Shaken & stirred

Ciągle pozostajemy wstrząśnięci i zmieszani po zwiedzeniu ekspozycji w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej.:

Nic dziwnego, że musieliśmy zażyć pociechy duchowej.:

Odsłuchane w samochodzie.:

Bohater Mankella działa bez fajerwerków. Jst solidny jak volvo, ale i jak volvo skuteczny.

Z reportaży Janusza Rolickiego wyjmuję ten, który dotyczy tzw. spotkań z ciekawym człowiekiem. Czytałem z tym większym zainteresowaniem, że sam bywałem i bywam w podobnych sytuacjach (choć nigdy w tak skrajnej!):

Spotkanie

Jestem jednym z wielu autorów sprowadzanych na spotkania z czytelnikami. Zapakowali mnie do samochodu w wojewódzkim mieście i jak delicje wiozą do miasta mniej niż powiatowego. Ludzie tam nie mają co robić, nudzą się – słyszę.
Na spotkanie przywożą nie tylko wielkich luminarzy, lecz także maluczkich dziennikarzy, pocieszam się i jadę, by zaprezentować im siebie jako atrakcję na późne popołudnie. Nie jestem sam w samochodzie. Ze mną jadą pani dyrektor ze szczebla powiatowego, pani instruktor z województwa i dziennikarz z gazety wojewódzkiej. Wspólnie moglibyśmy stworzyć trupę bigbitową, tymczasem tam, na estradzie, oni mają schować się w cień, natomiast ja będę za solistę. Zimno, współczuję im, oni pewnie mnie. Jest mroźny niedzielny wieczór i za oknami „nysy” czarno, dziennikarz bawi mnie rozmową.

Ciekawy klub, ciekawi ludzie – zobaczycie – mówi głosem człowieka poważnego, świadomego wagi swych słów. Ciekawy, więc jadę nieco przerażony, chuchając trochę dla ocieplenia, a trochę i kurażu, w dłonie.
Miasteczko, do którego zdążamy, jest uśpione, ulice wymarłe – zbyt zimno – informuje usprawiedliwiająco dziennikarz. Przed domem, w którym mieści się klub, wita nas starsza pani w pelisie pokrytej z wierzchu samodziałową jodełką. Pelisa wykończona jest kołnierzem ciepłym z długim włosem. Na głowie witająca nas pani ma czapkę wełnianą, dzięki które można dokładnie zabezpieczyć uszy przed chłodem. – Proszę państwa, nikt nie przyszedł, sama jestem – mówi, zwracając się do pani dyrektor ze szczebla powiatowego.
Rozkłada przy tym szeroko ręce, jakby chciała nas wszystkich przytulić do serca i ukoić nasz spodziewany smutek.
– Nie przyszli, niemożliwe – odpowiada pani dyrektor, kierując na kierowniczkę złe spojrzenie, po czym zwraca się do mnie z ciepłym uśmiechem na twarzy: – Panie redaktorze, mamy jeszcze czas, zaczekamy, prawda?
Idziemy więc w stronę klubu; na przedzie pani dyrektor, ja z dziennikarzem za nią, za nami pani instruktor z województwa i kierowniczka klubu.
– Jak pani mogła tak źle przygotować spotkanie? – słyszę słowa reprymendy.
– Kiedy mówiłam, a dziś niedziela i zimno – dochodzą do mnie dyskretne szepty.
– Wiecie, towarzyszu redaktorze, że trochę obawiałem się tej publiczności, słabo wyrobiona mówi dziennikarz z województwa.
– No, to proszę, niech się pan rozgości – zaprasza pani dyrektor ze szczebla, gdy jesteśmy już w klubowym pomieszczeniu. – Ciepło tu i przyjemnie – dodaje.
– No, i nie przyszli – mówi chichotliwym głosem kierowniczka. Ze zdenerwowania dostała wisielczego humoru.
Śmiech jej nie jest jednak swobodny.
– Pewnie źle pani rozpropagowała prelekcję – mówi instruktorka.
– Co też pani mówi – oburza się kierowniczka. – Wczoraj od samego rana malowałam te cholerne afisze, nie obrażając pana autora – zwraca się do poważnie wyglądającego dziennikarza z województwa.
– A w internacie, szkole, była pani? – pyta ją przybyła szefowa z województwa.
– A byłam, byłam i nie przyszli. I teraz sami siedzimy – mówi kierowniczka, chichocząc.
– No niechże pani coś zrobi wreszcie – wtrąca instruktorka.
– Kiedy ja nic nie jestem winna, a pani na mnie wciąż napada. Co miałam zrobić, wziąć ich za łby i sprowadzić?
Rozwiesiłam afisze i czekam, o! – i usiadła obrażona.
Zapanowała cisza. Pani dyrektor ze szczebla zerkała nienawistnym wzrokiem na kierowniczkę i od czasu do czasu wyrażała swe ubolewania instruktorce. Dziennikarz wpakował paluch w usta i usiłował nim dłubać w zębach. Ja rozglądałem się po sali wyszykowanej na to spotkanie. Światło było z lekka wygaszone, zaciemniające zasłony na oknach odgradzały nas od chłodu, było przyjemnie. Dwadzieścia stolików stojących pod ścianami było niewykorzystanych.
– No, i psiejuchy nie przychodzą – przerwała ciszę kierowniczka.
– Może by pani coś zrobiła – zaproponowała pani dyrektor ze szczebla.
– Niech pani pójdzie do internatu i sprowadzi młodzież – powiedział dziennikarz.
– Dobra myśl – poparła go instruktorka.
– Chętnie – odpowiedziała pokornie kierowniczka klubu, nieco bojąc się złych twarzy swych zwierzchniczek.
– Trzeba będzie ją zwolnić, nie nadaje się do tej pracy – powiedziała po jej wyjściu dyrektor ciężkim od nadmiaru odpowiedzialności głosem.
– Już dawno proponowałam – poparła pani instruktor.
– Śmieszna kobieta, praca polityczna jest chyba dla niej zbyt trudna – zgodził się dziennikarz.
W sali było ciepło, zdjęliśmy więc wierzchnie okrycia.
Dziennikarz był w czarnym garniturze z muszką, pani instruktor w sukni koktajlowej, pani dyrektor ze szczebla w czarnym kostiumie. Ja także na czarno. Rozmowa nie kleiła się.
– Szkoda, że nie ma adaptera – rozluźniająco zaczął dziennikarz. – Akurat tworzylibyśmy dwie pary do tańca.
– Nie w głowie nam taniec, proszę pana – niemal chórem powiedziały obie panie.
– Raz, dwa, trzy, moje szczęście – odpowiedział zadowolony z mimowolnego chóru pań dziennikarz.
– Żarty na bok, lecz co zrobimy ze sprawozdaniem? – instruktor wzruszyła ramionami.
– Niech się pani nie martwi, młodzież nas nie zawiedzie.
Niezastąpiona jest na takie okazje – powiedział niefrasobliwie dziennikarz, nie dostrzegając porozumiewawczych tików pani dyrektor ze szczebla, czynionych po to, by był delikatniejszy. Po czym, aby pokryć dziennikarski nietakt, pani dyrektor przekrzywiła filuternie głowę i uśmiechnęła się do mnie rozbrajająco.
– Nikogo nie ma, wszyscy się porozjeżdżali – przerwała chwilową ciszę, pojawiwszy się w drzwiach, pani kierowniczka.
– Nawet kierownika internatu nie mogłam znaleźć. W remizie jest zabawa, więc ci, co nie pojechali do domu, tańczą sobie.
– No tak – westchnęła rozluźniająco pani dyrektor. – To panią częściowo tłumaczy – dodała.
– Może byśmy tam poszli – wtrącił się szybko dziennikarz. –
Znam komendanta, zgodzi się na odczyt.
– Panie redaktorze, ależ pan żartobliwie nastrojony – przerwała mu instruktorka.
– Ja? – zdziwił się dziennikarz.
– Proszę państwa, ja bardzo przepraszam za to, co się stało, ale w końcu bywają większe nieszczęścia – wtrąciła niespodziewanie kierowniczka.

– Jakie? – spytała któraś z pań.
– Wojna. Pani nie wie, co za okupacji przeżyłam – powiedziała płaczliwie kierowniczka.
– Chi, chi, chi – zaśmiały się obie panie.
– Pewnie, że bywają większe – upierała się, lecz już pogodnie, kierowniczka, będąca kobietą o zmiennym usposobieniu.
Znów zapanowała cisza, nikt nie chciał podjąć rozmowy.
Wręczcie zwróciła się do mnie kierowniczka: – Panie autorze, lubi pan jabłka?
– Nie, dziękuję bardzo – wzbraniałem się nieśmiało.
– No, proszę – to mówiąc, otworzyła staromodną torebkę i wyjęła z niej wielką złotą renetę. – Proszę – położyła jabłko na dłoni. – Czyste jest – dodała uspokajająco. – Jak pan nie wierzy, to przy panu je przetrę. – to mówiąc, wyciągnęła zza rękawa chustkę do nosa i otarła nią jabłko dokładnie, tak jak potrafią to czynić tylko kobiety.
– Dziękuję – wzbraniałem się nadal wszystkimi siłami.
– A może pan weźmie? – zaproponowała dziennikarzowi kierowniczka. – Może panie? Nie, to nie – powiedziała w końcu ze złością. – Niemiła księdzu ofiara, chodź cielę do domu – i wrzuciła złotą renetę na jej poprzednie miejsce. Roześmiała się, śmialiśmy się wraz z nią.
Po chwili dziennikarz spojrzał na zegarek i rzekł głośno:
– Cóż dalej robimy z tak ładnie rozpoczętym wieczorem?
– Do następnego spotkania w powiecie mamy jeszcze dwie godziny czasu – rzekła instruktorka z województwa.
– Ale co ja zrobię ze sprawozdaniem – powiedziała z niepokojem w głosie dyrektor ze szczebla.
– Ostatecznie redaktor może swoje nam i w tej sali powiedzieć. Tu ciepło jest, krzesła wygodne, pomieszczenie niepełne, a zresztą i przy takim gremium odbywają się nawet wykłady akademickie, nie mówiąc o spotkaniach – rzekł dziennikarz.
– O tak, niech no pan nam opowie o swych przeżyciach – powiedziała przymilnie pani dyrektor.
Pieniądze za spotkanie dostałem, swoje trzeba opowiedzieć – uświadomiłem sobie z niechęcią.
– No, proszę, panie redaktorze – poparła panią dyrektor ze szczebla pani instruktorka z województwa.
– Jest nas czworo, można by jeszcze ściągnąć kierowcę, chyba nie poszedł gdzieś na piwo – zaproponował dziennikarz.
– O tak, niech pani kierowniczka będzie łaskawa poprosić pana kierowcę – powiedziała pani dyrektor, mnie przy okazji obdzielając pełnym serdeczności uśmiechem.
– Stara jestem, a mnie ganiają, ale emerytury trzeba się dosłużyć – wstając, odpowiedziała odważnie kierowniczka.
Po chwili wróciła, mówiąc: – Kiedy szofer nie chce przyjść.
Mówi, że mu tam dobrze i nie ruszy się.
– Niech więc pani mu powie, że to polecenie służbowe i że jest tu potrzebny – powiedziała instruktorka. – Albo nie, ja mu powiem to sama – dodała groźnie, wstając. Nie było jej trzy chyba minuty, wreszcie drzwi otworzyły się i na salę wszedł ziewający szofer, a za nim instruktorka. Szofer mrużył oczy, bo światła na zaczynającym się spotkaniu zostały specjalnie wzmocnione, po czym usiadł przy oddzielnym stoliku i spytał: – I co?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, mnie bowiem dopiero co sadowiono przy stole na tę okazję przygotowanym.
– A nie można by tak zwyczajnie, z tego miejsca, gdzie siedziałem? – spytałem.
– No nie, panie redaktorze, gdyby ktoś przyszedł, nie poznałby, że to spotkanie.
Zasiadłem przy stole w pustej sali, by zacząć prelekcję.

Wpatrywałem się w puste krzesła, akuratnie z wielkimpietyzmem ustawione wokół czystych stolików. Podłoga od częstego mycia świeciła się. Z sufitu zwisały lampiony pozostawione tu tydzień temu po przerwanej nagle mordobiciem zabawie, która stała się przyczyną zamknięcia klubu. Tak, sala sprawiała schludne, lecz nieco upiorne jak na odczyt wrażenie. Siedziałem tak, chwilę milcząc. Aż wreszcie kierowca przerwał ciszę, mówiąc:
– Niech no pan opowie swoje dwie ostatnio wydane książki.
– Kiedy nie piszę książek – odparłem.
– Nie szkodzi, niech pan opowie, a my się napijemy kawy – powiedział. Za ścianą już syczał ekspres, podawano kawę, nawet kierowca się rozchmurzył.
Gdy po jej wypiciu wstaliśmy, by ubrać się i udać na następne spotkanie, kierowniczka podeszła do mnie z kwiatami i powiedziała:
– Bardzo pana autora przepraszam za tak niedobre przygotowanie spotkania. Następnym razem będzie lepiej. A oto kwiaty od klubu, proszę je przyjąć.
– Dziękuję – odpowiedziałem, przerażony wizją taszczenia kwiatów do hotelu. Powiedziałem więc: – Proszę je pozostawić na swym biurku.
– Panie autorze – odparła ze złością – proszę je łaskawie wziąć, bo jak prezes, od którego z trudem dostałam na nie pieniądze, zobaczy je u mnie, to oszaleje. Oszaleje. Słyszy pan? – dodała groźnie.
Podziękowałem i tak upiększony udałem się na następne spotkanie, by rozchmurzać i zaciekawiać ludzi znudzonych późnym niedzielnym popołudniem.
Kultura, 1969

2 przemyślenia nt. „Shaken & stirred

  1. Zazdroszczę, należy Pan do szczęściarzy, którzy robią to co lubią i jeszcze Mu za to płacą. Ja, akurat dzisiaj spełniałam się jako babcia potrzebna od zaraz, ale nie o tym chciałam napisać. W życiu jest tak jak w grze w karty, albo jak w filmie Forrest Gump: nigdy nie wiesz co Ci się trafi. Od zawsze byłam zwariowana na punkcie kina, filmów, aktorów… i moja mama mówiła z ironia o mnie „filmówka”. Bardzo lubię Pana słuchać, choćby ostatnio w radio Poznań na temat offeliady gnieznienskiej i młodych twórców… a świat należy do odważnych… Pozdrawiam serdecznie.

  2. Cóż, Pani Krystyno, Powiem tak: żeby się utrzymać na jakim takim poziomie z pisania i mówienia o filmie, trzeba to baaaardzo lubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *