Poranek kojota

Wyborcza: „Bill Withers nie żyje. Świat śpiewa dziś >Ain’t No Sunshine<„. R.I.P. Kiedy wchodziliśmy na salę maturalną w 1978 roku chojrakowaliśmy podśpiewując „Znowu w życiu mi nie wyszło…”

O szóstej rano, kiedy tylko błysnął pierwszy promyk, ja już udałem się na podpoznańskie pola (destynacja: Chomęcice) z paragrafu: „zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego”. A należy do nich przecież dbałość o dobrą kondycję psychiczną w tych trudnych czasach. Wprawdzie do lasów wstępować nie wolno, ale są ludzie, którym wirus niestraszny. To drwale. Oni swą odpowiedzialną pracę wykonają nawet w najtrudniejszych warunkach. W końcu dotarłem nad jezioro, nad którym byliśmy ledwie parę godzin wcześniej – o zmierzchu. Oczywiście „celem zaspokajania…” itd.:

Film objerzany dzięki… itd. „Długie pożegnanie” Robert Altman według Chandlera. Z naciskiem na „według”…:

6 przemyśleń nt. „Poranek kojota

  1. „Jeszcze tylko ten las!” – to refren Doroty, kiedy – co rzadkie – idzie ze mną połazić. A moje leśne spacery skończą się któregoś dnia jak ten w filmie. I wcale nie pomoże mi, że nie noszę przy sobie żadnych rodzinnych fotografii. A z panią Hanin gawędziliśmy po premierze. Przemiła kobieta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *