Story o gołej pupie

Wokół tyle nostalgicznego piękna, całego wychylonego w przeszłość. I ciągle brakuje czasu, by je kontemplować. Granowo. Zapomniany kran na ścianie ubikacji przy dawno nieczynnej stacji kolejowej.:

Wczoraj się na tym blogu koszmarnie skompromitowałem. Bo dałem zdjęcie witryny Frondy z reklamą stringów obok wzniosłych treści duchowych. A tu okazuje się, że te gołe pupy to nie Fronda, ale jak najbardziej – ja sam. Co uświadomiło mi wyjaśnienie fachowca, który wkleja tę moją pisaninę do Internetu. Znawca tłumaczy: „Na stronie Fronda.pl reklama z dupeczkami to nie inicjatywa Frondy, tylko użytkownika. To jest tzw. reklama kontekstowa, specjalny algorytm ustala zainteresowania na podstawie oglądanych przez użytkownika stron i pakuje automatycznie reklamy na strony www, które mają umowy z reklamodawcami. Taki właściciel strony www może ustawić filtr wykluczający pewne treści.
Choć na dobrą sprawę kto nie lubi popatrzeć na kobiece ciało.”
Z wyjaśnienia wynika, że komputer wkleił mi na stronę Frony gołe pupy, a nie np. reklamy filmów, książek, gazet itd., bo ja najczęściej klikam na adresy XXX, strony z bielizną damską, aktami, słitfociami nagich nastolatek itd. I komputer to doskonale wie. Już od dawna ma mnie na oku. I weź się teraz człowieku wytłumacz!
OK. załóżmy, że klikam na goliznę, a nie na strony o filmie, jazzie, książkach itd. To co w takim razie robi w mojej wersji Frondy reklama gry komputerowej (z kategorycznym hasłem reklamowym „Zabij!”), skoro ja w życiu w żadną komputerową grę nie grałem nawet jednej sekundy?

Jeszcze ta nieszczęsna „Hiszpanka”. Wczoraj zadzwonił do mnie redaktor z lokalnej Wyborczej z pytaniem o przyczyny finansowej klapy przedsięwzięcia. Pogadaliśmy chwilę. Myślałem, że wytnie z tego ze dwa zdania. A dziś – patrzę na witrynę głównej Gazety – zrobił się z tego mały wywiad, w którym mieszam to dzieło z błotem. Przytaczam, bo znów podpisałem parę indeksów na koniec semestru, a poza tym nie dzieje się kompletnie nic.:

Piotr Bojarski: Z czego wziął się tak słaby wynik „Hiszpanki”?

Wiesław Kot, krytyk filmowy: – Możemy zlecić film, który pokaże, jak to dzielnie w powstaniu walczyliśmy, i dać zarobić całej grupie osób, która w końcówce filmu wyświetla się przez 4 minuty na ekranie, ale powinniśmy zachowywać się jak każdy rasowy amerykański producent: patrzeć na ręce ludziom, którzy film kręcą. Czy oni, przy okazji zamówionego tematu, nie kręcą jednak czegoś innego. Mam wrażenie, że w tym przypadku film drastycznie rozminął się z zamówieniem, jakie zostało wniesione pod adresem Łukasza Barczyka, reżysera i scenarzysty – i całej ekipy, która pracowała nad „Hiszpanką”. Ponieważ powstało dziełko, które można by nazwać produkcją z gatunku teatru offowego, awangardowego, studenckiego, na kanwie wydarzeń związanych z powstaniem wielkopolskim. Można by tu wejść w szczegóły: np. scena z Teatru Polskiego, chłostanie kobiety-konia po gołej pupie jakoś nie pobudzało w grudniu 1918 r. do czynów patriotycznych. Albo pokazanie jedynego prawdziwego poznaniaka w ostatniej scenie filmu, kiedy na ekranie pojawia się Murzyn, któremu towarzyszy przedwojenna piosenka o jojo. Jak to się ma do powstania? A przypomnę, że ta scena jest niejako podsumowaniem filmu. Co ona ma wspólnego z powstaniem? Boże miłosierny, całe pokolenia krytyków będą się nad tym zastanawiać!

Na ten film poszły wielkie pieniądze.

– I widać je np. w scenach zbiorowych na ulicach Poznania. Pytanie tylko, czy nam wszystkim o to chodziło. Wygląda na to, że państwo reżyserostwo skubnęli Urząd Marszałkowski na duże pieniądze, robiąc dziełko z zakresu hobbystycznego. I kiedy widz, znęcony obietnicą superprodukcji o powstaniu, dostaje obrazek złożony z dość luźnych kolorowych scen o charakterze mediumicznym, parapsychologicznym, to zastanawia się: „Co to jest?”. Nie dziwię się, że mimo wielkiej reklamy filmu, opinia szeptana rozchodzi się lepiej – i wyhamowuje pęd widzów do kina.

Co najbardziej szwankuje w „Hiszpance”?

– To długa lista, uwag mam mnóstwo. Aktorzy grają w tym filmie… aktorów, którzy grają na scenie. To aktorstwo drewniane, z teatru repertuarowego, dla wycieczek szkolnych. Partnerka Jakuba Gierszała [Patrycja Ziółkowska – red.] ma wadę zgryzu i nie wymawia wyraźnie słów w języku polskim. A każda scena jest osobną całością. Aktorzy chodzą od prawa do lewa, wygłaszają kwestie. Tego nie praktykuje się w kinie od lat międzywojennych! Aktorzy grają nadwyrazowo, nadekspresyjnie. Glover, który gra Abuse – OK, to jest zrozumiałe. Ale cała reszta? Fabuła rozkracza się okropnie, bo to ani powstanie, ani parapsychologia.

Nie dostrzega pan żadnych plusów filmu? Próby opowiadania historii w nowy sposób? Hasło „powstanie wielkopolskie” brzmi przecież szalenie poważnie.

– Owszem, „Hiszpanka” taką próbą była, ale trzeba w nią było wpleść powstanie, a nie prowadzić dwie różne bajki, które się w ogóle nie krzyżują. Z filmu można wywnioskować, że to nie Wielkopolanie sami się wyzwolili, tylko wszystko zawdzięczamy spirytystom i potędze ich umysłów. To, że film będzie plajtą, widać było już po pierwszych minutach filmu. Pytanie: czy to będzie tylko plajta, czy katastrofa?

5 przemyśleń nt. „Story o gołej pupie

  1. Wracając do pup i majteczek. Jeden z zestawów bikini na zdjęciu z frondy nazywa się Brubeck, to wiele wyjaśnia..

  2. No cóż, co do Pańskich perypetii wypada przytoczyć zagadnienie, które nurtowało parę znajomych – dlaczego jeden dostaje w spamie przeważnie oferty nabycia fałszywych Rolexów, a drugi – oferty zabiegu przedłużenia penisa. Doszli do wniosku, że ktoś ma dobrze rozpoznane potrzeby klientów.

  3. Z tymi cookies, odpowiedzialnymi za całe zamieszanie, to jakaś ściema. Bo w takim razie mnie powinni oferować – wedle potrzeb – przedłużanego roleksa i prawdziwego penisa. A nie …

  4. Panie Wiesławie!

    Niestety większą kompromitacją jest chyba jednak wywiad udzielony Gazecie Wyborczej. Ujawnia on bardzo duże luki w znajomości kina!

    Jeżeli krytycy filmowi w Polsce, uważają, że postać na końcu filmu, to „Murzyn”, to publiczność już z pewnością nie ma szans docenić takiego filmu jak „Hiszpanka”. I jeszcze na swojej niewiedzy zażarcie buduje Pan argument, który ma niejako ośmieszać film. Doprawdy kompromitujące. Podpowiem Panu: owy „Murzyn” to akurat Fantomas. Pokoleniowa zagadka rozwiązana. Być może z podobnych powodów nie podobała się Panu/nie zrozumiał Pan reszty filmu.

    Natomiast komentarz dotyczący „nadekspresyjnej” gry aktorów i ich „chodzenia od prawa do lewa, wygłaszając kwestie” woła już naprawdę o pomstę do nieba w ustach krytyka filmowego. Nie dość, że w przypadku tego filmu można by polemizować, czy rzeczywiście inscenizacja jest tak teatralna, to mówienie, że nie praktykuje się tego od lat międzywojennych (!) świadczy o rażącym wręcz braku znajomości kina powojennego. Polecam zobaczyć chociażby filmy Bergmana, Antonioniego czy Tarkowskiego, żeby zacząć dokształcanie od klasyków. Z polskich reżyserów choćby genialnego Hasa. Przecież musi Pan znać tych autorów? Więc skąd ten przedziwny komentarz? Szczególnie, że akcja osadzona jest prawie 100 lat temu, a film opowiada o pewnej teatralności, iluzji, magii. Ruch wewnątrzkadrowy i obrana stylistyka zdają się tym współgrać.

    Jestem bardzo rozczarowany pańskim brakiem rzetelności. Film może się nie podobać, ale podczas oceny zadaniem krytyka filmowego jest odwoływanie się również do swojej wiedzy. Jeżeli tej wiedzy brak, to co odróżnia go od przeciętnego widza? Gazeta Wyborcza mogłaby wtedy dzwonić do Anki Z. i Zdziśka K. z prośbą o ich opinie.

    Z poważaniem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *