Qui pro quo

Na polach wiosnę nie bardzo widać, chyba że na horyzoncie.:

Z trasy. Kodeń nad Bugiem. Z jego sanktuarium i świętym obrazem, który został skradziony w Rzymie, o czym jest powieść „Błogosławiona wina” Zofii Kossak-Szczuckiej. Feretron ku czci św. Ekspedyta, patrona żółnierzy. Czyli św. Ekspedyt zabijał, ale się nie cieszył? W kościele konfesjonał z podpisanymi wejściami. Bo gdyby uczestnicy spowiedzi pomylili się i zamienili – nie daj Bóg! – miejscami, mogłoby być zabawnie…:



A koniec dnia – na autostradzie, jak zwykle.:

3 przemyślenia nt. „Qui pro quo

  1. Z tą zamianą miejsc jest jak w dowcipie z Chuckiem Norrisem. A teraz w Polsce władza chyba oczekuje żeby pewien sędzia przyznał się do winy. Nieoczekiwana zmiana miejsc bywa medialnie bardzo twórcza.

  2. Przepraszam za oczywistość, ale kto tam teraz zrozumi co znaczy „penitent”. Zresztą się brzydko kojarzy, nikt nie chciał, żeby go tak we wsi nazywali. A „spowiednik” to przecież ten, co się spowiada, co nie? Nie było wyjścia, trzeba był napisać wyraźnie „kapłan”. Mogli dodać jeszcze „nie włazić!” dla większej precyzji.

  3. Zapewne racja. Ale – błagam! – nie brnijmy w to. Przecież jak się za takim penitentem drzwi zatrzasną, to on może już nie wyjść. Zostanie z niego tylko kawałek scenariusza do filmu z gatunku „gore”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *