Truflarze – 18 lutego 2022

Szanowni Państwo,

zapowiada się pogodny wieczór w pastelowych kolorach – w każdym sensie tego określenia. Oto bowiem przed nami „Truflarze” to film dokumentalny z roku 2020, wyreżyserowany i wyprodukowany przez dwójkę dokumentalistów, Michaela Dwecka i Gregory’ego Kershawa. Na film składały się Grecja, Stany Zjednoczone i Włochy, ale film jest włoski do kości. Rzecz można objaśnić w dwóch słowach albo dłużej. W dwóch słowach sytuacja układa się tak, iż opowieść podąża za grupą wiekowych mężczyzn, którzy w północnych Włoszech, w Lombardii, po miejscowych lasach poszukują wyjątkowo cennych i cenionych przez smakoszy trufli Alba. Ci panowie mają od siedemdziesięciu lat wzwyż, osiemdziesięciolatkowie wcale nie są tu rzadkością, a na trufle muszą polować, ponieważ w sztucznych szklarnianych warunkach nie udało się tej odmiany do tej pory wyhodować; ona zalega głęboko w lasach Piemontu. To było w dwóch słowach, a teraz rozwijamy temat.

Koniecznie trzeba wyjaśnić na wstępie, że biała trufla jest jedną z najbardziej poszukiwanych odmian, to kawior wśród trufli, występująca na żyznych falistych wzgórzach, głęboko w lasach Piemontu, ukryta w ziemi, wśród korzeni drzew, dostępna właściwie tylko dla wyszkolonych psów. Niegdyś dobywano je z pomocą świń, ale zrezygnowano z ich udziału, ponieważ pogryzały zbyt dużo towaru. Kosztują sporo, bo sześćset dolarów za trzy i pół uncji. Ich smak i aromat wywołuje kulinarną euforię wśród znawców. A sezon na te trufle zaczyna się we wrześniu i trwa około czterech miesięcy.

Film „Truflarze”był wyświetlany na całym świecie i wszędzie też ogromnie się podobał, wzbudzał bardzo życzliwe reakcje, a Internet, który lubi wszystko podsumować w liczbach, wycenia, że na sto możliwych punktów najbardziej znaczący krytycy przyznali filmowi aż osiemdziesiąt pięć, co się przekłada na ocenę tytułowaną „universal acclaim”, czyli powszechne uznanie. Amerykańskie stowarzyszenia reżyserów filmowych i operatorów filmowych przydzieliły filmowi swoje główne nagrody za reżyserię i zdjęcia, a nominacji na najrozmaitszych festiwalach i konkursach było co niemiara. Wszędzie film startował w kategorii najlepszy film dokumentalny i zawsze znajdował się blisko głównych trofeów, czasem je zdobywał. W Stanach miał premierę w zeszłym roku, u nas w Polsce z początkiem tego roku i ciągle utrzymuje się na ekranach w wyselekcjonowanych kinach, pokazywany przebranej i bardziej wymagającej widowni. Z ekranów nie schodzi, co znaczy, że zawsze znajdzie się grono osób zainteresowanych, które mu kibicują i przyciągają następnych widzów.
Szukanie trufli, a więc skupiona, uważna praca, podjęta w ciepłym, przyjaznym towarzystwie, w otoczeniu kochających zwierząt, staje się do tego stopnia interesująca, wciągająca, a nawet więcej – staje się esencją życia. Słyszymy tu wprawdzie raz po raz tykanie zegara, ale nie jest to klepsydra, która zmierza ku nicości, zegar raczej punktuje upływ czasu i upływ bezczasu, bo jeżeli ktoś ma lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt i więcej, jak Carlo, który liczy sobie lat osiemdziesiąt osiem, to rozumie doskonale, że czas jest jedynie igraszką umysłu, jest pewną hipotezą, i gdy mu się bliżej przyjrzeć, to właściwie czas istnieje o tyle o ile. W życiu ludzkim tyle rzeczy dzieje się naraz, ono porusza się do przodu i wstecz, biegnie na boki, ogarnia rozmaite obszary. Czas jest po to, żebyśmy pamiętali kolejność elementarnych zdarzeń, taką mianowicie, że najpierw prysznic, potem mycie zębów, a dopiero w trzeciej kolejności śniadanie. Jeden z krytyków napisał, że tak właśnie powinna wyglądać jesień – w piemonckim lesie i wszędzie. Kluczową sceną w filmie jest ta, kiedy jeden ze starszych bohaterów filmu, który przez całe życie szukał tych grzybów w północnych Włoszech, pyta księdza, czego miałby się spodziewać w życiu pozagrobowym. Ksiądz na to odpowiada z całą prostotą, że w niebie także będzie polował na trufle. Bo jeżeli coś robi się z oddaniem, starannie i z miłością, to nie ma specjalnej różnicy, czy poświęca się temu w tym czy w przyszłym życiu.

Otóż to! Bo proszę zwrócić uwagę, że tę historię oglądamy z różnych – często skrajnych punktów widzenia. Ujęcia z dronu pokazują psa i samotnego łowcę trufli z dużej wysokości, wtopionych w las, w ten jedyny włoski pejzaż. Malują ich tak, iż widz ma wrażenie, że ogląda rysunek nakreślony ręką człowieka pierwotnego gdzieś w jaskiniach Altamiry, że ogląda coś odwiecznego, fundamentalnego, powracającego w wielkim kolisku życia. Kadry przypominają też niekiedy martwą naturę mistrzów włoskich, ich obrazy obyczajowe i sceny przez nich malowane, które nie tak wiele się zmieniły, mimo upływu setek lat. Ale te kadry przypominają również pocztówki, zdjęcia z folderów turystycznych, obrazy malarzy niedzielnych, malunki dzieci. Wracają w formule czegoś, co można by nazwać pejzażem rdzennie i niezaprzeczenie włoskim. Dla kontrastu oglądamy obraz filmowany przez kamery, jakie zamontowano na psich obrożach, a więc oglądamy to, co jest bliżej niż na wyciągnięcie ręki, bo tak układa się ludzkie życie. Mamy do czynienia z rzeczami bliskimi, uchwytnymi, doraźnymi, a jednocześnie przenika nas świadomość, że te wszystkie drobne codzienne czynności mają nieskończenie większy wymiar, że jesteśmy obserwowani i oceniani z wysoka. Ale serce lasu, jego wewnętrzną mapę, znają nie ci, którzy kreślili plany łowisk, nie twórcy planów, nie podglądacze z wysokości dronu. Las i jego mapę mają w sercach ci staruszkowie oraz ich wierne psy. Chronią tę mapę, ten wewnętrzny azymut, nie tylko jako źródło utrzymania, ale jako własny matecznik, miejsce, do którego przynależą teraz i mają nadzieję odrodzić się w tym samym pejzażu po śmierci.

Taki dokument jak „Truflarze”, a z nim pewna recepta na życie, na wiek podeszły nie jest bynajmniej we współczesnym kinie odosobniona. Na podobne obrazy natykamy się raz po raz. Z prostego powodu – żyjemy coraz dłużej, wiek – nazwijmy go emerytalnym – wydłuża się nam. Dobrze byłoby mieć interesujący pomysł na ten etap życia. Taki pomysł ma bohaterka filmu „Kraina miodu”, obrazu macedońskiego sprzed dwóch lat, nagradzanego obficie jak świat długi i szeroki. To pięknie fotografowany dokument, który rozwija się przed nami jak opowieść nostalgiczna, baśń, marzenie. W centrum jest 50-letnia Macedonka imieniem Hatidze, zakonserwowana gdzieś na skraju świata, w rozpadającej się ze starości górskiej chacie na północy Macedonii. Hatidze opiekuje się obłożnie chorą matką, próbuje sobie radzić z watahami migrantów, którzy plądrują górskie wioski, ale nie narzeka. Wystarcza jej, że pogodnie poddaje się upływowi czasu i rytmowi pór roku, w zgodzie z tym, co ofiaruje jej natura. A ta przynosi przede wszystkim przyjaźń z kolejnymi pokoleniami pszczół i z miodem, który te wdzięczne stworzenia hojnie ją obdarzają. Nie trzeba już wiele więcej, wystarczy, że Hatidze wyjdzie z chaty, spojrzy na rozległy pejzaż. Na zbudowaną własnymi rękami pasiekę. Ona i jej pszczoły. Podchodzi do nich ze śpiewem, z dobrym słowem, bez rękawiczek, miodu zaczerpnie tyle, ile trzeba, ani łyżeczki więcej, by się niepotrzebnie nie zadłużać u tych brzęczących przyjaciół, nie zakłócać ich upartej, mozolnej pracy i nie bezcześcić świętości ula. Poza tym – miód to liczne antybiotyki, które rozchodzą się po całym organizmie, reperują nasze zdrowie i urodę, niezależnie, czy miód jest gryczany, lipowy czy spadziowy. Wszystko to mają wykute na blachę inżynierowie pszczelarstwa, ale także wiedzą to z odwiecznych przekazów rodzinnych bartnicy, i to tacy z dziada pradziada, czy z babki prababki, jak Hatidze.

A my wracamy jeszcze do naszych truflarzy, bo przecież aż chciałoby się pochodzić po tych lasach ze starszymi łowcami, a zwłaszcza z ich psami, z Fioną, Titiną i z Birbą. Zresztą panowie są w tym wieku, w którym na dobrą sprawę najlepiej pogadać i najściślej porozumieć się można z własnym psem. Co tu dużo mówić, horyzont z czasem może się nieco zawęzić i on pozostaje jakby odwrotnie proporcjonalny do tych niezmierzonych przestrzeni leśnych, po których panowie się poruszają. Często uskromnia się, jak to zwykle w naszym wieku, do horyzontu ulubionego zwierzaka, dlatego starsi ludzie tak łatwo dogadują się ze swoimi ulubieńcami. Świat zewnętrzny poza nimi istnieje o tyle o ile, a często mógłby ni istnieć wcale. Oto cały sekret szczególnego powinowactwa między truflarzami i ich ulubionymi zwierzakami. Ta codzienność starszych mężczyzn jest niby zwykła, potoczna, ale ponieważ wiedzą, że zostało im nie tak wiele czasu, do każdej czynności przywiązują ogromna wagę, celebrują ją, smakują swój czas i swoje życie. Jest im dobrze tam, gdzie są i na sugestie, że mogliby wyjść do szerokiego świata, cierpliwie tłumaczą, że jest to im zupełnie niepotrzebne, bo oni swoje miejsce na ziemi znaleźli i czują się w nim doskonale. A co do – nazwijmy to – wysługi lat, to panowie są zażenowani swoim wiekiem, ale nie tym, że są tak po prostu starzy, tylko raczej tym, że inni tę starość zauważają, że pierwsze, co w nich widzą, to ich wiek, że rozmawiają z nimi jak z dziećmi, z osobami szczególnej troski. Ale oni wiedzą, że są posunięci w latach, lecz starości bynajmniej nie czują, nie czują starości jako pewnego uwiądu, zobojętnienia, wycofania się. O, nie. I jeszcze długo nie.
Zapraszam do lasu, na trufle, zapraszam do jesieni.


„Wesołe jest życie staruszka…” – skonkludowaliśmy losy poszukiwaczy trufli białej za piosenką Starszych Panów. I w rozwinięciu zaraz dodaliśmy, że starość przychodzi w bardzo różnym wieku, że bywa epizodyczna, pogłębiona i naskórkowa. I ze starość jest odwracalna. A w każdym razie koniecznie trzeba coś z nią zrobić. Nie pozwolić, by ona zawładnęła nami, lecz raczej starać się ją umiejętnie zagospodarować, pielęgnować ją i doglądać jej – jak się dogląda grządkę na działce pracowniczej.

Zresztą co innego naturalne osłabianie mocy naszego organizmu, a co innego poczucie, że jest się starym, to znaczy wycofanym (z życia), pozbawionym ciekawości świata, biernym i – niezainteresowanym ciągiem dalszym. A to przecież nie jest ściśle związane z metryką, czy raczej – jak akcentował pan z młodszego pokolenia – z „peselem”. Bo przecież można w wieku zaawansowanym wypuścić się do kasyna jak Morgan Freeman, Robert De Niro i Michael Douglas w filmie „Last Vegas”, by pozostać przy jednym tylko przykładzie filmu o „wesołych staruszkach”.

No i jakąś formą zapanowania nad upływającym czasem jest oglądanie filmów, które trzymają poziom i stawiają pytania. To sprawia, że pozostajemy w stałej dyspozycji intelektualnej do mierzenia się ze światem, utrzymujemy naszą wrażliwość, czujność, trzymamy nasze moce umysłowe na odpowiednich obrotach.
No i ciągle wymykamy się nocą, by raz jeszcze poszukać naszych trufli…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.