„Tabu Polaków”

„Tabu Polaków”:

Wybór publicystyki z miesięcznika „Znak”. Tematy na okładce.
Cytaty:

Idealistyczne myślenie o społeczeństwie ułatwia dehumanizację grup inaczej myślących bądź inaczej wyglądających, potraktowanie ich jako „chwastów”, których wycięcie jest koniecznym warunkiem stworzenia idealnego, czystego ogrodu…

… począwszy od greckiej wyspy Korfu, poprzez Bełżec i Treblinkę, na litewskich Ponarach kończąc, narody Europy urządziły pod niemiecką komendą wielki, zmasowany rabunek Żydów. Grabienie żydowskich domów, wyzysk ukrywających się Żydów przez ich „gospodarzy”, a w końcu profanacja żydowskich zwłok w poszukiwaniu złota – wszystko to w latach 40. uznawane było za prawomocne sposoby wzbogacenia się.

To nie mit o Żydzie bogobójcy i rytualnym mordercy dzieci, lecz właśnie legenda o wszechwładnym bogaczu stała u źródeł zbrodni dokonanych na naszych ziemiach.

… najnowsze badania na reprezentatywnych próbach ogólnopolskich wskazują, że stereotyp bogatego Żyda kontrolującego gospodarkę w Polsce ma się dziś dobrze, szczególnie wśród osób skrzywdzonych w wyniku transformacji ustrojowej.

W tradycyjnym ujęciu teologii katolickiej perspektywa osób homoseksualnych nie jest promowana, a orientacje nieheteroseksualne uważa się za „wewnętrznie nieuporządkowane”. Mimo że kilku z autorów, którzy zapoczątkowali nurt queer w teologii, było katolikami, jego najważniejsze dyskusje toczą się dziś poza Kościołem katolickim.

Nie będę pisać o tym, czy można zignorować zalecenia z Księgi Kapłańskiej, która zakazuje obcowania „z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą” (Kpł 18, 22), ale również nie pozwala na spożywanie krwi (Kpł 17, 10), wieprzowiny (Kpł 11, 7), zbieranie tego, co spadło na ziemię w winnicy (Kpł 19, 10), ani na noszenie ubrania utkanego z dwóch rodzajów nici (Kpł 19, 19). Choć należy pamiętać, że tylko pierwszy zakaz został powtórzony przez św. Pawła w jego listach (Rz 1, 26–28; 1 Kor 6, 9).

Jezus ignorował ówczesne konwenanse. Nie unikał kontrowersyjnych zachowań ani wypowiedzi, pomagał potrzebującym z różnych sfer niezależnie od ich pochodzenia, nie oczekując niczego w zamian. Warto zwrócić uwagę choćby na historię uzdrowienia sługi setnika (Mt 8, 5–13) Jezus nie ocenia czynów rzymskiego oficera wyznającego, że nie jest godzien, aby wszedł On do jego domu.

Zmartwychwstanie staje się dobrą nowiną głoszącą, że Bóg trwa przy cierpiących mimo wszelkich podziałów tworzonych w imię ładu społecznego. Teologia queer jest zatem teologią radykalnie inkluzywną, która nie tworzy listy warunków potrzebnych do zbawienia. Jej założenia podobne są do katolickiego twierdzenia, że nie zbawimy się sami, że do zbawienia konieczna jest łaska Boża. Jednak przez swoją radykalną otwartość na każdego człowieka nurt queer rzuca katolicyzmowi istotne wyzwanie – stawia pytania o to, w jaki sposób teologia katolicka pozwala na tworzenie tak wielu grup ludzi wierzących, którzy nie mogą w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła.

Także w Liście do Koryntian czytamy, że mężczyźni współżyjący ze sobą nie odziedziczą królestwa Bożego (1 Kor 6, 9). Dalej jest zresztą napisane, że podobnie będzie z ludźmi chciwymi, pijącymi i oszczercami, ale do tego już nikt nie przywiązuje takiej wagi.

Doktryna o święceniach kapłańskich wyłącznie dla mężczyzn przez długie wieki bazowała m.in. na założeniu, że kobiety z natury i woli Bożej są istotami gorszymi od mężczyzn. Wniosek: są niegodne tak świętego sakramentu. W XX w. Kościół katolicki pożegnał się z tą skandaliczną antropologią.

Niewielu ludzi jednak wie, że ponad 30 lat wcześniej w Kościele podziemnym („ukrytym”) w komunistycznej Czechosłowacji grupa katoliczek również przyjęła święcenia kapłańskie. Szafarzem był bp Felix Davidek, hierarcha pozostający w jedności z papieżem. Decyzja o ich wyświęceniu zapadła w 1970 r., podczas synodu tamtejszego Kościoła lokalnego. Jedyną uczestniczką święceń, która publicznie ujawniła swoje nazwisko, jest Ludmila Javorová. Wyjaśniła ona, że jedną z głównych przyczyn decyzji synodu były względy duszpasterskie: brak księży, którzy mogliby pełnić posługę wobec wiernych w trudnych czasach prześladowań i udzielać sakramentów; ale też przekonanie, że kobiety lepiej niż mężczyźni mogą zajmować się problemami kobiet, choćby w przypadku sakramentu pojednania. Od czasu upadku komunizmu „wyświęcone” nie mogą pełnić żadnych posług w Kościele. Zgodnie też z doktryną katolicką ich święcenia były nieważne. Na fali sporów Kiedy w Czechosłowacji bp Davidek dopuszczał kobiety do kapłaństwa, w Kościele na Zachodzie teoretyczna debata na temat możliwości ich święceń nabierała rozpędu.

Niewielu ludzi jednak wie, że ponad 30 lat wcześniej w Kościele podziemnym („ukrytym”) w komunistycznej Czechosłowacji grupa katoliczek również przyjęła święcenia kapłańskie. Szafarzem był bp Felix Davidek, hierarcha pozostający w jedności z papieżem. Decyzja o ich wyświęceniu zapadła w 1970 r., podczas synodu tamtejszego Kościoła lokalnego. Jedyną uczestniczką święceń, która publicznie ujawniła swoje nazwisko, jest Ludmila Javorová. Wyjaśniła ona, że jedną z głównych przyczyn decyzji synodu były względy duszpasterskie: brak księży, którzy mogliby pełnić posługę wobec wiernych w trudnych czasach prześladowań i udzielać sakramentów; ale też przekonanie, że kobiety lepiej niż mężczyźni mogą zajmować się problemami kobiet, choćby w przypadku sakramentu pojednania. Od czasu upadku komunizmu „wyświęcone” nie mogą pełnić żadnych posług w Kościele.

Jan Paweł II wyraźnie dawał do zrozumienia, że chce zamknąć debaty na temat święceń kobiet. Problem jednak w tym, że nie zamknął. Przeciwnie – sprowokował wybuch kolejnej dyskusji…

… de facto ludność rolnicza i wiejska stanowiła w II Rzeczypospolitej 70% społeczeństwa.

Mamy w głowie obraz Polski inteligencko-szlacheckiej. Otóż gdybyśmy inteligencję zdefiniowali jako wszystkich tych, którzy wykonują tzw. pracę umysłową, w tym panią pracującą na poczcie lub urzędnika niskiego szczebla po szkole powszechnej, to otrzymamy 6% ówczesnej ludności. Gdy potraktujemy tę kategorię bardziej restrykcyjnie i wyłączymy z niej urzędników wykonujących rutynową pracę, wówczas przedwojenna inteligencja zmniejszy się już do 3% społeczeństwa. Jest to dramatycznie mało! Ziemiaństwo, będące nośnikiem tradycji szlacheckiej i po części także idei modernizacji gospodarki, liczyło raptem ok. 0,3% społeczeństwa! Burżuazja, czyli właściciele wielkich i średnich przedsiębiorstw, stanowiła mniej niż 1%. W przedwojennej Polsce dość liczne było drobnomieszczaństwo, liczące ok. 11%. Jak wiadomo, znaczną jego częścią była ludność żydowska. Robotnicy, gdy wyłączyć z tej grupy najliczniejszą kategorię robotników rolnych, stanowili nie więcej niż 20%. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że ogromną ich część tworzyli pracownicy małych warsztatów wytwórczych i usługowych oraz służba domowa.

Rzeczpospolita była żywiołem wiejskim. Jedynie kilka miast miało wielkomiejski, w europejskim znaczeniu, charakter: Warszawa, Lwów, Kraków, Poznań. Duża część ludności klasyfikowanej jako miejska mieszkała tak naprawdę w małych miasteczkach liczących ok. 5 tys. mieszkańców, które od wsi specjalnie się nie różniły. Patrząc na stare fotografie takich miast, dostrzeżemy, że wybrukowane były jedynie główne ulice, ale już te od nich odchodzące – nie. Brakowało w nich infrastruktury miejskiej.

Spójrzmy na przykład na Czechosłowację. Struktura polskiego rolnictwa osiągnęła przedwojenny poziom naszego południowego sąsiada dopiero na początku lat 70. XX w.

Trzeba podkreślić, że wojna wręcz zakonserwowała zacofanie i peryferyjność naszego państwa. Jeśli idzie o jej wpływ na strukturę społeczną, mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu – zniknęły całe trzy przedwojenne warstwy społeczne: ziemiaństwo, burżuazja i drobnomieszczaństwo. Przed wojną połowę tego ostatniego stanowiła ludność żydowska, która w przeważającej części została zgładzona przez Niemców. Po 1945 r. nielicznych przedstawicieli tych trzech warstw okrzyknięto wrogami ustroju komunistycznego. Inteligencja również została bardzo przez wojnę wyniszczona. Niemcy i Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę, że jest to warstwa o najniebezpieczniejszym dla reżimu potencjale – formowania elit społecznych. Zatem niszcząc inteligencję, mieli właściwie cały naród na kolanach. Jedyną warstwą, która wyszła z wojny, zachowując swoją tożsamość i dotychczasowy stan posiadania, była ludność chłopska. Ofiar wojny wszędzie było bardzo dużo, ale wśród ludności chłopskiej, czy ogólniej: wiejskiej, było ich relatywnie najmniej. Zatem chłopi stali się bazą społeczną dla nowego systemu.

w 1945 r. w nowych granicach na ziemiach polskich żyło 24 mln ludzi, przy czym zaledwie ok. 350 tys. miało wykształcenie średnie bądź wyższe. Społeczeństwo to było pozbawione nie tyle elit, ile wykwalifikowanych kadr na szczeblu średnim, nie mówiąc o wyższym. Otóż dla mnie czymś oczywistym jest, że bardzo łatwo było manipulować społeczeństwem pozbawionym liderów, osób potrafiących wyjść poza obręb lokalnej lub rodzinnej wspólnoty. Mitem jest twierdzenie, że Polacy od początku przeciwstawiali się narzucaniu systemu komunistycznego. Oczywiście zdarzały się przypadki oporu, również zbrojnego, ale to była kropla w morzu. Ludzie chcieli powrotu do normalności.

inny aspekt chłopskości polskiego społeczeństwa. Przedmioty „miejskie”, takie jak samochód, telewizor czy inne udogodnienia cywilizacyjne, były adaptowane poprzez chłopski filtr, wyniesiony z domu sposób myślenia i odczuwania. Przychodzi mi na myśl dekorowanie samochodów. Nie wiem, czy Pani pamięta firanki, którymi przystrajano szyby aut – to jest przykład na to, jak ludową estetykę przenoszono do nowoczesnych, niewiejskich przestrzeni. Na miejską rzeczywistość patrzono przez pryzmat wiejskości, tradycji, tego, co wyniosło się z domu – np. grodzenie osiedlowych trawników.

Niepewność egzystencji i doświadczenia pokoleń wymusiły strategię gromadzenia dóbr, która w wielu sytuacjach była warunkiem przeżycia. Stąd płynęła ogromna wartość przypisywana posiadanej ziemi i nieustanne, przysłowiowe bitwy o miedzę. Dla społeczeństw wiejskich charakterystyczna była postawa: mieć, a nie być. Teraz jest to zjawisko powszechne, bo wyrosłe z chłopskiej biedy. Przywiązanie do „mieć” zostało wzmocnione przez „mieć” systemu kapitalistycznego, dzisiaj wszyscy chcą „mieć”: i Kordiany, i chamy.

Proszę spojrzeć na naszych polityków i na ich chłopską mentalność przejawiającą się w zapewnianiu synekur swoim krewnym i znajomym. Jest to zjawisko familiaryzmu, negatywnie rozumianego, który staje się idealnym gruntem dla korupcji i nepotyzmu. Korzeni tego zjawiska znów możemy szukać w doświadczeniach wyniesionych ze wsi – z wielodzietnej rodziny do miasta na nauki wysyłano jedno dziecko, które kształciło się nie dla własnej satysfakcji, lecz dla korzyści, jakie miało to przynieść całej rodzinie. Nieprzypadkowo na myśl przychodzi włoska mafia, która oparła swoje struktury na rodzinie i na biednych terenach rolniczych południa Włoch.

Kościół ludowy bardzo akcentował rodzinne wartości i naturalność hierarchii w nią wbudowaną. Poczucie podporządkowania, którego się nie kwestionowało, w rodzinie (ojciec-gospodarz – pozostali członkowie rodziny), w stosunkach społecznych (pan-chłop) i w Kościele (ksiądz-pasterz – owieczki wymagające opieki) jest również cechą mentalności chłopskiej.

Gdy zdarzy się nieszczęście, jesteśmy nagle wspólnotą. Proszę spojrzeć, w jaki sposób w Polsce z reguły działają oddolne inicjatywy: jako reakcja na zagrożenie.

Aby zobaczyć – czy mamy w Polsce powieść, trzeba najpierw zapytać, co to znaczy: mieć powieść? Powieści przecież powstają, mamy ich pełne księgarnie, są recenzowane, nominowane do nagród i nagradzane, autorzy chętnie udzielają wywiadów i są obecni w życiu kulturalnym. Czy to nie wystarczy? Jednak mimo tych wszystkich zewnętrznych oznak trzeba powiedzieć z całą powagą: dzisiaj w Polsce powieść nie jest podstawową literacką formą mówienia o rzeczywistości.

w kulturze zachodniej od dwóch stuleci powieść zajmuje miejsce szczególne. Wypracowane przez nią metody służą do opowiadania poprzez fikcyjne historie o człowieku, o jego świecie i życiu. Te opowieści starają się dotrzeć do jakiejś prawdy o nas, nazwać nasz świat, nasze lęki, nasze nadzieje. Uważam, że tak rozumiana powieść jest jednym z najważniejszych osiągnięć kultury Zachodu. Zatem „mieć powieść” to znaczy jej zaufać, uczynić z niej nić przewodnią literatury. Dlatego właśnie kultury języka angielskiego, francuskiego czy hiszpańskiego mają powieść. Mają, bo nie tylko powstaje ona w tych językach, ale też została tam uznana za fundamentalny sposób mówienia o świecie.

Co zatem znaczy: mieć powieść? Mieć powieść to żyć powieściami, to w ich rytmie myśleć o literaturze. Mieć powieść to ufać opowieściom i temu, że dzięki nim odsłaniają się fundamentalne prawdy o człowieku, o życiu, o świecie. Odsłaniają się nie mimo powieści, mimo fikcji, lecz właśnie dzięki nim.

Zaprosić tak paru pisarzy i zapytać ich, co myślą o kardynale Dziwiszu, czy kardynał Dziwisz nadaje się na powieść, co myślą o Janie Pawle II, czy Jan Paweł II nadaje się na powieść (bo filmy raczej nie wychodzą), co myślą o Rosji i Putinie, czy Putin nadaje się na powieść, co myślą o aborcji, o prawie do eutanazji, o drańskiej robocie Amerykanów na Bliskim Wschodzie, czy Afganistan nadaje się na powieść, co myślą o Bogu, czy Bóg nadaje się na powieść, co myślą o życiu seksualnym księży, czy celibat nadaje się na powieść, bo wcale nie zmienia istoty ludzkiej w istotę aseksualną, co myślą o Jarosławie Kaczyńskim, samobójstwie, mieście Gdańsku, jak sobie wyobrażają życie pośmiertne, czy boją się kobiet oraz czego najbardziej nienawidzą. Myślę, że byłaby to rozmowa pożywniejsza niż międlenie kryzysu powieści, bo mogłaby to być dyskusja o – jak mówił Miłosz – „tematach do odstąpienia”, o pomysłach na powieść, na powieściowego bohatera, na powieściową fabułę, a to chyba znacznie pożywniejsze.

Czesław Miłosz dostał Nike za Pieska przydrożnego przewagą jednego głosu. Tak po prostu wypadło. Wszyscy głosowali i przyszła kolej na mnie. Nerwowy moment, ale piękny. Ale gdybym akurat tamtego dnia miał kryzys egzystencjalny, gdyby mnie bolał ząb, gdybym zjadł nieświeży kotlet, gdybym został porzucony przez kobietę, to bym z tego kryzysu pewnie zrobił kryzys powieści, a może nawet kryzys polskiej literatury w ogóle i kto wie, czy nie zagłosował np. na Zygmunta Kubiaka, a wtedy Czesław Miłosz zostałby strącony w sferę literackiej drugorzędności, skąd krok tylko do kryzysu.

Jedni twierdzą, że mamy w Polsce kryzys powieści, a inni po prostu idą do księgarni, kupują polskie powieści i je czytają, a nawet mi rękę ściskają na spotkaniach autorskich z podziękowaniem za to, co napisałem. Czy należy tych ludzi uznać za hołotę, która nie rozumie, że powieść polska znalazła się w stanie ciężkiego kryzysu?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.