Ben Hur

Zamiast notatek odtworzona z taśmy rozmowa z Romkiem Rogowieckim w w warszawskim Radiu Dla Ciebie.:

– Na ekrany wchodzi „Ben Hur”, niby kolejny film historyczny, a przecież to – zdaje się – jest jakaś grubsza legenda.
– Żebyś wiedział. To takie amerykańskie „Quo vadis?” Dokładniej: książkowy „Ben Hur” to Stany Zjednoczone  i rok 1880, bo wtedy tę pobożną rekonstrukcję historyczną napisał były amerykański generał – stopień został mu po uczestnictwie w wojnie secesyjnej – nazwiskiem Lewis Wallace.
– I to był tak zwany złoty strzał.
– Jedyny, jaki się trafił temu grafomanowi, całkiem podobnie zresztą jak w przypadku Margaret Mitchell, której udało się tylko „Przeminęło z wiatrem”. W każdym razie „Ben Hur” rozszedł się po świecie w milionowych nakładach. U nas zachwycał się nim Sienkiewicz, który zachwalał go jako – cytuję – powieść „znakomitą po względem archeologicznym”. I jeszcze osobiście czuwał nad pierwszym tłumaczeniem, które ukazywało się w odcinkach na łamach warszawskiego „Słowa”, gdzie on sam drukował „Trylogię”.
– Sam Ben Hur to też jakby facet wprost od Sienkiewicza.
– Od Sienkiewicza, od Aleksandra Dumasa, Roberta Louisa Stevensona, Juliusza Verne’a Rudyarda Kiplinga – w każdym razie „Ben Hur” to powieść awanturnicza, tyle że osadzona w I wieku naszej ery w Palestynie i Rzymie. No i przez historię tego tytułowego dumnego żydowskiego młodzieńca, adoptowanego przez bogatego rzymskiego patrycjusza przeplatają się dobrze nam znane postacie z Ewangelii z Jezusem, trzema Królami itd. Taki widowiskowy apokryf.
– Gdyby Lewis Wallace żył w czasach kina, zarobiłby fortunę na prawach do sfilmownia tej rzewnej historii.
– Podobnie jak Sienkiewicz. Zresztą Sienkiewicz pisał, że gdyby tantiemy autorskie wypłacała mu ówczesna Rosja – jak mu nie wypłacała – dorobiłby się na literaturze co najmniej tak jak Rockefeller na nafcie.
– No, bo ten „Ben Hur”, który ma właśnie premierę, to już czwarty „Ben Hur” na ekranie”.
– Czwarty, ale pamiętamy i pewnie pamiętać będziemy tego trzeciego, z roku 1959, choć i ten drugi, z roku 1925 przeszedł do historii jako najdroższy film okresu kina niemego. W każdym razie ten z roku 1959, w reżyserii Williama Wylera, z Charltonem Hestonem w roli głównej, pobił światowy rekord kasowy w roku 1960 i zgarnął 11 Oscarów. Ale to nie żadne wielkie halo. Raz po raz jakiś film wyczynowy, który olśniewa publiczność nowymi możliwościami kina, zachwyci publiczność, ale szybko przechodzi do historii. Tak było z „Kleopatrą” z Elizabeth Taylor, z „Poszukiwaczami zagionej arki”, z „Titanikiem”, a ostatnio z „Pearl Harbour” czy „Awatarem”,  którego nikt już nie pamięta.
– A ta wyczynowość Ben Hura na czym polegała?
– Na tym, że wszystko było tam naj. Ot, taki drobiazg. Wytwórnia Metro Golowym Meyer podawała przykładowo, że w ich filmie partie mówione ma aż 365 aktorów. Więc nawet jak film trwa 217 minut, to raz po raz kilku aktorów musiałoby mówić jednocześnie.
– A to nie jest tak zwany film mówionym, a przeciwnie. Zresztą przez znawców kina „Ben Hur” nie jest szczególnie ceniony.
– W najbardziej miarodajnym rankingu American Film Instutute film błąka się w okolicach 90.  miejsca i ciągle spada.
– No więc przejdźmy wreszcie do sedna, czy tegoroczna wersja, z Jackiem Hustonem podciągnie ten film – w jakimkolwiek sensie?
– A skąd! Oczywiście, słynny wyścig kwadryg w rzymskim amfiteatrze został sfilmowany nie dziesięcioma, lecz pięćdziesięcioma kamerami i odpowiednio pocięty, ale to dziś norma. Oczywiście, pojawia się, jak w każdym amerykańskim filmie, Morgan Freeman, tym razem w siwych dredach dla odmiany, ale akurat jego niebezpiecznie jest wprowadzać na plan, bo od razu rzuca się w oczy, że aktorzy dookoła – a film ma obsadę klasy C – grają, jak się grało łońskiego roku Częstochowie. To znaczy chodzą jak nadziani na kij od szczotki i deklamują jak na akademii pierwszomajowej. Oczywiście z marsową miną, bo kiepski aktor zawsze uważa, że lepiej wypadnie, jak okaże minę osoby cierpiącej na niestrawność niż jak się uśmiechnie.
– A ile trwa to pasmo nieszczęść?
– Na zegarku to trwa, Romek, 2 godziny i 21 minut, ale tak naprawdę ze trzy razy dłużej. I jak się pojawiają końcowe napisy, czujemy się jak by nas przepuścili przez wyżymaczkę.

Ben Hur, reż. Timur Bekmambetov 2016 filmweb

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *