„ I zbaw nas ode złego” – 4 lutego 2022

„ I zbaw nas ode złego”, reż. Won-Chan Hong

Szanowni Państwo,
obejrzymy dzisiaj film pod jakże ewangelicznym tytułem „I zbaw nas ode złego”, choć film jest produkcji koreańskiej, oczywiście z Korei Południowej, która jest krajem stosunkowo mało chrześcijańskim. Ale przecież drzewo Ewangelii jest wiecznie zielone i zarysowane tam wektory ludzkiego postępowania, wektory poziome, te międzyludzkie, jak i wektory pionowe, relacje nas ludzi z Opatrznością, pozostają, powiedzmy ostrożnie, aktualne i bardzo interesujące.

Ale bynajmniej nie będzie to bynajmniej film religijny,a jakby przeciwnie. To kino akcji, skoncentrowany na narracji w trybie: najpierw było to, potem było tamto, a potem jeszcze wypadki kolejne, czego unikamy w naszym DKF-owym zestawie filmowym, ponieważ nigdy nie będziemy w stanie przebić oferty tego rodzaju, jaką nastręczają nam codziennie dziesiątki kanałów komercyjnych. A le z drugiej strony ostatnio naoglądaliśmy się tylu dołujących historii, że jakaś rozluźniająca pauza także się nam należy. A i tak pod naskórkiem tej gangsterskiej historii kryje się nieco więcej.

Żeby ramy fabularne mieć za sobą, powiemy tylko, iż były agent południowoamerykańskich specjalnych służb imieniem In-Nam porzucił formację, która go przygotowała do zadań specjalnych, wynajmował się jako płatny zabójca i po ostatnim wykonanym zleceniu, zamachu na szefa jednego z klanów tamtejszej mafii jakuzy zamierzał wycofać się z zarobionymi pieniędzmi do jakiegoś spokojniejszego miejsca na świecie, mianowicie, do Panamy, ale w ostatniej chwili zatrzymała go historia rodzinna, mianowicie uprowadzenie małej dziewczynki, jak się okazało, jego krewnej. Tkwiące gdzieś głęboko w trzewiach odruchy moralne, poczucie zobowiązania wobec rodziny, jakiś, chciałby się powiedzieć, conradowski przymus naprawiania świata, każe mu jednak porzucić plany i zająć się odszukaniem dziecka, co będzie trudne z dwóch powodów. Po pierwsze, musi wyruszyć do Tajlandii, kraju, w którym trudniej będzie mu się poruszać niż na macierzystej ziemi, a po drugie, ciągnie za sobą ogon w postaci innego zawodowego zabójcy, który będzie próbował wywrzeć na naszym, że się tak wyrażę w dużym cudzysłowie, bohaterze zemstę za zlikwidowanie własnego brata. To się wszystko ładnie zapętli, a my spróbujemy wyłowić z tego odmętu coś, co wykracza poza rutynową strzelankę.

Pierwsze wrażenie jest niewątpliwie takie, że myśmy ten film już widzieli. I to wrażenie jest jak najbardziej słuszne. Po pierwsze dlatego, że Koreańczycy bawią się tutaj w powielanie klisz amerykańskiego kina, i to tego gorszego, kina klasy C, z tymi taśmowymi egzekucjami, z głównym bohaterem, który rozbija w pył przeciwników, a sam porusza się w słynnym pancernym smokingu. I oczywiście nigdy nie brakuj mu amunicji, choć widzimy, że tak na oko wystrzelał już w jednej sekwencji cały wagon nabojów. Podchodzimy do tych gotowców ze spokojem, bo przecież kopiuje je na potęgę i nasz kino gangsterskie. Żeby nie przypominać, jak nasze komedie romantyczne żerują na wzorcach zachodnich.

Ale to jedna kwestia. Bo drogą przybliżenia lokalizujemy film, który dziełko koreańskie – powiedzmy – naśladuje. I tutaj też nie musimy główkować zbyt długo. Jeżeli początkowa scena egzekucji groźnego mafioso przywołuje nam na pamięć pierwszą sekwencję z „Leona Zawodowca”, to nie jest na pewno przypadek. Reżyser wzorował się więc na najlepszych, żeby osiągnąć przynajmniej status zdolnego kopisty. Zresztą wiele rzeczy jest tu podobnych, łącznie z tym duetem zawodowego zabójcy i dziewczynki, z finalną sceną ich rozstania, analogiczną do tej, którą oglądamy w „Leonie Zawodowcu”. No i jeszcze jedno. Ten nieszczególny mściciel jest ziarenkiem piasku, które wpadło w tryby wielkiej machiny korupcji opartej na ludzkiej krzywdzie, a kiedy takie ziarno wda się w całą procedurę, mechanizm zaczyna się rozregulowywać, rozpadać, nikt już nie panuje nad tą zbrodniczą maszynerią. Ona zaczyna się zacinać i pogrąża w powolnej autodestrukcji. Jak to jednak czasem niewiele trzeba.
Takich w miarę interesujących kopii kina amerykańskiego mieliśmy ostatnio sporo, co łatwo zauważyć, bo to kino coraz śmielej atakuje zachodniego widza. To prawda – nic nie rozumiemy z napisów na sklepach czy urzędach, a jak bohaterowie dają głos, to nie chwytamy, czy oni krzyczą z oburzeniem, czy też opowiadają jakieś serdeczności czy po prostu mówią, że ładna pogoda. Te problemy mieliśmy zresztą od zawsze – a co najmniej od lat 60., kiedy to nasza telewizja zaczęła nadawać filmy Akiry Kurosawy.

Więc taki na przykład dość pilnie oglądany u nas przed kilku laty thriller koreański „Człowiek bez pamięci” rozgrywa się we mgle. W dodatku podwójnej. Bo z jednej strony jest to najzwyklejsza mgła – powiedzmy – atmosferyczna, a z drugiej strony jest to mgła, która ogarnia umysł głównego bohatera z tej racji, iż cierpi on na szybko postępującego Alzheimera. Tu jednak postępująca utrata pamięci i zanik osobowości pewnego starszego pana wiąże się z działaniami seryjnego mordercy, który grasuje w okolicy niewielkiego prowincjonalnego miasteczka. To dla miejscowych drugi taki wstrząs po dziesięcioleciach. Bo wcześniej w tej samej okolicy grasował jako seryjny zabójca ów starszy pan tknięty teraz Alzheimerem. Z tym, że on praktykował nie jako zabójca-sadysta, lecz jako mściciel. nikt tak jak on nie jest w stanie wczuć się w sposób myślenia i w styl działania mordercy, który musi ostrożnie typować ofiary, zwabiać je w ustronne miejsca, zabijać, a potem zacierać ślady. Co gorsza – ów morderca też szybko orientuje się, że tylko ten starszy pan może go przejrzeć. Ale morderca wie też, że staruszek cierpi na Alzheimera i jeżeli zrobi jakieś istotne dla śledztwa odkrycie, za chwilę nie będzie o nim pamiętał. Poza tym coraz trudniej mu rozróżnić to, co dzieje się w realnym świecie od tego, co zachodzi tylko w jego chorej głowie. I teraz cała gra między byłym o obecnym seryjnym toczy się w półsłówkach, w półgestach, w półkrokach. Co właśnie czyni całą tę koreańską intrygę najbardziej pociągającą.
A u w naszym filmie osobliwością jest to, iż ten zawodowy egzekutor to żaden twardy, obliczony i zdyscyplinowany profesjonalista; raczej, jak mawia dzisiaj młodzież, nie ogar, safandułowaty, o wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Raczej plącze się po tym świecie niż przemierza go pewnym krokiem. Morderca pałęta się po tanich barach, pojęcie o świecie i o własnej przyszłości ma mgliste, żyje dość bezkierunkowo. Wygląda raczej na lumpa, na przeciętniaka, który snuje się na obrzeżach życia. Ten nasz mściciel przypomina trochę urzędnika, biuralistę, młodszego referenta, który przed chwilą zdjął zarękawki. Do mścicielskiej roboty idzie jak na drugą zmianę, z przymusu, niechętnie, jakby wykonywał naznaczoną szychtę. Ale cóż, naprawa świata to robota ciężka i niewdzięczna, nawet jeżeli podejmuje się tego kontraktowy morderca w koreańskim filmie akcji. Zresztą mistrzem strategii i taktyki nasz zabójca też nie jest. On się może zasadzić na pojedynczą ofiarę, ale w przypadku poważniejszego przeciwnika też się gubi, chętnie ucieka. Jedyne, co mu wychodzi, to wycofanie się gdzieś na zaplecze i przegrupowanie sił. Taki to ten miecz boży, ten zbawca ode złego. Tyle że kibicujemy mu w tej nieudolności, zwłaszcza że ma motywację, tę jedną jedyną, jaką jest mała skrzywdzona dziewczynka. I dalej – nasz bohater zapomina, że nie należy nikomu ufać, że raz podany przez telefon albo i nie adres hotelu już jest skompromitowany. A takie rzeczy wie każdy, kto obejrzał bodaj pięć filmów o zawodowych zabójcach. Zresztą ta choreografia walk wygląda na taką, która świetnie wygląda w oczach widza, ale ten balet z punktu widzenia skuteczności jest zupełnie niewydolny. Główny przeciwnik naszego bohatera oczywiście jest bez porównania bardziej zorganizowany, zimny, kieruje się przeprowadzeniem planu, chociaż jest to plan niecny, ale ten drań próbuje być za wszelką cenę skuteczny. No, ale ten zawodowiec od zabijania staje się egzekutorem sprawiedliwości, ponieważ jednak taka maszyna do redukowania ludzi ma w sobie pewien nieusuwalny rdzeń człowieczeństwa, który się w nim budzi.
Ten średnio udany morderca jest tutaj egzekutorem najwyższych praw, rozdziela kary za zbrodnie, jest ostatnią instancją, która nie przewiduje odwołania. Bo ostatecznie jak wyrównać rachunki, gdy ktoś porywa matce dziecko i ją samą zabija w okrutny sposób? Jest kimś, kto – jak powiada klasyk – wyrywa chwasty, kimś w rodzaju czyściciela społeczeństwa, chirurga , który usuwa organy objęte gangreną. Gdy wymaga tego sytuacja – nożem lub maczetą. To taki jego skalpel.
Cóż, kiedy naprawdę nie można już inaczej…


Koreańskie kino gangsterskie z wątłym – co tu kryć – przesłaniem moralnym nie znalazło szczególnej łaski w oczach publiczności. Cóż, w ciągu ostatnich miesięcy pewna wspólna praca została wykonana i w trakcie tych piątkowych wieczorów oczekujemy filmów z pełnowartościowym wsadem intelektualnym i artystycznym. Lubimy, gdy poprzeczka zawieszona jest na odpowiedniej wysokości. Gdy film jest wyzwaniem, gdy zmusza do refleksji, gdy uruchamia głębsze pokłady wrażliwości. I jak narzekamy, że nas te głębinowe fabuły, te otchłanne historie przeczołgują, to nie należy tych utyskiwań brać na serio. I stosować taryfę ulgową w postaci gatunkowego kina koreańskiego, które powiela klasyczne fabuły, a choćby i „Leona zawodowca”.
Ale i z tej fabułki, która została pomyślana jako oddech w ramach pasma poważniejszych dzieł interwencyjnych, możemy wyciągnąć pouczające wnioski. Że mianowicie na co dzień nieustannie przeżuwamy tę samą papkę kina gatunkowego. Że mielemy tę samą historię podawaną w kolejnych częściach serii filmowej (np. „Szybcy i wściekli”). Że oglądamy tych samych bohaterów w ich losach wcześniejszych (prequel) albo późniejszych (sequel) albo równoległych (aequel). Że oglądamy nowe warianty opowieści „zamrożonych” (resurection, jak w najnowszym „Matriksie”). Że obserwujemy losy jednej postaci lub jednego pobocznego wątku ze znanej nam już fabuły (reboot, jak w przypadku „Gwiezdnych wojen”). Że te same historie wędrują tam i z powrotem w ramach własnego uniwersum, na które składa się powieść, film, komiks, gra komputerowa (jak w przypadku mieszkańców Hogwartu). I tak bez końca.
To nie jest tylko podstępna gra producentów, którzy chętnie sprzedadzą ten sam towar kilka razy dodając najwyżej nowe opakowanie. To jest także odpowiedź na nasze, oddolne ciche choć nieustępliwe żądanie: „Chcemy oglądać coś, co już znamy, przynajmniej w pewnej części”. Rzeczy naprawdę nowe zmuszają do wysiłku i budzą odruchowy opór.
Ale – jak się okazało – to nie u nas, nie w Kościanie, nie w piątkowe wieczory. Nie w ramach DKF-u!
Na szczęście…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.