„Święta, święta i po świętach” – 17 września 2021

„Święta, święta i po świętach”

Drodzy Państwo

przed nami dziś obyczaj z dalekiej Brazylii – ostatecznie o niczym tak nie marzymy, jak o poszerzaniu horyzontów po linii geograficznej, kulturowej i filmowej. Film u nas figuruje pod jakże swojskim tytułem „Święta, święta i po świętach”, a jego brazylijska reżyserka pieczętuje się jeszcze bardziej swojskim nazwiskiem – Sandra Kogut. Sytuację ramową rysujemy bez zbędnej zwłoki, ale i bez obawy, że – jak mawia młodzież – zaspojlujemy treść, czyli ujawnimy niespodzianki fabuły. Bo od niespodzianek mających na celu zaspokojenie ciekawości typu: co też wydarzy się za chwilę wyżej cenimy to, co w filmie kryje się pod powierzchnią wydarzeń.

Tak więc, proszę Państwa, oto Magdalena, w skrócie Mada. Mada jest kobietą, która niedawno przekroczyła pięćdziesiątkę i na razie doszła do posady kogoś w rodzaju damskiego majordomusa w letniej rezydencji bogatej rodziny z Rio de Janeiro. Czuje jednak, że marnuje się na tej posadzie, ale na rozkręcenie własnego interesu (o czym marzy) brakuje jej środków. Już traci nadzieję na odmianę losu, gdy do zarządzanego przez nią domostwa wkracza policja stawiając rodzinie udział w poważnym przestępstwie korupcyjnym. Dla familii to jest klęska, ale dla Mady – trampolina do solowej kariery. Tyle rusztowanie fabularne.

Ale ta Mada, ta Mada! Ona nie obsługuje tu fabuły, ona kreuje ikonę pewnego typu kobiety. Chciałoby się powiedzieć – kobiety niewidocznej, choć jednocześnie kobiety niezbędnej.

Mada to kobieta już w latach, w miarę zadbana, z przysługującą jej wiekowi nadwagą, choć jeszcze całkiem krzepka. Mada jest kimś w rodzaju majordomusa w majątku zamożnej rodziny, ale to nie tylko to. Ona jest kimś w rodzaju przynieś, wynieś, pozamiataj, nie żeby zaraz w tym pogardliwym znaczeniu. Po prostu wszyscy przyzwyczaili się, że Mada jest zawsze pod ręką, nastarcza każdemu z tym, czego mu akurat brakuje. Po prostu oliwi całą tę niezbyt sprawną rodzinną maszynerię, choć ani jej samej, ani jej pracy zasadniczo się nie zauważa. Po prostu wszystko przy niej chodzi, gra i , jak to się mówi, trybi.

Zamożna rodzina nie wyobraża sobie życia bez niej, jakby była tutaj od zawsze, ale też specjalnie jej nie ceni, tak jak się nie ceni faktu, że drzwi otwierają się bez skrzypienia zawiasów. Tak było od zawsze, tak powinno być i już. W nagrodę można jej podarować jakiś stary ciuch, którego się samemu już nie nosi. I tak powinna się cieszyć, że ktoś o niej pamiętał. Mada to kobieta prosta, ale twardo trzymająca się gruntu, poruszająca się ciasno przy ziemi, zawsze bliska realiów – termin, cena, zobowiązanie, wypłata to jest siatka pojęć, w których się porusza.

Przypomina ona trochę nianię z „Przeminęło z wiatrem”. To była wprawdzie Murzynka, też niezłej postury, nota bene pierwsza czarnoskóra laureatka Oscara, nazwiskiem Hattie McDaniel. Z jednej strony była niewolnicą, a z drugiej strony trzęsła całym domem, a zwłaszcza pokojem panienek, które strofowała bez umiaru i z pozwoleniem rodziców. Bo oni uważali, że młodym osobom należy stawiać granice, nawet jeżeli te granice miała stawiać czarnoskóra piastunka. Taki szczególny układ powtarza się i tu. Mada również stara się wychowywać młode pokolenie wedle własnego wyczucia, choć nikt jej za to nie płaci, ale wszyscy przyjmują z ulgą, że ma w pakiecie zadań również i to.

Ale ci wielcy państwo, których Mada obsługuje dniem i nocą, to nie są ludzie z klasą. W każdym rozumieniu słowa „klasa”. To nuworysze, z wszystkimi obciążeniami tego statusu. Jeżeli kupują obraz abstrakcyjny, to nie bardzo wiedzą, gdzie jest góra, gdzie jest dół, zresztą to dla nich nie dzieło sztuki, to dekoracja. Najważniejsze, żeby wyszła spod pędzla renomowanego rzekomo artysty. Tu wszystko jest na pokaz, wszystko pod publiczkę, wszystko, żeby ich gości zatkało z wrażenia. Zresztą tej arystokratyczności coraz mniej w młodszych pokoleniach – wszyscy siedzą w telewizorach, w grach komputerowych, w najbardziej kiczowatych piosenkach, w party przy basenie, więc to raczej ten parter wyższej klasy średniej, nuworysze. A Magdalena posłuży gdy trzeba nawet za Świętego Mikołaja.

Poza tym życie toczy się tu jak w brazylijskiej telenoweli rodzinnej, nie przymierzając. Na rozmaitych piętrach dzieją się skomplikowane intrygi, najczęściej damsko-męskie. Albo po prostu dużo się chodzi, dużo się gada i mówi się o tym co się akurat robi. Znamy, znamy. Brazylijska telenowela znaczy też, że obejrzy się wielopokoleniową rodzinę, szczęśliwą w jednej rezydencji, z pokoleniami schodzącym i z pokoleniami wschodzącymi. Jeżeli mamy do czynienia z kłopotami, to z przejściowymi, z takimi, które da się rozwiązać. Jeżeli burza, to przelotny deszczyk, który niebawem ustanie. I tak to biegnie. Oto kolejna rocznica ślubu pary założycielskiej tej rodziny, która tymczasem obrosła dziećmi, krewnymi, rozległą familią, o pieniądzach i wpływach nie wspominając. Sygnały, że zbierają się chmury, dochodzą sporadycznie i z daleka, ponieważ rezydencja jest na prowincji, gdzieś nad morzem, w otoczeniu lasu dżunglowego. Tutaj docierają tylko sporadyczne telefony, jeżeli ktoś z zajętych wielkich państwa zechce je w ogóle odebrać. Mada nawet selekcjonuje telefony, więc jest kimś w rodzaju odgromnika, filtra między rodziną a światem zewnętrznym. Rodzina się tego świata boi, nie zawsze go rozumie, nie umie sobie z tym poradzić i chętnie zepchnęłaby kluczowe decyzje na byle kogo, nawet na służącą. Niech to się jakoś samo załatwi. Domownicy ze światem zewnętrznym kontaktują się przez kamery zainstalowane w najważniejszych miejscach posesji, a jest co filmować, bo posesja rozległa. Jest też co oglądać i co komentować. W dodatku wszystko w tytułowe Święta Bożego Narodzenia. Na tle bujnej dżunglowej roślinności widzimy również choinkę z bombkami.

Nagłe wkroczenie policji jest jak koniec świata w domu, w którym jest tak dostatnio, bogato, że właściwie nic gwałtownego nie ma prawa się tu wydarzyć. A tu pan domu, nie dość że okazał się złodziejem, to jeszcze defraudował pieniądze najbiedniejszych, te, które miały być przeznaczone na szkoły i szpitale, a więc jest to klęska prestiżowa, finansowa, ale także w pewnym sensie moralna, jeżeli kogoś to w ogóle jeszcze w tym towarzystwie obchodzi.

Następuje wielka wyprzedaż, rozbiór domu, ale też rozbiór całego dotychczasowego życia, szarpanie co się tylko da. Ale cóż, służące i kucharki najbardziej zainteresowane są ciuchami, futrami, butami. Magdalena ma mniej pieniędzy, więc też mniej obaw i mniej troski o stan posiadania, mniej stresu, poczucia zagrożenia, za to spory dystans do spraw tego świata, co pozwala jej ocalić to co najistotniejsze, radość z życia i nadzieję, że jutro będzie lepiej, a nawet jeżeli będzie tak samo, to i tak jest się z czego cieszyć.

No i odnajdujemy Magdalenę, która posprzątała po tym całym bałaganie, i w końcu coś na tym wszystkim zarobi. Po prostu oprowadza wycieczki po okolicy. Po tej byłej enklawie bogactwa, luksusu, ale i występku i moralnego bankructwa. Wie, co ludzi najbardziej interesuje – cudze nieszczęście i upadek wielkich fortun, bo sami nigdy nie znajdą się tak wysoko na szczycie, a Mada wie, jak ich podpuścić. Oprowadza po upadłych włościach, po anektowanych fortunach, po domach bogaczy, którzy teraz siedzą. Tak się walczy o swoje, tak się walczy o – że powiem wyniośle – o swoja podmiotowość, gdy całe życie było się jedynie do drobnych posług.

Więc Mada jednak wychodzi na swoje i wychodzi też na to, że nasz film to nie tylko odprysk brazylijskiej telenoweli, lecz także dziełko zaliczane do grupy filmów motywacyjnych, czyli takich, które dopinguja widza do sukcesu podsuwając mu instruktywny przykład na to, że „wszystko się da”. Pomyślałem, że dobiorę jakiś film z tej półki – dla przykładu i uzyskania kontrapunktu. Wybrałem „W pogoni za szczęściem”, film w reż. Gabriele Muccino z roku 2006. Film od pierwszej do ostatniej minuty jest pieśnią pochwalną na cześć wytrwałości i uporu. Bo też Chris (w tej roli Will Smith) nie ma innego wyjścia jak być upartym do końca. Zamierzał zapracować na przyszłość żony, synka i własną jako komiwojażer sprzedający densytometry (rodzaj przenośnego rentgena), ale nie upewnił się, czy jest na nie popyt. I teraz od świtu biega po szpitalach i wysiaduje w poczekalniach różnych medycznych decydentów. Najczęściej daremnie. Więcej: jego żona, pielęgniarka, bez końca bierze kolejne nadprogramowe dyżury. Też daremnie – toną w długach. Życie to niekończące się zaciskania pasa, kłótnie o każdego dolara, wieczne wzajemne pretensje. Wreszcie – by obniżyć koszta – rozchodzą się.
Chris zostaje ze swoim pięciolatkiem i nowym pomysłem na życie: zostanie brokerem. Tylko to się nie stanie ze środy na czwartek. Trzeba zaliczyć kurs, odbyć praktykę, zyskać licencję. Pytanie – kiedy? Miedzy odprowadzaniem dzieciaka z przedszkola, bieganiem po szpitalach i użeraniem się z wierzycielami?! A jednak Chris spina się i boksuje z losem, choć ten spycha go niżej i niżej. Z mieszkania do motelu, z motelu na perony metra, z metra do przytułku. W dodatku serwuje mu drobne, wyjątkowo złośliwe fikołki. Tyle, że Chris się zaparł. Więcej: Chris popadł w rodzaj stuporu, katatonii. Po prostu sunął do przodu nie zważając na żadne okoliczności. Widz ma wrażenie, że gdyby wyrósł przed nim mur, waliłby w niego głową tak długo, aż któryś by ustąpił. I w finale zdarza się cud – mur nieprzyjaznych okoliczności ustępuje. Chris zostaje brokerem. Jeszcze trochę tego stuporu i weźmie na losie odwet za wszystkie klęski.

Nasza Magdalena też odnosi sukces mimo wszystko, ale nie jest to bynajmniej punkt dojścia jej marzeń. Bo Mada poczuje się spełniona dopiero wtedy, gdy opowie nam swoje życie jako telenowelę. Że to kiczowate, nie szkodzi. Bo jeżeli się przyłoży do życia szablon z serialu telewizyjnego, zawsze ono wypada lepiej, telewizja uwzniośla, uświęca, uszlachetnia.

Czy Państwo też marzą, by Wasze życie toczyło się jak brazylijska telenowela? Bo ja tak. Nieustająco. Może na przykład do odcinka dziesięć tysięcy sześćset osiemdziesiątego czwartego. Zmieścimy się tam wszyscy. Zapraszam!


Refleksje po filmie „Święta, święta i po świętach”

Odczuwamy wspólnotę losów z filmową Magdaleną, która pracowicie oliwi tryby życia. Staramy się prowadzić swojej sprawy dokładnie i na czas. Wywiązujemy się, choć rzadko kto nasz mozół zauważa.
Żeby niczego nie zostawić ułomnej pamięci, rzeczy do wykonania zapisujemy. Prelegent twierdzi, że najlepiej na kartonikach i tu podaje kilka epizodów, których w dobrym towarzystwie po prostu nie wypada przytaczać.
I tu padają rady, że takie kartoniki można przecież pozyskać z niezadrukowanych stron opakowań na leki lub na przykład z kartonowych opakowań słodyczy.
Prelegent ani jednego, ani drugiego na razie nie używa. Ale w dalszej życiowej perspektywie obie podpowiedzi jest skłonny uznać za bezcenne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.