Gniazdo – 6 sierpnia 2021

Szanowni Państwo,

„Pieniądz nigdy nie śpi” – powtarzał słynny Gordon Gekko, mistrz kapitału spekulacyjnego, efekciarz i bankrut ustami Michaela Douglasa w filmie „Wall Street” Olivera Stone’a z roku 1987. A film, który dziś obejrzymy uzupełnia, iż ludzie, którym sen z powiek spędza miraż wielkich pieniędzy też sypiają rzadko, w dodatku snem płytki, neurotycznym, pełnym koszmarów, z których największy to ten, w którym budzą się nie tyle jako ludzie biedni, co jako, którzy maja tyle samo, ile mieli zanim położyli się spać.

Za film odpowiada amerykański reżyser Sean Durkin, artysta w średnim wieku, 39 lat. Może najlepiej znany z filmu „Janis” sprzed dwóch lat, w którym pokusił się o zarejestrowanie słynnej Janis Joplin w szczycie jej kariery, choć próba dotarcia do fenomenu tej antygwiazdy wyszła mu najwyżej na trójkę z plusem. Ale cóż, stara się, nieustannie się stara.
Cały film trzyma się na duecie aktorskim Jude Law – Carrie Coon. Aktor dobiega już pięćdziesiątki, a zaczynał w wieku lat dwunastu, grając w telewizyjnej operze mydlanej, dla której zresztą rzucił szkołę. Potem długo terminował w teatrze, w tym na Broadwayu. Stamtąd gładko przeniósł się do Hollywood, na początku do produkcji z szyldem niezależne, jak „Existenz”, „Północ w ogrodzie dobra i zła”. Ale już w filmie „Utalentowany pan Ripley” zagrał tak udatnie, że przyćmił główną postać graną przez Matta Damona, no i nominowano go do Oscara. Jud Law właśnie w takich cienkich cieniowanych psychologicznie rolach, jak w filmie, który obejrzymy, jest najlepszy. Jego patent jest taki, że im lepiej gra, tym bardziej nie lubimy postaci, która nam przedkłada. To jest ten typ aktorstwa, które prowadzi do samounicestwienia w oczach widowni. Mieliśmy i i u ans takich, żeby przypomnieć choćby Bogumiła Kobielę. A Jude Law Grywa regularnie, ciągle jest przystojnym mężczyzną w średnim wieku i nieustannie czeka na tę rolę, która pozwoliłaby mu zrobić krok dalej, wyjść poza to, co już osiągnął, w czym zresztą przypomina granego przez siebie Rory’ego O’Harę.

Jego samego przyćmiewa nieco w filmie Carrie Coon, w Ameryce znana raczej z telewizji, na przykład z serialu „Fargo” sprzed kilku lat, u nas także mnożna go było obejrzeć. Przed nią także rysują się dopiero te wspaniałe dni i perspektywa wejścia do elity aktorskiej.

W centrum wydarzeń stoi ten niepokojący Rory O’Hara, Brytyjczyk, któremu ciągle mało. Z Anglii przeniósł się do Stanów, tutaj wyszarpnął życiu niezłą posadę i domek na przedmieściach, ale to ma cała middle middle class, czyli średni klasa średnia, czyli prawie wszyscy. A jego coś pcha wyżej, jego popycha w kierunku elity – sky is the limit, znamy to, znamy. Tyle że ten podział na elitę i resztę w Stanach jest zamazany, o wiele wyraźniej te szczebelki rysują się w macierzystej Anglii. Tu albo się człowiek od razu rodzi na szczycie, albo pnie się tam powoli, z mozołem, żeby pod koniec życia móc powiedzieć sobie i otoczeniu – oto, co osiągnąłem. Patrzcie i podziwiajcie. Tyle że Rory zaczyna swoją podróż po drabinie niejako od końca, to znaczy najpierw kolekcjonuje znamiona swojej pozycji społecznej, zanim jeszcze tę pozycję sobie wywalczy. To droga naiwna i na skróty, ale cóż, jemu się bardzo spieszy. Pod Londynem wynajmuje więc stare szlacheckie gniazdo, jedno z tych, w których tajemnice zbrodni mogłaby w swych najlepszych postwiktoriańskich czasach tropić panna Jane Marple albo Herkules Poirot z powieści Agaty Christie.

Więc ten zewnętrzny, znamionowy odcinek Rory pokonał dość łatwo. O wiele trudniej przyjdzie z tym, co naprawdę ważne, czyli ze zgarnięciem dużych pieniędzy, co jest istotną, właściwą przepustką do elity. Tymczasem akurat nadchodzi połowa lat osiemdziesiątych i rząd Margaret Thatcher przyjął tak zwaną wielką deregulację, nazywano to wtedy w londyńskim City Big Bang, Wielki Wybuch, a ten spowodował upadek wielkich i szanowanych domów maklerskich, przewietrzył stary finansowy Londyn i w nagrodę otworzył go na aktualne rynki finansowe. Jak zwykle podczas takiego kataklizmu, jednych tornado zmiotło, inni przyczaili się na obrzeżach, jeszcze innym z wtorku na środę w rękach zaczęły się mnożyć banknoty.

No dobrze. Rory na chwilę – teoretycznie – jest szczęściarzem, tym, któremu rząd Margaret Thatcher uchylił furteczkę do raju. Ale z drugiej strony, cóż to za raj, w którym brak podziału na niższe, średnie i wyższe chóry anielskie, w którym wszystko zmienia się jak na roller coasterze. Dawna elita upadła, nowa rodzi się w bólach, zresztą nie wiadomo, czy w ogóle jest komukolwiek do czegokolwiek potrzebna. Pełno teraz w Londynie takich jak Rory – każdy próbuje chwycić swoją szansę, każdy chce stać się bogaty z czwartku na piątek. Teraz nie ma już właściwie elity i plebsu, są po prostu jedni i drudzy.

A tymczasem Rory z rodziną zajął pozycje wyjściowe w tej swojej podlondyńskiej rezydencji. Tymczasem to gniazdo do nich nie pasuje od żadnej strony. W takim zamczysku się rodziło, dorastało w otoczeniu szacownych patron o metryce opiewającej na dwa, trzy pokolenia wstecz. A Rory wprowadza tu rodzinę jak do dekoratorni, jak w dekoracje planu filmowego, w którym wyznaczono im role. To jakieś muzeum, to można zwiedzać, ale w muzeum nie sposób żyć. Ba, trudno tu nawet wytrzymać. To nie jest miejsce przyjazne, oswojone, te krzesła, kanapy nie są wysiedziane. To są całe hektary posadzek do pastowania i froterowania co najwyżej. Te kostiumy uwierają, te role zostały rozpisane na siłę. Dlatego biedny synek nosi na grzbiecie mundurek elitarnej, bardzo elitarnej szkoły, ale i tak z czułością obraca w łapie żołnierzyka, gadżet z „Gwiezdnych wojen” jak wtedy, gdy on i jego koledzy zbierali podobne figurki tam, w Ameryce, gdzie czuł się u siebie.
Zresztą wszystko tu zgrzyta. Sam Rory mieszka w wielkiej siedzibie rodowej, ale do londyńskiego city dojeżdza co rano pociągiem podmiejskim jak cała niższa sfera urzędnicza.

Wreszcie wielki świat. Te bankiety, tak kurtuazja, te kreacje, ten zapach drogich perfum, zapach prestiżu i pieniędzy, który się tu unosi. Na Rory’ ego działa to jak czad, oszałamia, otumania. Jego żona znosi to lepiej, ona tylko towarzyszy mężowi, statystuje, nic nie musi, poprawnie gra swoją rolę, ale jej te wyśrubowane aspiracje nie dotyczą. Jest tu przejazdem, zresztą takich przesiadek z klasy drugiej do pierwszej zaliczyła już przy mężu kilka.

A on jest, ale jak by go nie było. Bo cały zrobiony z ambicji, on jest nieustannie aspirujący, on jest wiecznie w locie, w pędzie, na progu sukcesu, jemu wiecznie i wszystkiego mało. Nieważne, co ma teraz, ważne co majaczy na horyzoncie. Nie umie się cieszyć tym, co ma , nie potrafi się cieszyć chwilą. Podejrzewamy, że Rory w ogóle nie jest w stanie się cieszyć. Że on tylko ma nadzieję, że ucieszy się, ale w dopiero w mglistej przyszłości, na pewno jeszcze nie dziś, na pewno nie teraz.

Zresztą całe jego życie – życie człowieka sukcesu, za którego uparcie się podaje, gdzie tylko może – całe to życie wychylone jest w przyszłość. Teraz jest prowizorka, teraz jest przymiarka, teraz to tylko rozbieg, nie warto się na nim skupiać dłużej niż to naprawdę konieczne.

Rory podąża więc za swoim latawcem, a jego żona Allison trzyma się bliżej gruntu, bliżej realiów, bliżej rodziny. On chce wdrapać się na szczyt koniecznie w tym sezonie i pobyć tam, żeby bodaj przez chwilę popatrzeć na wszystkich z góry. A jej nie zależy na ramie z dużej wysokości. Ona wolałaby, żeby tu, blisko gruntu, wszystko układało się jak Pan Bóg przykazał, dzień po dniu. Mąż, żona, dzieci, obiad, dochody, rachunki, wyjazd na weekend, stałe fragmenty gry, domowe obrządki, świąteczne celebry, rodzinne zwyczaje, domowa historia, tradycja. I w sumie, czy ta elita, majacząca gdzieś tam na horyzoncie, ma naprawdę do zaoferowania coś tak cennego, co byłoby więcej warte niż to?

A rodzina oznacza przecież swego rodzaju perpetuum mobile, codzienne, uparte powtarzanie tych samych rytuałów, zwyczajów gestów, które utrwalają się, zwłaszcza w pamięci dzieci i wnuków. Po tym pamięta się na przyszłość, że w domu było jakoś, że objawiała się pewna ciągłość, stałość, że istniała stabilizacja, po tym właśnie poznaje się i tak zapamiętuje się fakt, iż miało się rodzinę. Rodzina jest rodziną, dokładnie tym, ani więcej, ani mniej. Gorzej, gdy rodzinę traktuje sie jak koczowisko, doraźnie dobrany obóz harcerski czy jak grupę zadaniową. Bo po wykonaniu zadania rozejdziemy się do swoich spraw, każdy do innych i już po rodzinie. Jeżeli ta rodzina istniała kiedykolwiek. Rodzina bezobjawowa. Też można, do czasu…

I na tle tej rodziny ów Rory. Znacznie więcej niż postać, to emblemat naszych czasów. Rory nie ceni tego ceremoniału domowego, nie umie cieszyć się chwilą, wzajemną obecnością, jest ciągle poza tym domowym kółkiem. Przy śniadaniowym stole zachowuje się jakby grał wyuczoną rolę, jakby chciał całe to domowe życie odbębnić i mieć za sobą, i przejść na wyższy poziom gry, gdzie życie zaczyna się naprawdę, gdzie buzuje adrenalina i gdzie grają prawdziwe emocje. Ten Rory wygląda trochę jak z teleturnieju „Wzorowy tata” albo z podręcznika dla rodziców. Nie to, żeby się nie starał, przeciwnie. On po prostu dokładnie wykonuje instrukcje, punkt po punkcie, jakby mu zależało, żeby nikt się do niczego nie doczepił. Ale to tylko niedźwiadek nakręcany kluczykiem, który tkwi mu gdzieś w plecach.

I wreszcie przejdźmy do wniosków: Rory nie potrafi inaczej, ponieważ Rory zachorował już dawno i Rory odmawia przyjęcia diagnozy i Rory postanowił się nie leczyć. Trochę jak alkoholik, trochę jak narkoman. Ten londyński plan Rory’ego to wcale nie jest nowy genialny plan, to stała skłonność charakteru, to tkwiące w nim przeświadczenie, że nie tu, lecz gdzieś tam, jest lepiej; nie warto tego, w co się włożyło ręce, doprowadzać do końca, nie ma sensu; gdzieś tam, za kolejnym skrzyżowaniem na drzewie zwisają fantastyczne dojrzałe owoce, wystarczy tylko sięgnąć.

Tak, to nie jest żaden plan, to uleganie impulsowi, to kompulsywne biznesowe włóczęgostwo, to wada osobowości; kolejna przeprowadzka jej nie naprawi, a przeciwnie, czeka nas nowy nawrót tej samej choroby. Niestety, może nawet ostrzejszy. Rory tak naprawdę ożywia się nie wtedy, kiedy rozmawia z dziećmi, ale wtedy, gdy pokazuje im detale w podlondyńskim dworze i to nie dlatego że są wygodne i ładnie wyglądają czy po prostu robią atmosferę, ale dlatego że są z XVII wieku, a XVII wiek oznacza wysoki splendor i jeszcze wyższą cenę. W domyśle, jeżeli wszystko dookoła mnie jest drogie i szacowne, to gdy mnie wstawi się w te złocone historyczne ramki, to i ja, siłą rzeczy, stanę się godny szacunku. Tak, ten stary dwór to ma być scena, na której Rory odegra swą życiową rolę.

Tak, to jest skaza, tak to jest choroba, tak, to jest zgubna przypadłość. Z czasem Rory nie mieszka już z rodziną, choć mieszka. Nie pracuje już, choć chodzi do pracy. On zamieszkał we własnej głowie, w swej iluzji, w bańce własnych ambicji. I nie ma ochoty się stamtąd ruszyć.

Ale co z tym gniazdem, co z tym gniazdem? Otóż okazuje gniazdo zakłada się w życiu rzadko. Raz, dwa, może się zdarzyć, że trzy razy. A i tak to właściwe gniazdo – jakie by ono było – nosimy z sobą. I gdziekolwiek przycupniemy na chwilę, zawsze osiadamy we własnym gnieździe.

Innego gniazda nie będzie, innego gniazda nie będzie…


Sugestie tematyczne do rozmowy po seansie:
– Cechy rodziny w dobie przyspieszenia wolnorynkowego – zwłaszcza u nas. Rodzimy tatcheryzm.
– Rodzina jako formacja „in progress”, rodzina w biegu, rodzina „under construction”.
– Dzieci jako rodzice własnych rodziców.

2 przemyślenia nt. „Gniazdo – 6 sierpnia 2021

  1. Dziękuję wydawnictwu Vesper za zamieszczenie posłowia pana Wiesława Kota
    w książce „Adwokat diabła”. Tak trzeba.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *