Tears In Haeven

Z naszych zmarłych nie mamy nikogo w Poznaniu, więc pojechaliśmy zapalić lampiony na zapomnianych leśnych grobach powstańców z 1848 roku. Ale zgubiła nas moja pycha, bo byłem przekonany, że trafię bez trudu, a tymczasem pomyliłem leśne drogi. W rezultacie zapaliliśmy światełka pod głazem upamiętniającym śp. leśników:

A że widoczność dobra, to jeszcze skok na wieżę widokową w Mosinie, gdzie obejrzeliśmy nieco pocztówek w naturze:

Dorocie pstryknąłem fotkę na szczycie wieży, tłumacząc, że chociaż to upodabnia ją do księżniczki. Ona, że mnie do rycerza upodabnia tylko mój zakuty łeb. No, tośmy sobie pogadali…:

Fronda.pl: „Na ścianie jednej z poznańskich kamienic zawisł ogromny baner z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. Obraz ma przypominać o Bogu klientom pubów i klubów go-go”:

Długo czekałem na podobne posunięcie. Przecież z miejsca, gdzie zawieszono te podobiznę,  do poznańskiej Fary (ogromnej, historycznej) jest aż 200 metrów. Z kolei do kościółka Krwi Pańskiej, gdzie do niedawna kultywowano pamięć o Żydach wyciskających krew z hostii, jest całe 150 metrów. Cóż, nie każdy da radę przebyć taki kawał. Nie mówiąc o klasztorze franciszkanów, który jest aż 250 metrów dalej (w dodatku pod górę). Więc jak ten święty wizerunek zawisł akurat pośrodku, to jest to bardzo celowe i przemyślane posunięcie. Problem w tym, że klub go-go jest z innej strony Rynku. Więc jego klienci rzadko przechodzą obok wizerunku. Ale za to puby są wszędzie. I żaden klient nie ujdzie pełnemu wyrzutu spojrzeniu.
Niestety, nie umknąłem temu karcącemu spojrzeniu i ja. Wczoraj wieczorem szedłem bowiem nie do pubu (ubolewam) ani do klubu go-go (ubolewam tym bardziej), lecz do studia Polsatu. Po co? Ano, by po raz kolejny kłamać w „mediach mętnego nurtu”. A to sto razy gorsze od pubu i go-go razem wziętych!

Regionalne media donoszą o niezwykłym wydarzeniu w wielkopolskim miasteczku Skoki. Byliśmy tam z Dorotą latem. Kupiłem tanie jak barszcz tenisówki do łażenia po bezdrożach. Pękły (oba, w tym samym miejscu)  już następnego dnia, czyli po dziesięciu kilometrach. Niby nie kosztowały prawie nic, ale  żeby już następnego dnia…
A teraz w Skokach: „- Z tego, co słyszałem, to byli pod wpływem narkotyków. On podobno kupił jakiś nowy specyfik. Potem biegali całkiem nago na ulicy obok domu – opowiada jeden z mieszkańców Skoków. Małżonkowie mieli również tarzać się w błocie, kąpać w… kałużach”. Do tego miejsca wiadomość jest zrozumiała, nawet banalna. Także informacja, że zaraz zjawiła się policja i przetestowała oboje na obecność narkotyków. Najgorsze zostawiono na koniec: małżonkowie, którzy nago publicznie taplali się w kałużach, nie zażyli wcześniej żadnych narkotyków. I to dopiero jest naprawdę niepokojące.

Coraz częściej natykam się na teksty, których nie rozumiem. Ks. Sławomir Kostrzewa przestrzega w Internecie: „Młodzi ludzie są dziś pod znacznym wpływem telewizji i kina. Niestety, nie brakuje sytuacji, w których próbują naśladować filmowych bohaterów, których przygody toczą się w okołohalloweenowych klimatach. Do niedawna dominowały produkcje, w których szczytem perwersji były „zabawy” na cmentarzach bądź kontakty spirytystyczne. Nowe produkcje tego rodzaju niestety są o wiele bardziej mroczne i mogą zawierać znaczną ilość ekstremalnie brutalnej przemocy. Halloween w wydaniu hollywoodzkim odsłania swoje prawdziwe oblicze – to już nie jest niewinna zabawa rodzinna, ale realne święto różnej maści zwyrodnialców połączone z kultem śmierci”.
Do tej pory sądziłem,  że horrory z udziałem duchów to cichy popkulturowy sojusznik wszelkiego rodzaju egzorcystów i osób „zatroskanych”. Po pierwsze te filmy przekonują, że istnieje życie po śmierci. Po drugie – demony i diabły pokazywane są w nich jako istoty groźne i przerażające. Po trzecie – zazwyczaj mają wobec Bogu ducha winnych ludzi skrajnie niegodziwe zamiary. Czy prawdziwy egzorcysta mógłby sobie wymarzyć lepszą wizualizację własnych kazań?

„Chronicles. The Best of Eric Clapton”. Znaczniej więcej tu popu niż bluesa. Może dlatego tak się to podobało? Solówki gitarowe tylko na ozdobę. Poza tym melodyjki, chórki, regularna perkusja. Dancing. „Tears in Haeven”, nowa „Leyla” i podobne. Nie jestem pewien, czy to fajnie, gdy artysta się tak uprzystępnia. Przecież od miłych melodyjek mamy tłumy mniej utalentowanych…:

2 przemyślenia nt. „Tears In Haeven

  1. Cóż, dobrze by było…
    Ale ja ostatni czas zadumy miałem onegdaj, gdy w stanie odmiennym stawiłem się przed dwojgiem drzwi. Na jednych był trójkąt, na drugich kółeczko. Wiedziałem – w jedne drzwi mogę wejść jak najbardziej, a w inne pod żadnym pozorem mi nie wolno.
    Ba, ale które jest które..?
    Do dzisiaj nie jestem pewny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *