Olga Drenda „Wyroby. Pomysłowość wokół nas”

Olga Drenda „Wyroby. Pomysłowość wokół nas”:

Z ogromną przyjemnością. O najrozmaitszych przejawach twórczej improwizatorki.
Cytaty:

Obserwowałam, ile lęku i fascynacji może wyzwolić w człowieku spłowiała reprodukcja. Tak uświadomiłam sobie istnienie w y r o b ó w. To przedmioty o rozmaitym zastosowaniu i różnie datowane. Można nazywać je na wiele sposobów: samoróbkami, amatorką, twórczością nieprofesjonalną czy spontaniczną, bibelotem, gadżetem, albo lekceważąco: tanizną, badziewiem. Słownik zna dla nich więcej niepochlebnych niż neutralnych czy życzliwych określeń.

Władysław Hasior nazywał podobne zjawiska sztuką powiatową.

Trafnie podsumowali sprawę młodzi ludzie w pewnej archiwalnej ankiecie, w której pytano ich, cóż to sztuka ludowa: „za twórcę ludowego uznawany był przez jednych i tych samych informatorów Mikołaj Kopernik (»bo wymyślił coś, czego nikt przed nim nie wymyślił«) i Adam Słodowy…

To pączkowanie domu, specyficzna właściwość polskiej architektury, o której przed wielu laty pisał Tadeusz Chrzanowski, widuje się do dziś, mimo ofensywy gotowego budownictwa z katalogu: domy jakby sklejone z niepasujących części, drewniana z murowaną, czerwona cegła z pustakiem, stara z nową, dolepiane piętra i bliźniaki, stawiane naprędce, czasami na przekór wszelkim zasadom proporcji. Za sprawą tej samoróbkowej natury są to po prostu domki-wyroby.

Dzisiejsze komputerowo upiększone fotografie to poniekąd spadkobierczynie monideł. Zamówienia zbierali domokrążcy, klient powierzał im zdjęcie oryginalne, a wykonane dzieło wysyłano pocztą. Nie każdy był zadowolony. Witold Englender, kolekcjoner fotografii, w tym monideł, znalazł kiedyś taki list: „Odsyłam zrobiony portret, gdyż żadnego podobieństwa mej twarzy nie ma. Twarz z jednej strony wygląda jak u człowieka chorego na tak zwaną chorobę »świnkę«. Zeza od urodzenia nie miałem. Moi koledzy, którzy mnie znają od dzieciństwa, nie mogli znaleźć najmniejszego podobieństwa mego. (…) Z brakorobami prowadzi się walkę i brakorobom położy się kres – skończyły się już czasy żerowania na klasie robotniczej.

Rodzimym dostawcą mass market art były przede wszystkim kioski Ruchu. To tam nabywano niezmiernie popularne reprodukcje Słoneczników czy polskiej klasyki – Babiego lata, Lecą bociany i Wierzb nad moczarami.

Niekwestionowaną królową dziecięcego portretu pozostawała jednak Danuta Muszyńska-Zamorska ze swą łagodną egzotyką wizerunków malców z różnych zakątków świata w duchu „wszystkie dzieci nasze są”, akwarelami z buziami zamyślonymi i roześmianymi, a przede wszystkim – najsłynniejszą, przytulającą gołębią dziewczynką o nieco zmartwionym czole. Jej prace zdobiły cegiełki na Centrum Zdrowia Dziecka, trafiały na talerze wałbrzyskiej fabryki Porcelana Krzysztof i na pocztówki, a reprodukcje na ścianę sprzedawano w kioskach Ruchu.

Oleodruk to dziecko nowoczesności, czasów reprodukcji masowej: był wielkonakładową drukowaną grafiką, lecz za sprawą połysku, ozdobnej ramy i skali udawał prawdziwy obraz olejny. Sceny i gesty malowanych postaci czerpano z klasyki malarstwa, dodając im dramatyzmu i jaskrawości, które czyniły je bardziej cenionymi na masowym rynku.

Król obrazów fabrycznych, wiedeńczyk Hans Zatzka, słynął z pracowitości. Podobno był w stanie stworzyć dwa obrazy na tydzień. Specjalizował się w tematyce anielskiej. To on namalował znanego z dziesiątek wariantów anioła stróża pilnującego dzieci przechodzące przez kładkę.

Choć eksperci życzyli sobie, by robotnicy malowali najbliższe sobie otoczenie i realistyczne sceny z pracy, okazało się, że wśród prac nadesłanych na pierwszą wystawę plastyki górniczej w 1958 roku przeważały kwiaty, pasterki, jelenie, baranki, czyli cały standardowy pakiet malarstwa nazywanego już wtedy powszechnie i nie bez lekceważenia landszaftowym.

„Najwięcej oczywiście było gipsowych Madonn różnych wymiarów – od dziesięciocentymetrowych do dwumetrowych. Pomalowane olejno na biało, w błękitnych płaszczach, miały twarze słodkich, konwencjonalnych piękności. Po wężu na globie, różańcu czy rozstawieniu rąk fachowcy odróżniali »Lurdki«, »Łaskawe«, »Różańcowe« itp. Do wnętrza tych figur chałupnicy gipsiarze pakowali kamienie, aby nadać im pozór solidnych…”.

estetyka małych szczęść opanowała cały świat.

Widok na Nowy Jork nocą to prestiż, Audrey – aspiracje do ponadczasowej elegancji (wybieramy ją sobie na patronkę), biała familijna tabliczka – to spokój własnej, małej działeczki, rysunek z Małą Mi komunikuje, że nie jesteśmy zawsze na serio.

Są bajery tak bezczelnie wprost bezużyteczne, że wypada tylko podziwiać piękno czczego wysiłku włożonego w ich wymyślenie. Jakie procesy umysłowe mogły się w końcu przyczynić do powstania śpiewającej gumowej ryby do zawieszenia nad drzwiami?

… na zwyczajnym spotkaniu towarzyskim: dorośli grają w makao, dzieci zbijają bąki w drugim pokoju, powietrze gęste od klubowych, z płyty leci Demis Roussos, goście jedzą krakersy i drylowane wiśnie z kompotu, na stolik kawowy wjeżdża włóczkowy pudelek, a w nim nalewka gospodyni według przepisu z „Przyjaciółki”…

Oczywiście jako kwietnik może posłużyć sama opona pomalowana na dowolny kolor, ale to zbyt proste. Dlatego widujemy filiżanki, z dwóch opon, w deseń groszkowy, czajniki z trzech, takież studnie życzeń. Nieco bardziej pracochłonny jest zwierzyniec bogatszy w detal niż łabędzie. Aby wykonać rzeźbę kotka, oponę należy pociąć na krótsze i dłuższe odcinki, z których powstanie tułów, głowa, łapki i uszy; podobnie tworzy się zebry i słonie, które widziałam w Sztumie.

… zapobiegliwość wyuczona w PRL-u nałożyła się na transformacyjną biedę. W takich okolicznościach w starym swetrze łatwo było zobaczyć coś do uszczelnienia okna, a nadwozie syrenki przerobić na tymczasowy kurnik.

Z niemal każdego czegoś dawało się zrobić inne coś. Niedobory sprzyjały wykształceniu postawy, którą nazywamy dzisiaj zero waste. Stary mebel naturalną drogą zyskiwał nowe życie na działce, puszka po rurkach waflowych na kolejne dwadzieścia lat stawała się przydatnym akcesorium, na przykład pojemnikiem na śrubki, opakowanie po bombonierkach – obrazem.

Dzisiaj „Wenusy” dostępne są w nieco szerszym asortymencie: popularnością cieszy się Dawid Michała Anioła i rzeźbiarska wersja Narodzin Wenus Botticellego – znajdziemy je w ofercie niemal każdego producenta galanterii rzeźbiarskiej w kategorii „antyk”.

Są tacy, którzy przekonują, że Polska leży na złym kontynencie i jesteśmy w rzeczywistości krajem bliższym Ameryce Południowej. W wypadku wyrobów – monideł, murali, gipsowych dekoracji, zabawek z plastiku – z pewnością coś jest na rzeczy, niemal identycznie produkowano niegdyś w Wenezueli.

Dzisiaj zło emanuje tabliczką z rozmaitymi przekazami: „Wchodzisz na własne ryzyko”, „Zły pies, a gospodarz jeszcze gorszy”, „Uwaga, dobry pies – gryzie”…

Zachęcani przez gminy i sołectwa gospodarze i gospodynie biorą udział w konkursach na najbardziej efektowną rzeźbę z bali słomy. Wykonuje się z nich figury rolników w odświętnych strojach, traktory, prosiaczki („Zamiast na wędlinki, jedziemy na dożynki”)…

Pan Gacie, absurdalny i śmieszny, ale mimo wszystko bezgłowy, należy do tej szufladki w wyobraźni co oskalpowane głowy lalek przerobione na doniczki czy sadzawka, z której wystaje ceramiczna ręka „topielca”.

Beata i Żółty jesienny liść rozchodziły się drogami pozaradiowymi, na kioskowej pocztówce, śpiewane przy akompaniamencie gitary w blasku ogniska, zapisane w wakacyjnym śpiewniku. „Dla tych żółtych liści kupiłem sobie gitarę ze sklejki”, pisze dziś w sieci wierny słuchacz, wspominając swoją bigbitową młodość. Podobne legendy towarzyszyły zresztą postaci samej Beaty z piosenki. Być może wierzono, że tak wzruszający przebój musiał mieć prawdziwą adresatkę; restauracja Albatros istniała wszak w rzeczywistości (ba, wciąż istnieje, i serwuje drink o nazwie Zemsta Beaty). Plotki krążą do dzisiaj: Beata mieszka w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, mieszka w Suwałkach, była córką prominenta, pracowała w restauracji albo w kiosku, poślubiła Turka, a poza tym w ogóle nie miała na imię Beata. Zbiorową wyobraźnię poruszał także inny przebój epoki – Biały miś.

Beata i Żółty jesienny liść rozchodziły się drogami pozaradiowymi, na kioskowej pocztówce, śpiewane przy akompaniamencie gitary w blasku ogniska, zapisane w wakacyjnym śpiewniku. „Dla tych żółtych liści kupiłem sobie gitarę ze sklejki”, pisze dziś w sieci wierny słuchacz, wspominając swoją bigbitową młodość. Podobne legendy towarzyszyły zresztą postaci samej Beaty z piosenki. Być może wierzono, że tak wzruszający przebój musiał mieć prawdziwą adresatkę; restauracja Albatros istniała wszak w rzeczywistości (ba, wciąż istnieje, i serwuje drink o nazwie Zemsta Beaty). Plotki krążą do dzisiaj: Beata mieszka w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, mieszka w Suwałkach, była córką prominenta, pracowała w restauracji albo w kiosku, poślubiła Turka, a poza tym w ogóle nie miała na imię Beata.

Pocztówkowy obieg upowszechnił też nagrania artystów polonijnych z Małym Władziem na czele, kapel podwórkowych i ludowych, jak słynna z kupletów o łysych grupa Walcmany. Te wydawnictwa musiały się cieszyć sporą popularnością, bo wiele kopii nadal krąży w kolekcjonerskim obiegu. „Kiedy ich słuchałem, już przy trzeciej chciałem rwać sztachetę z płotu i komuś przydzwonić w ryło.

Zagraniczni kolekcjonerzy oferują dziś imponujące kwoty za polskie figurki postaci z Gwiezdnych wojen, w latach osiemdziesiątych sprzedawane między innymi na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Sławę zawdzięczają one zupełnie wywrotowemu podejściu do oryginalnych wzorów – proporcje figurek są nieco nonszalanckie, a kolory zupełnie nie do pary.

… centrum chińskie zasila nasz rynek również uroczymi akcesoriami papierniczymi, pamiątkami z Krakowa, o tematyce papieskiej, niezamierzenie erotycznymi gadżetami czy przydatnymi w życiu codziennym przedmiotami o nazwach przełożonych przez Google Translate („dezodorant wchłaniać potoddychający”; „wsparcie cielęcej” – to elastyczny bandaż na łydkę).

… wizyta w centrum chińskim przynosi momenty drobnych zachwytów, ale i grozy: niektóre przedmioty tam zebrane wyglądają tak, jakby zaprojektowała je sztuczna inteligencja, tak silny jest w nich element przypadkowości i nadmiaru: przedmioty, które powstały nie wiadomo, w jakim celu, i tak samo nie wiadomo, co z nimi zrobić, gdy się nie sprzedadzą.

W mieście kratami samoróbkami chętnie zasłaniano balkony w blokach, zwłaszcza parterowe, na które lubili się wspinać włamywacze. Kraty w pikasy, czasami wzbogacone jeszcze dodatkową ozdobą czy napisem, zabezpieczały drzwi i okna sklepów i punktów usługowych. Znam taką nieczynną już pocztę z metaloplastycznym napisem „Poczta” i kratę głoszącą, że znajduje się tu foto-optyka, choć teraz sprzedaje się tam pierogi. Dzisiaj wciąż można znaleźć liczne duchy niegdysiejszych usług. Apteki anonsowały się wężami Eskulapa, sklepy rolno-spożywcze – owocami, antykwariaty – sową z książką. Metaloplastyka na potrzeby religijne przyniosła ozdobne napisy i wzory na bramach kościołów i cmentarzy. Na teren Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie zaprasza brama samoróba zdobna w okrąglutkie czołgi.

W książce amerykańskiego pisarza Howarda Rheingolda, They Have a Word for It, poświęconej nieprzetłumaczalnym pojęciom w różnych językach świata, pojawiają się polskie „fucha” i „załatwiać”.

Krasnale dwuwymiarowe, wycięte z grubej blachy, jedne na nartach, inne w towarzystwie muchomora, dzielnie dźwigały bożonarodzeniowe drzewko w niejednym polskim domu, również u mojego towarzysza wyprawy. Wycinano je według szablonu o nieustalonym pochodzeniu, a malowano według uznania, co oznacza, że właściwie każdy model jest wyjątkowy.

Czasami ktoś rozpozna charakterystyczny kształt i po latach zidentyfikuje pochodzenie płotu. W legnickiej restauracji Pod Klonem, przed wojną nazwanej Świątynią Muz (Musentempel), fantazyjny płotek zdobi rytmiczny deseń z wyciętych płóz do łyżew (chyba z wrocławskiego Polsportu), przyozdobionych blaszanymi liśćmi klonu.

… działka jest królestwem metalu

Tu rządzi zasada, że nawet jeśli coś wygląda dziwnie, ale działa, to znaczy, że wcale nie jest dziwne.

… wyciąga z szopy blaszaną sarenkę. Taką sarenkę widzieliśmy już w kilku innych miejscach: minimalistyczna, zgrabna, spoglądająca za siebie. Wycięto ją starannie i pomalowano, nie zapominając o białym brzuchu i ogonku.

Zastanawiam się, co mógłby umieścić na swojej furtce działkowicz programista albo menedżer projektu. Bukiet laptopów?

Inny działkowicz pragnął mieć, na znak patriotyzmu, płotek z orłem w koronie. Pech chciał, że fachowcy wykonali orła podobnego do tego z herbu Niemiec, co stało się przyczynkiem do żartów ze strony sąsiadów: oto polski patriota, którego zaczęto przezywać folksdojczem. Rozgoryczony działkowicz w akcie desperacji zdekapitował ptaka, który siłą inercji tkwi tam do dzisiaj, wciąż bez głowy.

Hefajstos mieszka na wyspie na Pomorzu, jest emerytowanym ślusarzem i mechanikiem. Gdy go odwiedzam, właśnie spawa ze starych rynien rycerza-wikinga. Jak sześćdziesiąt lat temu, kiedy jego rzeźby zobaczył Władysław Hasior. –

„Skoro wynaleźliśmy już koło, możemy budować najrozmaitsze pojazdy”, zachęca Słodowy w odcinku Mały samochodzik i można odnieść wrażenie, że to proste jak pstryknięcie palcami. Prezenter radził, by niczego nie wyrzucać i starać się widzieć w każdym materiale coś potencjalnie przydatnego („Takie kawałki blachy można znaleźć na podwórkach sklepów papierniczych, spożywczych. Służą do pakowania skrzyń. Możemy zbudować z nich na przykład elektryczny labirynt”).

… starą piosenkę Kazimierza Grześkowiaka, hołd dla gospodarskiej pomysłowości: Wszyćkie mówią mi osoby: Zajmijcie się wreszcie rolą. A jo wiecie mom te hobby, że buduję se samolot. Miół pón dziedzic swoją brykę, mają inne wołgi czarne, jo ze starą zaś na weekend samolotem se nad Warne. Konia dzisiaj nie podkuję, Ni na zastrzyk pójdę z krową, Czasu ni mom, bo buduję Telewizję kolorową. Jak się uprę, jak się uprę, każdy wie. Nie przeonaczy nijak mnie Prezes, sołtys, sekretarz, Prasa, radio, kobita.

Gospodarze mimowolnie wdrażali w życie zasadę projektowania, którą proponowali w latach siedemdziesiątych Charles Jencks i Nathan Silver, i którą nazwali adhocism: podejście, w którym, aby osiągnąć cel, działa się bez planu, doraźnie, z dostępnych pod ręką materiałów i w ramach sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy. „To musi się do czegoś przydać” – to zasada adhocism w odniesieniu do przedmiotów, które często są wykorzystywane niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, ale nie szkodzi: najważniejsze są doprowadzenie sprawy do celu, pomysłowość i funkcja. Zresztą, jak głosi jedno ze słynnych praw Murphy’ego, „jeśli coś wydaje się głupie, ale działa, to znaczy, że nie jest głupie”. Jencks i Silver pisali o takim twórczym podejściu do świata zastanego jako czymś odświeżająco naiwnym (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), śmiałym, inspirującym, wprowadzającym do codzienności element zabawy; widzieli je w architekturze, dizajnie, literaturze i sztuce. Ale dla ludzi, którzy nie byli zawodowymi projektantami czy artystami, adhocism stanowił oczywistą praktykę wynikającą z okoliczności życia, i często nie miał w sobie ani odrobiny romantyzmu. Matką wynalazku była tu przede wszystkim potrzeba…

Współczesnym odpowiednikiem turbinki jest magnetyzer, który – jak zachwala producent – ma zmniejszyć zużycie paliwa aż do dwudziestu procent dzięki generowaniu pola magnetycznego w przewodach doprowadzających paliwo do silnika. Badania co prawda nie wykazują jakiegokolwiek wpływu magnetyzera na działanie silnika, ale obiekt ten działa w inny sposób: na wyobraźnię kierowcy, podsuwając mu teorię, która brzmi na pierwszy rzut ucha całkiem przekonująco.

… obserwacje o poczciwym maluchu: „Jest to jeden z ostatnich w Europie samochodów, który nie broni do siebie dostępu, nie jest »opleciony« elektroniką; daje się rozkładać, składać, przekształcać. Łatwo poddaje się zmianom wyglądu i funkcji”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *