alcor, miejsce, w którym na własne życzenie można poprosić o odcięcie głowy i umieszczenie jej w opakowaniu próżniowym, w oczekiwaniu na to, aż nauka zdoła wskrzesić martwe ciało, niczym tajemnicze bóstwa egipskie z czasów faraonów odpowiedzialne za wskrzeszanie ciał zamkniętych w sarkofagach.

Poza tym, myśli, czym jest miłość pomiędzy dwiema osobami, które się nie zmieniają, nie dojrzewają, nie dorastają? Bo właśnie tym jest San Junipero – to wirtualne miejsce, żywiące się naszymi wspomnieniami, pozwala nam wciąż na nowo przeżywać chwile zapisane w naszej pamięci, ale nie jest w stanie zastąpić nam naturalnego biegu rzeczy. Z definicji w San Junipero brakuje epilogu.

Yorkie jest przekonana, że również w San Junipero można umrzeć – wystarczy się zdecydować. – Możesz usunąć się w sekundę, ot tak. – Pstryka palcami, usiłując przekonać kobietę, którą kocha. Również z tej magicznej scenerii wiecznego zachodu słońca jest wyjście awaryjne. Można wyłączyć własną cyfrową kopię.

Jeśli staniemy się cyfrowymi replikami nas samych, wiecznie młodymi, wiecznie zdrowymi, czy wciąż możemy się nawzajem zdradzać, odkochiwać, porzucać, ignorować?

Software nazywa się Eternime – „Uwiecznij mnie” – i oferuje swoim użytkownikom możliwość dołączenia do uprzywilejowanej grupy przedpremierowych testerów próbnej wersji programu. To dość znana koncepcja, przynajmniej dla fanów Czarnego lustra. Program zbiera twoje „myśli, historie i wspomnienia”, analizuje je i opracowuje, aż wreszcie wykorzystuje, by stworzyć „inteligentnego awatara, który przypomina właśnie ciebie”.

Wyobraźmy sobie, że sprawy mają się dokładnie tak, jak zakładają teoretycy mind uploading, czyli transferu umysłu, i że umysł zupełnie nie zależy od materii, z której zbudowana jest ludzka istota. Wyobraźmy go sobie jako software, oprogramowanie, dla którego ludzki mózg jest wyłącznie sposobem kodowania, językiem złożonym z układu linii delikatnych struktur połączeń neuronowych. To wciąż tylko założenia. Jeśli strukturę tego rodzaju można byłoby zmapować, opisać aktywność mózgu poprzez zastosowanie narzędzi obliczeniowych w komputerze, moglibyśmy dokonać emulacji umysłu, przenieść go na nowy nośnik – tak samo jak jedno oprogramowanie da się uruchomić na różnych sprzętach.

… „postęp naukowy”, który już za naszego życia pozwoli nam zrozumieć, w jaki sposób neurony i synapsy „kodują nasze wspomnienia”, i tym samym, w przypadku gdyby zostały zniszczone, odzyskać je dzięki „protezom neuronowym” czy też naprawić funkcje mózgowe osłabione przez chorobę czy starzenie się organizmu. Jeśli nasza maszyna miałaby się nie nadawać już do niczego, zawsze można zastąpić ją drugą – nowiusieńkim cyfrowym mózgiem.

Jeśli nazajutrz pośród ofert biura podróży pojawi się bilet w jedną stronę do wirtualnej wieczności, lepiej pamiętać o tym, żeby zapytać o możliwość powrotu. Albo przynajmniej ucieczki.

Im bardziej wciąga nas wirtualny świat, tym większy wpływ mają na nas wszelkie recenzje w każdym możliwym wydaniu. Wszystko, co przychodzi nam do głowy, podlega numerycznej ocenie, wymaga naszego stanowiska. Nasza opinia zostaje przeliczona na matematyczną średnią wyrażoną w procentach, liczbie gwiazdek lub kciuków „lubię to”.

Ściągamy, odpalamy, a aplikacja pokazuje nam wszystkie zapisane do niej osoby w okolicy. Każdemu przypisany jest numer odzwierciedlający sumę oceny trzech aspektów jego osobowości: zawodowego, osobistego i uczuciowego. – Każdy z nas – ciągnie Cordray – będzie mógł zgłosić do aplikacji, kogo tylko zechce. Wystarczy wprowadzić numer telefonu przyjaciela lub znajomego, a każda osoba wyposażona w komórkę będzie mogła wyrazić swoje pozytywne lub negatywne zdanie na jego temat. Wystawić mu recenzję. W rzeczywistości to ni mniej, ni więcej, tylko „Yelp stworzony dla ludzi”. Każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie na Ziemi, w utopijnym założeniu, zostaje automatycznie przypisana jakaś liczba w wirtualnym świecie, dzięki której wiemy, jak wiele – i pod jakim względem – dana osoba jest warta.

W myśl tej idei człowiek zostaje sprowadzony do wymiaru swojego profilu na Facebooku – jest od niego całkowicie zależny, stosując się nieprzerwanie do sugestii, które jego „przyjaciele” przekazują mu za pomocą serduszek, lajków, komentarzy i szerów. Bo przecież i tak liczy się tylko ich aprobata.

W zamian za możliwość szybkiej oceny naszych sąsiadów czy znajomych zgadzamy się na system, który pozwala nam dowolnie zniesławić każdego, kto znajdzie się w naszym zasięgu. Wystarczy smartfon i kilka prostych kliknięć!

Kłóci się, posyła wszystkich do diabła. Przez takie zachowanie nie może liczyć na pięć gwiazdek – oceny są coraz niższe i niższe. Status Lacie leci w dół, w dziewczynie narasta złość, a jej praw i przywilejów wciąż ubywa. Może zapomnieć o wizie w paszporcie, o wynajęciu samochodu. Nie kupi już nawet biletu, aby polecieć na wymarzone wesele, które miało odmienić jej życie. To algorytm zdecydował, że Lacie, w wyniku powtarzających się uchybień, znacząco straciła na wartości.

Zresztą świat, w którym inteligentni asystenci głosowi, inteligentne domy, inteligentne samochody i inteligentne telefony komórkowe bez przerwy dokonują za nas wyborów dokładnie tak, jak sami postąpilibyśmy w naszym własnym, najlepszym interesie, to świat wygody, w którym nikt nie musi sam o niczym decydować.

Już dziś miliony Chińczyków korzystają ze smartfonowych systemów płatności. Płacą telefonami za wszystko – napisała Mara Hvistendahl w długim artykule dla magazynu „Wired” – dostarczając chińskim gigantom, od Tencenta do Alibaby, informacji o swoim stanie zdrowia, danych na temat nawyków konsumenckich, wiarygodności kredytowej, poprawności politycznej i zgodności swojego stylu życia z partyjnymi kanonami etycznymi. Pomyślmy tylko o systemach rozpoznawania twarzy lub inteligentnym monitoringu, które wykorzystuje się praktycznie wszędzie, w całym kraju, na ulicach i w szkołach, a zrozumiemy, jak bliska jest nam orwellowska rzeczywistość. Mimo to Chiny się bogacą, a ich geopolityczne znaczenie na arenie międzynarodowej wciąż rośnie – poziom życia dziesiątek czy setek milionów Chińczyków poprawia się właśnie dzięki tej ekstremalnej formie nadzoru w postaci kapitalizmu paternalistycznego.

Wystarczy jeden post na Facebooku lub jeden chwytliwy kawałek na SoundCloudzie i ty też będziesz mógł zostać pisarzem czy muzykiem! Jako że obecnie nie istnieje już podział na profesjonalistów i amatorów – oto przed nami jego idealny substytut: głuchy i niepodzielny osąd algorytmu.

W dawnych czasach szeryf wiedział wszystko o wszystkich, a wszyscy wiedzieli wszystko o nim”. Taka zależność nie leży już tylko w rękach władzy, bo zarówno kontrolowany, jak i kontrolujący dysponują taką samą możliwością kontroli w stosunku do siebie. Tego rodzaju równowaga utrzymuje się dzięki założeniu, że każdy zawsze obserwuje, i dzięki temu, że ta zasada obejmuje wszystkich.

Wszystko, każda sekunda naszej egzystencji, zmienia się we wspomnienie, w pamięć. Tym samym zapomnienie staje się niemożliwe. Przeszłość znika. Jest jej zbyt wiele. Streamy na Facebooku, filmy na YouTubie, relacje na Instagramie, posty na Twitterze. Zdjęcia, atakujące zewsząd zdjęcia. Do tego dochodzi śledzenie ruchu, historii zakupów, preferencji, wyszukiwań. Dane biometryczne. Kilometrowe rozmowy na czacie. Informacje medyczne, kredytowe, powielane w nie wiadomo jakich i ilu bankach danych. Dysponujemy takim ogromem informacji o przeszłości w sieci każdego z nas, że czasem z trudem znajdujemy miejsce na teraźniejszość i przestrzeń, w której będzie mogła zagościć przyszłość. Wszystko sprowadza nas do liczb, dlatego że nasza rzeczywistość w nich tonie. Na pierwszy rzut oka ich nie zauważamy, bo ukrywają je przed nami platformy internetowe. Wystarczy jedno kliknięcie, o całą resztę zatroszczą się data scientists, badacze danych pracujący dla olbrzymów cyfrowego wszechświata. Dla nich liczby te są nie tylko całkowicie przejrzyste, ale i zupełnie zrozumiałe. Zwykli śmiertelnicy, którzy do takiej wiedzy nie mają dostępu, widzą jedynie jej efekty: wzrost wydajności, wygody, data sharingu – wymiany, poczucia społeczności i uczestniczenia. A przynajmniej tak wmawiają nam reklamy zarządców naszego internetowego życia. Wszystko to zdaje się dopasowane do naszych potrzeb, dotykowe, o natychmiastowym efekcie, niewymagające wysiłku. Mimo to pod nieskazitelną powłoką designu i interfejsów użytkownika kryją się liczby. Cyfry i kalkulacje definiujące, kim jesteśmy i czego pragniemy, i chociaż nie mamy o nich bladego pojęcia, w większości ślepo im ufamy.

Ile dzisiaj udało mi się zrobić kroków. Jak bije moje serce, czy mam regularny puls? Ile spożyłem dziś kalorii. Ile przebiegłem, w jakim tempie i ile wykorzystałem na to energii. Umiejętność odtworzenia wszystkich tych danych przekłada się na poczucie absolutnej kontroli. Dobre samopoczucie jest kwestią odpowiednich proporcji. Wyznaczają je przenośne urządzenia. Kieszonkowe komputery, które możemy zapiąć na nadgarstku i które ani na chwilę nie przestają nas mierzyć i mówić nam, jak się czujemy. Generują kolejne liczby wpływające na nasz osąd. Przyznajemy sobie punkty za to, kim jesteśmy. Przeszłość wzbogaca się o kolejne dane. To właśnie jest pamięć absolutna każdego z nas.

Nie sposób oprzeć się myśli, że w obliczu nieustającego natłoku zapisanych chwil znika nie tylko znana nam koncepcja przeszłości, ale i przyszłość. Ostrzega nas przed tym Raport mniejszości, znany z prozy Dicka i z filmowego ekranu, ukazujący ideę przedstępstwa, czyli jutra, które w czysto hipotetycznym założeniu można sprowadzić już do dzisiaj, opierając się wyłącznie na dedukcji.

… problemem staje się przyzwolenie na odejście w niepamięć tego, co nie może i nie powinno na zawsze pozostać w sieci. Z tego powodu w wielu krajach ustanowiono nic innego, jak „prawo do zapomnienia” przysługujące wirtualnym obywatelom. To, co straciło na aktualności i nie posiada żadnej wartości historycznej, lecz w dalszym ciągu pojawia się na liście wyników w wyszukiwarce, ma prawo zniknąć, jeśli sobie tego życzymy. Niemniej my wciąż się rejestrujemy i godzimy się na to, żeby nas rejestrowano. Tak jak Mann, chcemy pozostawić po sobie ślad, by móc odtworzyć naszą przeszłość. Nasze życie w całości musi zmienić się w materiał nagraniowy, w stream. Przeszłość to zbiór przeliczalnych danych zdatnych do analizy, manipulacji i ponownego przeliczania. Efekt takich działań jest sumą wielu różnych elementów filozofii Doliny Krzemowej. Jednym z jej składników jest „kapitalizm nadzoru” – to, że model biznesowy gigantów rynku cyfrowego w pełni opiera się na rejestracji i wykorzystywaniu do celów reklamowych naszych danych osobowych.

To ruch, który w ostatnich latach dorobił się nazwy Quantified Self, postulujący lepsze życie dzięki wszelkim możliwym pomiarom. Jeśli wiesz, ile spożywasz kalorii i ile wynosi twoje dzienne zapotrzebowanie, będzie ci łatwiej zachować odpowiednią dietę.

… niekończący się zbiór informacji o życiu każdej jednostki ludzkiej na Ziemi pewnego niedalekiego dnia umożliwi nam stworzenie cyfrowego awatara zmarłej, bliskiej nam osoby, replikę, która po wchłonięciu miliardów danych, preferencji, zachowań i myśli będzie zachowywała się dokładnie tak, jak nasz bliski zmarły, i z którą będziemy mogli w wolnej chwili pogawędzić. Czy gdybyśmy mogli, dodalibyśmy ją do „znajomych”? Pamięć zajmuje centralne miejsce w fabule Czarnego lustra, wzbudza głębokie zainteresowanie twórców serialu. To typowy temat dla fanów kultury cyberpunku i w ogóle całej produkcji inspirującej się dystopijnym science fiction. Wspomnienia można wszczepić, żeby wmówić „replikantowi”, że jest człowiekiem (Łowca androidów), można przeżyć zgodnie z własnym życzeniem przeszłość należącą do kogoś innego (Dziwne dni) lub manipulować rzeczywistością i świadomością (wspomnienia to dane, więc z pewnością istnieje sposób, żeby się do nich włamać i je zhakować).

Podczas seksu dwójka znudzonych kochanków włącza wspomnienia bardziej namiętnych nocy. Po kolacji każdą chwilę, która nie poszła po ich myśli w ciągu dnia, należy obejrzeć ponownie, przeanalizować i omówić razem z całą rodziną. Czy tamta rozmowa żony ze znajomym nie sprawiała wrażenia zbyt poufałej? Przyjrzyjmy się jeszcze raz nagraniu z kolacji i krok po kroku sprawdźmy, jaka jest między nimi zażyłość. I tak dalej. Przeszłość znajdująca się w każdej chwili w zasięgu naszej ręki przybiera formę koszmaru.

Czarne lustro opowiada o tym przez postać Liama, młodego adwokata, który podejrzewa, że żona okłamuje go na temat swojego poprzedniego związku lub, co gorsza, ojcostwa córki, Jodie. Dlatego jak często ma to miejsce w przypadku ludzi węszących swoją osobistą porażkę, wszczyna śledztwo, zawzięcie szukając szczegółów, przyczyn i wyjaśnień. W niedalekiej przeszłości zabrałby się do tego, przepytując przyjaciółki żony i przeglądając jej telefon, dziś zacząłby obsesyjnie i kompulsywnie przeszukiwać jej profile na Instagramie i Facebooku, wyciągając z nich szczegółowe wnioski o jej poczynaniach. Nazajutrz wszystko mogłoby okazać się jeszcze łatwiejsze: wystarczyłby implant neuronowy, Grain, żeby przeskanować wspomnienia w poszukiwaniu dowodu zdrady. Tak też się staje, ponieważ drobne sito dobranych słów, półsłówek i gestów pozwala głównemu bohaterowi znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź na nurtujące go pytania.

„Marketing to kreowanie zbędnych potrzeb” – powiedział prowadzący. Tak jest: dociekanie, jakie słabości wykorzystać, żeby zaszczepić w ludziach sztuczne pragnienia.

… zaspokoić moje potrzeby. Te właśnie, o których istnieniu nawet nie wiedziałem i nawet nie podejrzewałem, że mogą być moje, ale które pasują jak ulał do mojej tożsamości i moich poglądów i mają wszystko to, czego mi trzeba, bym je „polubił”.

„Cyfrowa rewolucja” mogła rzeczywiście przynieść za sobą równość, kosmopolityzm, dać pierwszeństwo demokracji, współuczestnictwu, dobrobytowi, tolerancji – zamiast tego zalała nas falą fałszywych informacji, propagandy, cenzury, nadzoru, konformizmu, ignorancji, przemocy, nienawiści, dyskryminacji i bullyingu.

Obecnie setki hollywoodzkich aktorów poddają się procedurom koniecznym do zrealizowania swoich wiernych replik, które będzie można pokazać na ekranie w dowolnym momencie, również w dalekiej przyszłości, dostosować do każdej możliwej fabuły i kazać wygłaszać jakiekolwiek kwestie. Nieprzypadkowo toczy się ożywiona debata na temat kwestii prawnych – bo jak skodyfikować nowy zapis, choćby na poziomie umowy, w kwestii swobodnego rozporządzania wizerunkiem po śmierci? To sposób na to, by zapewnić swoim bliskim dodatkową spuściznę, lecz również by zabezpieczyć się przed potencjalnymi nadużyciami.

Stripe zaczyna domyślać się prawdy: rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, niż może mu się wydawać. Zwłaszcza że to, czego doświadcza, nie jest rzeczywistością, a jedynie fikcją wywołaną w jego umyśle przez wojsko, by pozbawić żołnierzy wszelkich skrupułów, zdusić w nich jakiekolwiek wątpliwości. „Pasożyty” okazują się nie potworami, a mężczyznami, kobietami i dziećmi. Podczas drugiego spotkania w celi Arquette zrzuca wreszcie maskę: MASS to w rzeczywistości złożony system determinowania percepcji i zachowań. Służy temu, by nie czuć zapachu krwi, płaczu ofiar, ich błagania, trzasku łamanych kości – by wysyłać go na wojnę, jak na polowanie, na którym to ludzie stają się ofiarami.

Cele, czyli niewinne i bezbronne ludzkie istoty, zmieniają się w przeszkody do pokonania, w potwory i czarne charaktery z gry wideo, które należy usunąć w jak najbardziej spektakularny sposób, tak by wywołać uśmiech i wzbudzić podziw towarzyszy z oddziału. Jeden dobry ruch joystickiem, kilka przycisków i oto dron tysiące kilometrów stąd wykonuje nasze polecenie. Jedynym zadaniem żołnierza jest podglądanie wyniku na ekranie i przerzucanie się żarcikami z kompanami broni przez mikrofon, niczym grupka znajomych grających w Call of Duty.

… maskotka niespodziewanie staje w szranki z innymi kandydatami do lokalnych wyborów w anonimowym miasteczku Stentonford. Startuje z programem politycznym, który można streścić w jednym słowie: spierdalaj, skierowanym do wszystkich konkurentów i tego, co sobą reprezentują, w utopijnej wizji bezpośredniej demokracji możliwej dzięki internetowemu głosowaniu. – Nie potrzebujemy polityków – mówi jeden z animatorów sterujących serialowym Waldo. – Wszyscy mamy iPhone’y i komputery, nie? W takim razie dlaczego nie możemy sami podejmować decyzji i zatwierdzać postanowień? Zrobimy wszystko przez Internet.

Zjawisko bańki informacyjnej („echo chambers”), polegające na słuchaniu wyłącznie opinii pasujących do naszego światopoglądu, nie dotyczy jedynie Facebooka…

Co, jeśli sztuczna inteligencja zdołałaby się nauczyć, jak rządzić lepiej od ludzi? Gdybyśmy nauczyli ją podejmować systematyczne decyzje korzystne dla interesu publicznego – czy wówczas nie zagłosowalibyśmy na nią, dając jej pierwszeństwo przed jakimkolwiek człowiekiem?

Nastolatkowie od wieków zmieniają się w młodych mężczyzn i młode kobiety, ale oto niespodziewanie rodzicom zaczyna się wydawać, że to niemożliwe, więc postanawiają śledzić każdy ich krok, każdy odebrany telefon, wiadomość, każde wyszukiwanie w sieci. Pary kochają się i zdradzają od zarania ludzkich dziejów, ale właśnie dziś wraz z tysiącami, milionami nam podobnych odczuwany palącą potrzebę kontrolowania smartfona swojej drugiej połówki, by pozbyć się podejrzeń, że on czy ona ma coś do ukrycia.

Wygodnie jest właścicielom kodów tych aplikacji i platform internetowych – wiedzą o nas wszystko i dzięki temu mogą zarzucić nas swoimi obietnicami zbawienia, istnienia w społeczności, samorealizacji osobistej i zawodowej. A w międzyczasie zarobić na tym bajońskie sumy. Wygodnie jest rządom, które w ten sposób mają do dyspozycji uaktualnianą w czasie rzeczywistym przekrojową wiedzę o świecie i obywatelach. Mogą ją wykorzystać, by zbudować sobie poparcie i wypromować własne dążenia…

… symbolem naszej epoki nie jest proza Georga Orwella, a Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. By rządzić tłumem, wystarczy mieć w zanadrzu dla każdego specjalną spersonalizowaną marchewkę, wystarczy nie tłuc wszystkich tym samym kijem. Neil Postman zrozumiał to już w 1985 roku, kiedy opisywał stan upojenia wywołany nieustannymi bodźcami telewizyjnymi rozpraszającymi naszą uwagę – o tym, jak „bawi nas na śmierć” (Zabawić się na śmierć to tytuł jego mistrzowskiego eseju). To samo dotyczy mediów społecznościowych, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że to rozrywka skrojona na miarę preferencji każdego użytkownika.

Według sondażu, przeprowadzonego w 2016 roku przez Pew Research Center na próbie dorosłych z dziećmi w wieku od 13 do 17 lat, 61% rodziców sprawdza, jakie strony internetowe odwiedzają nastolatki, 48% przegląda listę połączeń i wiadomości na telefonach, a 16% monitoruje każdy krok swojego dziecka, wykorzystując do tego jego własny smartfon.

Każdy nasz ruch zostanie odpowiednio zarejestrowany: o spacerze pomyśli nasz smartfon, przejażdżkę samochodem uwiecznią czujniki w pamięci samojezdnego auta. W domu smart lodówka skrupulatnie zanotuje nasze nawyki żywieniowe, system inteligentnej automatyki domowej odnotuje zużycie energetyczne, a centralny komputer zapamięta, ile czasu spędzamy w łazience, ile w sypialni, kiedy lubimy słuchać muzyki, a kiedy gotować. Oraz co. Inteligentna telewizja będzie nas słuchać, asystenci głosowi będą reagować na nasze polecenia i życzenia, a następnie wykorzystywać zebrane informacje, by wetknąć odpowiednio spersonalizowane reklamy pomiędzy programy kulinarne i wieczorne wiadomości. Drony zapewnią nam monitoring z góry, inteligentne chodniki z dołu. A systemy CCTV ulepszone o technologię rozpoznawania twarzy zmienią nasze życie w film, w którym na miejscu reżysera zasiądą algorytmy zdolne przewidzieć prawdopodobieństwo, z jakim nasze zachowanie może skończyć się popełnieniem przestępstwa, oraz zdecydować, czy zawiadomić odpowiednie służby porządkowe, aby skutecznie temu zapobiec. To przerażająca perspektywa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że w wielu miejscach na świecie nasze przypuszczenia powoli stają się rzeczywistością.

… zjawisko, które stało się możliwe dzięki smart cities, do Ulissesa Joyce’a, który poprzez narrację uwzględniającą każdy najdrobniejszy detal z codzienności głównego bohatera, Leopolda Blooma, usiłował stworzyć coś w rodzaju literackiego hologramu Dublina. „Chciałbym pokazać tak kompletny portret miasta, że gdyby miało ono zniknąć z powierzchni Ziemi, można byłoby odtworzyć je na podstawie mojej książki”[38] – przyznawał pisarz. „Model totalny metropolii, a zarazem nieskończone archiwum wszystkiego tego, co dzieje się w jej wnętrzu”.

„Twierdzenie, że ochrona prywatności nieszczególnie cię interesuje, bo nie masz nic do ukrycia, jest równoznaczne z mówieniem, że nie interesuje cię wolność wypowiedzi, bo nie masz nic do powiedzenia”

Technologia marzy tylko o jednym – o tym, by zniknąć. Nie po to, by zostawić nas samych sobie, lecz po to, by przejąć nad nami ostateczną kontrolę. Nie po to, by odłączyć nas od sieci, lecz by stać się niewidzialną w naszych oczach, pozbawić nas świadomości, że ani przez chwilę nie przestajemy być w trybie on, że nieustannie jesteśmy w niej dostępni. Żeby tego dokonać, musi być wszędzie, a zarazem nigdzie. Pomagać nam przy każdej okazji w taki sposób, by ograniczyć do minimum nasz wysiłek i czas oczekiwania.

Osiem na dziesięć osób sprawdza swój smartfon w pierwszej kolejności po przebudzeniu. Jedna na dwie przyznaje, że zdarza się jej na niego zerkać również w nocy, jeśli wybudzi się ze snu.

Jedna czwarta Amerykanów przyznaje otwarcie, że „prawie zawsze” jest online, a liczba ta wzrasta do 45% pośród nastolatków, trafnie określanych jako screenagers – dzieci ekranów. Jeszcze trzy lata temu było ich o połowę mniej.

Cyfrowy świat widzi w nas jedno, wspólne ciało – które musi być zdrowe. Tę myśl zapoczątkował Mark Zuckerberg, kiedy w styczniu (2018 roku – przyp. red.) ujawnił, że jeden z głównych celów jego sieci społecznościowej na bieżący rok to: „upewnić się, że czas spędzony na Facebooku jest dobrze spędzonym czasem”. Retoryka brzmi łudząco podobnie do tej, którą przyswoiły sobie następnie Google i Apple. Już nie wystarczy przekonać każdego obywatela świata, że nie korzystając z ich usług, wypadnie poza nawias społeczny. Teraz należy zająć się jego „dobrym samopoczuciem online”, „zdrowiem” internetowego ekosystemu i jego mieszkańców.

To świat, w którym nawet medytacja i samodoskonalenie wymagają sięgnięcia po kolejne aplikacje.

Jesteśmy uzależnieni od urządzeń, o których nie mamy pojęcia; od coraz mniej widocznych i coraz bardziej inwazyjnych maszyn – zaglądających nam do wnętrza i pilnie strzegących własnych tajemnic. Brakuje nie tylko dołączonej ulotki z listą przeciwwskazań. Brakuje przede wszystkim umiejętności jej napisania. Dopóki łącze jest sprawne, iluzja dobrze się trzyma.

„Potrzebujemy abstrakcyjnych wizji przyszłości, bo przypominają nam one o tym, że świat, w którym obecnie żyjemy, nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem”.

… przyszło nam żyć w dystopii. Etymologicznie oznacza to brzydkie miejsce, miejsce, w którym nie chcemy przebywać. Jednak nie potrafimy sobie nawet wyobrazić drogi ucieczki. A gdyby to właśnie science fiction mogło wskazać nam drogę?

Jest 22 stycznia 2017 roku, Donald Trump właśnie zasiadł w fotelu prezydenckim w Białym Domu. Jego rzecznik, Sean Spicer, potyka się już na starcie, wplatając w oświadczenie prasowe kłamstwa na temat liczby obecnych podczas ceremonii objęcia urzędu. Co gorsza, strateg kampanii wyborczej, Kellyanne Conway, w kilka godzin po niefortunnym zajściu broni go, używając zwrotu żywcem zaczerpniętego z retoryki Orwella: otóż Spicer nie skłamał, przedstawił tylko „alternatywne fakty”.

Dystopia nie musi niszczyć. Może za to być źródłem nadziei. Lekarz, który potrafi przewidzieć rozwój choroby, zamiast tylko ograniczać się do jej leczenia, z większym prawdopodobieństwem zdoła ocalić życie…

… gdybyśmy niespodziewanie zobaczyli krowę przechodzącą przez ulicę, w pierwszym odruchu zrobilibyśmy jej zdjęcie telefonem…

Jak to się mówi? Jeśli nie ma tego na Facebooku, to się nie stało – i tyle. Social, or didn’t happen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *