„Agnieszka Osiecka. Lubię farbować wróble. Z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski”

„Agnieszka Osiecka. Lubię farbować wróble. Z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski”:

Kompilacja wywiadów prasowych. Niby to wszystko się już gdzies czytało, ale ta intensywność przeżywania własnego życia w niepięknych przecież czasach…
Cytaty:

… rozmowa z Agnieszką Osiecką powstała na podstawie dziesiątek wydrukowanych wcześniej wywiadów prasowych, rozmów radiowych i telewizyjnych, fragmentów wydrukowanych, ale też odnalezionych w szpargałach pojedynczych zdań i zapisków.

… wstałam od stolika, ale tak niefortunnie, że wywróciłam filiżankę na podłogę. Zaczęłam przepraszać. Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, że rozpraszam poetkę przy pracy, bo widziałam kątem oka, że pisze coś na kartce. Wtedy Agnieszka Osiecka odwróciła się w moją stronę, spojrzała na mnie z tym charakterystycznym, lekkim dystansem, ale też rozbawieniem, i powiedziała coś, co, jak mi się wydawało, miało mnie pocieszyć: „Nie szkodzi. A kto powiedział, że miejsce tej filiżanki jest właśnie na stole?”.

W Kanadzie myśliwi noszą czerwone kamizelki. To ich odróżnia od drzew. Mój język to jest ta moja czerwona kamizelka.

Mam jeszcze jedną: śpiesz się. Bo najgorsze jest to, że człowiek wciąż sobie powtarza: jeszcze zdążę, na pewno zdążę, przecież mam mnóstwo czasu. Później się okazuje, że tego czasu wcale nie ma tak dużo. A potem pstryk, iskierka gaśnie.

Przyjaciele moi i moje przyjaciółki! Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. Nie mówcie jej: „Przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu”. Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi: „Przepraszam, musiałam pomylić adres…”. I pstryk, iskierka zgaśnie.

Obawiam się, że zaczyna „pachnieć katafalkiem”.

Normalni ludzie, ludzie z sercem i babcią, wyglądają jak wykopaliska, jak anioły zostawione w szatni.

Zapytała mnie kiedyś pewna dziewczyna, jaki mężczyzna mi się podoba. Odpowiedziałam, że taki, który ma dużo czasu dla kobiety. Niech on będzie biedny, nawet paskudny, ale żeby miał dużo czasu dla kobiety. Żeby z nią gadać, żeby z nią spać, żeby się przytulić – bo czułość jest najważniejsza.

Zawsze mi się podobał taki typ zbuntowany, cały „na nie”, przyklejony do baru, jak niedopałek sporta.

… u nas nigdy nie było domu. Nasza rodzina żyła w dobrze urządzonym mieszkaniu.

Trochę siedzę na majowym, trochę słucham Niemena, trochę kupuję wykładzinę.

Lata siedemdziesiąte były prawdziwą wylęgarnią absolwentów rozmaitych szkół średnio wyższych. Rozbiegły się po kraju sfory kierowników domów kultury, pracowniczek estrady, organizatorek konkursów recytatorskich, przełożonych placówek i w ogóle półinteligentów i półinteligentek wszelkiej maści. To oni rozpowszechnili słowa „ciepłe”, „urocze” i „urokliwe”, oni wybierali ofiarom wiersze do czytania, oni zaflancowali plagę poezji śpiewanej i oni wymyślili milcząco przyjętą zasadę, żeby nie było za dużo o polityce.

… z tego pośpiechu masę osób pisze pamiętniki albo jakieś półdzienniki. To jest tania rozrywka, wystarczy czyste sumienie i trochę wigoru, a przecinków uczą w szkole. Marnie, bo marnie, ale uczą.

Teraz każdy jest sam. Pamiętam, że trzy lata temu byłam na sylwestrze; w czasie noworocznego toastu stałam akurat koło jakiegoś dwudziestolatka, który ma już własną firmę i – jak to w towarzystwie – chciałam mu złożyć życzenia. Zapytałam go, o czym marzy. „O pozbyciu się wspólnika” – padła odpowiedź.

Młodość jest potwornie ciężkim przypadkiem. I chyba nie ma nikogo, kto by z tego wyszedł bez powikłań.

Moje życie to jest powieść z przygodami, ale nie wiem, czy zawsze w najlepszym guście. W piosenkach bardziej dbałam o styl. Pisałam o tym: „Myśmy żyli jak na wietrze, myśmy żyli niebezpiecznie…”. Przeszłości nie da się uniknąć. Siedzi mocno w każdym z nas.

Ale Warszawa to też społeczność niezbadanych ludzi ze wsi, z miasteczek, ze wschodu, z Ziem Odzyskanych, z lumpenproletariatu przeniesionych do Śródmieścia. Do tej zbieraniny ludzkiej i ja się zaliczam. Emocjonalnie jestem związana z Warszawą, a biologicznie z warszawką, która przecież bardzo pomogła mi w karierze. Tadeusz Konwicki definiował warszawkę dosadniej – banda rozplotkowanych, starych bab.

Tak się na przykład kiedyś pisało: Tkwić przy tobie w szarej sukience i podziwiać, jak oddychasz! Dopiero niedawno rodzina mi powiedziała: „Agnieszka – czy to był jakiś astmatyk?”.

Obojętny to wiadomo. Dla niego pisze się: Rzuć choćby szyszką w moją stronę i tak dalej. Misiaczek ma najgorzej: poetessa daje mu do zrozumienia, że nie nudzi się z nim w łóżku, ale rano nie ma z kim pogadać na taki temat, czy wszechświat jest rurą.

Najpewniej jakiś nieznający się na rzeczy cudzoziemiec mógłby pomyśleć, że jesteśmy plemieniem nomadów i że wciąż opłakujemy gasnące ogniska. Czy większość tego, co kryształowe w naszej literaturze, to nie jest jakaś taka poezja przesiedlenia? Aż zazdrość czasem bierze, kiedy się wspomina pisarzy, którzy opisywali to, co mieli, a nie to, czego nie mają; Hemingway – morze, Faulkner – kukurydziane pola, Sartre – paryskie kawiarnie.

Zauważcie: masa ludzi jakże często powiada, że na Mazurach ciągle pada deszcz. Ale to nieprawda! Deszcz pada tam tak samo często jak w Warszawie czy w Poznaniu. Sekret polega jednak na tym, że na Mazurach deszcz długo wisi w powietrzu. Gnieździ się w koronkowych łapach sosen, wozi się na wilgotnych grzbietach saren, dynda na strzechach, migocze na drutach telegraficznych i w piórach – oczywiście – jaskółek.

Ale to była inna formacja, której ton nadawali poeci, prawnicy i facecjoniści.

Niby utrata pióra nie jest taka straszna, ale dla mnie wiąże się z tym pewien przesąd: nigdy nie pożyczam nikomu długopisu, którym piszę piosenki. Na wszelki wypadek zawsze mam przy sobie jakiś drugi, żeby nie urazić staruszki na poczcie, a sobie nie sprzątnąć iskierki.

… za wszelką cenę zatrzymać mężczyznę. Stawiamy mu aspirynę przy łóżku, kiedy wraca nad ranem, idziemy do fryzjera, kiedy wcale nie wraca. Nie zadajemy żadnych pytań albo tylko te, które lubi, nie krytykujemy perfum, którymi pachnie, nie namawiamy go na wspólny wyjazd do Krościenka, nie chcemy poważnie porozmawiać, nie nasyłamy na niego naszej matki, a nade wszystko naszej przyjaciółki. Prowadząc taką politykę, możemy być pewne, że po jakichś dwudziestu latach na pół obcy facet w kapciach usiądzie z nami przed telewizorem i nigdzie wieczorem nie wyjdzie.

Natura ciągnie wilka do lasu, a jeszcze bardziej matura, jeśli filolog klasyczny miał już przed ślubem skłonność do zaglądania do kieliszka, a w niedzielę wyjeżdżania na samotne majówki z grubą książką Dzieje piramid (mimo że uprzednio proszono go o odmalowanie szafki kuchennej). Ten sam filolog po ślubie uda się na dłuższą wyprawę alpinistyczną, dźwigając w plecaku dzieła wszystkie Kraszewskiego, a po powrocie upije się do nieprzytomności.

Postaraj się polubić ten las, w którym znika twój wilk.

Nie mam cierpliwości. Gdy postanowiłam założyć zielnik, skończyło się na jednym listku.

Być może podstawową cechą charakteru człowieka jest nie światopogląd, ale usposobienie. Jeśli ktoś jest fanatykiem, będzie nim całe życie, zwracając się tylko w różnych kierunkach.

… polska literatura obfituje w wątki alkoholowe, ale człek pijący jawi się często jako „człek” właśnie – poczciwina, błazenek i ochlapus. Tymczasem mało kto fatyguje się, aby opisać to piekło, które przeżywa alkoholik od ostatniego strzemiennego do pierwszego „ratunkowego”, kiedy na Anioł Pański biją dzwony, a anioł bezpański zbliża się do naszej udręczonej pościeli.

Te odejścia z „miejsc pracy” to kwestia higieny. Trzeba odchodzić, trzeba zmieniać pracę. Taki na przykład Josif Brodski robił to dziesiątki razy. Uważam, że mój rozwój możliwy jest tylko przez nielojalność, przez dziesiątki małych zdrad: wobec kompozytorów, aktorów, posad. Nawet przy Niewinnych czarodziejach Wajdy w roli praktykantki nie wytrzymałam do końca.

Jest taka zabawka, a właściwie przyrząd, coś w rodzaju notesu. Kiedy pisze się na nim rysikiem, na celofanie zostaje ślad, a potem jeden ruch ściera wszystko, co się napisało. Myślę, że moje życie prywatne jest podobne do takiego notesu. Kolejne jego rozdziały zapisane na takiej karteczce zdziera czas lub ja sama i nic z nich potem nie zostaje. Natomiast moje życie zawodowe jest o wiele szczęśliwsze, to znaczy te kartki jakoś się sumują. Notes jest staroświecki, solidniejszy. Poza tym całkiem gruby.

Daniel zawsze był bardziej praktyczny i lepiej zorganizowany. Bardzo mnie zawsze śmieszyło, gdy mówił do mnie: „No, co tak stoisz, jak obstalowana a nie odebrana”.

Latem przesiaduję w kawiarniach z ogródkami, a zimą zdecydowanie siedzę w Sułtanie na ulicy Obrońców. Jeremi Przybora napisał nawet kiedyś taką piękną piosenkę: „…W kawiarence Sułtan przed panią róża żółta…”. To jest bardzo wiekowa kawiarnia. Pamiętam, że wszyscy uczniowie z mojej szkoły przychodzili tam na kawę, na randki. Potem chodziłam tam jako studentka i teraz, już jako siwa niewiasta. Właśnie w Sułtanie napisałam Niech żyje bal na serwetce pożyczonej od pana Kazia.

Wiersz jest takim szczególnym gatunkiem literackim, że gdy się do niego siądzie, to nie można wstać. Jest literackim westchnieniem. Nie można przerwać wiersza, zrobić obiad i wrócić do wiersza.

A piszę prędko, jak małpa. Idę powoli uliczką, coś mi przyjdzie do głowy, albo jadę samochodem i w jednej chwili mam prawie gotowy tekst. Z doświadczenia wiem, że piosenka dużo traci na mozolnym pisaniu. Więc u mnie trwa to czasem tylko pół godziny. Pracuję zrywami. Są to napady. Napiszę prędko dwadzieścia wierszy, a potem przez pół roku – ani słowa.

Na moją wyobraźnię działa o wiele silniej szara, jesienna, zgaszona przyroda mazurska niż jaskrawa przyroda egzotyczna. Jeśli coś jest efektownie piękne, to patrzę i podziwiam, ale nie mam już nic do dodania.

Siedemdziesiąte lata natomiast, cała tzw. gierkowszczyzna, to w moim odczuciu jest wodewil. Wodewil, który na naszych oczach coraz bardziej odchodzi do lamusa, ale tym bardziej staje się wodewilem. To jest zresztą gatunek mi bliski. Podoba mi się to. Te wszystkie „pseudodamy” kręcące się po rozmaitych festiwalach i studiach telewizyjnych; sposób, w jaki się ten pseudo-Zachód gierkowski tutaj objawiał; jakieś srebrnozłote suknie, jakieś polowania na dzika, różne festyny, które zresztą ludzie bardzo polubili, konkursy (np. konkurs ptaków śpiewających), hostessy w różowych sukienkach, pierwsze smokingi – wszystko to na niby, na niby. Ten cały pseudo-Zachodzik, to jest niezwykle zabawne. A w tym wszystkim ogromna rola rodziny: szwagrostwo, zięciostwo. To zięciowanie, szwagrowanie, obdarzanie się rozmaitymi medalami jest wodewilowo prześwietne. Można właściwie bez większego trudu wziąć jako szkielet Księżniczkę czardasza i przetworzyć to na wodewil, którego akcja dzieje się między pałacykiem na Śląsku, jakąś daczą na Mazurach i jakimś polowaniem w Bieszczadach. Bardzo śmieszne.

Koledzy z STS-u uświadomili mi, że piosenka nie musi być wyłącznie do tańca. Nie wiem, czy tworzę historię polskiej piosenki, ale na pewno jestem wyraźnie związana z pewnym okresem w historii piosenki. Nazwałabym to okresem odchodzenia piosenki od śpiewania tekstów w rodzaju Bajo-bongo czy Rudy Zdzisio uśmiecha się tygrysio – do tekstów o życiu z mięsa i krwi, a nie pierza, jak ktoś kiedyś powiedział.

Pamiętam, że siedziałam nieraz na tej stacyjce, odprowadzana przez przyjaciół. Było cichusieńko, wszystko już sobie powiedzieliśmy. I czułam, jakby jakiś głos we mnie w środku mówił: „Dziewczyno, nie jedź. Nie jedź do tej Łodzi, nie jedź do tej Ameryki, nie jedź do tej Francji, tu jest po prostu doskonale. Masz tutaj chłopaka, który jest może najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałaś. Między tobą a twoimi przyjaciółmi jest taka harmonia, jak gdybyśmy byli jedną wielką piersią, która razem oddycha”. Dziś wiem, że zapłaciłam straszną cenę za to, że z tego raju mazurskiego wyjechałam. Straszną cenę, jakiegoś nerwowego, poharatanego życia. Byłam nawet w Portoryko, ale prawdę mówiąc, nie wiem po co.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *