Zygmunt Zeydler-Zborowski „Zabrakło czwartego do brydża”

Zygmunt Zeydler-Zborowski „Zabrakło czwartego do brydża”:

Zabójstwo w stadninie koni. Wszyscy nienawidzili śp. zootechnika, każdy podejrzany. Poza tym – obyczaj. Czyli jak sobie autor z Warszawy wyobraża realia wiejskie.:

– A dajże mi ty święty spokój z tym kogutem! – wrzasnęła. – Bo jak nie, to ci, czym łeb rozwalę. Słuchać już tego nie mogę. – Chciała trzymanym w ręku garnkiem trzasnąć o podłogę, ale garnek był gliniany, więc sięgnęła po blaszany, stojący na kuchni z resztką zupy i tym wyrżnęła z całej siły, aż barszcz obryzgał jej fartuch.

Matas pojechał sprzedać prosiaka, a że miał także załatwić różne gospodarskie sprawunki, więc można było liczyć na to, że cały dzień nie będzie go w domu, tym bardziej, że po załatwionej transakcji nie mogło się obejść bez tradycyjnej ćwiartki, która z reguły urastała do pół litra.

Sierżant Piekarek siedział na ławce w ogródku i rozkoszował się ciszą pogodnego wieczoru. Od czasu do czasu sięgał po butelkę z piwem i pociągał spory łyk. Myślał o tym, że zupełnie nieźle mu się tu żyło. Okolica spokojna, żadnych większych rozróbek, żadnych nożowych rozpraw, żadnych bandyckich napadów. Co najwyżej jakaś drobna kradzież, albo niezbyt groźny wybryk chuligański po pijanemu. Miał miłą, gospodarną żonę, dwoje zdrowych dzieci. Nikomu się nie narażał, ze wszystkimi umiał utrzymywać dobre stosunki. Czegóż mógł więcej chcieć? Awans go nie pociągał. Nie marzył o przeniesieniu do Komendy Powiatowej czy Wojewódzkiej. Ponad wszystko cenił sobie spokój i uregulowane, niczym niezmącone życie. Zawarczał motocykl. Sierżant Piekarek odstawił pustą butelkę po piwie i podniósł z zaciekawieniem głowę. „Kto też o tej porze hałasuje jeszcze motorem?” – pomyślał z niechęcią.

Lekarz nie miał wątpliwości, że Sławiński nie żyje. Starannie zbadał zwłoki, wypowiedział swoją opinię i stanął w wyczekującej postawie. Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, szczupły, szpakowaty. Twarz miał łagodną o życzliwym wyrazie. Należał do typu ludzi spokojnych, wyrozumiałych, nieulegających zbyt łatwo wzruszeniom. O medycynie wyrażał się sceptycznie. Uważał, że dopóki człowiek jest zdrów, to jest zdrów, a jak zacznie chorować, to mu już żaden lekarz nie pomoże.

Nie zajmuję się plotkami – powtórzył Kuczewski. – A szkoda – uśmiechnął się Lipiński. – Plotki to czasem bardzo pożyteczna rzecz.

W tamtą sobotę mąż popił sobie w gospodzie i na przeprosiny przywiózł pani te paciorki. Czy często tak robi? – Ależ skąd! Jakby za każdym razem, kiedy się schla kupował mi paciorki, to bym już do tej pory sklep z paciorkami mogła założyć.

– Czy sądzisz, że Matasowa kocha swego męża? – spytał Lipiński. Cieślak wzruszył ramionami. – Bo ja wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Wyglądała na bardzo przejętą. Ale miłość na wsi to w ogóle rzecz bardzo problematyczna. Namiętność… forsa…

„Z babami to nigdy nic nie wiadomo” mruknął wściekły i splunął daleko przed rower. – „Raz chcą, raz nie chcą, czort by się w tym wszystkim nie rozeznał. Najlepiej to nie zwracać na nie uwagi. Udawać, że nie zależy, bimbać. Tylko, że nie zawsze wychodzi to bimbanie. Czasami trudno”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *