Wariat na festiwalu

Jak się w polityce dzieje niewiele, to portale podają informacje o d…. Maryni, bo czymś trzeba tę witrynę wypełnić. Stąd obszerny materiał o Teresie Orlowski.  Że prosta dziewczyna spod Tarnowa zawojowała niemiecką branżę porno. Miałem z nią raz przyjemność. Jako dziennikarz „Wprost” pojechałem na wywiad do Hannoveru. Nie mogliśmy trafić, bo nie znaliśmy miasta, ale jak tylko kogoś zapytaliśmy o drogę do Foxy Lady, każdy wskazywał kierunek. Wreszcie parkujemy przed niewysokim, lecz eleganckim budyneczkiem. Wewnątrz jak w biurze: recepcja, pokoje dla referentów, księgowych itd. Nic z atmosfery porno. Sama Teresa przyjmuje nas w gabinecie wyposażonym z dyskretną elegancją. Zgadza się rozmawiać po niemiecku lub angielsku, broń Boże po polsku.

 

 

Wypowiada się płynnie, wie, co chce przekazać. Na koniec pytam, czy mogę sobie zrobić z nią pamiątkowe zdjęcie. Ona na to zaczyna rozpinać guziki garsonki i już szykuje się, by ją zdjąć. Ja, spłoszony, krzyczę, że nie, że wystarczy w ubraniu.  Byłem głupi. Przecież dla niej rozebrać się przed obiektywem, to tyle, co dla mnie przełknąć ślinę.
Wreszcie przechodzimy do właściwego obiektu – pod ziemią ogromna hala, podzielona na boksy. W jednym boksie pokój nastolatki, w innym garsoniera lowelasa. Wszystkie możliwe style i epoki. Przed boksami stoją kamery gotowe do filmowania. Teresa martwi się tylko, że meble w trakcie filmowania – a są wypożyczane – bardzo się niszczą. Naiwnie upewniam się, że chodzi o łóżka. „Skąd! Najbardziej psują się stoły. Bo dziewczyny z zasady >>grają<< w szpilkach. I kiedy akcja przenosi się na stół, one niechcący, ryją blaty tymi szpilkami”.  Na zapleczu rekwizytornia. Tylu sztucznych fallusów naraz nie widziałem i już pewnie nie zobaczę.

Organizatorzy festiwalu rockowego w Węgorzewie (Mazury) ugięli się pod presją miejscowych władz samorządowych i wycofali Nergala oraz jego grupę Behemoth z listy wykonawców. Zapewne w obawie, aby czegoś znowu nie spalili.
Byłem na festiwalu rockowym w Węgorzewie na długo przed Nergalem. Pamiętam, jak było miło jednego wieczoru, kiedy późną nocą moja ówczesna żona, nasza córka i ja leżeliśmy na zapleczu estrady na gołych dechach. Noc była ciepła. Parę metrów obok nas Budka Suflera nadawała „Cień wielkiej góry”, a Nalepa swoje bluesy.
Następnego znowuż wieczoru leżymy na trawie. Rockmani łoją na całego. Nie słychać własnych myśli. I wtedy moja córeczka, która zrobiła się senna, a chciała, by pewne rytuały były dotrzymywane nawet w tak egzotycznych okolicznościach, krzyczy coś do mnie. Oczywiście z odległości 20 centymetrów nie słyszę ani słowa. Więc dziecko z całej siły ryczy mi wprost do ucha to, co powtarzało każdego wieczora: „- Tato, zaśpiewaj mi jakąś piosenkę!!!”
Pamiętam jeszcze, że przy wejściu na obiekt znajdowały się ogromne kufry z wojskowych zbrojowni – ostatecznie festiwal przeprowadzano na terenie dawnego garnizonu. W jednym akcesoria: pałki, noże, maczety, kastety odebrane (w porę!) mazurskim fanom rocka. A w drugim butelki, tyle, że nie podpisane. Żadnych etykiet. Zawartość do przewidzenia.
I nastał poranek, dzień trzeci. Miałem coś do załatwienia w biurze Festiwalu i wyjrzałem przez okno. A tu z obiektu sąsiadującego z festiwalowymi koszarami – a był to szpital dla obłąkanych – wybiega pewien chory w rozchełstanej piżamie. Ale w stanie podniecenia, euforii. Jak Jack Nicholson w „Locie…” Rozpostarł ręce, wiruje i zanosi się od śmiechu. Jest wolny. Ale już za nim podążają pielęgniarze. Już go doścignęli, już go osaczają. A on doznał jakiegoś rozbłysku. I wywija się, umyka, zatraca w tym upojeniu wolnością. Wreszcie przyparli go do muru i wygięli ręce w tył. Pogodził się z sytuacją. Opuścił łeb i pokornie poszedł na oddział. Jeżeli to nie była metafora mojego losu… Żeby ją zobaczyć,  musiałem pojechać do Węgorzewa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *