4 przemyślenia nt. „The Beatles „Essentials”

  1. Do wszystkich obecnych i byłych fanów The Beatles.

    W sierpniowym numerze „Tylko Rock” jest czternastostronicowa wkładka poświęcona zespołowi.

    A za tydzień będzie 50 rocznica przejścia The Beatles przez ulicę (na pasach!). Niektórzy ciągle to powtarzają, ale Beatlesi byli pierwsi…

    1. W każdą sobotę w radiu Satysfakcja z nostalgiczną muzyką trzymam felieton.

      Drodzy Państwo,
      Rocznica, którą mamy dzisiaj do odświętowania jest zabawna, choć wcale nie. Oto bowiem 8 sierpnia 1969 roku zrobiono zdjęcie, które weszło na bodaj najbardziej znaną okładkę płytową w historii, a jednocześnie stworzono wiodący wizerunek najbardziej w historii wyróżnionej grupy, mianowicie The Beatles.
      Układ faktów był taki, że Beatlesi po kilku miesiącach wytężonej pracy mieli już niemal gotową płytę, którą zamierzali nazwać Everest, ponieważ pokazywała szczyt ich muzycznych możliwości, i żeby to podkreślić, mieli się na okładkę sfotografować na tle Himalajów. Wszystko to było samochwalcze i patetyczne, więc chłopcy mieli wątpliwości.
      Wtedy Paul rzucił w luźnej rozmowie, żeby może zrobić coś odwrotnego, prozaicznego i przyziemnego. Mianowicie dać się sfotografować w miejscu najbardziej pospolitym z możliwych – na przejściu dla pieszych przy ulicy Abbey Road, gdzie znajdowało się studio, w którym nagrywali.
      I takie zlecenie padłow kierunku szkockiego fotografa Iana McMillana, który trzy lata wcześniej, w 1966 roku spotkał Yoko Ono, Yoko spojrzała na niego łaskawym okiem, poznała go z Johnem Lennonem i od tego czasu Ian stał się głównym fotografem zespołu.
      Tak więc Beatlesi mają się znaleźć na przejściu, ale nie jest to takie całkiem łatwe, bo choć Abbey Road nie należy do najbardziej ruchliwych londyńskich ulic, to przecież nie można było wstrzymać ruchu tylko dlatego, że idole młodzieży zażyczyli sobie nagle w środku dnia sesji fotograficznej.
      Lokalna policja dała im zaledwie dziesięć minut, by się przespacerowali tam i z powrotem po pasach i na tyle wstrzymała ruch samochodów. W czasie 10-minutowej sesji fotograf wykonał tylko sześć zdjęć, przy dzisiejszych możliwościach byłoby to pewnie sześć tysięcy, z czego pięć były to fotografie niezborne, gdyż chłopcy, którzy mieli podążać jeden za drugim, albo wpadali na siebie, albo stali w miejscu, albo dziwacznie dreptali. Jako tako wyraziste było tylko zdjęcie numer 5, bo tutaj wszyscy czterej idą z pełnym rozmachem, maszerują nieledwie jak na defiladzie. Padło więc na piątkę. Piątka wskoczyła na okładkę albumy Abbey Road.
      Niebawem i album, i zdjęcie osiągnęły gigantyczny sukces, ale to wszystko było za pięć dwunasta, ponieważ zaledwie w rok później zmarł menager zespołu, a oni sami, nie mogąc już na siebie po tych blisko 15 latach patrzeć, rozeszli się każdy w swoją stronę. Na osłodę album Abbey Road magazyn „Rolling Stone” umieścił bardzo wysoko, bo aż na czternastym miejscu listy najlepszych albumów w historii muzyki popularnej.
      No i zaczęła się kariera samego zdjęcia oraz przejścia dla pieszych, które stało się celem pielgrzymek fanów zespołu z całego świata. Każdy chciał sobie zrobić zdjęcie, najlepiej z przyjaciółmi, dokładnie w tym samym miejscu, którędy Beatlesi przechodzili do historii. Doszło do tego, iż rząd brytyjski przejście dla pieszych na Abbey Road wpisał na specjalną listę angielskiego dziedzictwa narodowego.
      Szaleństwo rozwijało się w najlepsze. Po lewej stronie, w głębi fotografii, widać parkującego volkswagena garbusa. Jakiś zajadły fan skradł z niego tablicę rejestracyjną, aby mieć w domu beatlesowską relikwię. A sam samochód stał się do tego stopnia cenny, iż po sprzedaży na aukcji trafił następnie do muzeum volkswagena w niemieckim Wolfsburgu.
      Poza tym zdjęcie miało jeszcze dość przypadkowego statystę. Po prawej stronie, w głębi fotografii można bowiem zauważyć taksówkę, obok której stoi najwidoczniej pasażer, który ją właśnie opuścił i z daleka przygląda się całemu wydarzeniu. Oczywiście, został wytropiony i zdemaskowany. Był to amerykański turysta nazwiskiem Paul Cole, który właśnie wtedy wraz z żoną przebywał na wakacjach w Londynie. Pan Paul gapi się w stronę obiektywu, ponieważ dziwił się, dlaczego policja nagle zatrzymuje ruch i dlaczego jakaś banda przebierańców chodzi po pasach tam i z powrotem. W porządnym i było nie było w dobrze zorganizowanym Londynie. Pan Paul dopiero po roku zobaczył okładkę płyty i siebie samego na zdjęciu, ale ponieważ nigdy nie przepadał za Beatlesami, nigdy tez płyty Abbey Road nie przesłuchał.
      W kwestii garbusa wytropiono jeszcze jedną aluzję, mianowicie w krajach anglojęzycznych ten samochodzik określano przydomkiem beetl, czyli żuczkiem. Jak wiadomo Beatles to żuki, z tym że pisane nieortograficznie, tak jakbyśmy żuki napisali w języku polskim przez rz.
      W głębi widzimy także zaparkowaną furgonetkę policyjną z numerem rejestracyjnym, który pod lupa da się odczytać. Oczywiście, on nie mógł się zmarnować i jak najbardziej został wykorzystany na okładce płyty zespołu Oasis pod nazwą „Be Here Now”. Z tym ze tam tablica z numerem policyjnym przypięta jest już do luksusowego cadillaca, który sobie spokojnie tonie w eleganckim basenie.
      Oczywiście, sama scena cytowana była bez końca w najrozmaitszych kontekstach, np. zespól The Red Hot Chili Peppers zrobił sobie zdjęcie na okładkę płyty także na przejściu dla pieszych, w pozach zupełnie podobnych do beatlesowskich, z tym że czterej panowie są na nim zupełnie nadzy. No prawie, bo na męskie atrybuty założyli sobie skarpetki.
      No i płyta obrosła, oczywiście, teoriami spiskowymi. Te najważniejsze dotyczyły Paula McCartneya, któty idzie tutaj boso, co miałoby znaczyć, że sposobi się do trumny, a reszta kolegów to kondukt pogrzebowy. Sam McCartney nawiązał do tej interpretacji i w 1993 roku wydał płytę Paul Is Live. Na okładce wmontował siebie z psem na spacerze w legendarne zdjęcie, które zrobiono przed laty.
      Wniosek ma naturę ogólną. Mój Boże, jak to czasem niewiele trzeba, aby przejść do historii.

      1. Sympatyczny felieton. Tylko żywot Briana Epsteina został przedłużony o 3 lata. Gdyby tak było, pewnie zespół istniałby dłużej.

        Co do wielkości płyt The Beatles, to ja mam pogląd osobny: uważam, że najlepsza jest płyta zawierająca wszystkie single zespołu (strony A i B). Wysłuchanie tej płyty uważam za porównywalne z uważnym odbiorem „Bolero” Ravela. Ale kto ma czas na tak długą płytę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *