Słodki koniec dnia – 15 października 2021

Słodki koniec dnia (2019), reż. Jacek Borcuch

Szanowni Państwo,

mamy przed sobą półtoragodzinny koncert filmowy na artystkę solo plus przyległości – oto Krystyna Janda w filmie Jacka Borcucha pod tytułem „Słodki koniec dnia”, w filmie z roku 2019, który skutkiem pandemii przemknął przez kina chyłkiem, a przecież szkoda byłoby go pominąć.
Film jest wymagający o tyle, że fotografowany jest jakby przeciw widzowi. Kamera błąka się po peryferiach, zatrzymuje się na przedmiotach drugorzędnych, kadry bywają niedoświetlone. Słowem – jak w życiu, kiedy to przed naszymi oczami wszystko – rzeczy ważne i te zupełnie przypadkowe dzieją się naraz i dopiero we wspomnieniu porządkujemy to, co zobaczyliśmy. Rzeczy ważne doświetlamy i przechowujemy, a te niekonieczne lądują w koszu naszej pamięci.

Rzecz wzbudziła dość szerokie zainteresowanie międzynarodowe, obiegła większość światowych festiwali, bywała nominowana do nagród, na przykład do Złotego Lwa w Wenecji, ale ta najważniejsza premia zdarzyła się w Stanach Zjednoczonych, na festiwalu kina – powiedzmy – niezależnego w Sundance, gdzie Krystynę Jandę uhonorowano nagrodą dla najlepszej aktorki.
Oto w jej wykonaniu Maria Linde, dama z egzotycznej Europy Środkowej, Polka pochodzenia żydowskiego, emigrantka doby stanu wojennego, która teraz wczasuje w skromnym zakątku na włoskiej prowincji. Pochodzi z kraju, którego miejscowi rybacy nie umieliby wskazać na mapie. Wtopiła się w drobną, wiejską społeczność, bo z tej ogólnoświatowej się wycofała. A było z czego, bo wybitna poetka, noblistka. Więc wielki talent, żyjący klasyk i autorytet moralny w jednej osobie. Ale na włoskiej prowincji żyje według taryfy ulgowej – popala trawkę gada o niczym i – ogólnie – odcina się.

Polska poetka jest tu przybyszem pożądanym luksusowym. To jeszcze jeden wybitny pisarz, który przyjechał ogrzać się we włoskim słońcu. Ale pisać będzie nie o winnicach, rybach i cyprysach, lecz o męczących, dusznych, mrocznych problemach, które naznaczają ludzi w ich dalekich krajach. Przed polską noblistką praktykowali to o wiele wcześniej na przykład Johan von Goethe czy Mikołaj Gogol. Goethego interesował Faust, który przeżywał swoje przygody w Lipsku, a Gogola interesowali carscy czynownicy, którzy całowali pańskie klamki w Petersburgu.

Ale pod włoskie słońce trafiają rónie tacy przybysze, na których nikt tu nie czeka, a przeciwnie. To ci biedacy, którzy przypłynęli tu na tratwach i kutrach z Libii, Egiptu czy Tunezji – o ile się nie potopili. Po kwarantannie i jakim takim sprawdzeniu wpuści się ich albo i nie – w zależności, czy wszystkie wakaty na zmywaku, na kutrze rybackim, w ekipie opróżniającej szamba są już obsadzone.
A przecież czcigodnych imigrantów od tych drugich nie dzieli tak wiele. I – więcej. Tych imigrantów, którzy przyjeżdżają do Włoch z południa, i którzy raz po raz zdetonują jakiś ładunek wybuchowy w miejscu publicznym nie dzieli aż tak znowu wiele od rdzennych Europejczyków. Polska poetka podczas wykładu w sennym włoskim miasteczku przypomni łaskawie, że to Europa przygotowała w sensie ideologicznym i w sensie technicznym wszystko, co było potrzebne, by wymordować może sześć, a może dziesięć milionów Żydów. To się działo tu, wcale nie tak dawno. Toskanię od Treblinki dzieli zaledwie 18 godzin jazdy samochodem.

Film na ten bodaj najważniejszy dla współczesnej Europy temat nabiera ciężaru także dlatego, że problem naświetla, że daje mu swoją twarz, że wspiera go swoim autorytetem – nie tylko aktorskim, ale i obywatelskim – Krystyna Janda. Kiedy oglądamy ją w kinie, albo idziemy na spektakl do warszawskiego teatru Polonia, gdzie bardzo często grywa, czujemy się trochę tak jak nasi dziadowie, kiedy oglądali na scenie Helenę Modrzejewską. Sam, kiedy rozmawiałem z Wajdą, z Kawalerowiczem, z Zanussim, z Konwickim, przyłapywałem się na wrażeniu, jakbym siedział przy jednym stoliku z Prusem, Sienkiewiczem i Reymontem. Więc – ta Janda, której głos dziś znaczy, na co solidnie zapracowała. Przypomnijmy, skąd się to zjawisko wzięło.

Kiedy Andrzej Wajda w pośpiechu kręcił „Człowieka z marmuru” licząc się z tym, że Partia w każdej chwili może mu cofnąć pozwolenie, gorączkowo eksperymentował z aktorami. Jerzemu Radziwiłowiczowi kazał w trakcie zdjęć próbnych improwizować wystąpienie chłopa, który stara się o posadę murarza w Nowej Hucie. Młodemu aktorowi poszło tak dobrze, że scena ze zdjęć próbnych, bez żadnych cięć i poprawek, weszła do filmu. Z kolei debiutantka Krystyna Janda grała ostro, z przerysowaniem, na granicy histerii. Ekipa pukała się w czoło! Tak się nie występuje przed kamerą! Ona się rozpłakała i zbiegła z planu. Reżyser za nią. Zastał ją w jakimś kąciku, zapłakaną. I zażądał: ma grać właśnie tak, jak gra. Jest neurotyczna i taką ma pozostać. A ludzie niech sobie gadają, co chcą. Zdjęcia ruszyły. Tajniacy, którzy deptali ekipie po piętach, z trudem nadążali za zmianą planów zdjęciowych.
Kiedy film trafił na ekrany – I sekretarz Gierek dał zezwolenie na projekcję tylko w czterech niewielkich warszawskich kinach – rozpoczęła się histeria. Na wieść, że Wajda nakręcił film, wymierzony w Partię, ludzie ustawiali się w tasiemcowych kolejkach. U „koników” ceny biletów biły wszelkie rekordy. Kopię raz-dwa kupił francuski dystrybutor filmów Wajdy i zaproponował do Cannes w ramach pokazu pozakonkursowego. W kraju jury Festiwalu Filmowego w Gdańsku, gdzie obraz pokazano, udawało, że go w ogóle nie widzi. Ale część zgromadzonych tam krytyków filmowych zdecydowała nagrodzić Wajdę premią w postaci „Cegły”. Władze Festiwalu nie zgodziły się, by odbyło się to podczas końcowej gali. „Cegłę” wręczono więc podczas własnej imprezy na schodach budynku, w którym odbywał się Festiwal. Wajda – ostatecznie Laureat Oscara – uważał ową „Cegłę” za swoje najważniejsze trofeum.

I teraz ta sama Janda zabiera głos w sprawie imigrantów. Oczekujemy, że to się jakoś rozwiąże, że historia, którą oglądamy na ekranie, podsunie jakąś puentę. Oprócz tak zwanego uczulania na ludzką krzywdę, oprócz deklaracji o tolerancji, otwartości.
Otóż rozstrzygniecie nie nastąpi, recepta nie zostanie wypisana. Wszyscy razem osuwamy się w problem, grzęźniemy, zapadamy się. Bo nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich, którzy chcieliby się u nas urządzić. A z drugiej strony oni nie są w stanie urządzić sobie tego Zachodu na miejscu. Nie są i za naszego życia nie będą. To wszystko będzie się kotłowało, pulsowało, falowało. Napięcie na granicach oplatanych drutem kolczastym, ale i na granicach cywilizacyjnych i kulturowych będzie się wznosić i opadać. Jak sinusoida. A my wszyscy – tak zwani dobrzy ludzie – czujemy, że nie możemy zrobić wiele. Najczęściej nic. Ktoś wyszarpnął nam dywan spod nóg i bezradnie przebieramy w powietrzu nogami, zanim z hukiem gruchniemy o beton.
Wszyscy tu są bezradni: noblistka z Polski, lokalny policjant, europejscy intelektualiści, czytelnicy opiniodawczej prasy.

Tyle tylko, że niektórzy próbują. Zawsze znajdą się tacy, którzy się nie zgadzają na to, co jest i próbują. Krystyna Janda jako niewinna ofiara komunistycznej przemocy w więzieniu mokotowskim w latach stalinowskich. Film „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, rok 1981. Dodajmy o nim dwa słowa, bo ogromnie pasują do tego imigracyjnego kontekstu. Główne zdjęcia ukończono 4 grudnia 1981 roku. Krótko po bankiecie, wieńczącym prace na planie, filmowców dopadła hiobowa wieść – stan wojenny. Trzeba było ratować film. Odbyło się to w ten sposób, że wszystkie materiały, zamknięte w blaszanych pudłach, po cichu wyjęto z magazynu i małym samochodzikiem przewieziono w kierunku sterty cegieł na tyłach wytwórni filmowej przy ul. Chełmskiej. Tam została wygrzebana spora jama. W jamie złożono zabezpieczone rolki filmów. Wszystko zamaskowano cegłami i śniegiem. Z tym, że film trzeba było zmontować. Odbywało się to tak, że członkowie ekipy podchodzili do sterty cegieł, wygrzebywali po kilka pudeł i nieśli do studia celem obróbki. Tą metodą film ukończono z końcem stycznia. Po Warszawie rozeszła się wieść, że w konspiracji powstał bardzo mocny film antyreżymowy. Reżyser wiedział już, że los kopii (jedynej!) jest w tej sytuacji zagrożony. Postanowił, dla bezpieczeństwa, skopiować dziełko w warunkach chałupniczych na taśmę magnetyczną. O wprowadzeniu takiego dzieła na ekrany mowy być nie mogło. Bugajski jednak nie rezygnował. W domu Krystyny Jandy powielił z taśmy matki kolejne kopie, które – na zasadzie wtórnego kopiowania – rozprowadzało po kraju podziemne wydawnictwo Nowa. Kopie krążyły i wszędzie były powielane w ogromnej ilości egzemplarzy. Jednak dopiero w sierpniu 1989 roku – wiec już po Okrągłym Stole i po wyborach czerwcowych – cenzura, która jeszcze działała, zezwoliła na wprowadzenie filmu do kin. Pokazano go oficjalnie 13 grudnia 1989 roku. Kiedy w następnym roku film wyświetlono w Cannes, recenzje nie były jednoznaczne. Niektórzy francuscy krytycy zarzucali, że jest niepotrzebnie brutalny, zakłamany i że obraża prawowitą władzę. Ale Krystyna Janda otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą.

Film „Słodki koniec dnia” rozgrywa się gdzieś na południu Włoch przed kilku laty, ale też dzieje się dzisiaj na granicy z Białorusią. Toskania i Usnarz leżą o wiele bliżej siebie niż mogłoby się to wydawać. O wiele bliżej. A ostatnia scena filmu przypomina, że my sami stoimy raz po jednej, a raz po drugiej stronie tej granicy.
Jak daleko stąd, jak blisko.


Trzydziestu dwóch „sprawiedliwych z Kościana”, jak z nutą autoironii pozwoliliśmy nazwać sobie grono widzów zainteresowanych filmem o imigrantach we Włoszech, pokazanym w kontekście naszych własnych, jak najbardziej aktualnych problemów na granicy z Białorusią, było głęboko poruszonych tragedią imigrantów. Ale też przekonanych – często ze zgrozą – że na tę tragedię niewiele mogą poradzić.

Takie filmy jak „Słodki koniec dnia” powinny być pokazywane szerzej – zwróciła uwagę jedna ze „sprawiedliwych” – ale pokazywane nie są, bo najszerszej widowni nie są do niczego potrzebne. Potrzebne są za to najszerszej widowni codzienne seriale. I tych – na szczęście – mają pod dostatkiem…

Takie filmy jak „Słoki koniec dnia” – bolą. „Czasem ból jest potrzebny” – usłyszeliśmy. I potem zastanawialiśmy się komu jest on potrzebny i w jakiej dawce.

I pojawił się problem doboru filmów. Bo za wybór filmów, które oglądamy, które na nas wpływają, także bierzemy odpowiedzialność. Jeżeli w wieku lat 8. i 88. oglądamy te same filmy na poziomie dobranocki z Reksiem (mówiąc umownie), to jesteśmy jak najbardziej odpowiedzialni za to, że do końca życia nie wyszliśmy w rozumieniu świata z poziomu przedszkolaka.

Ile procent „przedszkolaków” mamy w społeczeństwie? W społeczeństwie, które „nie lubi obcych, które boi się obcych”? Bo ile procent rodaków pozostaje obojętnych na to, co dzieje się w Michałowie? Bo to „się dzieje gdzieś tam, bo to nas nie dotyczy”? A ile procent wyraża współczucie, przynajmniej na tym podstawowym poziomie zwykłego ludzkiego odruchu?

Zaczęły się targi jak w Sodomie. To ile procent „sprawiedliwych” mamy w tej polskiej Sodomie. Padały szacunkowe liczby: że „sprawiedliwych” jest 30 procent, że 20, a byli i tacy (włączając prelegenta), którzy uważali, że 10 procent sprawiedliwych w „polskiej Sodomie” to ostateczne maksimum.

Cóż, rachunki trwają, a „sprawiedliwi z Kościana” za tydzień spotykają się na filmie „Antropocen”. I będą pewnie ustalać, jaki procent rodaków interesuje się degradacją całej planety…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.