Zygmunt Zeydler-Zborowski „Czwartek, godz. 22”

Zygmunt Zeydler-Zborowski „Czwartek, godz. 22”:

Na upał.
Cytaty:

– Czy pani syn pracuje? Potrząsnęła głową. – Nie. Nigdzie nie pracuje. — Może się uczy? – Nie. Nie uczy się. – To czym się zajmuje? Co robi? – Właściwie nie bardzo się orientuję, co on robi — uśmiechnęła się smutnie. — Nie zwierza mi się. Wpadnie do domu, prześpi się, coś zje i idzie. Prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. Ja się go boję pytać, bo robi się zaraz bardzo zły. Jest nerwowy.

– Och, to pan nie zna naszego Jureczka — uśmiechnęła się z odcieniem dumy pani Garbarska. — On sobie z każdym zamkiem poradzi. Taki ma talent do majsterkowania. Nowacki pomyślał, że sporo młodych ludzi, obdarzonych takim „talentem”, siedzi na Mokotowie, ale nie podjął tego tematu.

We trzech poszli na obiad. Kierowca nie pił, ale Nowacki i sierżant kazali sobie podać po pięćdziesiąt gramów żytniówki, tłumacząc to niezbędną profilaktyką wobec zbliżającego się sezonu grypowego.

Kto to jest Iwona? — spytał nagle Nowacki. – To dziewczyna Bogdana. Taka idiotka.

Danuta Zagórska okazała się typową trzpiotką W odróżnieniu od swojego przyjaciela mówiła bardzo dużo, bezładnie, podawała sprzeczne ze sobą informacje, śmiała się i co jakiś czas powtarzała: „Ach jaka ja jestem strasznie głupia”, co zresztą nie mijało się z prawdą.

– Kto jest właścicielem tej „skody”? – Janocki Gustaw. Inżynier architekt. Bardzo miły gość. Był tu u nas parę razy. Tak się ucieszył, jak się wóz znalazł, że przyniósł nam nawet butelkę radzieckiego koniaku. Ja tam za koniakiem nie przepadam. Wolę naszą jałowcówkę.

Niebieski ptak ma w sobie zawsze coś pociągającego, szczególnie młodzież ulega tym urokom. Nie bez winy jest tu oczywiście literatura, specjalny gatunek powieści gloryfikujących ciekawe i łatwe życie różnych hochsztaplerów, oszustów, złodziei hotelowych, gentelmenów-włamywaczy.

Nie możemy przecież wykluczyć, że w pokoju, w którym popełniono tę zbrodnię, znajdowały się nie dwie, lecz trzy osoby. Dwie osoby piły koniak i kawę, a ta trzecia mogła w ogóle nie dotykać ani szklanek, ani kieliszków. – Rozumujesz zupełnie logicznie — powiedział z uznaniem Kolczak. — Nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz. – Dziękuję ci. – Nie ma za co.

Wysiedli z wozu i zbliżyli się do kapliczki. – Jeżeli skrytka, to chyba w tej podmurówce — powiedział Jemiołka. Nie szukali długo. Sierżant odwalił spory kamień podpierający kapliczkę i wsunął rękę w otwór. – Nic tu nie ma, towarzyszu poruczniku. Ale wyszykowane nieźle. Ze dwadzieścia litrów bimbru wejdzie.

– Jedziemy do szwagra — powtórzył Nowacki. Szwagier nazywał się Bonarczyk i na chrzcie świętym otrzymał niebanalne imię Polikarp.

Dawno już nie widzieli majora w tak szampańskim humorze. Śmiał się, żartował, wyciągnął z biurka najlepsze, „reprezentacyjne” papierosy i zamówił u sekretarki trzy kawy.

Rozmowa miała charakter swobodnej-pogawędki towarzyskiej. Nowacki zwlekał z poruszeniem właściwego tematu. Mówił o pogodzie, o zapowiadającym się interesująco sezonie narciarskim, o prognozach meteorologicznych. Następnie przerzucił się na rozwój motoryzacji, wyrażając ubolewanie z powodu licznych wypadków drogowych. Wreszcie poruszył zagadnienia związane z życiem kulturalnym stolicy, omawiając ostatnie filmy, przedstawienia teatralne i telewizyjne. Był bardzo elokwentny, uśmiechnięty, uprzejmy. Zalentowa, która początkowo okazywała całkowitą obojętność i pewność siebie, zaczynała z wolna tracić grunt pod nogami. Nie wiedziała, ku czemu zmierza ta dziwna konwersacja, pasująca bardziej do kawiarnianej atmosfery aniżeli do surowego wnętrza pokoju w komendzie MO.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.