Archiwa kategorii: Z czytnika

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”

Magdalena Grochowska „Wytrąceni z milczenia”:

Kolejna książka Magdaleny Grochowskiej, kolejny zestaw sylwetek wybitnych, choć nieco zapomnianych rodaków. Ogromna przyjemność. Dlatego należy ją sobie dawkować. Poprzednią książkę Grochowskiej czytałem w okolicach Sylwestra w Holandii.
Cytaty:

Tadeusz Kotarbiński

Dawał kalendarze współpracownikom, by podkreślić wartość czasu. Gdy w przerwie sympozjum inni zwiedzali miasto, on wracał do hotelu do pracy. Traktat o dobrej robocie pisał tuż po wojnie w pociągu Łódź–Warszawa przy świeczce (nie było światła w pociągach).

Przyswoiłem sobie od Kotarbińskiego dyrektywę brania stanu aktualnego za punkt wyjścia. Jeśli jest znośny, budujmy na nim, a gdy okrzepniemy, zmieniajmy go.

Jedno, co się Panu Bogu nie udało, to to, że każdy medal ma odwrotną stronę…

Kotarbiński będzie pisał codziennie jedną stronę Traktatu o dobrej robocie, bez względu na zajęcia czy podróże.

Kotarbiński do Twardowskiego, list z 1932 roku: „Polakom brakuje rozsądnego umiaru, to naród histeryczny”. Odpowiedź Twardowskiego: „Naród polski cierpi na infantylizm […], brak poczucia rzeczywistości, brak zastanawiania się nad własnymi czynami i przewidywania ich następstw, powierzchowność i niestałość […], słabe uspołecznienie…”.

W „Racjonaliście” Kotarbiński pisze ostro: „Uniwersytet ma być przybytkiem wolnej myśli. Tymczasem wstęp nań mają tylko posiadacze stopnia z religii na maturze. W salach powieszono krzyże, rok akademicki zaczyna się od nabożeństw, Senat akademicki kroczy w procesjach. Profesorów kapłanów obowiązuje złożona papieżowi przysięga antymodernistyczna, a przecież naukowiec może się zobowiązać jedynie do mówienia prawdy. Do szkół wdziera się przymusowe kłamstwo. Nauczyciel powinien być antyreligijny w takim stopniu, w jakim religia jest antynaukowa. Można zachowywać przyzwoitość z motywów pozareligijnych, nie ze strachu przed piekłem”.

„Racjonalista” wychodził przez trzy lata. Prawie w każdym numerze tekst Kotarbińskiego – jak lustro podstawione pod nos katolickiej Polsce. W sprawach aborcji toczy się „kawalkada fałszów” (nie wolno zlikwidować płodu obarczonego dziedzicznym syfilisem – irytował się). Dziecko nieślubne jest przedmiotem pogardy. Celibat zdrowych i dojrzałych mężczyzn prowadzi do perwersji i obłudy. Etykę seksualną Kościoła tworzy kongregacja kawalerów. Obrzydza się młodzieży obcowanie cielesne jako „koncesję ducha na rzecz »grzesznego ciała«”. Stanowisko w sprawie regulacji urodzin jest nierozumne – Kościół staje się współwinny nędzy rodzin robotniczych. „Najlepsi i najgłębsi muszą uciekać […] – pisał w hołdzie złożonym Franciszkowi Brentanowi. – W Kościele zostali ludzie posłuszni aż do bezmyślności”. Gdy Polski Związek

W 1990 roku grupa mieszkańców Budzynia w Wielkopolsce zażądała pod presją kościelną zmiany patrona miejscowej szkoły – w PRL nazwanej imieniem Kotarbińskiego. Dziś dyrektor niechętnie wraca do sprawy. – To nie przeszkadza, że był ateistą… – Imię utrzymano.

Nie oczekuj jednak od siebie etycznych rekordów – tłumaczył – sumienie nie jest aż tak wymagające, po prostu bądź solidny. Wiesz, co robić, jeżeli wiesz, czego nie robić.

… nie ma deszczu, są tylko spadające krople

To program życiowy trzeźwego liczenia się z rzeczywistością. Nie bądź naiwnym marzycielem; respektuj warunki, w jakich działasz; bierz pod uwagę straty. Ustal, co jest ważniejsze; co zapobiega większemu złu i według tej hierarchii działaj.

Krzysztof Pomian: – Kotarbińscy, Ossowscy, Ajdukiewicz, Stanisław Pigoń, Ingarden i inni mogli po wojnie wyjechać. Wybrali życie o wiele trudniejsze niż to, które mogli mieć na amerykańskich uniwersytetach. Trzeba umieć oddać tym ludziom nie tylko sprawiedliwość, ale złożyć im hołd. Jeżeli polska inteligencja nie doświadczyła katastrofy zerwania ciągłości – jaką przeżyła inteligencja rosyjska – to im właśnie to zawdzięcza! Jeżeli my jesteśmy sobą – Kołakowski, Szaniawski, Janion… mógłbym tę listę przedłużać – to dlatego, że mieliśmy takich profesorów. W tym potrzaskanym wojną kraju odegrali rolę nieprawdopodobną.

Można się zachowywać na wzór wskazówki barometru zmieniającej położenie w miarę zmian ciśnienia, a można też zachowywać się na wzór igły magnesowej wskazującej stały kierunek niezależnie od okoliczności”.

„Polak, jako taki, stał się uczuleńcem tradycyjnej a zacieśnionej swojskości, reaguje alergicznie na wszelką inność. Groźne to. […] Polskość – to nie sarmackość, to nie wyłączność pochodzenia od kmieci

Kpiono czasami z jego prakseologii, ogólnej teorii sprawnego działania, że w mowie zawiłej udowadnia, iż nie należy wbijać gwoździa w ścianę zegarkiem…

Jerzy Siewierski „Barliet i nieżywa służąca”

Jerzy Siewierski „Barliet i nieżywa służąca” 1984:

Opowiadanie kryminalne na wieczór. Pastisz powieści Simenona.
Cytaty:

To był jeden z tych listopadowych dni, kiedy ciężkie chmury dotykają stromych dachów domów, chodniki pokrywa delikatna warstewka błota, a powietrze przesiąknięte jest wilgocią, która przenika pod ubrania przechodniów.

Siedzieli w małym bistro przy ulicy Świętej Agnieszki. Za oknami rozlewał się wilgotny listopadowy półmrok. Pili czerwone młode wino. Barliet zamówił małże i sałatkę z krewetek i długo się wahał, czy nie lepiej pasowałaby do niej lampka koniaku.

Wszedł do małego bistro, jakby był tylko jedńym z klientów. Lokal był mały i dość obskurny. Lada ze staroświeckim ekspresem do kawy, gablota z kanapkami, sześć niewielkich stolików z marmurowymi blatami, a wszystko jakby lekko przysypane warstewką kurzu, którego w rzeczywistości tu nie było. Marchais królował za bufetem. Robił wrażenie tłustego, naje­ dzonego pająka czatującego w rogu pajęczyny.

Barliet wskazał fajką rqzwieszone nad łóżkiem fotografie wy­ cięte z „Playboya”: — Nie woził pan żadnych dziewcząt na motorze? — Czasem. Koleżanki ze studiów — powiedział Louis i lekko się zaczerwienił — a te fotografie… — Nie potrzebuje się pan tłumaczyć — uśmiechnął się Bar­ liet — znam życie. Za czasów mojej młodości nie było niestety „Playboya”. Musiały nam wystarczyć kolorowe pocztówki sprzeda­ wane pokątnie w okolicach placu Pigalle. Zanim się ożeniłem, mia­ łem ich całą kolekcję.

Być może ten chłopak uwiódł Angelikę. Ale jej nie zabił. Ma niewzruszone alibi na przedwczorajszy ranek. Od godziny ósmej trzydzieści prze­ bywał w towarzystwie niejakich Franciszka Dauvet i Filipa Becau. Widziało ich razem kilkanaście osób. Ci panowie zajmują się kol­ portażem holenderskich wydawnictw pornograficznych. Oferują je turystom na placu Pigalle. Bergeret działał wraz z tymi panami. Tego rodzaju proceder jest karalny. Bergeret długo nie chciał się przyznać, że maczał w nim palce. W końcu zrozumiał, że lepiej od­ powiadać za rozpowszechnianie pornografii niż za morderstwo.

Listopadowy deszcz za oknem mżył równomiernie, a prze­ moczony gołąb wolno spacerował po parapecie.

Jacek Fedorowicz „Ja jako wykopalisko”

Jacek Fedorowicz „Ja jako wykopalisko”:

Wspomnienia (niewydane wcześniej) z roku 1972 + plus uaktualniające komentarze. W pewnym momencie konferansjer Fedorowicz wspomina Kańczugę. To rzut beretem od mojego Jarosławia. Nomen omen Kańczuga to dziura.
Cytaty:

„Klienta przed goleniem należy namydlić” – powtarzał Janek Rocki, pierwszy grafik nowo powstałego (wczesne lata sześćdziesiąte) tygodnika „itd”. On sam mydlił biegle.

Stwarzało to bardzo przydatny stan mobilizacji. Podobny stan daje konieczność pisania na tradycyjnej maszynie, od razu na czysto. Mobilizacja i jedziemy. Pierwszy dubel. A komputer? Pisanie na komputerze to koszmar wynikający z demobilizującej łatwości poprawek. Jeden klik, pół akapitu znika, kolejne kliki, przeskakuje z tego miejsca na inne, ta łatwość kusi, więc się pisze byle jak, byle co, przecież jak będzie źle, to zaraz poprawię, potem oczywiście nie jestem w stanie poprawić, bo po kilkunastu korektach już sam nie rozumiem tego bełkotu, który w efekcie powstał na ekranie komputera.

… ani razu nie widziałem na zajęciach z rysunku arkusza papieru przypiętego czterema pineskami. Nasza ówczesna nędza zaopatrzeniowa była wprost niewiarygodna. Papier wisiał na ogół na dwóch pineskach, najwyżej trzech. Jeżeli ktoś miał akurat cztery pineski, musiał zlitować się nad kimś, kto nie miał ani jednej.

Kobieta zgniótł mi rękę w stalowym uścisku i powiedział: – Delegacja z terenu? Dawajcie chodźcie. Działaczka poszedł przodem, prowadząc mnie do kasy. Należy nadmienić, że „dawajcie” nie było wezwaniem do dania delegacji. „Dawajcie” było uniwersalnym słowem posiłkowym, różniącym się jednak od innych słów posiłkowych tym, że umieszczane było w miejscach zupełnie zbytecznych, na ogół przed każdym czasownikiem, który i tak dałby sobie radę bez posiłków. „Dawajcie chodźcie”, „dawajcie wejdźcie”, „dawajcie weźcie” czy „dawajcie dajcie”.

Całe zastępy redaktorów różnych szczebli, prawdopodobnie w dbałości o bezpieczeństwo własne (nie potępiam, wybaczam), tak kroiły i uładzały teksty, aby te, po dojściu przed oblicze cenzora, tego już prawdziwego, czyli pracownika Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (tak to się nazywało) – nie wymagały już żadnych poprawek. Podejrzewam, że redaktorzy wiedzieli lub też domyślali się istnienia jakiejś czarnej listy, na którą wciągani są redaktorzy nie dość czujni, przedkładający Urzędowi Kontroli teksty, o których sami przecież powinni wiedzieć, że się nie nadają do publikacji. Jak to? Instynkt klasowy nie podpowiedział redaktorowi, że to pójść nie powinno? Redaktor chciał puścić takie bezeceństwo? Redaktor po prostu nie nadaje się na redaktora. Do widzenia.

Generalna zasada, że im mniejszy zasięg, tym więcej wolno powiedzieć, była stosowana z żelazną konsekwencją. To, czego nie wolno było w telewizji, przechodziło jakoś w „Trójce”, zupełnie swobodnie zaś mogło siać zgorszenie w kameralnym programie kabaretowym. „Społeczna szkodliwość czynu” była znikoma. A gdy coś było już bardzo nieprawomyślne, a cenzor życzliwy (wielu takich było!), rozmowa z autorem wyglądała tak, że cenzor w rozmowie w cztery oczy radził: – Wie pan, niech pan to przeleci, tak szybko, bez nacisku, żeby publiczność się nie zaśmiała. Bo jak będzie śmiech, to ja to, niestety, będę musiał wykreślić.

… udając rozmowę telefoniczną, umawiał się z jakąś dziewczyną w nowo powstałym klubie w domu akademickim „Mewa”. Dlaczego to był kontr-akcent polityczny? Ano dlatego, że sam fakt umawiania się z dziewczyną w klubie w celu pogadania o pogodzie, zamiast na akcji żniwnej w celu przedyskutowania aktualnych problemów społecznych, był wielkim wyłomem w ówczesnej obyczajowości oficjalnej.

No i potem to zebranie. – „Kontrasty” poświęcały za mało uwagi twórczości młodych poetów! krzyczeli młodzi poeci, których nazwisk nie pamiętam, ale nie ma zebrania organizacyjnego jakiegokolwiek nowego pisma, na którym nie byłoby sporej grupy młodych poetów mających pretensję o to, że się ich dyskryminuje. Dotyczy to również pism takich jak: „Pszczelarstwo”, „Głos Działkowca” i „Stoczniowiec”.

Na ogół wszyscy wspominają stare dobre czasy, okraszając to westchnieniem, ech, teraz to już nie to, co kiedyś. Może mam inny rodzaj pamięci, ale ja prawie codziennie wzdycham: ech, jak to dobrze, że to już nie to, co kiedyś, i nie daj, Panie Boże, żeby wróciło.

Kobiela i Cybulski w papachach i walonkach jadą pociągiem. – Wy kuda? – We Władiwastok. – A skolka eta kiłamietrow? – Piat’ tysiczi. A wy? – W Pariż. – A skolka eta kiłamietrow? – Diesat’ tysiczy. – Kakaja głusz!

Są ludzie, których bardzo głęboko obchodzi i dotyka, jak są postrzegani. Zbyszek, kiedy czytał o sobie niepochlebną recenzję, natychmiast na nią odpisywał. Sążniste artykuły pisał, starając się bronić, po napisaniu nigdy ich nie wysyłał, ale pisał, to pokazuje, jak bardzo go obchodziło.

… ogromne tomy Przepisów Państwowych, które regulują nasze życie codzienne, są tak pomyślane, aby każdy z nas był przestępcą. Nie ma w Polsce obywatela, który by nie złamał jakichś przepisów, wyłączyć z tego można jedynie niemowlęta, i to nie wszystkie. I nie na pewno. Niedawno przeczytałem w „Życiu Warszawy”, że wszyscy spędzający urlop w Sopocie weszli w kolizję z przepisami, bo przebywali w strefie nadgranicznej bez zezwolenia. Jest taki przepis i nikt go dotychczas nie uchylił.

Wiele razy potem spotkałem się za granicą z ocenianiem człowieka wedle stanu jego konta i częściowo usprawiedliwiam oceniających. Przyzwyczajeni są do tego, że kto nie jest pijakiem, próżniakiem albo półgłówkiem, ma pieniądze. Ktoś, kto nie ma zupełnie pieniędzy, widocznie nic nie jest wart. I długo im trzeba tłumaczyć, że ma się pieniądze, tylko w innym kolorze i z innym szlaczkiem, a gdyby się nawet takich nie miało, to nie znaczy, że jest się do niczego, tylko że to taka specyfika położenia geograficznego. Wtedy, podczas pierwszej podróży, zorientowałem się także, że jeśli się już nie ma pieniędzy, to przynajmniej należy jakoś wyglądać, i to możliwie jak najporządniej – odwrotnie niż w owych latach w Polsce.

Właśnie w „To-Tu” w latach późniejszych zadebiutował nikomu wówczas nieznany, odkryty przez Wowa szczupły młodzieniec, który pracował jako stroiciel fortepianów, a nazywał się Czesław Wydrzycki i pięknie śpiewał ballady meksykańskie. Też jeszcze nie wiedział, że wkrótce zostanie Czesławem Niemenem.

..różniliśmy się zdecydowanie od zawodowych estradowców, stawki dochodziły czasem do złotych dwustu za występ, co dziś byłoby bezprawiem, bo człowiek bez tak zwanych uprawnień ma stawkę maksymalną 175 złotych. Jest to notabene stawka, która przysługiwała Piotrowi Szczepanikowi przez kilka lat jego największej popularności, wtedy, kiedy jego nazwisko na plakacie potrafiło napełnić kasę państwową dziesiątkami tysięcy złotych.

Ponadto nie było w ogóle niczego, co kojarzyło mi się dotychczas z pojęciem teatr czy estrada. Pierwszy występ w miejscowości Kańczuga odbywał się na scenie, która w swym centralnym punkcie miała dziurę metrowej średnicy. W kolejnych salkach nie było nigdy żadnych garderób, kurtyny, a jeśli chodzi o warunki pozaestradowo-bytowe, to szczytem luksusu był stareńki zapuszczony hotel w Nisku, gdzie w pokoju mieszkaliśmy we dwóch z Szewczykiem.

„Wagabunda” to był dla każdego angażowanego przełom w finansach. Tuż po przystąpieniu Bobka do „Wagabundy” spotkaliśmy go z Hanką na Monte Cassino w Sopocie, był szczęśliwy jak dziecko: – Onassis jestem! Onassis! – krzyczał do nas i pokazywał kieszenie pełne pieniędzy, po czym zaciągnął nas do Grand Hotelu na wystawny obiad. Nie robił tego, żeby się puszyć i imponować, po prostu rozpierała go radość, że wreszcie nie tylko sława i zaszczyty, ale i pieniądze. Ostatecznie za główną rolę w Ze zowatym szczęściu z najwyższym trudem kupił używanego fiata 600. A w „Wagabundzie” dorobił się bmw.

… doszedłem do wniosku, że w przyszłości muszę pracować w telewizji, no bo na zdrowy rozum: jestem trochę aktorem, trochę plastykiem, trochę autorem, w żadnym z tych zawodów nie mogę liczyć na oszałamiające sukcesy, a gdzie mogę to wszystko połączyć do kupy? Tylko w telewizji. Zaatakowałem telewizję, celując w jeden z jej słabszych punktów, to jest studio gdańskie.

PigOut „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera”

PigOut „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera”:

Z hejtowaniem nie ma to nic wspólnego. Felietony wokół rozmaitych spraw codziennych.
Cytaty:

„(…) nie da się nie zauważyć, że rozmiar, jaki przybrał ten »literacki rak«, już dawno przekroczył masę krytyczną. Ibisz, Rusin, Rozenek, Cichopek, Felicjańska, Jabłczyńska, Prokop, Minge, Piróg, Biedroń i nawet wróżbita Maciej, a to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Wiem, że papier jest cierpliwy, ale kurwa bez przesady. Rodzi się pytanie, czy w tym kraju jest jeszcze ktoś, kto nie wydał książki kucharskiej albo poradnika mówiącego, jak żyć, być młodym, pięknym, fit, wege, eko i bogatym? Zaczynam wątpić”.

… trzeba uważać, co się mówi, bo każde wypowiedziane słowo może okrążyć Ziemię i kopnąć cię w dupę.

Józef Piłsudski miał rację, mówiąc, że: „Polacy to dumny naród… o ile nie ma akurat promocji w Lidlu”.

Mamy przecież internet, który może i nie gwarantuje zdobycia nowego skilla, ale daje dostęp do wiedzy z dowolnej dziedziny, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę odpowiednią frazę, a później wszystko w naszych rękach. Czy korzystamy z tego dobrodziejstwa? Niby tak, ale do perfekcji trochę nam brakuje. Wystarczy spojrzeć na najpopularniejsze zapytania w googlu: „Czy mogę jeść sernik, będąc w ciąży?”, „Czy biali ludzie mogą mieć czarne dziecko?”, „Czy dżdżownice mają oczy?”, „Czy od luteiny dopochwowej można przytyć?”, „Pocałowałam się z chłopakiem na imprezie i dwa tygodnie później wyszedł mi guz pod kolanem. Czy to może być ciąża pozamaciczna?”. Do tego dochodzi cała masa zapytań natury medycznej, np.: „Co jest przyczyną bolącej głowy/łydki/dupy?”, na które odpowiedzią zawsze jest rak.

„Kiedy umierasz, nie wiesz o tym. Tylko innym jest ciężko. Tak samo jest, jak jesteś debilem”.

I teraz do gry wchodzę ja… cały na biało. Zgarniam awizo i lecę na pocztę niczym Petru na Maderę, czekam ponad pół godziny w kolejce i to tylko po to, żeby usłyszeć, że na paczki zagraniczne jest osobne okienko. Przechodzę zatem do kolejki obok, po czym znowu czekam. Z nudów zaczynam obczajać kosmiczny asortyment dostępny w placówce. Tu podpałka do grilla, tam zraszacz ogrodowy, do tego pościel z kory, kolekcja jaj Fabergé, etui na ajfona z Ojcem Mateuszem i inne tego typu tematy.

Integracje zawsze wyglądają tak samo, czyli w drodze do hotelu 1/3 załogi wysypuje się pijana z autobusu już na pierwszym przystanku. Reszta robi się dopiero po przyjeździe. Kolejnego dnia z rańca są szkolenia i zabawy integracyjne, ale z powodu kaca mało kto na nie dociera. Pełna frekwencja jest dopiero na kolacji, po której był obiecany występ jakiejś wielkiej gwiazdy polskiej piosenki, ale ostatecznie z braku hajsu na scenie pojawia się Gosia Andrzejewicz. Kiedy Gocha odśpiewa już cały swój repertuar, czyli raptem dwie piosenki, następuje gwóźdź programu: libacja, a po niej skandal goni skandal. To pani z HR, która ledwo miesiąc temu wróciła z macierzyńskiego i jeszcze nie wszystko jej się zrosło, przeliże się z księgowym, po czym uciekną na pięterko. To pan z logistyki nawrzuca dyrektorowi przy setce świadków, to ktoś inny w wyniku upojenia alkoholowego wywinie orła i próbując się ratować przed upadkiem, złapie za stół, który ostatecznie poleci na glebę razem z nim, rozbijając przy okazji w drobny mak całą zastawę. To zazwyczaj zwiastuje koniec imprezy, a przynajmniej jej oficjalnej części.

A teraz? Wszechobecne teasery, teasery trailerów, oficjalny trailer nr 1, 2, 3, 4, 5 i na to wszystko jeszcze klip zmontowany przez fanów. Każdy pokazujący najlepsze sceny i spoilerujący fabułę. Nie ma elementu zaskoczenia. Z kolei na ekranach niemal same rimejki, sequele, prequele i prequele rimejków sequeli. Nawet miecze świetlne potrafią się znudzić, jeśli dostaje się je rok w rok. Do tego dochodzi zalew artykułów, dzięki którym, a raczej przez które, już na pół roku przed premierą wiadomo, że w filmie X gościnnie pojawił się aktor Y (co pierwotnie miało być niespodzianką dla fanów), ile będzie scen po napisach i że twórcy od dawna pracują nad dwiema kolejnymi częściami.

Wyszedłem wkurwiony jak Magda Gessler po zjedzeniu rosołu z kostki,

Podobnie jest z randkami, zwłaszcza tymi z internetu, a tak się składa, że po przekroczeniu pewnego wieku tylko na takie możecie liczyć. Stąd już tylko jeden krok do katastrofy. Zresztą sami wiecie, jak to działa. Zaczyna się od podrasowanych zdjęć profilowych, dalej jest: „No hejka, co tam?”, po czym schodzą niesamowite opowieści o podróżach autostopem przez Azję i nartach w Aspen, a później przychodzi czas spotkania w realu i nagle szok, niedowierzanie i szukanie alibi do ucieczki, bo okazuje się, że ten superprzystojny, elokwentny i dobrze rokujący biznesmen z internetu, w rzeczywistości jest absolwentem Wyższej Szkoły Bansu i Lansu, zatrudnionym w firmie „Szlachta nie pracuje”, nadal mieszka z rodzicami, uwielbia pizzę hawajską i śmiał się na „Kac Wawa”.

Siedzę na zajęciach z angielskiego, wtem lektorka rzuca pytanie od czapy: „Po czym poznać Polaka w Anglii?”. Nikt nie wyczuwa prawdziwej intencji, więc się zaczyna: „No jak po czym? Po reklamówce z Biedry, po białej skarpecie i sandałach, po Kubocie, wąsach, zasiłku, popylaniu z buta środkiem ścieżki rowerowej, używaniu konstrukcji „No to how I can tejk, kurwa?” i „Fenkju from the montajn”.

Można powiedzieć, że chłopak został przez branżę „pochowany” jeszcze za życia. Jak się okazuje, przedwcześnie. Właśnie wraca i to w wielkim stylu, bo z ekskluzywną kolekcją. Przynajmniej tyle dowiecie się z nagłówków na różnych portalach internetowych. Wystarczy jednak kliknąć „czytaj dalej”, a dowiecie się jeszcze, że ta ekskluzywna kolekcja to tekstylia łazienkowe w postaci ręczniczków, szlafroczków, kapci i dywaników pod kibelek, a całość zaprojektowana na wyłączność dla Biedronki. Czujecie ten splendor? Te zawistne spojrzenia Karla Lagerfelda i Ralpha Laurena? Kiedyś ubierał Kręglicką, Torbicką, Steczkowską i Cichopkową, a teraz jego nazwiskiem będzie mógł się podetrzeć byle Janusz. Przypierdolenie Titanica w górę lodową przy przypierdoleniu kariery Macieja Zienia w dno to zaledwie drobna stłuczka.

Miałem pod blokiem zakład fryzjerski prowadzony przez zawadiackiego waginosceptyka. Śmieszny koleś, w rurkach i apaszce w panterkę, z przerysowaną mimiką i specyficzną manierą. Kiedy do niego trafiłem, gość zaczął ochać i achać, że mam taaakie super cool gęste włosy, z którymi „da się poszaleć”. – Mam wizję. Oddaj mi się – powiedział. – Yyy… Co planujesz? – zapytałem zmieszany. – Zrobimy ci szałowy look. Z przodu krótko, z tyłu długo, na środku irokez, z prawej tapir, z lewej zaczes. Zobaczysz, będzie super. Wchodzisz? – No w sumie brzmi zachęcająco, ale chyba jednak postawię na klasykę. Przez klasykę rozumiem zwilżenie włosów spryskiwaczem do paprotek i szybki objazd maszynką.

… ani browar sam się nie otworzy, ani szlug sam nie odpali;

Jak kurtka, to obowiązkowo błyszcząca niczym wór na śmieci i z fałdkami à la ludzik Michelin. I jeszcze te oczojebne kolorki. Jak znalazł, jeśli ktoś pracuje w Zakładzie Oczyszczania Miasta. Buty? Trumniaki, wiadomo. Swetry? Nawet spoko, jeśli jesteś Krzysztofem Kononowiczem.

Madzia do każdej produkcji podchodzi z tzw. „czystą głową” i bez uprzedzeń. No dobra, do każdej poza sci-fi. Do sci-fi faktycznie jest uprzedzona, ale cała reszta na legalu. Totalnie wisi jej, kto jest reżyserem i jaki był budżet, po prostu chce obejrzeć dobry film. Po czym poznać, że film daję radę według percepcji Madzi? 1. Siedzi w skupieniu przez całą projekcję – Film wymiata. 2. Wyjście na siku ze spacją (czyli ze stopklatką) – Film bardzo dobry/Interesujący. 3. Wyjście na siku bez spacji – Film ok, ale trochę przydługi. 4. Sprawdza, co na fejsie – Film ostro przynudza. 5. Odpala Candy Crush na ajfonie – Film ssie. 6. Pyta, czy chcę herbatę – Film do dupy! Daje do zrozumienia, że nie planuje dalej brnąć w tego gniota. 7. Kimka – Film tak nudny i męczący, że pada, zanim w ogóle zdąży pomyśleć o zaproponowaniu herbaty. 8. Podejrzliwe i oceniające spojrzenie – Właśnie odkryła, że ją oszukałem i włączyłem sci-fi.

Mój Boże, jeśli Olek Kwaśniewski miałby tak nalany kieliszek, jak ja ryj, byłby chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Preferuję dyskretniejszą i subtelniejszą uprzejmość, taką, jaką serwujemy sobie w pracy, np. kiedy ktoś kicha i wszyscy burczą pod nosem „yynazdrowietwojamać”, na co kichający odburkuje „yyydziekiijawasteż”.

Zacytuję wam jeden, który na stronie ma status najpopularniejszego, a wy mi powiedzcie, czy da się napisać coś bardziej gównianego. Uwaga, lecimy: „Niech (tutaj wpisz imiona młodych) razem długo żyją, póki komar i mucha morza nie wypiją, a ty mucho, ty komarze, pijcie wodę powoli, aż się Państwo Młodzi nażyją do woli”. No kuźwa chemioterapia gwarantowana po takim tekście.

… to tak jak pojechać do Szczecina i nie zjeść paprykarza,

… narkotykom mówię stanowcze „chyba nie”.

Powiedzmy, że mając 50 zł, w helweckiej walucie of course, można w niej /restauracji/ dostać jedynie szklankę wody i to przy założeniu, że przyszło się z własną szklanką.

Szwajcarzy notorycznie zostawiają pootwierane garaże, fury, chałupy i nic się nie dzieje. Dzieciaki porzucają na noc rowery pod trzepakiem, na trawnikach, na środku chodnika, a jakimś cudem rano nadal tam są. Wciąż mnie to szokuje. Mój rower stał w Polsce na strzeżonym parkingu, zabezpieczony łańcuchami lepiej niż Harry Houdini w swoim popisowym numerze, a mimo to podpierdolili mi go w biały dzień.

Jest takie niepisane prawo, zgodnie z którym facet powinien minimum raz w roku, na co najmniej 24 godziny, wybić z chaty w celu totalnego zezwierzęcenia się.

Jest jeszcze jeden argument „za” Berlinem. Niemki są brzydsze niż Dworzec Zachodni, więc drugie połówki nie będą miały lęku, że wyjazd ma podwójne dno.

Jeszcze w Polsce ogarniacie noclegi, kierując się dwoma parametrami: tanio i blisko metra. Tanio, bo pijanemu wszystko jedno, czy plama na ścianie to reprodukcja Picassa, czy pozostałość po poprzednim lokatorze.

Maj Sjöwall i Per Wahlöö „Śmiejący się policjant”

Maj Sjöwall i Per Wahlöö „Śmiejący się policjant”:

To był jeden z „jamników”, których nigdy nie przeczytałem”. Bo Sztokholm i co ja z tego zrozumiem. A teraz nasunęła się smutna okazja, ponieważ połowa duetu autorów, pani Maja, właśnie zmarła (w pięknym wieku 95 lat).
W Sztokholmie ktoś wystrzelał wszystkich pasażerów miejskiego autobusu (+ kierowca). Śledztwo żmudne, posterunkowe. Henning Mankell przyznawał, że sporo z tego pisarstwa skorzystał.
W pewnym momencie trafiłem na wzmiankę o szwedzkim mieście Boras. Byliśmy tam mniej więcej rok temu. Studiowaliśmy w tureckiej knajpie menu po szwedzku. Nazwy oczywiście kompletnie nic nam nie mówiły. Zamawiam coś po angielsku i poradziłem się Doroty. Na to młoda kelnereczka: „To może ja państwu doradzę..?” Dostała odpowiedni napiwek.
Cytaty:

Kiedy jeszcze pracowali w Malmó jako zwykli posterunkowi, pieszo chodzący na patrole, wiele razy zdarzało się, że Kristiansson przeprowadzał pijanych przez ulicę, a nawet przez most, na teren innej komendy, żeby się ich pozbyć.

– Słuchaj, pamiętasz, jak to było zeszłego lata, po zabójstwie w parku? – Oczywiście. – Nic wtedy nie mieliśmy właściwie do roboty i Hammar powiedział, żebyśmy wzięli do przejrzenia stare nie wyjaśnione wypadki. Przypominasz sobie? – O kurcze blade, przypominam sobie. I co z tego? – Ja przejrzałem morderstwo taksówkarza z Boras, ty się zająłeś staruszkiem z Ostermalm, który po prostu zaginął siedem lat temu. – Tak. I dzwonisz, żeby mi to powiedzieć?

– A to co takiego? – zagadnął Martin Beck. Melander przekartkował zieloną zszywkę. – Elaborat psychologów – wyjaśnił. – Kazałem to oprawić. 133 – Aha – rzekł Gunvald Larsson. – I jakież oni mają genialne teorie? Że nasz biedny sprawca morderstwa masowego musiał raz w okresie pokwitania zrezygnować z jazdy autobusem, bo nie miał pieniędzy na bilet, i że to przeżycie pozostawiło tak głęboki ślad w jego wrażliwej duszy…

Czytałem gdzieś – powiedział Kollberg – że na tysiąc Amerykanów jest jeden czy dwóch potencjalnych morderców masowych. Ciekawe, jak oni to mogli stwierdzić. – Sondaż poprzez ankiety — wyjaśnił Gunvald Larrson. – To też jedna z amerykańskich specjalności. Obchodzi się domy i wypytuje ludzi, jak im się wydaje: czy mogliby popełnić masowe morderstwo. Dwóch na tysiąc odpowiada: Owszem, to mi się wydaje przyjemne.

Wprawdzie do Bożego Narodzenia
pozostawał jeszcze miesiąc przeszło, ale zaczęła się już orgia reklamy i histeria zakupów, szybko i niepowstrzymanie niczym dżuma szerzyła się wzdłuż ozdobionych girlandami ulic handlowych. Epidemia była nieustępliwa i nie można
było przed nią uciec. Wgryzała się w domy, przenikała do mieszkań, zatruwała i zwyciężała wszystko i wszystkich na swojej drodze. Dzieci już płakały z wyczerpania a ojcowie
rodzin zadłużeni byli aż do następnego lata. Zalegalizowane oszustwo grasowało na dobre. Szpitale przeżywały wysoką koniunkturę, jeśli chodzi o ataki serca, rozstrój nerwowy
i pęknięte wrzody żołądka. Na posterunkach policji w śródmieściu częste były wizyty
zwiastunów wielkiej czeredy świątecznych klientów, tymczase w postaci pijanych w sztok krasnoludków…

– Istota problemu – ciągnął dalej Melander nieustępliwie – polega rzecz jasna na tej paradoksalnej sytuacji, że zawód
policjanta wymaga w założeniu najwyższej inteligencji, zupełnie niezwykłych kwalifikacji psychicznych i moralnych od tych, którzy się go podejmą, a jednocześnie nie oferuje nic, co mogłoby przyciągnąć osoby o takich
właściwościach.

Jeszcze jednej kategorii ogromnie zależało
na tym, żeby policja możliwie jak najszybciej ujęła winnego. Kategorię tę stanowili ludzie potocznie określani mianem świata podziemnego.
Większość tych, którzy normalnie trudnili się działalnością kryminalną, przez ostatnie miesiące zmuszona była do zupełnej bezczynności. Jak długo policja była w stanie alarmowym, należało zachować ostrożność. Nie było więc w całym Sztokholmie złodzieja, oszusta, włamywacza,
pasera, pokątnego sprzedawcy i sutenera, który nie pragnąłby, żeby morderca masowy wreszcie został ujęty i że bby policja znowu zajęła się demonstracjami przeciw wojnie w Wietnamie i mandatami za nieprawidłowe parkowanie, a oni mogli przejść do normalnej działalności.
W rezultacie więc w tym jednym wypadku przestępcy solidaryzowali się z policją i większość nie miała nic przeciw temu, żeby przyczynić się jakoś do znalezienia poszukiwanego.

Jerzy Bronisławski „Bez skrupułów”

Jerzy Bronisławski „Bez skrupułów” 1979:

Taka sobie sensacyjna, okupacyjna czytanka. Na marginesie przemyca jednak prawdę (?), że „naród walczył z okupantem”. Bo w praktyce ujawniało się wiele stanów pośrednich. Naród też starał się „urządzić”, adoptować, wykorzystać okupanta przeciw własnym rodakom. No i radziecki oficer przekonuje polskiego, że 17 września był jak najbardziej słuszny.
Cytat:

— Wiązały nas sojusze zachodnie! — odparował speszony nieco Ostoja-Rostocki. — Plan przewidywał… — Sojusze! — pokiwał smętnie głową Charitonow. — Plany, sojusze i co z tego? Pomogli wam chociaż? Wojnę Niemcom wy­powiedzieli, ale do dziś siedzą jak mysz pod miotłą na tej swojej linii Maginota. Oto war­ tość papierowych deklaracji! Ale co ciekaw­sze, nie przeszkadza im to udzielać pomocy Finlandii, którą faszyści pchnęli do zbrojnej awantury przeciwko nam. Ma pan jeszcze jeden przykład, jak splatają się kapitalisty­czne interesy, gdy w rachubę wchodzi nasz kraj — Rosja Radziecka. Chyba się spodzie­ wali, że zaraz po zajęciu Polski Hitler ruszy na wschód. Gefreiter przestraszył się zimy i my sobie z tego doskonale zdajemy sprawę. Dobrze pamiętamy okres interwencji i potra­fimy zatroszczyć się o własne bezpieczeń­stwo. Pożywiom, uwidim! — zakończył w zdenerwowaniu po rosyjsku. — To już nie strategia, a polityka, panie majorze.

Dorota Masłowska „Dusza światowa”

Dorota Masłowska „Dusza światowa” 2013:

Wywiad-rzeka. Jak dla mnie – mnóstwo interesujących rzeczy.
Cytaty:

Organizm się przystosowuje i odcina nadmiar, a w mieście wszystko jest nadmiarem: hałas, fizyczna bliskość innych ludzi, samochody, tiry, tramwaje. Odcinasz się, zaczynasz poruszać się automatycznie, jak po horrendalnym układzie krwionośnym. Dopuszczenie do siebie wszystkiego, co się tutaj dzieje, prawdopodobnie skończyłoby się wywróceniem mózgu na lewą stronę al​bo śmier​cią.

Zauważ, że we wszystkich sytuacjach zbiorowych, na imprezach, które odbywają się w tłoku, wszyscy piją alkohol, żeby w ogóle móc to wytrzymać, jakoś się odciąć, zasłonić, stłumić. Siedzenie w zatłoczonej knajpie, stanie na koncercie bez al​ko​ho​lu jest kom​plet​nym mo​zołem, cza​sem wręcz kosz​ma​rem.

Uwielbiam chodzić na blokowisko, porusza mnie to stłoczenie losów, istnień ludzkich jednego pod drugim. Niesamowite jest to, że w tak bezprecedensowej fizycznej bliskości, przedzielone jedynie tekturą (bo ściany w blokach są w zasadzie z tektury), toczą się równolegle kompletnie różne losy, rozgrywają różne historie, które często nie mają żadnego punktu stycznego, bo ludzie zazwyczaj nawet nie mówią sobie „dzień do​bry” w win​dzie.

Z drugiej strony w Nowym Jorku obfitość pierwiastka ludzkiego i różnorodność jest niepomiernie większa, po prostu przewijają się tam takie masy ludzi, tyle konfiguracji i wariacji losów, że niewykluczone jest to, iż jeszcze dzisiaj spotkasz w pralni mężczyznę, który pochodzi z Grenlandii, wykonuje zawód clowna, i śmiertelnie się w nim zakochasz. Tam jest taka obfitość wszystkiego, że nie jesteś jej w sta​nie ogarnąć myślą.

Dla mnie pisanie służy do rozpatrywania różnych perspektyw, do wczuwania się w nie. Bez otwartości na ten proces, na to, czego się z niego dopiero dowiem, ileś tam godzin siedzenia przed komputerem idzie na marne – jestem w tym samym miejscu, niczego się nie do​wie​działam, nic się we mnie nie zmie​niło. Moim konikiem są język i obyczajowość, wyrażający się w nich społeczny proces. I w związku z tym muszę być cały czas otwarta, czujna, gotowa na zmianę stanowiska, a nie na deklamowanie słusznych opinii.

Bardzo wierzę, że najwartościowsze w pisaniu jest to, nad czym nie panujesz, czego nie jesteś w stanie zaplanować, to, co wychodzi z ciebie mimochodem. To jest właśnie świat, życie. Na pew​no dla mnie jest to two​rzy​wo, które ce​nię naj​bar​dziej.

Nie da się pisać książki w takim trybie: popiszę piętnaście minut, potem zrobię obiad, pójdę do PZU, a potem znowu popiszę dwadzieścia minut. Nie można tak pracować i liczyć, że cokolwiek sensownego w ten sposób powstanie. To łączy się z tym, o czym mówiłam, że pisanie jest rodzajem transu. Nie da się wejść w ten trans, kiedy nie ma się odpowiednio dużej połaci czasu. Ale

Są lu​dzie, którzy ni​by żyją, ale w dużej mie​rze są mar​twi – śmier​cią można na​z wać de​presję, al​ko​ho​lizm, czy też in​ne ro​dza​je by​cia ob​umarłym.

A może po prostu sztuka jest tańcem godowym: chcemy zaprezentować swoje piękno, spektrum swo​ich oszałamiających barw? Al​bo chce​my przed​sta​wić naszą ofertę ge​ne​tyczną? Trudno powiedzieć, jak to jest. Sama nie wiem, do kogo kierowana jest twórczość. Równie dobrze może być strumieniem wysłanym po prostu w ludzką masę. Skierowanym do kogoś, kogo jeszcze nie znamy; dopiero przyzywa on do naszego życia pewne osoby… Takie to whom it may con​cern.

Książka jest zro​bio​na z cie​bie i z po​wie​trza. Czy​li z ma​te​riałów nie​po​li​czal​nych i bez​cen​nych. Jesz​cze z cza​su i wy​pi​tej ka​wy.

Jest też strasz​na de​wa​lu​acja. Jeśli książka wy​cho​dzi w kwiet​niu, to dzien​ni​ka​rze i księga​rze muszą mieć o niej wszyst​kie in​for​ma​cje w li​sto​pa​dzie po​przed​nie​go ro​ku. Książka wy​cho​dzi w kwiet​niu, a w czerw​cu te​go sa​me​go ro​ku jest już właści​wie nie​ak​tu​al​na, w lip​cu lub sierp​niu lądu​je w ta​niej książce.

Książka musi być ciekawa dla autora, żeby mógł ją pisać.

Masz talent, wrażliwość, robisz rzeczy piękne i momentalnie zaczynają kręcić się wokół ciebie rozmaici alfonsi, rozmaite „Vivy”, telewizje śniadaniowe, promocje, profity. Oczywiście są ludzie, którzy robią w roz​ryw​ce, i im występy w te​le​wi​zji śnia​da​nio​wej ani re​kla​ma środ​ka na zgagę nie uwłaczają. Ale jeśli chcesz mówić rzeczy ważne, to ten obieg mainstreamowy, popowy jest śmiertelnie groźny. Pieniądze są groźne, Warszawa jest groźna, bo tu człowiek zaczyna myśleć takimi kategoriami jak wszyscy: mieć wreszcie ładne mieszkanie, mieć komfort, spokój, ładnie wyglądać, jeździć na faj​ne wa​ka​cje. Ale wcale też nie jestem zdania, że najbardziej wiarygodny jest artysta głodny. Właśnie artysta głodny jest o tyle w niebezpieczeństwie, że łaknie, potrzebuje kasy.

Twórczość jest przecież czymś, co wymyka się kategoryzacjom, temu, co jesteśmy w stanie stwierdzić umysłowo; twórczość zabiera cię na wycieczkę, pokazuje ci rzeczy i światy, o których istnieniu nie miałaś pojęcia, otwiera całe pokłady wiedzy, którą masz w sobie, ale do której nie miałaś dostępu. Pisanie jest pytaniem, zagadką, poszukiwaniem i wycieczką właśnie, a nie odpowiedzią. Bo odpowiedź, deklaracja jest staniem w miejscu. Myślę, że należy raczej pytać, a nie od​po​wia​dać.

Myślę też, że w tej chwili w Europie, gdzie tylu ludzi migruje, przemieszcza się, przenosi z miejsca na miejsce swoje kuchnie, sposoby ubierania i strojenia choinki, gdzie żyjemy w coraz bardziej złożonej sytuacji społecznej, bycie fundamentalistą wy​ma​ga spo​re​go tu​pe​tu.

I wydaje mi się, że jeszcze zakochana w sobie piosenkarka pop, której egomania stanowi część autokreacji, jest w tym mimo wszystko bardziej estetyczna niż starszy reżyser ambitnego kina opra​wiający wy​cin​ki o so​bie w złoco​ne ram​ki.

Autoerotyzm jest dowodem na twoją świetność – nawet ty sam jesteś w sobie zakochany, nie mówiąc już o innych. I wydaje mi się, że taka ostentacyjna egomania, która jest na przykład sztandarową postawą Dody, głównym elementem jej emploi, to jest pewien jej pomysł na siebie: głupi, ale przy​naj​mniej szcze​ry. Złe wydaje mi się tylko, że jej sposób kopiują inni – różne gwiazdy z koziej pały, piosenkarki bez piosenek, osoby, które zajmują się byciem fotografowanymi lub choćby same się fotografują: w czasie kąpieli, z garnkiem, z dzieckiem, bez dziecka etc., i publikują te zdjęcia na Facebooku…

Dziew​czy​na, która „re​cen​z u​je” ko​sme​ty​ki na Youtu​be, ma tyl​ko ego, ono sta​je się jej „twórczością”. Pa​miętam ta​ki od​ci​nek pro​gra​mu Ku​by Wo​jewódzkie​go właśnie o at​ten​tion se​ekers – to było do​praw​dy wstrząsające – oso​bach, których „pracą” jest „spełnia​nie swo​ich ma​rzeń” o by​ciu sław​nym, lecz ta „sława” nie jest do ni​cze​go przy​kle​jo​na. Wystąpił tam chłopak, który był kie​dyś związa​ny z Jolą Ru​to​wicz – to była je​go ofi​cjal​na działal​ność.

… nie znoszę sytuacji, w której ktoś udaje, że ze mną rozmawia, a jednocześnie pi​sze po​sty na Fa​ce​bo​oku… Roz​ma​wiasz z kimś przez te​le​fon i słyszysz stu​kot kla​wia​tu​ry.

… nie ma po co ga​dać, można po​czy​tać o so​bie na​wza​jem na Fa​ce​bo​oku.

Skąd oni biorą na to czas? Ja bez Facebooka mam bardzo mało czasu, a skąd biorą czas ci, którzy są tam ciągle za​lo​go​wa​ni i pod​lin​ko​wują so​bie fil​mi​ki?

… mil​cze​nie – tak sa​mo jak two​rze​nie – może być wpi​sa​ne w kon​dycję ar​ty​sty. Al​bo też, że nie​kie​dy można być ar​tystą tyl​ko przez ja​kiś czas, nie przez całe życie.

… wy​da​je mi się, że są mo​men​ty w życiu i w sztu​ce, kie​dy na sa​mej dys​cy​pli​nie, czy też pra​co​wi​tości da​le​ko się nie za​je​dzie.

A kobiety w Rosji z kolei chodzą w strojach balowych bez względu na okazję, balowe są nawet ich złote dresy. Wydaje mi się, że Warszawa pod tym względem jest bardzo wschodnia, ludzie przykładają wielką wagę do ubioru. W porównaniu z Nowym Jorkiem, gdzie połowa osób wychodzi na ulicę w piżamie albo w podkoszulku i laczkach, albo stroju na WF, i to jest element tamtejszej nonszalancji, ludzie w War​sza​wie, zwłasz​cza ko​bie​ty, chodzą bar​dzo sta​ran​nie ubra​ne.

Internet to świat bez śmietnika. W klasycznym, niewirtualnym świecie zło przemija. Rany się goją, trawa porasta, papier się rozpada, gazety płoną. W Internecie wszystko trwa wiecznie, Internet jest wiecz​ny, nie bio​de​gra​du​je, nic się nie roz​pa​da, nie oczysz​cza, nie za​bliźnia. Z jed​nej stro​ny wszyst​ko jest bliżej, możemy so​bie zo​ba​czyć, ja​kie są ce​ny w re​stau​ra​cji w No​wym Jor​ku, dzięki e-ma​ilom m o ż e m y pra​co​wać dużo szyb​ciej, ale także m u s i m y pra​co​wać dużo szyb​ciej.

… czasem jedzenie jest bardzo niesmaczne, ale ma swój klimacik. Na przykład ciepła, wygazowana oranżada z bułką w upalny dzień na przystanku PKS.

… pi​szesz o all-in​c​lu​si​ve: „Py​ta​niem, które za​da​wałam so​bie, leżąc nad ba​se​nem błękit​nym jak oczy Ju​da​sza, było: co z tym wszyst​kim jest nie tak? Teo​re​tycz​nie ni​g​dy jesz​cze tak wie​lu lu​dzi nie po​sia​dających by​naj​mniej w swym drze​wie ge​ne​alo​gicz​nym żad​nych książąt nie doświad​czało ta​kiej ob​fi​tości i prze​py​chu. Skąd więc to nie​od​par​te po​czu​cie, że to wszyst​ko nie po​win​no mieć wca​le miej​sca, że po​win​no zo​stać zli​kwi​do​wa​ne, te​raz i na​tych​miast, za​nim Bóg zo​ba​czy i za​grzmi?”,

We mnie w ogóle coś takiego jest, że tęsknię za życiem małomiejskim albo wiejskim. Życiem, w którym masz ograniczoną liczbę wyborów: codziennie idziesz do sklepu, kupujesz bułki, masło i ser, wszystko jest proste i w dużej mierze polega na patrzeniu w dal albo na po​je​cha​niu gdzieś pe​ka​esem.

… jest jeszcze słynny Merkury. Jak idę tam po coś na obiad, to mam opowieści na cały dzień: to jest gigantyczny sam, po remoncie, a wszystkie sprzedawczynie są uczesane jak na sylwestra, mają chryzantemy z pasemkami, balejaże, a także makijaż sylwestrowy, stylonowe fartuchy i maniery z lat osiemdziesiątych, czyli: opryskliwość, rzucanie towarem, jedzenie kiełbasy podczas sprze​daży… „Eks​pe​dient​ka – nasz pan”… Oraz: „nie myśl sobie za dużo, kliencie”, czy też: „kupuj i spadaj”. Poza tym od rana do wieczora stoją tam starsze panie w beretach i kożuchach i dyskutują o tym, czy przypadkiem nie było za dużo chrza​nu w do​wie​zio​nych po​przed​nie​go dnia bu​racz​kach.

… przyzwyczailiśmy się do posługiwania się swoim mózgiem jako automatem do myślenia.

Opera podoba mi się jako miejsce, gdzie są marmury i w przerwie pije się szampana. Świecą kryształowe żyrandole, a w toaletach – poczciwe pożółkłe se​de​sy z lat dzie​więćdzie​siątych z potłuczo​ny​mi de​ska​mi.

Zeszłej zimy poszłyśmy razem na Halkę – nad sceną wisiał prompter z angielskim tłumaczeniem libretta i jak zobaczyłam nagle na nim słowa: „My Janusz, my falcon”, zro​zu​miałam, że to nie jest dla mnie.

Pisma typu „Viva” to w pewnym sensie pisma komputerowe: generuje je komputer, są tak sformatowane, żebyś czytając je, nie czytała niczego. Żeby ani jeden neuron w twojej głowie się nie poruszył – to jest cała przyjemność, której te pisma dostarczają: nie wymagają od ciebie niczego, są już wstępnie stra​wio​ne, wstępnie prze​czy​ta​ne za cie​bie.

Fizycznie możliwe jest zjedzenie pięciu obiadów – i wszystkie mogą być obiektywnie oszałamiająco pyszne i zdrowe, a jednak ani nie będą cię odżywiały, ani krzepiły. Ale faktem jest, że jak się uprzesz, uda ci się je zjeść. Pod tym względem festiwale filmowe przypominają all-inclusive w Egipcie, zbiorową bu​li​mię. Za​po​mi​na się o tym, że „stra​wie​nie” fil​mu wy​ma​ga cza​su, miej​sca w to​bie.

Fizycznie możliwe jest zjedzenie pięciu obiadów – i wszystkie mogą być obiektywnie oszałamiająco pyszne i zdrowe, a jednak ani nie będą cię odżywiały, ani krzepiły. Ale faktem jest, że jak się uprzesz, uda ci się je zjeść. Pod tym względem festiwale filmowe przypominają all-inclusive w Egipcie, zbiorową bu​li​mię. Za​po​mi​na się o tym, że „stra​wie​nie” fil​mu wy​ma​ga cza​su, miej​sca w to​bie.

Moje ciało jest w zasadzie ciałem obcym, traktuję je jako narośl, coś, co umożliwia mi przemieszczanie mózgu z miej​sca na miej​sce i ewen​tu​al​nie odżywia​nie go, pod​trzy​my​wa​nie przy życiu… Ja cza​sa​mi mam wrażenie, że składam się tyl​ko z czubków palców na kla​wia​tu​rze i z oczu, które śledzą ich ruch.

… nie jestem już zdolna do jeżdżenia na festiwale filmowe. Jeden film dziennie, może nawet rzadziej, wy​da​je mi się, że ty​le mniej więcej przyj​mu​je mój mózg.

Moim wielkim marzeniem jest, żeby ktoś tak zekranizował Chłopów. Ekranizacja, która istnieje, jest kompletnym szrotem, wszyscy są brzydcy, kukły krów, leci pomarańczowa krew. A książka, którą wiele osób kojarzy tylko z licealną udręką, jest powieścią totalną; jest w niej wszystko: miłość, namiętność, pazerność, skurwysyństwo, bestialstwo; materiał na monumentalny film o Polsce. Ona jest pomyślana totalnie filmowo: jest ogół, szczegół, plastyczność, zmysłowość, wizualność, okrucieństwo. Ciągle leje się krew, a to ktoś zabije psa, a to pobiją się dwie gospodynie i potem jest scena, jak jadą przez wieś z oberwanymi uszami, z twarzami, jak pisze Reymont, „jakby ktoś je pobronował”. Albo motyw tej starowinki, co kuśtyka po wsi w poszukiwaniu miejsca, żeby umrzeć, i ma porządną kołdrę, i jakaś rodzina ją wreszcie przygarnia, bo chce tę kołdrę odziedziczyć. To jest na​prawdę jed​no z mo​ich naj​większych ma​rzeń, żeby ktoś z te​go zro​bił wiel​ki film.

Tak, „prze​bo​jo​wy pra​cow​nik agen​cji re​kla​mo​wej czu​je się wy​pa​lo​ny” i tak da​lej.

… dobra sztuka jest po prostu jak kość czy kamień: opiera się biodegradacji.

… ten dow​cip jest śmiesz​ny, tyl​ko trze​ba go ro​zu​mieć.

Nowy Jork po raz pierwszy wydał mi się okrutny, bezwzględny. Po raz pierwszy zorientowałam się, że aby tam przeżyć, ekonomicznie, psychicznie, aby w ogóle funkcjonować – musisz prawie się odłączyć: nie czuć, nie widzieć, nie komunikować się; otwierać się tylko na niektóre bodźce. Jest restauracja sushi, a pod nią ktoś mieszka na gazecie. Jesz to sushi, ale ciągle pamiętasz, że lada chwila ty też możesz tak siedzieć.

… popularyzacja, demokratyzacja i ekonomizacja podróży spowodowała zarazem ich dewaluację – to nie jest trwająca rok podróż filozoficzna, tylko dwutygodniowa podróż in​stant, podróż eks​pre​so​wa.

Może w 2013 ro​ku będzie już normą w pro​gra​mach pu​bli​cy​stycz​nych mówie​nie do sie​bie: „k…, prze​stań p…, ty ch…”. Mam na​dzieję, że nie, ale te​go nie wie​my. Ciekawe jest, że krótki proces produkcji tej rozmowy

„Agnieszka Osiecka. Lubię farbować wróble. Z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski”

„Agnieszka Osiecka. Lubię farbować wróble. Z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski”:

Kompilacja wywiadów prasowych. Niby to wszystko się już gdzies czytało, ale ta intensywność przeżywania własnego życia w niepięknych przecież czasach…
Cytaty:

… rozmowa z Agnieszką Osiecką powstała na podstawie dziesiątek wydrukowanych wcześniej wywiadów prasowych, rozmów radiowych i telewizyjnych, fragmentów wydrukowanych, ale też odnalezionych w szpargałach pojedynczych zdań i zapisków.

… wstałam od stolika, ale tak niefortunnie, że wywróciłam filiżankę na podłogę. Zaczęłam przepraszać. Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, że rozpraszam poetkę przy pracy, bo widziałam kątem oka, że pisze coś na kartce. Wtedy Agnieszka Osiecka odwróciła się w moją stronę, spojrzała na mnie z tym charakterystycznym, lekkim dystansem, ale też rozbawieniem, i powiedziała coś, co, jak mi się wydawało, miało mnie pocieszyć: „Nie szkodzi. A kto powiedział, że miejsce tej filiżanki jest właśnie na stole?”.

W Kanadzie myśliwi noszą czerwone kamizelki. To ich odróżnia od drzew. Mój język to jest ta moja czerwona kamizelka.

Mam jeszcze jedną: śpiesz się. Bo najgorsze jest to, że człowiek wciąż sobie powtarza: jeszcze zdążę, na pewno zdążę, przecież mam mnóstwo czasu. Później się okazuje, że tego czasu wcale nie ma tak dużo. A potem pstryk, iskierka gaśnie.

Przyjaciele moi i moje przyjaciółki! Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. Nie mówcie jej: „Przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu”. Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi: „Przepraszam, musiałam pomylić adres…”. I pstryk, iskierka zgaśnie.

Obawiam się, że zaczyna „pachnieć katafalkiem”.

Normalni ludzie, ludzie z sercem i babcią, wyglądają jak wykopaliska, jak anioły zostawione w szatni.

Zapytała mnie kiedyś pewna dziewczyna, jaki mężczyzna mi się podoba. Odpowiedziałam, że taki, który ma dużo czasu dla kobiety. Niech on będzie biedny, nawet paskudny, ale żeby miał dużo czasu dla kobiety. Żeby z nią gadać, żeby z nią spać, żeby się przytulić – bo czułość jest najważniejsza.

Zawsze mi się podobał taki typ zbuntowany, cały „na nie”, przyklejony do baru, jak niedopałek sporta.

… u nas nigdy nie było domu. Nasza rodzina żyła w dobrze urządzonym mieszkaniu.

Trochę siedzę na majowym, trochę słucham Niemena, trochę kupuję wykładzinę.

Lata siedemdziesiąte były prawdziwą wylęgarnią absolwentów rozmaitych szkół średnio wyższych. Rozbiegły się po kraju sfory kierowników domów kultury, pracowniczek estrady, organizatorek konkursów recytatorskich, przełożonych placówek i w ogóle półinteligentów i półinteligentek wszelkiej maści. To oni rozpowszechnili słowa „ciepłe”, „urocze” i „urokliwe”, oni wybierali ofiarom wiersze do czytania, oni zaflancowali plagę poezji śpiewanej i oni wymyślili milcząco przyjętą zasadę, żeby nie było za dużo o polityce.

… z tego pośpiechu masę osób pisze pamiętniki albo jakieś półdzienniki. To jest tania rozrywka, wystarczy czyste sumienie i trochę wigoru, a przecinków uczą w szkole. Marnie, bo marnie, ale uczą.

Teraz każdy jest sam. Pamiętam, że trzy lata temu byłam na sylwestrze; w czasie noworocznego toastu stałam akurat koło jakiegoś dwudziestolatka, który ma już własną firmę i – jak to w towarzystwie – chciałam mu złożyć życzenia. Zapytałam go, o czym marzy. „O pozbyciu się wspólnika” – padła odpowiedź.

Młodość jest potwornie ciężkim przypadkiem. I chyba nie ma nikogo, kto by z tego wyszedł bez powikłań.

Moje życie to jest powieść z przygodami, ale nie wiem, czy zawsze w najlepszym guście. W piosenkach bardziej dbałam o styl. Pisałam o tym: „Myśmy żyli jak na wietrze, myśmy żyli niebezpiecznie…”. Przeszłości nie da się uniknąć. Siedzi mocno w każdym z nas.

Ale Warszawa to też społeczność niezbadanych ludzi ze wsi, z miasteczek, ze wschodu, z Ziem Odzyskanych, z lumpenproletariatu przeniesionych do Śródmieścia. Do tej zbieraniny ludzkiej i ja się zaliczam. Emocjonalnie jestem związana z Warszawą, a biologicznie z warszawką, która przecież bardzo pomogła mi w karierze. Tadeusz Konwicki definiował warszawkę dosadniej – banda rozplotkowanych, starych bab.

Tak się na przykład kiedyś pisało: Tkwić przy tobie w szarej sukience i podziwiać, jak oddychasz! Dopiero niedawno rodzina mi powiedziała: „Agnieszka – czy to był jakiś astmatyk?”.

Obojętny to wiadomo. Dla niego pisze się: Rzuć choćby szyszką w moją stronę i tak dalej. Misiaczek ma najgorzej: poetessa daje mu do zrozumienia, że nie nudzi się z nim w łóżku, ale rano nie ma z kim pogadać na taki temat, czy wszechświat jest rurą.

Najpewniej jakiś nieznający się na rzeczy cudzoziemiec mógłby pomyśleć, że jesteśmy plemieniem nomadów i że wciąż opłakujemy gasnące ogniska. Czy większość tego, co kryształowe w naszej literaturze, to nie jest jakaś taka poezja przesiedlenia? Aż zazdrość czasem bierze, kiedy się wspomina pisarzy, którzy opisywali to, co mieli, a nie to, czego nie mają; Hemingway – morze, Faulkner – kukurydziane pola, Sartre – paryskie kawiarnie.

Zauważcie: masa ludzi jakże często powiada, że na Mazurach ciągle pada deszcz. Ale to nieprawda! Deszcz pada tam tak samo często jak w Warszawie czy w Poznaniu. Sekret polega jednak na tym, że na Mazurach deszcz długo wisi w powietrzu. Gnieździ się w koronkowych łapach sosen, wozi się na wilgotnych grzbietach saren, dynda na strzechach, migocze na drutach telegraficznych i w piórach – oczywiście – jaskółek.

Ale to była inna formacja, której ton nadawali poeci, prawnicy i facecjoniści.

Niby utrata pióra nie jest taka straszna, ale dla mnie wiąże się z tym pewien przesąd: nigdy nie pożyczam nikomu długopisu, którym piszę piosenki. Na wszelki wypadek zawsze mam przy sobie jakiś drugi, żeby nie urazić staruszki na poczcie, a sobie nie sprzątnąć iskierki.

… za wszelką cenę zatrzymać mężczyznę. Stawiamy mu aspirynę przy łóżku, kiedy wraca nad ranem, idziemy do fryzjera, kiedy wcale nie wraca. Nie zadajemy żadnych pytań albo tylko te, które lubi, nie krytykujemy perfum, którymi pachnie, nie namawiamy go na wspólny wyjazd do Krościenka, nie chcemy poważnie porozmawiać, nie nasyłamy na niego naszej matki, a nade wszystko naszej przyjaciółki. Prowadząc taką politykę, możemy być pewne, że po jakichś dwudziestu latach na pół obcy facet w kapciach usiądzie z nami przed telewizorem i nigdzie wieczorem nie wyjdzie.

Natura ciągnie wilka do lasu, a jeszcze bardziej matura, jeśli filolog klasyczny miał już przed ślubem skłonność do zaglądania do kieliszka, a w niedzielę wyjeżdżania na samotne majówki z grubą książką Dzieje piramid (mimo że uprzednio proszono go o odmalowanie szafki kuchennej). Ten sam filolog po ślubie uda się na dłuższą wyprawę alpinistyczną, dźwigając w plecaku dzieła wszystkie Kraszewskiego, a po powrocie upije się do nieprzytomności.

Postaraj się polubić ten las, w którym znika twój wilk.

Nie mam cierpliwości. Gdy postanowiłam założyć zielnik, skończyło się na jednym listku.

Być może podstawową cechą charakteru człowieka jest nie światopogląd, ale usposobienie. Jeśli ktoś jest fanatykiem, będzie nim całe życie, zwracając się tylko w różnych kierunkach.

… polska literatura obfituje w wątki alkoholowe, ale człek pijący jawi się często jako „człek” właśnie – poczciwina, błazenek i ochlapus. Tymczasem mało kto fatyguje się, aby opisać to piekło, które przeżywa alkoholik od ostatniego strzemiennego do pierwszego „ratunkowego”, kiedy na Anioł Pański biją dzwony, a anioł bezpański zbliża się do naszej udręczonej pościeli.

Te odejścia z „miejsc pracy” to kwestia higieny. Trzeba odchodzić, trzeba zmieniać pracę. Taki na przykład Josif Brodski robił to dziesiątki razy. Uważam, że mój rozwój możliwy jest tylko przez nielojalność, przez dziesiątki małych zdrad: wobec kompozytorów, aktorów, posad. Nawet przy Niewinnych czarodziejach Wajdy w roli praktykantki nie wytrzymałam do końca.

Jest taka zabawka, a właściwie przyrząd, coś w rodzaju notesu. Kiedy pisze się na nim rysikiem, na celofanie zostaje ślad, a potem jeden ruch ściera wszystko, co się napisało. Myślę, że moje życie prywatne jest podobne do takiego notesu. Kolejne jego rozdziały zapisane na takiej karteczce zdziera czas lub ja sama i nic z nich potem nie zostaje. Natomiast moje życie zawodowe jest o wiele szczęśliwsze, to znaczy te kartki jakoś się sumują. Notes jest staroświecki, solidniejszy. Poza tym całkiem gruby.

Daniel zawsze był bardziej praktyczny i lepiej zorganizowany. Bardzo mnie zawsze śmieszyło, gdy mówił do mnie: „No, co tak stoisz, jak obstalowana a nie odebrana”.

Latem przesiaduję w kawiarniach z ogródkami, a zimą zdecydowanie siedzę w Sułtanie na ulicy Obrońców. Jeremi Przybora napisał nawet kiedyś taką piękną piosenkę: „…W kawiarence Sułtan przed panią róża żółta…”. To jest bardzo wiekowa kawiarnia. Pamiętam, że wszyscy uczniowie z mojej szkoły przychodzili tam na kawę, na randki. Potem chodziłam tam jako studentka i teraz, już jako siwa niewiasta. Właśnie w Sułtanie napisałam Niech żyje bal na serwetce pożyczonej od pana Kazia.

Wiersz jest takim szczególnym gatunkiem literackim, że gdy się do niego siądzie, to nie można wstać. Jest literackim westchnieniem. Nie można przerwać wiersza, zrobić obiad i wrócić do wiersza.

A piszę prędko, jak małpa. Idę powoli uliczką, coś mi przyjdzie do głowy, albo jadę samochodem i w jednej chwili mam prawie gotowy tekst. Z doświadczenia wiem, że piosenka dużo traci na mozolnym pisaniu. Więc u mnie trwa to czasem tylko pół godziny. Pracuję zrywami. Są to napady. Napiszę prędko dwadzieścia wierszy, a potem przez pół roku – ani słowa.

Na moją wyobraźnię działa o wiele silniej szara, jesienna, zgaszona przyroda mazurska niż jaskrawa przyroda egzotyczna. Jeśli coś jest efektownie piękne, to patrzę i podziwiam, ale nie mam już nic do dodania.

Siedemdziesiąte lata natomiast, cała tzw. gierkowszczyzna, to w moim odczuciu jest wodewil. Wodewil, który na naszych oczach coraz bardziej odchodzi do lamusa, ale tym bardziej staje się wodewilem. To jest zresztą gatunek mi bliski. Podoba mi się to. Te wszystkie „pseudodamy” kręcące się po rozmaitych festiwalach i studiach telewizyjnych; sposób, w jaki się ten pseudo-Zachód gierkowski tutaj objawiał; jakieś srebrnozłote suknie, jakieś polowania na dzika, różne festyny, które zresztą ludzie bardzo polubili, konkursy (np. konkurs ptaków śpiewających), hostessy w różowych sukienkach, pierwsze smokingi – wszystko to na niby, na niby. Ten cały pseudo-Zachodzik, to jest niezwykle zabawne. A w tym wszystkim ogromna rola rodziny: szwagrostwo, zięciostwo. To zięciowanie, szwagrowanie, obdarzanie się rozmaitymi medalami jest wodewilowo prześwietne. Można właściwie bez większego trudu wziąć jako szkielet Księżniczkę czardasza i przetworzyć to na wodewil, którego akcja dzieje się między pałacykiem na Śląsku, jakąś daczą na Mazurach i jakimś polowaniem w Bieszczadach. Bardzo śmieszne.

Koledzy z STS-u uświadomili mi, że piosenka nie musi być wyłącznie do tańca. Nie wiem, czy tworzę historię polskiej piosenki, ale na pewno jestem wyraźnie związana z pewnym okresem w historii piosenki. Nazwałabym to okresem odchodzenia piosenki od śpiewania tekstów w rodzaju Bajo-bongo czy Rudy Zdzisio uśmiecha się tygrysio – do tekstów o życiu z mięsa i krwi, a nie pierza, jak ktoś kiedyś powiedział.

Pamiętam, że siedziałam nieraz na tej stacyjce, odprowadzana przez przyjaciół. Było cichusieńko, wszystko już sobie powiedzieliśmy. I czułam, jakby jakiś głos we mnie w środku mówił: „Dziewczyno, nie jedź. Nie jedź do tej Łodzi, nie jedź do tej Ameryki, nie jedź do tej Francji, tu jest po prostu doskonale. Masz tutaj chłopaka, który jest może najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałaś. Między tobą a twoimi przyjaciółmi jest taka harmonia, jak gdybyśmy byli jedną wielką piersią, która razem oddycha”. Dziś wiem, że zapłaciłam straszną cenę za to, że z tego raju mazurskiego wyjechałam. Straszną cenę, jakiegoś nerwowego, poharatanego życia. Byłam nawet w Portoryko, ale prawdę mówiąc, nie wiem po co.

Tadeusz Ostaszewski „Cygaro marki Prima”

Tadeusz Ostaszewski „Cygaro marki Prima” 1974:

Taki sobie PRL-owski kryminalik. Zabójstwo na statku, morderca jest wśrod nas. Nuda i trochę realiów.
Cytaty:

Giowa mi pęka — powiedział cieśla Antoni Robakiewicz. Poprawił się na koi, na której leżał w roboczym ubraniu i ścisnął oburącz skronie. — Zatankowało się ponad normę, co? — padło spod okna. — Nie gadaj wiele, skocz po mineralną. Jak podrośniesz, będziesz mógł oceniać starszych. No, jazda…

… zainteresowała go rozmowa pasażerów. Początkowo żywiołowa i głośna, teraz swym nastrojem i temperaturą mogła przypominać kończącą się dyskusję podczas nudnego wieczoru autorskiego.

— Niestety, nie wszystko pamiętam. Pan wie, film rwał mi się kilka razy. No, ale co wiem — opowiem. Więc tak: weszliśmy, nie było miejsc przy stolikach, co jest w ogóle bardzo dziwne, bo nigdy się to nie zdarzało. Usiedliśmy przy barze, na stołkach. Sawicki od razu zarządził po dużej szkockiej i bombie piwa. — Dzielnie! Chciałem powiedzieć: po polsku rozpoczęliście to urzędowanie—wtrącił Rajski.

Nie gustowali w tego typu śledztwach. Zamknięta przestrzeń, określona liczba osób, trup… Zupełnie jak w klasycznym kryminale. Dzielny detek­ tyw powinien teraz medytować i… czekać, aż morderca wy­ kona następny ruch, aż coś zacznie się dziać. Lecz w tych warunkach trudno było liczyć na coś podobnego. Morderca dokonał swego dzieła, umył ręce, zatarł ślady, szukaj wiatru w polu. Musiałby być idiotą, aby teraz właśnie, pod bokiem funkcjonariuszy milicji, ważyć się na jakikolwiek krok mogący wzbudzić podejrzenie.

Słuchajcie, Lutowski — głos kapitana Malinowskiego był twardy, nieprzyjemny. — Wy nie wiecie, która była godzina, nie wiecie, jak długo staliście, nie wiecie, od kogo dostaliście w czerep… Wy znów nic nie wiecie! Zastanówcie się dobrze, Lutowski, i nie próbujcie jak przedtem zagadywać.

Jacek Wołowski „Kariera porucznika Chudego”

Jacek Wołowski „Kariera porucznika Chudego”:

Gazetowiec. Z opisu wydawcy: „Jacek Wołowski (1905-1978), a właściwie Stanisław Sachnowski, był przede wszystkim dziennikarzem i reportażystą. Pisał także powieści kryminalne. Miłośnicy gatunku na pewno znają takie tytuły, jak: „Walter nr 45771”, „Kryptonim proszek do prania”, „Porwano dziecko” czy „Oset pleni się w mroku”.
Tym razem w Serii z Warszawą prezentujemy dwie minipowieści Jacka Wołowskiego, które nie miały dotąd książkowej edycji. „Kariera porucznika Chudego” niewątpliwie nawiązuje do „Oset pleni się w mroku” poprzez postać dzielnego stróża prawa. Bandyci próbują zabić porucznika, będącego głównym świadkiem w zbliżającym się procesie. Czy ten zamiar się powiedzie? Czytelnika czekają niesamowite zwroty akcji, ze strzelaniną na pokładzie samolotu włącznie. Chudy musi rozpracować bandę handlarzy narkotyków”.
Cytaty:

— I to się nazywa robota milicyjna ― woła zrywając się od stolika. ― Gonić, strzelać, aresztować ― to potraficie. Gdy jednak chodzi o dowody ― to cała robota staje. Prokurator musi was pouczać, jak milicjant powinien pracować. Wstyd. Hańba. Muszę się za was rumienić. Pułkownik istotnie nie tylko się rumieni, ale jest purpurowy, prawie fioletowy na twarzy.

Oto i dom. W wąskiej uliczce ludzie siedzą na przyzbach i gawędzą, dzieci uganiają się z krzykiem, w którymś z mieszkań gra nastawione na całą moc radio. Porucznik lubi to radio. Sam radia jeszcze nie ma. Gdy się ma dwoje dzieci a żona nie pracuje, trudno sobie na to pozwolić.

— A myślisz, że ludzie ciebie lubią ― kobieta podnosi głos. Posłuchaj co ludzie mówią za plecami o milicjantach. A taki magazynier. I szacunek ludzki i zarobek i mieszkanie… Kobieta zasłania sobie twarz rękami i zaczyna głośno płakać. — Ale milicja jest przecież potrzebna. Porucznik przypomina sobie wszystkie argumenty znane mu ze szkolenia ideologicznego i z przykrością stwierdza, że żaden nie nadaje się do użytku w dyskusji z rozżaloną kobietą.

W godzinę potem porucznik Chudy melduje się do majora Spokojnego. Major Spokojny, który właśnie ― co tu ukrywać ― pogrążony był w rozwiązywaniu krzyżówki, słysząc pukanie do drzwi ledwo zdążył schować do biurka numer tygodnika.

Potem poufałym torem radzi kobiecie, by poszła na Rynek Kleparski, gdzie stoi karawan i porozmawiała z kierowcą wozu. — To nie jest wliczone w rachunek ― mówi ― ale dobrze dać mu 100 złotych i poprosić by zajechał punktualnie. Kierowcy są bardzo drażliwi. Jeśli przed pogrzebem nic nie otrzyma, gotów się obrazić i spóźnić o godzinę albo dwie. Taki mechanik zawsze znajdzie wymówkę. A co to za kłopot, gdy żałobni goście czekają, niecierpliwią się, ksiądz nie może wyjść z nabożeństwem, zniecierpliwiony grabarz idzie na wódkę, a karawan po zwłoki wciąż nie przyjeżdża bo mu na przykład guma nawaliła albo coś w motorze się zepsuło.

… znalazłszy się na ulicy, biegnie do budki milicyjnej, mieszczącej się na Placu Konstytucji. Budka jest zamknięta, więc kominiarz naciska znajdujący się przy drzwiach guzik, na budce zaczynają błyskać czerwone neonowe sygnały. — Co tam obywatelu? ― milicjant który stał w bramie sąsiedniego domu, podchodzi i kładzie z tyłu rękę na ramieniu kominiarza. Ten wyjaśnia: Na dachu kamienicy, człowiek z karabinem. — Na której? ― Milicjant ma ochotę kazać kominiarzowi chuchnąć, ale sądzi, że i tak poczuje zapach alkoholu, gdy tamten będzie odpowiadał.