„Słudzy” – 25 lutego 2022

Szanowni Państwo,

dziś przed nami kolejny niełatwy, dociekliwy, dogłębny film – tym razem sygnowany jako czeski, choć pewnie zręczniej byłoby powiedzieć czechosłowacki. Oto obraz pod tytułem „Słudzy”.

Film jest, jak to często bywa w przypadkach produkcji, które poruszają temat ważny, ale przecież nie celujący w porwanie tak zwanych szerokich mas kinowych, więc film jest imprezą składkową, na którą pieniądze wyłożyły Czechy, Irlandia, Słowacja i Rumunia, w zamian za prawa do dystrybucji obrazu. U nas wszedł do rozpowszechniania w roku 2020, w momencie wystąpienia pierwszych objawów pandemii, może dlatego nikt nie miał dla niego należytej uwagi. Ale to jest pierwsza przyczyna, druga jest taka, że nie mamy odpowiedniego języka, nie mamy nawyku, nie mamy umiejętności, nie mamy zainteresowania ku temu, aby omawiać nasze sprawy religijne, obrzędowe, kościelne. Co tu dużo mówić, w naszym z definicji katolickim narodzie sprawy te spychamy do podświadomości zbiorowej. A potem mają je za nas załatwić albo filmy ściśle religijne, chciałoby się czasami powiedzieć dewocyjne, albo wręcz przeciwnie, filmy radykalnie krytyczne, dla wielu antyreligijne. I w jednym, i w drugim wypadku brakuje czasu i uwagi na analizę, na namysł, na pogłębienie obrazu. I tak się bujamy między dewocją i antyklerykalizmem, wszystko byle tylko ni zostawić sobie czasu na namysł, na próbę uchwycenia, zrozumienia tego, co w naszym polskim życiu wydaje się bardzo istotne. I dlatego składa się właśnie tak, że ten namysł importujemy sobie z bratniej Słowacji.

Autorem filmu jest Ivan Ostrochovsky. To rocznik 1972, absolwent studiów filmowych w Bratysławie. Ivan Ostrochovsky to utalentowany dokumentalista i jego „Słudzy” pokazywani są na wielu światowych festiwalach. Przyjechali tam z nagrodą, ale słowackie kina długo nie były zainteresowane tym filmem, obawiały się go, czekał na premierę w ojczystym kraju niemal trzy lata. Sam reżyser mówi, że istotą jego filmu jest kwestia rozliczeń z przeszłością jego kraju, a rodacy niechętnie się tych rozliczeń podejmują. On sam głosi tezę, że najważniejsza jest umiejętność stawiania czoła własnemu strachowi, własnym lękom, zwłaszcza w tych gorszych czasach, kiedy rzeczywistość nas paraliżuje. Ostrochovsky mówi wyraźnie, iż liczy na współdziałanie dziennikarzy, liczy, że wokół jego dzieła zacznie się jakiś ruch publicystyczny, że będzie o nim głośno. Nie dlatego, że sam film jako dzieło sztuki jest ważny, ale że Słowacja wreszcie powinna wyjść z narodowej katatonii, powinna się zacząć rozprawiać z własną przeszłością faszystowską. Tu warto pamiętać, że w 39 roku oprócz dwóch agresorów, czyli hitlerowskich Niemiec i sowieckiej Rosji, mieliśmy agresora trzeciego, od południa, czyli Słowację, która wypowiedziała nam wojnę. Strachovsky mówi dalej – nie kręcę filmów po to, żeby ktoś przyszedł do kina i powiedział „o, jakie to ładne”, ale po to, żebyśmy rozpoczęli debatę społeczną. Kręcę nie po to, żeby mnie chwalili w gazetach, ale po to, że trzeba wskazać nabrzmiały problem, próbować znaleźć dla niego rozwiązanie.

Zakreślmy kontur sytuacji filmowej. Mamy rok 1980, w Polsce socjalizm jest już w warstwie demontażu, przynajmniej jeżeli chodzi o jego tak zwaną nadbudowę, czyli propagandę, ale w Czechosłowacji trzyma się jeszcze bardzo dobrze. A tymczasem Michał i Juraj, studenci seminarium duchownego w tej totalitarnej Czechosłowacji, w obawie przed rozwiązaniem swojej uczelni, muszą się zdecydować, czy pójdą na bardziej łagodną współpracę z reżimem, tę w wersji soft, żeby jakoś ocalić własną niezależność, czy też będą próbowali stawiać opór, a wtedy nacisk inwigilacji policji politycznej będzie znaczni bardziej silny. Nie ma tutaj dobrego rozwiązania, w związku z tym film koncentruje się na cząstkowych próbach zaradzania sytuacji. W seminarium młodzi klerycy, jak to młodzi, pielęgnują w sobie ducha buntu i zaangażowania. Dla tych młodych ludzi kapłaństwo także bywa problematyczne. Część z nich znalazła się tutaj, żeby uciec od służby wojskowej, dla innych jest to jeszcze jedna przygoda życiowa, bardziej niż modlitwa wciąga ich gra w ping ponga czy piłka nożna; jeszcze inni w tym seminarium widzą raczej próbę trwania w oporze przeciwko komunistycznemu reżimowi, próbę w wersji soft, lepsze to niż wstąpić do jakiegoś podziemnego ruchu oporu, zapewne infiltrowanego przez bezpiekę, dać się złapać i wsadzić na długie lata do ciężkiego więzienia. No i pozostaje dylemat, jak urządzić się na polu walki między tym, co słuszne, tym, co wygodne, i tym, co dopuszczalne. Niektórzy z przyszłych księży po cichu kontaktują się z Watykanem, z Radiem Wolna Europa, a zwierzchnicy nie mają odwagi ani uciąć te kontakty, ani je wspierać. Dla nich liczy się przede wszystkim przetrwanie instytucji Kościoła w trudnych czasach, nawet jeżeli przyjdzie zapłacić za to pewną cenę. „Musisz zrozumieć, że nie jesteśmy tutaj po to, aby być szczęśliwymi” – mówi ojciec duchowy jednemu ze swoich wychowanków w tym katolickim seminarium. I rzeczywiście, zamiast duchowego spokoju, wychowankowie wpadają tutaj w stan wewnętrznego rozedrgania, zwłaszcza że akcja jest tutaj nieprzejrzysta, składa się ledwo przystających do siebie fragmentów, co dodatkowo wciąga widza w efekt dezorientacji.

A wszystko to razem to nie rozważania teoretyczne. Mamy tutaj bowiem środowisko organizacji Pacem in Terris, duchowieństwa licencjonowanego przez państwo. Stowarzyszenie księży Pacem in Terris – nazwa zapożyczona obłudnie od encykliki Jana XXIII – faktycznie działało w Czechosłowacji od roku 1971 aż do 1989. U nas mieliśmy w latach czterdziestych i pięćdziesiątych tak zwany ruch księży patriotów, związany z PAX-em, który miał być jakąś próbą przyhamowania, podważenia tej gry, którą prowadził z władzami kardynał Stefan Wyszyński. Takie próby zagarnięcia przez władze części duchowieństwa mają swoje liczne przykre konsekwencje. Między innymi i tę, że to filmowe seminarium wydaje się nie mieć innego celu, innej misji, że wspomnę o głoszeniu dobrej nowiny, o nawracaniu społeczności słowackiej; żadnej innej misji poza tym, żeby się jakoś zorientować wobec władzy państwowej, aby uskromnić ten nacisk ciężkiej komunistycznej łapy albo, by w jakimś drobnym zakresie wywiązać się z wymagań, a inny zakres wolności ochronić. Z związku z tym poza klinczem, poza podwójnym nelsonem, w którym tkwi władza i Kościół, nie widać tu już nic. Wrogiem seminarzystów i całego słowackiego Kościoła nie jest diabeł, nie jest jakaś postać zła wcielonego, nie są grzechy, nie są fatalne nawyki tej społeczności; obiektem jego starań nie jest faszystowska przeszłość kraju, ale zainstalowany tutaj system komunistyczny, który działa nieustępliwie, w milczeniu i, jak kobra królika, zmusza Kościół, żeby trwał zahipnotyzowany walką z tym jednym jedynym przeciwnikiem.

No i jeszcze – jak to zostało pokazane, czyli wyraz filmowy. Sporo tu klimatu z filmów noir, z monochromatycznymi zdjęciami, zawężonymi do czerni i bieli, o wysokim kontraście. Do tego przytłaczające, bardzo wymowne kadry, jak ten stos sześćdziesięciu czterech skonfiskowanych maszyn do pisania jako symbol niezależnej myśli, przeznaczonej przez władzę na złomowisko. Akcja filmowana jest często z góry, co nadaje obserwowanym wydarzeniom perspektywę Boga. na ziemi często bywa duszno i ciasno, w sensie metaforycznym, co podkreśla klaustrofobiczny ciasny dziedziniec seminarium. Kamera Juraja Chlpika porusza się w stylistyce, jak to się mawia w świecie filmowym, kałuży mleka i atramentu. Ten zimny wizualny blask kojarzy się oczywiście z filmami Pawła Pawlikowskiego. Kompozycje plastyczne bardzo, czasami nawet za bardzo, przypominają „Idę” i „Zimną wojnę”. A warto pamiętać, że współautorką scenariusza filmu „Słudzy” jest Brytyjka Rebecca Lenkiewicz, która wspólnie z Pawlikowskim napisała scenariusz do „Idy”. Ten wizualny chłód ma jeszcze jedną przyczynę, mianowicie w całym filmie nie pojawiają się kobiety i od tej przesiąkniętej strachem męskości też robi się zimno.

Film opowiada wprawdzie o środowisku seminaryjnym, które jakoś próbuje uporać się z naciskiem władzy totalitarnej, ale to jest tylko figura całego społeczeństwa, które w tamtym czasie równolegle również próbowało współżyć, a w jakiejś części nawet ochoczo kolaborowało z reżimem. Film opowiada o przeszłości, jego zadaniem nie jest potępianie kogokolwiek, ale próba zrozumienia, jak ważne doświadczenie Słowacja, jako kraj przez pół totalitarny, ma w swoich dziejach. I mamy tutaj odsłonę odwiecznego konfliktu między Kościołem i państwem, który przybiera najrozmaitsze formy od najwcześniejszych czasów chrześcijaństwa, kiedy to Jezus sformułował zasadę, że należy oddawać co cesarskie cesarzowi, a co boskie Bogu. Ale granic między jednym a drugim ciągle jest wiotka, niepewna, trudna do ustalenia, Kościół ciągle się z nią mierzy. A gdyby się komuś wydawało, że to wszystko historia, że dawno i nieprawda, że u nas się tych problemów nie stwierdza, niech sobie włączy telewizor. Albo lepiej – radio. Już on będzie wiedział, jakie radio…


Podsumowanie dyskusji

Sprawa tylko pozornie jest odległa – z naszego, polskiego punktu widzenia: dylematy słowackiego duchowieństwa w czasach głębokiej komuny. Tymczasem dyskusja po filmie wykazała, że dotknął on odsłoniętego nerwu. Że i my tu, w Polsce, nie do końca odrobiliśmy lekcję, nie przewałkowaliśmy dostatecznie tematu: duchowieństwo-aparat komunistyczny-wierni. Wypłynęła sprawa księdza Popiełuszki, która – być może – ma swoje drugie i trzecie dno. A mówi się o tym mało i nie zawsze to, co by mówić należało. Uczestnicy DKF-u służą pełną pulą przykładów.
Mnożą się paralele – przywołany został na przykład film Wojciecha Marczewskiego „Dreszcze” (1980), który pokazuje obróbkę młodych ludzi na obozie komunistycznego harcerstwa w latach 50. minionego wieku. Co – mniej więcej – odpowiada każdej sytuacji, w której młodzi ludzie odcięci od świata zewnętrznego i zdani na wtłaczaną im do głowy jedną wersję rzeczywistości, wyrastają na ciasnych fanatyków.
Wraca temat braci Słowaków i ich prohitlerowskiego państwa satelickiego z księdzem Józefem Tiso na czele. O czym Słowacy raczej nie chcą słyszeć. Wraca temat prześladowań Kościoła w Czechach, które były o wiele bardziej drastyczne niż w PRL-u. Odzywają się echa czeskiej klęski w bitwie pod Białą Górą (1620), która – po całym łańcuchu wydarzeń – doprowadziła do tego, że dziś Czechy pozostają jednym z najbardziej ateistycznych krajów Europy.
W każdym razie – jest o czym mówić.
W dodatku zabrakło części dyskutantów – przemiłe panie, z którymi zazwyczaj oglądamy filmy, poszły na więc poparcia dla Ukrainy. „Szcze ne wmerła Ukraina!” – zawołaliśmy razem na parkingu. Barwy narodowe Ukrainy powędrowały w górę…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.