W co grają ludzie – 10 września 2021

„W co grają ludzie” (2020), reż. Jenni Toivoniemi

Szanowni Państwo,
przed nami dziś film fiński „W co grają ludzie” z roku 2020 w reżyserii Jenni Toivoniemi. Film pochodzący z kinematografii i ze świata, co tu dużo mówić, mało przez Polaków uczęszczanego. Dlaczego sięgamy właśnie tam? Ano dlatego, żeby pokazać, iż świat, także filmowy, jest nieskończenie rozmaity, różnorodny, zniuansowany, piękny, a jego zalotna uroda rozsiana jest w najrozmaitszych zakątkach, choćby naszej starej, ale ciągle mało poznanej Europy.

Film „W co grają ludzie” wybraliśmy też szukając wstępnych rekomendacji tego czy innego dzieła, bo nieustannie zaglądamy w różne europejskie filmowe zakamarki, żeby sprawdzić, czy kto tam nie nakręcił czegoś ciekawego. Tu rekomendacja była taka, iż w ramach Fińskiej Fundacji Filmowej o nazwie Jussi – to takie ichnie Oscary – film zdobył nominacje aż w ośmiu kategoriach i nie premiowano go wprawdzie żadną nagrodą, ale może z czasem Finowie zmądrzeją. Film jest z roku 2020, w Polsce premierę miał 2 lipca.

Pani reżyser Jenni Toivoniemi, rocznik 1978, jest reżyserką i scenarzystką z Helsinek. Startowała od filmów krótkometrażowych, nagradzanych szeroko – zarówno na festiwalach w Sundance, jak i w Goeteborgu. Udzielała się w różnych formułach, równie chętnie pisze sztuki teatralne, słuchowiska radiowe, kręci filmy dla dzieci, a nawet produkuje filmy w założonej z przyjaciółmi firmie Tuffi Films. Tak więc płynnie przechodzi między gatunkami i formułami, co widać także w naszej dzisiejszej propozycji, która jest lekka, kumplowska, plotkarska, rozgadana. Na film wydano prawie półtora miliona euro, nie bardzo te pieniądze na ekranie widać, ale co tam – ostatecznie jesteśmy widzami, a nie księgowymi. Stać ich, niech szastają.

Fiński tytuł filmu znaczy tyle co „gra klubowa” albo „gra towarzyska”, coś takiego jak „flirt”, którym zabawiały się nasze babcie i dziadkowie. I to nam sytuację wyjściową rysuje od razu. Oto grono starych przyjaciół zbiera się raz jeszcze, by spędzić nostalgiczny weekend w idyllicznej nadmorskiej willi. Wszystko po to, by zrobić urodzinową niespodziankę starej kumpeli imieniem Mitzi. Wszyscy chcą się bawić zupełnie jak nastolatki, wejść w dawne trampki i w sprane jeansy z lat młodości. Wspólny weekend na wyspie ma spowodować, iż zapomną o tym, iż są od dawna starymi koniami, zanurzą się w beztroską rzekomo młodość. Gdzie wszystko było jasne, czyste i proste.

Rezydencja wiejska nie za bogata, choć wewnątrz niemal luksusowa, jesienna przyroda dopisuje, barokowe smyczki również. Więc niech się ten weekend zadzieje, dajmy czas czasowi. To przecież niemożliwe, żeby dawne przyjaźnie nie zaskoczyły, żeby ludzie znów nie zaczęli o siebie zahaczać. Otóż nie! Takie rzeczy nie udają się nigdy.

Bo to są wprawdzie ci sami ludzie, dobrze nam znani, ale też ludzie zupełnie inni. Bo czas popchnął ich w rozmaite strony, mają za sobą bagaż zupełnie odmiennych doświadczeń, co wszystkim kompletnie umyka. Jakoś tak narzuca się, że wszyscy przeżyli mniej więcej to samo co my, a jeżeli nawet nie, to wystarczą dwa krótkie susy i już jesteśmy z powrotem w młodości, stajemy się dokładnie tacy, jacy byliśmy.

Odżywają dawne miłości, które wtedy wydawały się nieuchronną koniecznością. Już, już za chwilę ta miłość się spełni, rozwinie się na całe życie. Tak się myślało wtedy. A tu stoi przed nami rzeczona kobieta, ta sama, z lekka tylko postarzała i okazuje się, że ma za sobą zupełnie inny życiorys niż miała mieć. Wówczas figurowała w naszych myślach jako żona, matka naszych dzieci, centralna ostać wszystkich tych wspólnych wigilii, pierwszych kroczków syna czy córki, tego obrzędu podprowadzania własnego potomstwa do ołtarza w dwadzieścia lat po naszym ślubie. Ślubie, który miał być już za chwilę, a przecież nigdy do niego nie doszło.

Teraz to wszystko, co miało być, a nie jest, wraca. I nie bardzo wiadomo, co zrobić z tą alternatywną ścieżką naszej biografii. Z tym niespełnieniem, z tą otwartą często i krwawiącą raną. Bo jak – nie przymierzając – Adaś Miauczyński, wyobrażamy sobie, że nasze życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, w domyśle piękniej, gdybyśmy związali się z tą jedną, jedyną koleżanką szkolną. „Pośród ogrodu siedzi ta królewska para” – znamy, znamy…

Poza tym trudno się porozumieć z jeszcze jednego powodu. Otóż każdy z kompanii od tamtych wspólnych lat słuchał innej muzyki, oglądał inne filmy, czytał inne książki, w inne miejsca jeździł, w zupełnie różnych światach przebywał. I teraz co? Ma tłumaczyć te wszystkie aluzje, które rzuca beztrosko, bo rzekomo wszyscy i tak wiedzą, a przecież nie wiedzą? Zdawać sprawozdanie z własnego życia, z lektury, tłumaczyć to każdemu po kolei? To musiałoby zająć furę czasu, a i tak nie da przełożyć jednej biografii na inną biografię.

Wychodzi z tego trochę takie kino zlewozmywakowe, gdzie jest mnóstwo powszedniej krzątaniny, gdzie dużo się gada przy krojeniu sałaty, gdzie największe dramaty rozgrywają się między drugim daniem a przystawką. Zresztą gdyby te ważkie, czasami gruntowne, kwestie dotyczące poszczególnych ludzkich losów nie padały przy kuchennym stole, zostałby z tego jakiś tandetny Szekspir. Kamera jest ruchliwa, niespokojna, zagląda ludziom w twarze, próbuje nadążyć za tokiem rozmowy, jak to zwykle przy stole, gdy biesiadnicy wypiją już kilka pierwszych kolejek – choć wśród wódek nie wypatrzyłem Finlandii, nie było chyba lokowania tego produktu – próbuje ogarnąć sytuację, zrozumieć główny dyskurs, wychwycić co ważniejsze kwestie. Ale to się nie udaje, bo takich kwestii po prostu nie ma. W powietrzu fruwa beztroska gadanina, small talk bez końca.

W pewnym momencie wszyscy wrzucają do koszyka telefony komórkowe, żeby odizolować się od sieci i skupić na tym, co jest tu i teraz. Scena, w której uczestnicy zjazdu koleżeńskiego deponują w koszyku telefony komórkowe, żeby odciąć się od świata i być tylko dla siebie, w sposób nieunikniony odsyła nas do włoskiego filmu z udziałem tamtejszej gwiazdy rodzimego pochodzenia, Kasi Smutniak. Do filmu Paolo Genovese pod tytułem „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” z roku 2016. Jego fabuła stała się na tytle nośna, że natychmiast powstało kilkadziesiąt filmowych i teatralnych wersji – w tym polska – takiej oto historii, że mianowicie siedmioro wieloletnich, wypróbowanych przyjaciół, co to znają się jak łyse konie, podczas kolejnej cyklicznej rytualnej kolacji zbiorowo i zgodnie dochodzi do wniosku, że ma dość. Ma dość sytuacji, w której rozmowa rwie się co chwila, bo każdy z kumplowskiego grona musi – on, kurczę, koniecznie musi! – odczytać maila, który właśnie napłynął. Raz, że skutkiem tego nie sposób żadnego tematu przeprowadzić do końca, dwa, że to po prostu niegrzeczne, nawet wobec bliskich kumpli, a trzy, że co to niby takiego pilnego na tego maila przyszło. Więc – zapada zbiorowe postanowienie – telefony na stół. I – proszę bardzo – wszyscy czytamy głośno nadchodzące maile. Ostatecznie ryzykujemy niewiele albo wręcz nie ryzykujemy nic. Na światło dzienne wyjdzie najwyżej jakiś wstydliwy albo zabawny detal, to wszystkie. Otóż – nie i jeszcze długo nie! Głośne odczytywanie maili ujawnia, że niemal każdy prowadzi tu podwójne życie, że kryje się za maską – jedną, albo za wieloma – w zależności od sytuacji. Mało tego – ta lawina wiedzy o sobie nawzajem, jaka cieknie z telefonów komórkowcy. Ta lawina wiedzy, której jeszcze przed chwilą nie było, a teraz jest, paraliżuje wszystkich – każdego z osobna i całą kumpelską kompanię jako taką. Czy dlatego, że wszyscy są tam obłudni, dwulicowi, podstępni i fałszywi. Otóż niekoniecznie. Zamieszanie i kompromitacja biorą się stąd, że z tych upublicznianych maili wychynęła do powszechnej wiadomości psychiczna otulina, mikroświat, osobista fauna i flora, którą każdy lubi mieć dla siebie. Tę wewnętrzną przestrzeń, którą zaludnia sam, i do której z rzadka wpuszcza nawet najbardziej zaufanych. Złamany został kordon sanitarny, który utrzymujemy dla osobistej higieny duchowej, i którego nie należy beztrosko lekceważyć.

Więc i tutaj przebiega ta gra w szczerość. Niby na chwilę możemy uchylić rąbka tajemnicy ze spraw intymnych, bo przecież tutaj sami swoi, ale to nie tyle uchylanie rąbka tajemnicy co, by zmienić metaforę, podnoszenie pokrywki na kociołku, w którym wre, w którym się gotuje. Może lepiej, żeby ta zawartość nie wykipiała, zwłaszcza na oczach wszystkich. Te wszystkie pogwarki, przemieszane z tak zwanymi zasadniczymi rozmowami, z zaczepkami, z wyrzutami, wynurzeniami, z wyznaniami, z oskarżeniami, nie sumują się, nie prowadzą do wspólnego mianownika, nie klarują sytuacji. Tu nic się nie wyjaśnia, nie zmierza do finału, nic się nie rozstrzyga. Po prostu pogadają sobie i pójdą, aby spotkać się przy następnej okazji, gdzie również nic się nie rozstrzygnie, jak w życiu.

No i ciągle przewija się pytanie, czy jesteśmy tymi samymi ludźmi co wtedy, w tamtych beztroskich, kumplowskich latach, czy już zupełnie innymi. Pytanie zresztą wraca jak refren nie tylko w filmie, lecz podczas każdego spotkania koleżeńskiego po latach. I jest nierozstrzygalne. Więc pewnie najrozsądniej byłoby nie lekceważyć tego, co się przydarzyło wtedy, ale też nie powinniśmy lekceważyć tych lat, które nastąpiły po tamych fundamentalnych, założycielskich wydarzeniach.

Jesteśmy tym, kim byliśmy przed dwudziestu laty, jesteśmy tym, kim jesteśmy teraz i jesteśmy tym, którym staniemy się za jakiś czas. Strasznie to trudne, miejscami niewygodne, czasem mordercze.

Ale – zwłaszcza gdy się łyknie kusztyczek dobrej, fińskiej wódki – bywa z tym kawał niezłej zabawy.


Z dyskusji po filmie „W co grają ludzie”

Po filmie padło nieuchronne pytanie: Czy takie „spotkania” po latach „naszej klasy” czy „naszej starej bandy” mają sens i czy mogą się udać?

Tu ujawniły się dwie szkoły.

Jedna (natarczywie promowana przez prelegenta) podkreślała, że takie towarzyskie powroty to tylko próba zademonstrowania dawnemu koleżeństwu „jak to się nam w życiu powiodło”. Więc impreza sztuczna, pokazowa, załgana. Choć kumple z „kochanej, starej budy” odczuwają nieodparty przymus, by spotykać się w dawnym gronie. Gierki, jakie w takich sytuacjach uprawiają, nie przeszkadzają im wcale, a przeciwnie.

Druga szkoła podkreślała, że nie ma nic dziwnego w spotkaniach dawnych kumpli, zwłaszcza jeżeli jest się z natury sentymentalnym, lubi się powracać, przeżywać dawne czasy na nowo. I to wcale nie musi mieć charakteru „przymusu towarzyskiego”. Przeciwnie – miło jest zatelefonować od czasu do czasu do dawnych przyjaciół. I spytać – bez natarczywego zaciekawienia, ale i bez szczególnego entuzjazmu w stylu: „Ach, jak cudownie Cię znowu słyszeć!” – „Co nowego? Jak leci?” Takie telefony i spotkania od czasu do czasu po prostu „wszystkim robią dobrze” na samopoczucie, na poczucie trwałości, osadzenia w życiu.

Wówczas rewelacji nie oczekujemy, bo życie każdego z nas jest jak „poziom wody na Bugu we Włodawie” z codziennego radiowego komunikatu: „Dolne strefy stanów średnich…”

No i padło przygważdżające pytanie pod adresem kogoś, kto ma jak najgorsze zdanie o „zjazdach klasowych”, a mimo to daje się na nie namówić. Po co jedzie? Bo – albo, albo.

I tu negacjonista takich zjazdów (prelegent) musiał samokrytycznie przyznać, że jedzie , bo nie umie odmówić. Ot, taki człowiek z plasteliny…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.