Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”

Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”:

Cytaty, cz.2:

Pytałem, jaki jest mój numer telefonu, pod który gość dzwoni, i jak gość z drugiej strony tego numeru był na tyle rezolutny, żeby go podać, czyli inaczej mówiąc, miał IQ wyższe niż numer kierunkowy do stolicy, potrafił wygrać skuter. Było totalnie.

Staszewski tego dnia zabrzmiał jak rymujący Władimir Wysocki. To było ryzykowne posunięcie. Mówiąc językiem kierowców, wokalista wjechał na późne pomarańczowe.

Zresztą z tą producentką przestaliśmy się liczyć od czasu, gdy wyznała nam (w tajemnicy, więc mówię o tym tylko wam), że musi zmienić psychoterapeutę, bo ten ostatni wyznał po roku spotkań, że na jej miejscu to by się powiesił.

Podobno człowieka można najlepiej poznać i ocenić po tym, jak on tańczy. Widziałem, jak on tańczy. Wykonywał ruchy, jakby porządkował piwnicę albo układał weki na półkach.

Swoją rolę w teatrze postanowiłem opanować, tak jak opanowuję każdą rolę w swoim życiu. Wysłuchać wszystkich rad tych, którzy wiedzą lepiej, i zrobić to po swojemu.

K. pracowała w radiu o tej samej nazwie co radio, w którym pracowałem i ja, i ewidentnie nie była przewodniczącą klubu radykalnego celibatu.

Sama o sobie mawiała, że od dziecka była zepsutą dziewczynką, a później jej się jeszcze pogorszyło.

Jej kobiecość przyspieszała w trzy sekundy do setki.

Była grzesznicą doby mediów społecznościowych. Jak się później okazało, sztywne łącze łączyło ją nie tylko ze mną, lecz także z najpopularniejszym ówcześnie prezenterem Polsatu. Ale jak powszechnie wiadomo, zepsute kobiety mają skłonność do sięgania po gwiazdy z różnych galaktyk.

Zawsze uważałem, że żyjemy w kraju, w którym dekalog uczy nas wyłącznie tego, że „nie” z czasownikami pisze się osobno.

Jest taki termin fachowy, który nazywa się „pocałunek Posejdona”. Występuje on w momencie, kiedy delikwent spoczywa na tak zwanej desce ustępowej, oddaje rurom kanalizacyjnym, co im należne, i jego czcigodne pośladki ochlapie woda z kibla. Niby banalna przypadłość, ale nazwa szlachetna.

Ten program nauczył mnie, że występ wokalny może być wielką tajemnicą dziwnego życia. Że nie ma barier estetycznych i psychologicznych. Że wielkie emocjonalne lokomotywy, typu Show Must Go On, można wykonywać z miną i zaangażowaniem jegomościa, który przyszedł naprawić cieknący kran. A jakieś harcerskie koszmarki, oazowe przytupy i szantowy bełkot z namiętną dynamiką prymusów z Al-Kaidy.

Zabawa się skończyła. Zaczęły się dożynki.

… w zależności od regionu Polski, jak się powie dziewczynie: „Odpierdol się”, to jedna się obrazi, a druga się elegancko ubierze.

… do tradycyjnej triady polskich marzeń – rodzina, zdrowie, praca – dołącza coraz wyraźniej, bo coraz wyraźniej widać to w diagnozach społecznych, jeden ważny element: potrzeba sławy. Dostrzeżenia. Choćby chwilowego i choćby przez przypadek.

Dostawał wypłatę przypominającą datę chrztu Polski,

Lubił wypić jak anestezjolog – do utraty przytomności.

Są ludzie, którzy po wejściu do zatłoczonego autobusu próbują powoli dotrzeć do kasownika, by skasować bilet, a są i tacy, którzy proszą, aby wyrwać kasownik i im podać.

Podobno życie składa się tylko w dziesięciu procentach z tego, co ci się przytrafiło, a w dziewięćdziesięciu procentach z tego, co z tym robisz.

Karolina Korwin-Piotrowska. Kobieta, która uwielbia cytować siebie oraz skrupulatnie opisywać swe pozostałe zdolności. Gdyby miała poczucie humoru na własny temat, miałaby ubaw do końca życia.

Prezerwatywa to ważna rzecz. Przez jej brak straciliśmy Freddiego Mercury’ego i zyskaliśmy Justina Biebera.

… jak mówi stare wietnamskie przysłowie: „Pies, który szczeka, jest niedogotowany”.

… jak to mawia jedna z moich nieletnich koleżanek: „Ten temat mnie nie zwilża”.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że każdy szanujący się producent telewizyjny zawsze ma w swoim kajecie listę takich gości, co to nigdy nie odmawiają. Przyjdą wszędzie i zawsze, czy to jest program o granulatorach trocin, bolesnych miesiączkach, chodnikowych sprzątaczach gum do żucia czy problemie głodu i niedożywienia. Oni zawsze chętnie wpadną, dodadzą coś od siebie, zadumają się nad złożonością świata, ewentualnie pokiwają się na studyjnych kanapach niczym dziecko cierpiące na chorobę sierocą.

… sprawiała takie wrażenie, jakby gustu muzycznego uczyła się korespondencyjnie i niestety znaczna część korespondencji zaginęła.

Kasa z kolei zawsze wyglądał mi na kozaka z cyklu „ale wczoraj był melanż, piliśmy colę i jedliśmy czipsy do północy”.

Niestety w naszym kraju, otępiałym od nieczytania, niesłuchania, zamulenia tabloidami i prześladowanym przez najgorszy nowotwór informacyjny, czyli tak zwane serwisy plotkarskie, czytanie ironii, metafory lub abstrakcyjnego dowcipu notowane jest w stanach niskich. Polakowi trzeba często powiedzieć powoli i podając terminy: „Uwaga, zaraz będzie żart”. „Uwaga, to jest kabaret, facet przebrany za babę. To raczej śmieszne. Wypada się śmiać”.

… moja babcia, gdy postanowiła jeszcze za życia zamówić sobie trumnę i trafiła na szyld „Zakład Pogrzebowy – Dariusz Wyrucha”.

Dariusz Szpakowski: „Poprzeczka została podniesiona na wyższą wysokość, to znaczy wyżej”.

… ja należę do osób, które wolą być nieszczęśliwe w ferrari niż na rowerze.

Podczas pierwszej wizyty, jeszcze w Polsacie, Leon wtargnął przed nagraniem do mojej garderoby i oświadczył: „Dziecko, ja znam standardy światowe i wiem jak to jest. Masz może kieliszki?”. I wyciągnął zza marynarki okazałe pół litra. Kieliszków nie miałem, ale alkoholu ubyło.

Majka Jeżowska, przesympatyczna i rozgadana. Akurat jej się zebrało na wspominki, że jadąc onegdaj samochodem na trasie Warszawa–Gdańsk liczyła facetów szczających przy drodze. I wyszła jej ilość moczowo znacząca.

Schimscheiner, który, co tu ukrywać, pojawiał się u nas zawsze, gdy nie było szans na nikogo innego.

W Polsce mojej młodości zacnie było być człowiekiem zdolnym. Wtedy poprzez swoje dokonania zyskiwało się uznanie, a potem coś w rodzaju sławy. Dziś zaczyna się od sławy, rzadko przychodzi uznanie, a na dokonania to już raczej brakuje czasu.

Gdyby Edyta Herbuś zatrzasnęła się na tydzień w toi toiu, to z hukiem upadłoby kilka gazet.

Tu jest Polska, każdy ma obowiązek być taki sam. Pamiętacie Randle’a Patricka McMurphy’ego z Lotu nad kukułczym gniazdem? „Jeśli pan nie chce przyjąć lekarstwa doustnie, będziemy je musieli zaaplikować w inny sposób. Nie sądzę jednak, by się to panu spodobało”.

Krystyna Janda opowiadała mi kiedyś: – Mam takiego pana, którego zatrudniam, który likwiduje co rano hejty. – Jezus Maria, to on pracuje 24 godziny na dobę u pani. – Nie, tylko rano, likwiduje po całym dniu. – Ale jak można panią hejtować? Jakie są hejty? – „Ty komunistyczna kurwo, spierdalaj z tego kraju”. – Ktoś tak napisał?! – A ja mówię na to: „kurwa” rozumiem, ale „komunistyczna”?

Pudelek, Plotek i reszta to nic innego jak mentalność PiS-u w wersji pop.

Podróże kształcą, ale głównie wykształconych.

„Co mówi huragan do palmy kokosowej? To nie będzie zwykłe dmuchanie”.

Samochody są bowiem jak kobiety. Im młodsze, tym droższe.

Trzeba wiedzieć, że w Polsce posiadanie dobrego samochodu jest społecznie naganne i krzywdzące innych. Bo tutaj szczęście jest policzalne. Jak ty masz, to znaczy, że podpierdoliłeś innemu. W kraju głupawego fałszywego egalitaryzmu twój komfort życia odbierany jest jako element pozbawienia komfortu życia innej rodziny. A jak twój samochód na dodatek jest jeszcze cabrio, to tak, jakbyś obrabował co najmniej dwie rodziny i twoim opiekunem powinien być patrol policyjny z paralizatorem.

Nie wszyscy wiedzą, że w Grudziądzu znajduje się budynek, w którym jest najstarsza winda w Grudziądzu.

Pamiętaj, mój mały – finiszuję. – Narkotykom trzeba mówić nie. Tylko wtedy można zbić cenę.

Wytrzymałem trzy edycje w programie, który bił rekordy sobotniej oglądalności, sięgając siedmiomilionowej widowni. Chcecie znać powód rezygnacji? Był prosty. Znudziło mi się branie udziału w jarmarku. Cyrkowcy, zjadacze bigosu na czas, tabuny dzieci z szarfami, kulturyści z drążkiem i bez drążka, akrobaci ślizgający się po zasłonach i mój największy koszmar – iluzjoniści. Panowie, którzy z kapelusza wyciągali kolejny kapelusz. Część występów wyglądała jak poranna joga w domu emeryta, dzieci bujające się w miejscu jak nawalony miś panda, emeryci zombie recytujący z pamięci Czterech pancernych, w końcu tancerze przeróżnych schorzeń wijący się po scenie, jakby zakosztowali trujących jagód. Czy też soliści baletu ponętni w ruchu jak pomnik Lincolna. Jak mawiał nieodżałowany Janusz Głowacki: „Tak się bawią ludzie, kiedy kończy się alkohol”.

Jest stara zasada piramidy żywieniowej w show-biznesie. Jak nie zjesz tego, co ci dają, to zaraz podpłynie większa i bardziej żarłoczna ryba i …

Jest takie uniwersalne, choć retoryczne pytanie właściciela Facebooka, Marka Zuckerberga: „A myślałeś kiedyś, żeby rzucić wszystko i kupić sobie Bieszczady?”.

Nagle po rozluźnieniu na jej twarzy widać, że w bębnie maszyny losującej znalazła się myśl. I nasza bohaterka zagaja: „I jak ty teraz żyjesz z tą jedną wątrobą?”.

Naprawdę umysły ludzi show-biznesu działają jakby inaczej. Wraz ze wzrostem rozpoznawalności automatycznie przybywa im IQ oraz poczucia własnej wyjątkowości. Kobieta, której chihuahua myli się z Massachusetts zaczyna stroić fochy. Wydaje się jej, że posiada tak wielki talent, że można go znaleźć na mapie Polski.

Wojtek dostał takiego wkurwu, że można było nim przez kilkanaście minut doładowywać telefony.

… zapytał mnie z charakterystyczną dla siebie składnią: – No, ale sam wiesz, ja nie wiem, czy ja nie będę taką wiśniówką na torcie.

Gwiazdy tańczą na lodzie. Telewizyjne monstrum, które spadło na widzów TVP jak pijany kominiarz z dachu. Szału nie było.

Głos anioła, umysł fryzjera, biust z kina panoramicznego i wrażliwość pensjonarki z zapomnianego bieszczadzkiego sołectwa.

Dostaję alergii, jak ktoś mówi, że reprezentuje „konserwatywny system wartości”. Dla mnie to jednoznaczne: bije żonę, Dekalog traktuje jak katalog mebli IKEA, czyli wybiera to, co dla niego wygodne, chodzi na mszę i na stadion co niedziela, dlatego mylą mu się czasami godowe zachowania adekwatne dla obu miejsc, a słowa „Bóg”, „honor” i „ojczyzna” odmienia przez przypadki tak często, jak słowa „frytki”, „parówki” i „piwo”. Kocham w ich ustach słowo „tradycja”. Ono jest jak stara zakurzona i sękata pałka dziadka do motywowania chłopów pańszczyźnianych wyjęta z gabloty klasowej izby pamięci. Słowo „prawica” działa na mnie równie kojąco jak słowo „napalm”.

Moja babcia zawsze mawiała: „Nie żartuj nigdy, synku, z głupszymi od siebie”. Ale jak to zrobić, babuniu, kiedy ewidentnie idioci mają przewagę liczebną?

Dorota Wellman wyznała kiedyś: – Media to dziwny świat. Czasami trzeba z siebie robić idiotę, żeby dogonić widza.

Albo bardziej literacko. Tak bowiem często kończył ze mną rozmowy telefoniczne mój mistrz życia, Jan Nowicki: – No to sobie pogadaliśmy, a teraz spierdalaj. Czego i wam życzę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *